Samobójca

Autorem utworu jest Jan Brzechwa

Pan Komisarz był nie w humorze. Robota mu się jakoś nie kleiła, spraw miał więcej niż kiedykolwiek, a tu jak na złość pomocnik zachorował, a dwaj pisarze, którzy mu do pomocy zostali, dziwnym zbiegiem okoliczności obydwaj byli ułomni i w niczym nie mogli go zastąpić.
Z przemęczenia nad prawym okiem coś mu zaczęło skakać i to go jeszcze bardziej denerwowało. Czuł, że ktokolwiek się teraz zjawi, będzie jego kozłem ofiarnym. Gniewało go, że na taki upał i w dodatku w sarno południe musi siedzieć w biurze. Muchy, rozzuchwalone i natrętne do ostateczności, siadały bezustannie na jego spoconym czole i ciągłe opędzanie się od nich nużyło go i doprowadzało wprost do obłędu.
Pan Komisarz był szanowany w całym powiecie za swoją stanowczoŚĆ i pracowitość, uchodził nadto za człowieka bardzo zdolnego i sumiennego, wiedziano więc powszechnie, że każdy, kto nabroi, będzie miał ciężki orzech do zgryzienia. Pan Komisarz był surowy i nikomu nie przebaczał. W chwili, gdy właśnie z wściekłością zabił trzy muchy naraz, drzwi się otworzyły i nieśmiało, kłaniając się do ziemi, weszła gromada chłopów z sołtysem na czele.
Komisarz zmarszczył brwi i krótko spytał:
- Znowu bójka?
- Oj, gdyby to bójka, panie Komisarzu - rzekł sołtys - ale to gorzej, wiele gorzej.
- Co się stało? Gadać prędzej!
Chłopi zaczęli mówić wszyscy razem, przerywając sobie wzajemnIe, słychać było tylko powtarzane co dwa wyrazy "proszę łaski pana", poza tym był jakiś galimatias, z którego nic nie można było zrozumieć.
Komisarz jeszcze bardziej zmarszczył brwi, podniósł się z krzesła, i zmierzywszy czarne twarze przybyszów, rzekł tonem, cechującym byłego podoficera:
- Milczeć! Ani słowa więcej!
Gromada ucichła natychmiast i spoglądała nieśmiało na groźnego Komisarza.
- Sołtys niech wszystko opowie - rzekł ten ostatni - ale prędko i dokładnie, bo nie mam czasu.
Sołtys zbliżył się do stołu i jąkając się, począł opowiadać o tym, że znany w całej wsi z uczciwości najzamożniejszy chłop, Tryfon, powiesił się w lesie tuż przy drodze. Włościanie idący z młyna spostrzegli go i wyjęli ze stryczka.
Komisarz pomyślał i zapytał groźnie:
- Czy sołtys też był przy tym?
- A byłem proszę łaski pana Komisarza!
- To sołtys nie wie, że nie wolno go było ruszać przed przybyciem władz? Co? Jakeście śmieli go ruszać? Ja was nauczę, chamy, co to jest rządzenie się na własną rękę, zanim przybyłem ja i sędzia śledczy.
Sołtys będzie siedział w kozie. Zrozumiano? A teraz możecie wyjść.
Za godzinę przyjadę na miejsce wypadku.
Zadowolony z rozstrzygnięcia i załatwienia sprawy, pan Komisarz powoli zaczął szykować się do drogi. Był nawet zadowolony, ze mu wypadła przejażdżka. Do wsi prowadziła droga leśna i przedsmak miłego chłodu w cieniu drzew mile zachęcał pana Komisarza.
Kazał zakładać konie na godzinę drugą, a tymczasem poszedł do domu na obiad, który mu codziennie przygotowywała stróżka. Podjadłszy sobie nieco, codziennym zwyczajem przespał się pół godzinki i jeszcze bardziej spocony niż przedtem, wrócił do biura. Konie zaprzężone stały już na dziedzińcu, a stangret zaczynał się niecierpliwić. Pan Komisarz siadł do wolantu i konie ruszyły.
Polska droga, usiana wybojami, nie była zbyt przyjemna dla podrÓŻowania rozklekotanym wolantem, ale pan Komisarz zdawał się nie spostrzegać tego. Był rad, że oderwał się od biurka i od papierów, których już nie miał cierpliwości czytać. Konie biegły kłusem i w niespełna godzinę ukazała się za zakrętem malownicza wioska.
Pan Komisarz z daleka zauważył przed karczmą grupę ludzi żywo nad czymś rozprawiających. Gdy zrównał się z nimi, poznał tych, którzy byli u niego z rana, kazał więc stangretowi stanąć i zbliżył się do nich...
Wszyscy najwidoczniej byli mocno wstawieni. Sołtys ledwo trzymał się na nogach..
- Gdzie jest nieboszczyk? - zapytał Komisarz.
- Wisi, proszę łaski pana...
- Jak to wisi? Przecież mówiliście, żeście go zdjęli?...
- Zdjęliśmy, ale pan Komisarz tak się o to na nas zgniewał, żeśmy go powiesili z powrotem...
Pan Komisarz znow Się zIrytował:.
- Powariowaliście, do licha, czy co? Skoroście już go zdjęh, trzeba było dać spokój. Nie mogliście zaczekać na mnie?!..
Chłopi spojrzeli po sobie ze zdumieniem. Wszyscy naraz umilkli.
Wreszcie jeden, kiwając smętnie głową, rzekł półgłosem:
- Pan Komisarz się gniewał, tośmy go powiesili. A szkoda chłopa; tak prosił, tak prosił, żeby go drugi raz nie wieszać. Płakał, że chce żyć.
No, ale kto by się był spodziewał. Chcieliśmy panu Komisarzowi dogodzić.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM