Rozważania kaprala Piętki

Autorem wiersza jest Jan Brzechwa

I
Różne nieszczęścia chodzą po ludziach, a cóż dopiero mówić o kapralu, który od tygodnia papierosów nie fasował. A tu jesze na domiar wszystkiego przydzielili mnie na instruktora do powstańców z dwudziestego roku. No, ale czego się w wojsku nie robi. Powiadam wam, że łatwiej do kryminału się dostać, niż rekruta w okularach wyćwiczyć. Był ci jeden taki co nazywał się Cynamoner, a pies go raczy wiedzieć, skąd się takie nazwisko wzięło. Powiadam tedy raz do niego:
- Słuchaj Cynamoner. Pojedziesz po fasunek, a jak źle załatwisz, to cię tak obrobię na perłowo, że ręka nogi nie pozna, ucho ty rekruckie. Wracam po półgodzinie, patrzę, a Cynamoner siedzi na furze i kiwa się, jak nad talmudem. Złe z nim będzie, myślę sobie. Przyglądam się i widzę, że koń ma przednie nogi związane.
- Czego, dziadu, stoisz, co? - pytam grzecznie. - Nie chcesz siedzieć w pace, to rób co ci się każe, a jak nie, to całuj psa w kota i stój na baczność, ofiaro wojny, jak mówię do ciebie. Zrozumiano? Cynamoner zlazł z fury i gicoły się pod nim trzęsą jak galareta.
- Czego nogi koniowi związałeś, co? Boisz się, że jest mądrzejszy od ciebie i sam po fasunek pojedzie? Gadaj, bo jak mi Bóg miły źle będzie. Cynamoner zbladł, spocił się i powiada:
- Panie kapral, to ja tak mu tylko zawiązałem na parę minut, żeby mnie nie kopnął, jak będę wsiadał na furę. Bo te konie są takie nieostrożne, mógłby mi jeszcze podkowę wpakować w oko.
I stałby tak na pewno ze dwa tygodnie, gdyby nie to, że mu kazałem zrobić do stajni biegiem marsz, co dziesięć kroków padnij.
A innym razem znowu przychodzi do mnie i powiada:
- Panie kapral. Ja bym poprosił, żeby mnie pan kapral zwalniał co dzień o szóstej, bo żona mi kazała na siódmą przychodzić do domu.
Tu nie wytrzymałem.
- Jest - pytam - wojsko, czy nie ma wojska?
- Jest, panie kapral, ale przecież ono obejdzie się beze mnie na noc, a żona nie.
I co myślicie? Puściłem go do domu. Bo jak mi chłop powiada, że kobieta na niego czeka, muszę być elegancki. A na następny raz on zostanie, a ja pójdę do jego żony. Czy nie mam racji?
Ćwiczyłem moich rekrutów, jak wszyscy diabli, wiedzieli już, jaką stroną z karabinu się strzela i gdzie koń ma ogon, a gdzie co innego. A jeden to byt taki zdolny, że mnie nabił w butelkę, jak stary. Nazywał się Ślimak.
Idę tedy raz po schodach, a on mnie woła.
- Panie starszy!
- Dla jednych - powiadam - jestem starszy, a dla was kapral. Zrozumiano?
- A jak nie to co? - powiada Ślimak i śmieje się.
- Skąd wy jesteście? - pytam.
- Z Czerniakowskiej.
- Oho, źle jest - myślę - jeszcze morowszy pewno jest ode mnie, ale nic.
- Czego chcecie?
- Może zagramy, panie kapral, w oczko?
- Nie mam czasu - mówię.
- Ja mam dwa, to jeden panu pożyczę. A, no jak tak to dobrze. Poszliśmy grać. Przegrałem żołd, ale nic. Gram dalej. Przegrałem szelki. Gram dalej. Przegrałem trzy guziki i pięć papierosów. Gram dalej. Przegrałem notes i fotografię Ziutki.
W tym miejscu już mnie mato szlag nie trafił. Staję więc przed nim na baczność i zaczynam gadać służbowo:
- Słuchajcie, szeregowiec Ślimak. Czy wy wiecie, że w karty grać nie wolno, co? Bałagan czy wojsko? A wiecie, że nie wolno starszych szarżą ogrywać, co? Pierwszy dzień w wojsku jesteście? A dlaczegoście dzisiaj na pryczy naświnili? W chlewie jesteście, czy w koszarach? I kto ma po was kochmaszynę myć? Może ja? A może pan porucznik? Widzieliście go? Ja mam po nim zmywać! Ta ja was, dziadu wy karmelicki, na miesiąc pod karabin postawię. Do paki was wpakuję. Rozumiecie? Niech mnie flanela żydowska ogarnie, jeśli tego nie zrobię kalafiorze ty robaczywy, knaju ty czerniakowski, ofermo magistracka. Rekrut, a robi ważnego, jakby tu był cholera wie czym. Ja was nauczę, ja was...
Gadam, gadam. Patrzę, a Ślimaka już od pół godziny nie ma. Ulotnił się jak kamfora i ani jego, ani forsy, ani szelek. Wpadłem niemiłosiernie. Rekrut i kaprala nabrał.
- Tak nie śmie być - myślę sobie. - Niech ja go tylko spotkam, to go tak wyszykuję, że go babka rodzona nie pozna.
I co myślicie? Spotkałem go, ale w dwa tygodnie później, na froncie. Już był kapralem, co go wyfasował w jakimś patrolu i to dzięki moim szelkom, bo podobno spodnie mu ani razu nie spadły, kiedy gonił bolszewików.
II
Trzeciego dnia odmaszerowaliśmy z koszar. Bractwo jako tako umiało chodzić, jedni szli prawą nogą, inni lewą, Cynamoner obydwiema od razu. Śpiewali takie sprośne piosenki, że wszystkie dziewczynki na ulicę powyłaziły, takie to jest łase nawet na rekruta.
Pan sierżant szedł na przedzie i co parę kroków spotykał swoje narzeczone, które mu krzyczały, żeby na froncie był ostrożny, a moja mi nawet papierosów nie przyniosła. Nie szkodzi, będzie inna. Jakeśmy przyszli na dworzec, naładowali nas do wagonów i każdy mógł robić co chciał, albo czego nie chciał.
Pod wieczór, kiedy wiara zasnęła, słyszę, że Cynamoner wstał i coś kręci się po wagonie. Patrzę, a on ci wszystkie tornistry ściąga pod ścianę i ustawia jeden na drugim. Biedny człowiek, myślę sobie, fioła dostał.
Wołam go do siebie:
- Ty taki owaki, cywil ci mordę wylizał, co robisz?
Cynamoner trzęsie się jak wszyscy diabli i powiada:
- Niech się pan kapral nie gniewa, ale ja te tornistry tak układam, żeby kula nie mogła wlecieć do wagonu i pana kaprala nie trafiła. Te bolszewik! podobno tak nieostrożnie strzelają, jeszcze trafią w oko.
- Takie buty - powiadam - ubrać się w tej chwili i marsz na dach. Będziesz stał na warcie i pilnował komina, a jak będzie leciał szrapnel, to masz go złapać i zameldować się z nim u mnie. Zrozumiano? Już!
Cynamoner zmizerniał ze zmartwienia, jakby się mizerii najadł, nic nie gadał, tylko wziął karabin, wgramolił się na dach i stanął. Ni gi mu tak dygotały, że aż sufit się trząsł. Trzeba zrobić kawał, myślę sobie. Ubrałem się, wziąłem pod pachę bochenek komiśnego chleba, wylazłem z wagonu, zaczaiłem się i buch! - rzuciłem w Cynamonem bochenkiem.
Patrzę, a jego nie ma. Zaczynam wołać, szukać; Cynamoner przepadł. Złe. Będzie granda jak się kto dowie, a i chłopa szkoda. Szukam ci tedy dalej, szukam, aż w końcu znalazłem. Na piątym kilometrze w rowie leżał i spał.
- Cynamoner! - wołam.
- Uj, stój, kto idzie?
- Cynamoner, ty zamazany, co robisz?
- Umieram, panie kapral.
Podaję komendę:
- Wstać!
Cynamoner wstał. Czuję, że coś mu się stało. Zatykam więc nos i powiadam:
- Pójdziesz do wagonu i zmienisz spodnie, a jak jeszcze raz się coś podobnego powtórzy, zupełnie ci spodnie zabiorę.
- Rozkaz, panie kapral!
Wróciliśmy do kompanii już nad ranem! Dałem Cynamonerowi łyknąć z manierki, żeby nic nie gadał. Potem położyliśmy się spać i obudziliśmy się dopiero jak pociąg byt w ruchu, a wiara śpiewała na całe gardło: "Zaszedło już stonko za góry ma-ma-ma".
Tak odbył się chrzest bojowy szeregowca-ochotnika Cynamonera.
III
Najważniejszą rzeczą w wojsku jest dobre wyćwiczenie. Już ja tam miałem szkołę przez te sześć lat, jak wszyscy diabli. Z dziesięć razy przechodziłem szkołę rekruta, sześć razy szkołę podoficerską, cztery razy szkołę instruktorską, a i oficerską też bym miał, ale ja się w takie rzeczy nie bawię. Koń by się dekował po szkołach oficerskich.
Uczę tedy moich ochotników, że jeśli przyjdzie pan kapitan i powie: "Dzień dobry, chłopcy!", należy odpowiedzieć: "Dzień dobry, panie kapitanie". Uczyłem, uczyłem, aż mi gały do góry nogami stanęły. Pytam się wreszcie Cynamonera, jak odpowie, jeśli pan kapitan powie:
- Do widzenia, chłopcy!
- Do widzenia, panie kapitanie!
No, myślę sobie, dobra jest! Stawiam Cynamonera na warcie przed chałupą pana kapitana, bo widzę, człowiek inteligentny jest, w okularach.
Akurat pan kapitan nadchodzi i mówi:
- Jak się masz, Cynamoner!
- Jak się masz, panie kapitanie! - odpowiada Cynamoner i spogląda na mnie dumny, że tak dobrze się spisał. A pode mną mało się ziemia nie rozstąpiła z przerażenia. Wieczorem zaś wołam Cynamonera i powiadam:
- Jak się nazywasz?
- Cynamoner, panie kapral.
- To ty jesteś ten, co to w okularach chodzi, taki czarniawy brunet średniego wzrostu?
- Tak jest, panie kapral, ten sam, tylko to mój brat, bo ja jestem blondyn.
- Słuchaj więc, Cynamoner - człowiek cię urodził czy taboret, żeś taka ofiara wojny. Co? Czy ty wiesz, że guzik księdza kapelana jest mądrzejszy od ciebie?
Cynamoner dostał cykorii, bo mu spadły okulary i gada:
- Panie kapral, ja zupełnie nie wiem, o co idzie...
- Przede wszystkim - powiadam - milcz jak do mnie mówisz, rozumiesz? A po drugie, nie o to idzie, żeby szło, tylko o to, żeby poszło. I ty, ofermo pospolita trzeciego rzędu, pójdziesz do Abrahama na grochówkę, jeśli będziesz pana kapitana tykał. Z jednej familii jesteście, czy co? Tyś jeszcze o wojsku nie śnił, jak pan kapitan był już człowiekiem. Że też takich robią żołnierzami. Jeszcze cię pięć razy szlag trafi, nim staniesz się przyzwoitym rekrutem. Za moich czasów na to, żeby zostać rekrutem, trzeba było szkołę oficerską skończyć. Zrozumiano? A teraz już cię nie ma, gamoniu ty zatracony.
IV
- Będą jeszcze z ciebie ludzie, Cynamoner - powiedział pan sierżant, gdy mu Cynamoner wyfasował we wsi kurę, i miał rację.
Zrobiłem Cynamonera kucharzem kompanijnym, spisywał się doskonale i byłby całkiem przystojny, żeby mu tylko pysk zmienić.
Za to zjawiła się nowa oferma, z którą miałem tyle utrapienia, żem ledwie nie umarł w butach.
Cięgiem tylko gadał o polityce i w dodatku tak niezrozumiale, że i byłem jak tabaka w rogu. Cały feler polegał na tym, że gość ten był dla mnie za mądry, a ja takich nie lubię. Pyta mnie raz, czy mam jakie zasady moralne.
- Chyba - mówię - że mam. Zasadzam do paki.
- A czy pan się uczył socjologii?
To mnie już zgniewało.
- Z taką - powiadam - twarzą do socjologii mu się zachciało.
A w cymbergaja grać umiesz? Nie? To naprzód naucz się grać w cymbergaja, a potem pogadamy.
Chłop widać zrozumiał, że nie ma z byle kim do czynienia i powiada:
- Niech pan się nie obraża, bo ja wiem, że pan i na patrolu sobie da radę i strzela dobrze i służbę zna, ale przecież trzeba pomyśleć i o życiu wewnętrznym.
- Pogadamy o życiu wewnętrznym, jak pan dezenterii dostaniesz i zaczną cię wnętrzności boleć, a teraz odmaszerować, bo jak cię socjologicznym morałem wyrżnę, to ci życie wewnętrzne zamrze na jakie dwa tygodnie.
Po tej przemowie poszedł sobie ode mnie i myślałem, że już się od niego odczepię, ale nie. W parę dni znów do mnie przychodzi:
- Panie kapral, ja mam do pana prośbę...
- Zmiataj w tej chwili, dziadu sakramencki - powiadam - a jaką masz prośbę? Co?
- Niech mnie pan kapral zwolni z wojska.
- Co-o-o-o? Jego do wojska przyjęli, a on... Ach, ty ofiaro, ty kpie azjatycki, ty... Zęby cię psy zjadły, głowo ty fasowana.
Tego już było za wiele. Takem się zirytował, żem poszedł do pana sierżanta i melduję:
- Panie sierżancie, albo Trajdosiewicz zostanie w kompanii, albo ja. Już wolę utopić się, albo pójść do kancelarii, niż z takim jełopem być, pies mu mordę wylizał.
I cóż myślicie. Nie wygrałem sprawy? Wygrałem. Trajdosiewicza wpakowali do kancelarii i tam do dzisiejszego dnia gnije; i to w dodatku od głowy. Tak mu nią socjologia wyłazi.
V
Cynamoner został frajtrem.
Wypadek ten wywołał taki gwałt w kompanii, że sam pan kapitan przyszedł i powiedział:
- Winszuję ci Cynamoner.
- Winszuję, panie kapitanie! - odpowiedział Cynamoner (pies mu nogę wylizał), a wieczorem wyprawił dla wiary bibę pierwszej klasy.
Kupił gdzieś ogórków kwaszonych, prowiantowy wyfasował nam słoniny amerykańskiej. Ślimak przytarabanił nie wiadomo skąd beczułkę rolmopsów (był u nas jeden podporucznik, taki od mamusi. Podobno jemu właśnie zginęły rolmopsy, ale po zjedzeniu nikt nie mógł odróżnić, czy to były te same). Najzaszczytniejsza jednak funkcja przypadła mnie. Mało krwią się nie zalało bractwo z radości, jak zobaczyło, że taszczę dwie flaszeczki sznapsa.
Muszę jednak opowiedzieć, w jaki sposób je wykombinowałem. Dawno już zauważyłem, że w kancelarii kompanijnej morowy wódczany fetor się roznosi, a że jeszcze w czternastym roku wyfasowałem nos w I Brygadzie, od razu zmiarkowałem, o co idzie.
Mówię tedy raz podchorążemu:
- Panie podchorąży, może byśmy się napili wódeczki?
- Nie pijam.
- Nie! A tak mi się zdaje, że od pana sznapsem niesie.
- Cóżeście, kapral, z dromadera spadli? Ja bym alkohol pijał? To tak tylko czuć trochę zawsze, bo mnie w dzieciństwie niańka na ziemię upuściła.
Myślę sobie: cwany gość, ale nie na takiego trafił, który by podchorągiewnika nie nabił w butelkę.
Trzeba wam wiedzieć, że podchorąży miał twarz, jakby mu się przez rok kwasiła w kadzi ogórków, podbródek miał jak kuperek bażanta, a mózg taki, że gdyby go połączyć z uszami Cynamonera, byłby doskonały osioł. Prócz tego nos miał spłaszczony, jakby mu na nim przez rok siedział oficer kasowy, a gębę taką, że w salonie byłoby to jedyne miejsce, gdzie by można było plunąć. Bo w salonach przecież na podłogę nie wypada.
Otóż przychodzę tego dnia do kancelarii i powiadam:
- Oj, panie podchorąży, co się też we wsi dzieje.
- A co?
- Jak to, pan podchorąży nic nie wie?
- Nie wiem! Gadajcie więc, co takiego?
- Oj, źle panie podchorąży, a jak źle to niedobrze.
- Kapral! Gadajcie po ludzku, bo źle będzie!
- Co się też tam dzieje! Mąż chce żonę zabić.
- Za co?
- Zakochała się baba w panu podchorążym jak dzika papryka i o panu wciąż tylko bredzi.
- Co też pan powie, panie Piętka?
- Tak ci na pana leci, że inne baby jej do oczu skaczą.
- A dlaczego, panie Piętka?
- Bo ta ładna Mańka, co to wczoraj pan u niej jajka wyfasował, wariuje za panem podchorążym.
W tym miejscu podchorągiewnik miał taką minę, jakby go kto masłem śmietankowym wysmarował. Widzę, że sprawa jest na dobrej drodze, więc ciągnę dalej.
- Ja bym to panu morowo zrobił, żeby pan się trochę w amory zabawił, tylko że jestem dziś nie w sosie. Zęby jeszcze sznapsu było trochę...
Ledwiem to zdążył wymówić, jak już flaszeczka stała na stole. Wziąłem ją i powiedziałem:
- Idę robić. Mam we wsi jednego sitwesa, co mu wczoraj kura zginęła i ja mu ją odszukałem, a wieczorem niech pan idzie do Mańki i wszystko już będzie załatwione.
Wychodząc, sięgnąłem jeszcze pod siennik, skąd podchorąży wyjął pierwszą butelkę, i biorę drugą, a on nic, tylko ślipiami załypał i klepie mnie po ramieniu, mówiąc:
- Morus z pana, panie Piętka.
Jak morus, to morus, ale mnie już nie ma, tylko walę do kompanii. Przychodzę, a tam wiara już na mnie czeka. Jak zobaczyli sznapsa, zaczęli mnie w górę rzucać, mało mi się bebechy nie przemieszały.
Piliśmy, jedliśmy, a jak wszystko już diabli wzięli, wybrałem kilka morowszych gości i powiadam im:
- Chcecie się zabawić?
- Chcemy!
- To idziemy do wsi.
Przychodzimy tam, a z daleka już słychać wrzaski.
- Kancelaria się dowala - powiadam - prezentuj pióro.
Patrzymy zza chałupy, a tu baby naszego podchorążego przepędzają ze wsi, a Mańka, która mi była wierną, bo jej bandaż podarowałem, obrzuca ci go kartoflami.
Ledwieśmy ze śmiechu nie popękali, patrząc jak się bronił od szturchańców, a potem wiał, jak bolszewicy spod Radzymina.
Tak to bywa, gdy frajer z taką twarzą pcha się do amorów. Co? A Mańka to mi jeszcze do dzisiejszego dnia jest wierną. Jakiem kapral piętka.
VI
Innego znowuż razu takem nabrał ułanów, że mi przez całe życie tego nie darują, a jeden rotmistrz powiedział mi nawet, że naskarży na mnie Dziadkowi, za to żem "warszawskie dzieci" wystrychnął na dudka.
Rzecz się miała w ten sposób.
Przychodzimy raz do pewnej wsi na noc. Bolszewików odwaliliśmy z rana o kilka dobrych kilometrów, a po wszystkich chałupach nala- zło już ze cztery tuziny ułanów. Wszystko to czyściutkie, galantne, pirsza klasa, delikatne, że niech szlag trafi i do dziewuch się zabierają, jakby to było na jakiej paradzie, a nie na wojnie.
Pchamy się do chałup, a oni nas wywalają, mówiąc że od nas źle pachnie. Co to, my róże jesteśmy, żeby pachnąć? "Idź - mówię - cykorio lampasowa pod Hrubieszów, to cię taki odór ogarnie, że nochala nie poczujesz, bo ci odpadnie. Widzieliście ich? A może byście tak oddali lance, coście je pogubili, co?"
Wtedy dochodzi do mnie jeden ułan i powiada:
- Zmiataj dziadu karmelicki, bo jak cię wyrżnę, to ci zęby czwórkami od prawego na świeży luft wyjdą.
Tak ci drań gada do mnie, co mi jeszcze przed pięciu laty odłamek wszystkie zęby wycharatał, do mnie, leguna z l Dywizji. Co? To dobre. Kto do mnie tak gada, lepiej zrobi, jeśli się do trumny położy od razu, bo mu i tak życie zbrzydnie. Odgryzłem mu się tedy w sposób bardzo "delikatny" (jeszcze mu pewnie do dziś strzyka w uchu) i zaczynam przygotowywać plan zemsty. Bo jeszcze się taki nie narodził, któremu pozwoliłbym urągać na piechotę, a te ulany to nawet nie wiedzą, że Pan Bóg jeszcze konia nie wymyślił, jak piechota już istniała, bo wszak Adamowi kazał w Raju odmaszerować.
Wołam więc Ślimaka i jeszcze jednego morusa, którego w kompanii przezwali Praczem za to, że kilku gości sprał po pyskach za obrazę piechoty podobno, i powiadam:
- Słuchajcie chłopcy, dzieje się nam krzywda sakramencka. Nie może tak być! Ułany pofasowały wszystkie dziewuchy i w dodatku jeszcze ubliżają piechocie. Jakem był w Karpatach, Dziadek powiedział, że piechota to grunt. A jak powiedział, to tak jest. Rozumiecie?
Chłopaki moje czują, że tu się awantura szykuje, więc ślipia im się świecą jak wszyscy diabli, a ja dalej gadam:
- Robimy ułanom kawał. Niech im się Szczypiorno przyśni. Nie dawać się, bo będzie mięta, a ułanów zblamować to rzecz morowa. Sam Sikorski się ucieszy, że piechota nie daje sobie pluć w menażkę. A tych knajów trzeba raz nauczyć, że choć ułan razem z koniem my dwie głowy i jeden ogon - nie tak łatwo z nami mieć okoliczność! Szuwaks jesteśmy czy co? Idziemy chłopcy. Nie dawać się! Twierdzą nam będzie każdy próg, psia ich nędza!
Po takiej przemowie tom już wiedział, że nasze będzie na wierzchu. Dobrze gadać i bujać to najważniejsze; ułani o tym wiedzą najlepiej.
Akurat ściemniło się, kompania nasza stała w rezerwie niedaleko wsi. Idziemy więc we czterech, bo i Cynamoner poszedł z nami, zaś nie dochodząc wsi kazałem chłopcom czekać, a sam poszedłem na wywiad.
Koło jednej chałupy stał jakiś fajfendekiel i pilnował koni oficerskich. Tu trzeba działać, myślę sobie.
Zaczynam z nim gadać jak stary - tego, owego - po naszemu. Chodź - powiadam - na wódkę, koniom nic się nie stanie. Opierał się, opierał, aż zmiękł. Prowadzę go tedy do nas i mówię chłopcom:
- Jednego już wziąłem do niewoli. Dwóch go będzie trzymało, a trzeci idzie ze mną.
Chłop wydzierał się, ale nie dał rady. Idę tedy ze Ślimakiem i zaczynamy po cichu wyprowadzać konie. Ułani musieli dobrze się rozamorować, a pewnie i zmęczeni byli, bo nikt nam jakoś w drogę nie wszedł.
Zabraliśmy więc pięć koni, tych najlepszych, oficerskich, przyprowadzamy do nas.
Ułan, cośmy go do niewoli wzięli, zzieleniał. A my nic. Zostawiliśmy konie Cynamonerowi i wracamy do wsi. Włażę do jednej sieni. Słucham. Wszystko śpi. Z dziesięciu chłopów leżało na podłodze, z ośmiu na ławach i na stołach. Komenderuję: "Nieprzyjaciel na wprost, celownik zwykły, zabierać paski od spodni". Naliczyliśmy szesnaście pasków. Myślę sobie "za mato". Posyłam więc Cynamonera i każę mu przynieść jeszcze z dziesięć. Czekamy, czekamy. Cynamonera nie widać. Około jakiej trzeciej w nocy Cynamoner nadszedł, ale przyniósł nie dziesięć pasków, a trzydzieści.
Pocałowałem go ze wzruszenia i mówię:
- Żołnierze! Od waszych wysiłków zależy honor piechoty! Zemsta się udała, jutro ze wsi wyjedzie pluton ułanów bez spodni. Tak im dopomóż Bóg!
Wszyscy w śmiech, ale widzę, że zaczyna świtać i może być źle, więc wydaję rozkaz powrotu. A tu tymczasem we wsi zaczął się ruch. O! - myślę sobie - może być źle.
- Pal sześć konie i ułana - mówię - idziemy do kompanii. I to jak najprędzej.
Zostawiliśmy konie z ułanem i w nogi, bo od strony wsi ukazali się ludzie na koniach. Zdążyłem jeszcze wrócić i zabrać ułanowi pasek od spodni, a potem uciekaliśmy, ile nam sił starczyło. Przybiegliśmy do kompanii i udajemy, że śpimy. Każdy trzyma swoją część zdobycznych pasków i ledwie nie prychamy ze śmiechu na myśl, jak to wyglądają ułani w opadających spodniach.
Tymczasem wpada do nas konno jakiś rotmistrz z wachmistrzem i trzema ułanami, wali wprost do pana porucznika i tu zaczyna się granda.
Słyszymy tylko, jak rotmistrz opowiada, że ułani nie mogą wyjść z chałup.
- Nie trza było się do chałup pchać - mówię szeptem Ślimakowi.
Aż tu jakby mnie kto zimną wodą oblał, słyszę donośny głos pana porucznika.
- Kapral Piętka!
A za nim pan sierżant woła tak samo, i plutonowy, i prowiantowy, a podchorąży mało nie skacze z radości i drze się.
- Kapral Piętka!
Walę więc do porucznika i melduję się, jako że całą noc spałem i nic o niczym nie wiem.
No, ale porucznik nasz też morus, nie da się nabić w butelkę, powiada mi więc:
- Słuchajcie Piętka. Jeśli nie oddacie w tej chwili pasków, to wam taką łaźnię sprawię, że się w lustrze nie poznacie. Ja wam tu dam bałagan urządzać. Wstyd mi tylko robicie, szlag by was trafił. I to w dodatku stary żołnierz, piechur. Gdzie są paski, co?
- Tu - myślę sobie - nie dam rady. Opowiadam więc wszystko, jak i co było i dlaczego tak zrobiłem, a paski, mówię, są do wzięcia. Oddaliśmy paski, a pan porucznik robi groźną minę.
- Słuchajcie Piętka! Wasze szczęście, że przyszedł papier z l Dywizji, żeby was tam odesłać z powrotem, bo jak mi Bóg miły, źle by z wami było. Taką bym wam szkołę dat, jakiej sam Durski dać nie potrafi. Kompromitujecie cały pułk swoimi kawałami, piorun by was austriacki trafił. Zrozumiano?
- Rozkaz panie poruczniku! Jutro mnie trafi, ale dziś to wolę wrócić do pułku!
I na tym się skończyło. Całe szczęście tylko, że to nie doszło do pana kapitana, bo naprawdę mogło być źle. No, ale tymczasem mam dokument podróżny i - serwus oberwus.
Cynamoner płacze, ale trudno. Już wolę tam l Dywizję. Bądźcie zdrowi i trzymajcie się powietrza.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM