Symfonia wielkomiejska

Autorem wiersza jest Jan Brzechwa

Mieszkam w domu, który stanowi część czworoboku zamkniętego czterema ulicami. To kamienne pudło jest tak bajecznie akustyczne, że żadna z sal teatrainych nie dorasta mu nawet do pięt. Przez otwarte okna słyszę najpoufniejsze szepty moich sąsiadów. Budowniczowie opery mogłiby się tutaj uczyć zasad akustyki.
Wewnątrz czworoboku znajduje się ogromny majdan. Jego przestrzeń wystarczyłaby Fordowi do nakręcenia Krzyżaków. Zresztą gdyby miała się tu rozegrać bitwa grunwaldzka, hałas nie byłby większy aniżeli ten, który towarzyszy normalnemu życiu mieszkańców naszego czworoboku.
O trzeciej nad ranem rozlega się donośne pianie koguta. Dawniej było ich siedem. Piały od świtu do nocy i doprowadzały ludzi do białej gorączki. Teraz został tylko jeden. Do jednego nie można mieć pretensji. Taki sielski akcent w życiu wielkiego miasta ma nawet swoisty urok. Kogut jest samotny, toteż od czasu do czasu wychodzę na balkon i w miarę moich skromnych umiejętności odpowiadam mu wzajemnnym pianiem. Kogutowi także potrzebne są bodźce.
Obudzone gospodynie zabierają się żwawo do trzepania. Na dziedzińcu mamy cztery trzepaki, i ten kwartet stawia na nogi ospałych lokatorów. Gospodynie, jak widać, są niewierzące: nie wierzą w elektroluks. Nie można mieć do nich o to pretensji. Wiekowe zacofanie naszego kraju i tu znajduje swój wyraz.
Odgłosy trzepania to sygnał poranny dla naszych dziatek. Tabunami wybiegają z mieszkań i przystępują do swoich codziennych zabaw. Niegdyś poszczególne domy miały osobne dziedzińce, ogrodzone siatkami i płotami, ale w ogniu zaciętych walk klasowych przegrody padły. Mówiąc o walkach klasowych mam na myśli dzieci z niższych i wyższych klas. Dzieci nie tworzą jakiejś republiki podwórzowej czy państwa króla Maciusia I. Zabawiają się raczej żywiołowo, to znaczy - jak najgłośniej.
Nie można mieć do nich o to pretensji. Młode głosy lubią się rozlegać. Są to bardzo miłe i grzeczne dzieci. Nie żadni chuligani. Większość z nich znam osohlście albo z widzenia. Co prawda jeden z chłopców wybił okienko w moim garażu i wrzucił do środka płonącą żagiew. Ale nie bądźmy małostkowi. Żagiew sama zgasła, auto się nie zapaliło i benzyna nie wybuchła. Poza tym wszystko odbywa się zgodnie z chłopackim prawem, które sformułował Tuwim. A więc do nikogo nie można mieć pretensji.
Pod oknami bawią się również maluchy. Matki mogą ich doglądać nie odrywając się od swoich zajęć. Toteż na odległość odbywają się mniej więcej takie dialogi i konwersacje:
- Ma-mo! Czy gąsienica ma ogon?
- Jureczku! Odejdź od śmietnika!
- Ma-mo! Wacek liże szkło!
- Zosiu! Czy ci nie zimno?
- Ma-mo! On mnie bije!
- Co, Jureczku?
- Ma-mo!
Kto inny mógłby mieć pretensje o te hałaśliwe kontakty rodzinne, ale nie ja.
Tymczasem z innego okna rozlega się terkot karabinu maszynowego. To czyjeś wprawne ręce piszą na maszynie. I dziwna rzecz. Maszyny do pisania mają kogucie właściwości. Gdy zacznie terkotać jedna, po chwili odpowiada jej druga, potem trzecia.
Na połączonych podwórzach stacjonują cztery samochody i trzy motocykle, które teraz właśnie wkraczają na arenę. Warkot silników bierze udział w ogólnym koncercie.
Kilka radioodbiorników gra równocześnie, każdy nastawiony na inną stację.
Nie można mieć o to do nikogo pretensji. Zresztą ja także lubię słuchać radia.
W sieni domu, na parterze zainstalowany jest wspólny telefon. Lokatorów wzywa się do telefonu sposobem uproszczonym. Znaczy to, że woła się ich z dołu:
- Krysia! Krysia!
Krysia jest młoda i ładna, toteż telefonują do niej co pięć minut, i co pięć minut słyszę uporczywe wołania:
- Krysia! Krysia!
Czy można mieć o to pretensję? Sam chętnie bym do niej telefonował. Młoda. I ładna.
Gdy pora obiadowa przynosi pewne uspokojenie od strony podwórka, od ulicy nadciągają gromady sztubaków z dwóch pobliskich szkół. Tak zapewne wyglądał przemarsz wojsk króla Kserksesa opisany przez Herodota. Tylko że perscy wojownicy nie znali jeszcze kalichlorku.
Ale zanim zdążyłem pomyśleć o Herodocie, nad moją głową rozlega się głos postępu technicznego. To miarowo dudni pralka elektryczna.
Zastanawiam się, czy nie dałoby się hałasów domowych ująć w jakieś ramy organizacyjne, jakoś to wszystko zaplanować, żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzać.
A więc:
O świcie wszyscy lokatorzy pieją, od ósmej do dziewiątej wszyscy trzopią, od dziewiątej do dziesiątej wszyscy piszą na maszynie, od dziesiątej do dwunastej wszyscy rozmawiają przez okna, potem wszyscy słuchają radia, następnie telefonują do Krysi, wreszcie wszyscy piorą. W nocy - relaks.
Tymczasem zażywam kolejny proszek od bólu główy. Druga zmiana uczniowska przechadzi jak huragan pad moim oknem w drodze do szkoły.
Zaczynają pracować telewizory. Świąteczne porządki. Kalichlorek. Na dachu mojego garażu Zbyszko z Bogdańca triumfalnie rozbija butelkę.
O pracy nie ma mowy. A szkoda. Właśnie miałem zamiar napisać najbardziej sensacyjny romans piętnastolecia: on - Żiwago, ona - Lolita.
Nic z tego. Idę spać. Nad głową huczy pralka elektryczna.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM