Wielki Aleksander Gordon

Autorem wiersza jest Jan Brzechwa

oddalonego pokoju, przez otwarte okna, dobiegała gra Ewy. Na ulicy przechodnie zatrzymywali się, zapominali przez chwilę o powszedniej konieczności pośpiechu i oddawali się skradzionemu próżniactwu, żeby posłuchać chociażby strzępów rozbrzmiewającej muzyki. Naturalność gry Ewy sprawiała wrażenie improwizacji. Na pierwszy plan wybijała się melodia żywa i bujna, mieniąca się szeroką gamą najsubtelniejszych cieniowań. Ale niewidzialna pianistka urzekała też ulicznych melomanów plastycznością polifonii. Pod jej palcami Chopinowska Barkarola tchnęła żarem południowego nieba i chłodem wodnych przestrzeni, włoski romantyzm łączył się z czysto polskim liryzmem. Fortepian zdawało się nie grał, lecz śpiewał, zwłaszcza w partiach kantylenowych. W pewnej chwili, gdy przebrzmiała środkowa część Ballady g-moll, Gordon, który nigdy nie mógł słuchać jej bez głębokiego wzruszenia, wychylił ostatni łyk kawy i wszedł do pokoju Ewy.
Stojąc w drzwiach, głosem patetycznym, jakby ze swojej ostatniej wyuczonej roli, zawołał:
- Ewo, jesteś genialna! Zagrałaś to wspaniale, nadzwyczajnie, fantastycznie! Styszałem Paderewskiego w Paryżu, cała sala wstała z miejsc, stałem ja i król belgijski, ale Paderewski w porównaniu z tobą to partacz. Przysięgam na Szekspira! Niech będę statystą w prowincjonalnym teatrze, jeśli na konkursie nie zdobędziesz pierwszej nagrody. Przepowiadam ci światową sławę, a ja znam się na sławie i potrafię na nią polować jak myśliwy na kuropatwę. Możesz mi zaufać, uczynię z ciebie gwiazdę pierwszej wielkości.
Mówiąc to pocałował ją w czoło tkliwie, niemal z namaszczeniem.
- Cóż za skłonność do przesady - powiedziała Ewa przebierając palcami po klawiaturze. - Jesteś niepoprawnym entuzjastą. Ale na tym właśnie polega cały twój uzok. Chciałabym wyróżnić się na konkursie, żeby ci nie sprawić zawodu. Wiesz chyba, że na nikim tak mi nie zależy, jak na tobie. Inni mnie nie obchodzą. Chociaż... skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie pragnę odnieść sukcesu.
- Musisz! Wierzę w twój talent.
- Kobiety na ogół nie są żądne sławy. Ale tyś mi zaszczepił ten bakcyl, przyznaję.
- Czeka cię wytężona praca. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jakiego samozaparcia wymaga kariera artysty. Wszyscy sądzą, że nasze życie składa się z samych blasków, oklasków i francuskiego koniaku, że sukcesy spadają na nas lekko jak barwne confetti. Ale ty widzisz, iIe wysiłku kosztuje mnie każda rola, ty wiesz.
- Mam przed sobą jeszcze pół roku. Ćwiczę przecież od rana do nocy. Jestem wytrwała i uparta.
- Wzięłaś to po mnie. Dlatego też dziwi mnie, że od pewnego czasu nie nazywasz mnie ojcem. Czy sądzisz, że tego nie zauważyłem? Nie, Ewo, to nie jest w porządku. Przyznasz chyba, że traktuję cię jak rodzoną córkę, jeśli nie lepiej.
- Córkę, córkę - rzuciła Ewa tonem rozdrażnionym, z domieszką goryczy. - Jesteś despotyczny, samowładny jak faraon, co jeszcze byłoby do zniesienia. Ale ty jesteś gromowładny jak Zeus. Wielki Aleksander Gordon! A ja lubię cię - dodała z przekornym uśmiechem - kiedy jesteś rozczarowany, zmęczony, lubię twoje chwile słabości. Wtedy stajesz się bardziej ludzki, mniej patetyczny. I masz w sobie bezradność małego chłopca. Takim cię lubię najbardziej. Teraz już wiesz?
- A ja Iubię, gdy jesteś pogodna, wesoła i mniej uszczypliwa. Masz nazywać mnie ojcem. Żądam tego!
- Odezwał się Zeus rozkazodawca! - zawołała Ewa i uderzyła w klawisze, wydobywając z nich kilka taktów zgiełkliwej Wagnerowskiej uwertury.
- Nie mam ochoty na sprzeczki. Wyjdziesz z nastroju i gorzej pójdzie ci praca. Żegnam cię patetycznie, despotycznie i jak tam jeszcze? Aha - gromowładnie. Idę na próbę. Gdybym się spóźnił - nie czekaj z obiadem.
- Znowu mnie opuszczasz, mój Koriolanie!
- Ojcze! Masz mówić do mnie: ojczel Jesteś krnąbrna i niepoprawna.
Gordon zszedł do podziemnego garażu, wyprowadził swego peugeota i pojechał do miasta. Zajmował z Ewą obszerną, odosobnioną willę na mokotowskiej skarpie, z ogródkiem pełnym bzów I tultpanów, ale szczególną chlubę ich obojga stanowiło jedno drzewko, które późną jesienią obsypane było zachwycającą czerwienią rajskich jabłuszek.
Wielki Aleksander Gordon!
Tak, Ewa miała słuszność nazywając go wielkim. Któż z ludzi starszych nie pamięta jego dawnych głośnych kreacji. W roli Edypa wywoływał płacz na widowni, Zasłynął jako król Lear, Uriel Akosta, Natan Mędrzec. O jego aktorshwie pisano monografie, Porównywano go z Królikowskim, Kaczałowem, Garrickiem. Gordon Craig, który przed wojną specjalnie przyjechał do Paryża na jego gościnny występ w roli Don Salustia, wpadł za kulisy, ukląkł i rzekł z emfazą:
- Gordon składa hołd Gordonowi.
Królowa rumuńska podczas swego pobytu w Warszawie, natychmiast po przyjeździe, wyraziła życzenie obejrzenia Gordona na scenie. Tego dnia grano "Ryszarda II". Królowa zaprosiła Gordona do swojej loży i ofiarowała mu zdjęty z palca pierścień z brylantem. Był to pierścień zaręczynowy od króla Ferdynanda. Opowiadano później o nieopanowanym wybuchu gniewu królewskiego małżonka podczas przyjęcia w Belwederze.
Działo się to przed wielu laty. Ten drobny incydent nabrał rozgłosu. W prasie zagranicznej pisano, że w całej tej historii Gordon zachował się jak król, a król jak prowincjonalny aktor.
W istocie, był to człowiek pozbawiony płytkiego snobizmu, żywił wstręt do tak często spotykanej w sferach teatralnych małostkowości i kabotyństwa. Żył postaciami, w które się wcielał, aż sam stał się postacią z wielkiego repertuaru życia. Umiał być wyrozumiały dla ludzkich ułomności i słabostek, do kolegbw odnosił się życzliwie, a w przyjaźni okazywał szczodrobliwość uczuć, której wielu chętnie nadużywało, poczytując ją za słabość.
Gordon nie pysznił się swoją wielkością, nie wywyższał się, był skromny i nigdy nie miał pewności sukcesu. Nie szukał sławy - sama do niego przyszła. Wiedział tylko, że zawód artysty wymaga nieustannego doskonalenia środków wyrazu, szlifowania rzemiosła, zmagania się z samym sobą, ze skostnieniem warsztatu, z ograniczoną możliwością poznania tego, co w sztuce jest niepoznawalne i wymyka się spod kontroli racjonalnego myślenia. Dlatego też praca jego wykraczała daleko poza obszar wyznaczonych mu ról. Studiował historyczne źyciorysy odtwarzanych postaci, obyczaje ich czasów, tło społeczne i polityczne, sfarał się poznać cały podskórny nurt, który uzasadniał ludzkie postępowanie. Zgłębiał charaktery, psychologiczne pobudki działania bohaterbw sztuki, klimat epoki i jej wpływ na przebieg wydarzeń. Był żywą encyklopedią wiedzy o teatrze, znał wszystkie jego tajemnice.
Nie odczuwał głodu zaszczytów i może właśnie dlatego los mu ich nie poskąpił. Wiele mówiono o jego zarobkach, o jego zamożności, chociaż on sam do spraw materialnych nie przywiązywał wagi. Był bożyszczem tłumów. Egzaltowane wielbicielki nachodziły go za kulisami, mógł sięgnąć po każdą, ale nie zależało mu na łatwej zdobyczy, na przelotnych przygodach. Pragnął w życiu tylko jednego: prostej, prawdziwej miłości. I tej właśnle nie miał. Tak mu się przynajmniej zdawało. Chciał być kochany nie dla swojej sławy i talentu, ale jak zwykły pierwszy lepszy mężczyzna. Jego niepospolitość fałszowała obraz rzeczywistych uczuć kobiet. Przekonywał się o tym niejednokrotnie i zawsze za późno. Był człowiekiem wielkich pasji. Ta pasja przenikała jego kreacje sceniczne, porywała widzów, ale nigdy nie udało mu się obudzić równie wielkich uczuć w żadnej kobiecie, którą kochał. Nie znalazł dotąd ani jednej godnej partnerki do odegrania tej najważniejszej roli w teatrze jego własnego życia. Szukał szekspirowskiej bohaterki, a znajdował subretki z wodewilu. Nie od razu poznał tę gorzką prawdę. Był ufny i wielkodnszny w miłości, mierzył wszystko miarą własnego serca.
Największy jego romans trwał pięć lat. Kobieta, którą kochał płomiennie i wiernie, porzuciła go bez powodu. W światowym repertuarze dramatycznym Gordon nie spotkał się z czymś podobnym. Powiedaiała pewnego dnia podczas obiadu, tak swobodnie, jakby chodziło o zmianę kapelusza:
- Wiesz, Al, postanowiłam od ciebie odejść. Dłużej już nie wytrzymam.
Gordon osłupiał.
- Nikt inny nie wchodzi w grę, przysięgam. Jesteś nadzwyczajny, wspaniały, będę cię podziwiała do końca życia. Ale na to, żeby żyć z mężczyzną, trzeba go po prostu kochać. Nie przerywaj mi. Wiem, że sprawiam ci ból, a samą siebie ośmieszam mówiąc tak po pięciu latach. Poniosła mnie egzaltacja i głupota. Wmawiałam w siebie, że jestem w tobie zakochana. A ty byłeś zawsze taki delikatny, wrażliwy. Myślałam, że coś się we mnie z czasem odmieni. Ale teraz wszystko mnie drażni. I ta twoja wieczna pogoda, i uległość, i nieustanna chęć dogodzenia mi... Nie mogę tego znieść. Rozumiesz? Nie mogę! Wybacz, mówię to, co czuję. Nie wytrzymam już dłużej ani jednego dnia. Choćbyś mnie zabił. Ja naprawdę próbowałam się przemóc. Nie zgodziłam się na małżeństwo dlatego, że cię nie kochałam. To znaczy, nie kochałam aż tak, żeby spalić za sobą mosty. Początkowo nie umniałam ci się oprzeć, nie miałam dość siły. Spadłeś na mnie jak Zeus na Ledę, przytłoczyłeś mnie. A ja jestem zwykłą, mało skomplikowaną kobietą, nie mam sił do dźwigania twojego nieba. Nie urodziłam się Kariatydą. Wypuść mnie ze swojej niewoli. Chcę i muszę od ciebie odejść, chcę ratować przed tobą resztki mojego życia.
Po wysłuchaniu tego monologu Gordon przez chwilę milczał z zaciśniętą krtanią. Ziemia usuwała mu się spod nóg. Każde słowo Leny miażdżyło go, znieważało, zadawało śmiertelne rany. Ale nie dał tego po sobie poznać. Był pomimo wszystko i w każdej sytuacji wielkim aktorem. Opanował się, wstał od stołu i rzekł głosem, który widzów tej sceny mógłby przejąć dreszczem:
- Wszystko rozumiem. Tak, teraz wszystko rozumiem. Oczywiście. Na dwa dni wyjadę z Warszawy, żebyś miała czas na rozważenie swojej decyzji, a jeśli będziesz przy niej trwała - na wprowadzenie jej w czyn. W każdym razie wszystko, co znajduje się w tym domu, należy do ciebie. Pieniądze są w lewej szufladzie biurka. Możesz nimi dowolnie dysponować. Żegnam cię... Bądź zdrowa.
Gordon rolę tę odegrał nieporównanie. Był wspaniałomyślny, pełen godności i w miarę tragiczny. Tak jak zapowiedział - wyjechał do Kazimierza, a kiedy wrócił, Leny już nie zastał. Przez długi czas nie mógł odzyskać równowagi. Zaczął pić, noce spędzał w knajpach z przygodnymi kompanami, spóźniał się na próby, odrzucał role.
Okres ten nazwał póżniej żartobliwie cytrynowym okresem swojego życia. Wynikało to stąd, że co wieczór w Klubie Aktora wypijał pół litra jarzębiaku pod cytrynę pokrajaną w plasterki i posypaną cukrem. Różni naciągacze spośród aktorskiego paspólstwa czyhali na niego. Gdy tylko wchodził do Klubu, jakaś postać zrywała się od stolika:
- Mistrzu, czy nie mógłby pan pożyczyć mi stówy?
Filmowiec Krummel, autor niezłych krótkometrażówek, o którego względy zabiegały młode aktorki, pewnego wieczoru ustrzelił Gordona w szatni. Działał przez zaskoczenie, gdyż znali się raczej przelotnie.
- Mistrzu, musi mi pan pożyczyć dwa tysiące.
Gordon, obezwładniony tupetem tego człowieka, sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął dwie pięćsetki.
- Proszę... Nie mam więcej przy sobie.
Po trzech dniach w teatrze wezwano Gordona do telefonu. Mówił Krummel:
- Mistrzu, mam u pana tysiąc złotych... Kiedy mógłbym je dostać? Potrzeba mi do zarżnięcia. I tym razem Gordon dał się sterroryzować bezczelnością filmowca.
- Tak... no dobrze... Zostawię w kopercie u portiera.
Przy jego stoliku w Klubie przewijali się wykolejeni aktorzy, grafomani, drugorzędni malarze, poszukujący fundatora. A później licytowali się między sobą, który z nich celniej go "przygordonił".
Cytrynowy okres trwał przeszło pół roku. Ale Melpomena czuwała nad swoim wybrańcem. Powołanie artysty okazało się silniejsze niż rozpacz porzuconego kochanka. Wielki Gordon w sztuce znalazł ukojenie i grając Otella budził taką grozę, że młoda aktorka, występująca w roli Desdemony, zemdlała na scenie z przerażenia.
Lena po upływie roku wyszła za mąż za podrzędnego rzeźbiarza, który ją maltretował i bijał po pijanemu. Gordon raz tylko widział ją przelotnie w kawiarni. Z wolna oddalała się z jego pamięci. Podczas wojny Niemcy wywieźli Lenę na roboty do Drezna, gdzie zginęła podczas dywanowego bombardowania tego miasta przez alianckie samoloty. Na wieść o tym Gordon z zawstydzeniem pomyślał, że gdyby Lena umarła wtedy, kiedy była z nim, cierpiałby mniej niż wskutek bólu, który mu zadała opuszczając go tak bezlitośnie. Natychmiast jednak zdał sobie sprawę, że jej śmierć odczuwał jak czasową tylko nieobecność. Aktor, który dziesiątki razy umierał na scenie, nie umiał ogarnąć świadomością całej prawdy o istocie śmierci, o stanie absolutnego nieistnienia. Czy zresztą samo słowo "stan" nie niweluje w jakimś sensie tego pojęcia?
Ale sprawa z Leną nie oznaczała tylko jednorazowej klęski. Miała dla Gordona znaczenie o wiele głębsze, gdyż obnażyła w całej ostrości właściwy dramat jego życia. On, który dawał ludziom nieprzemijające wzruszenia, który umiał z genialną rozrzutnością pokazywać wielkie namiętności i uczucia, sam żył jak potępieniec, nieustannie łaknący i spragniony miłości. Dopiero Lena sprawiła, że uświadomił sobie w pełni tę fatalną prawdę. Nie kochała go żadna kobieta pomimo wszelkich zalet męskiej urady i charakteru. W chwilach rozczarowań zastanawiał się nad sobą, prowadził, jak na aktora przystało, patetyczny monolog wewnętrzny:
- Czego mi brak? Na czym polega moja ułomność? Jakie cechy trzeba posiadać, żeby zyskać uczucie kobiety? Może jestem za mało męski? Nie, nic podobnego! Może nudny? Przeciwnie. Wszyscy są zdania, że jestem interesujący w rozmowie, atrakcyjny, błyskotliwy. Mówili mi to mężczyźni, przyjaciele, osoby obce. Kobieiy, z którymi mnie nic nie łączyło, zachwycały się moim sposobem bycia, galanterią, taktem towarzyskim. Talent, inteligencja? Czyżby to miało obezwładniać kobiece serca? Do licha, jestem za mało obłudny, nie dość brutalny. One lubią mężczyzn samolubnych i bezwzględnych. Tego im potrzeba. Gdybym był kompletnym zerem jak mąż Leny, gdybym nią poniewierał jak on, wtedy kochałaby mnie na pewno. Czernic, ten kiepski aktorzyna, wiecznie cuchnący potem, miał żonę, która go ubóstwiała, a kiedy ją porzucił - odebrała sobie życie. Oto zawiłe tajemnice psychiki ludzkiej. Wiemy, kogo kochał Mickiewicz, ale gdzież te kobiety, które uszczęśliwiły go swoją miłością? Kleopatra nie kochała Cezara. Napoleon władał kobietami, ale nie zdobywał ich serc. Alojzja wzgardziła Mozartem. Żona Wiktora Hugo, tego genialnego, subtelnego poety, wolała abnegata Sainte-Beuve`a. Natalia nie kochała Puszkvna, skoro potrafiła przeboleć jego śmierć. Geniusz paraliżuje małe duszyczki. Geniusz nadaje się tylko do uwielbiania z daleka. Oto nędza wielkości! "Romea i Julię", "Panią Bovary`, "Czerwone i czarne", "Cierpienia młodego Wertera" mogli napisać tylko ludzie, którym poskąpiono w życiu miłości, a byli jej spragnieni tak jak ja. Tylko pospolitość nie paraliżuje wyobraźni erotycznej kobiet. Potrzebny jest im byle kto, żeby mogły nad nim górować. Dopiero wtedy ubożuchna szczodrobliwość serca zaspokaja ich próżność. Dopiero wtedy są zdolne pokochać. Dlatego tacy jak ja muszą ponosić porażki.
W pamięci Gordona przesuwały się różne postacie i twarze - teatr cieni. Zawsze, ilekroć ponawiał próby obudzenia w kobiecie upragnionego uczucia, przekonywał się poniewczasie, że była to jeszcze jedna bezwartościowa miłostka, po której zostawał niesmak i pustka.
Upływały lata, dziesiątki lat, a on był wciąż niekochany. I ten niezaspokojany głód miłości dodawał tragizmu jego szekspirowskim kreacjom. Sława Gordona rosła, ale malała szansa na osiągnięcie osobistego szczęścia. Był pasierbem losu i życie przebiegało mu pomiędzy aplauzem widowni a samotnością mrocznego gabinetu, gdzie książki piętrzyły się do sufitu.
I jeszcze to ostatnie rozczarowanie z Izoldą. Ta banalna i bezsensowna historia w stylu brukowej powieści.
Właśnie wtedy na horyzoncie pojawiła się Ewa. Jemu miała wszystko do zawdzięczenia. Ale i on jej również. Dla niego grała ulubioną Balladę g-moll, dla niego pragnęła zdobyć laur na Kounkursie Chopinowskim, dla niego starała się stworzyć w domu atmosferę ciepła i spokoju. Oboje lubili swoje "angielskie wieczory", kiedy Gordon recytował wiersze Poego, Burnsa, Keatsa.
Gordonowie wywodzili się ze Szkocji. Pradziad Aleksandra, mistrz, który posiadał sekret produkcji porcelany, uległ namowom Staszica i wbrew zakazowi władz wymknął się potajemnle z Anglii, aby osiedlić się w Polsce, gdzie założył pierwszą fabrykę wyrobów porcelanowych. Upływ lat, biedbalstwo spadkobierców, kolejne pożary unicestwiły jego dzieło. W rodzinie pozostał tylko kult dla języka przodków, który pielęgnowano jak rodowy klejnot.
Ewa była urodzoną pianistką. Jej fenomenalna muzykalność wprawiała w podziw. Od dziewięciu lat nie rozstawała się z fortepianem. Olśniewała tałentem, wrażliwością, wyczuciem stylów, wirtuozerią. Rok spędziła na studiach pianistycznych w Anglii. Gordon chciał, aby poznała kolebkę jego rodu, a równocześnie udoskonaliła swą angielszczyznę.
Upajali się muzyką i poezją, żyli teatrem i pracą, mieli wspólne upodobania, przylegali do siebie jak pierścień do palca.
Przygoda z Ewą stała się w życiu Gordona początkiem nowej ery.



2

W bufecie teatralnym unosił się odór bigosu i piwa. Przy jednym ze stolików siedziała grupa aktorów i omawiała przykry incydent z dnia poprzedniego. Podczas szkolnego przedstawienia "Zemsty" chłopcy strzelali z procy gwoździami w Rejenta i Dyndalskiego.
- Czołem, koledzy! - zawołał Gordon od progu i jego potężna, masywna postać przysłoniła połowę niewielkiej salki.
- Witamy mistrza - odezwała się nieśmiałym głosem Desdemona.
- Mówiłem ci, mała, że nie lubię, kiedy tak do mnie się zwracasz. Czy chcesz, żebym cię naprawdę udusił na scenie?
- O, nasz Otello jest dziś nie w humorze - powiedział Czernic i zachichotał śmiechem, który przypominał skrzypienie szafy.
- Przeciwnie - rzekł Gordon. - Czuję się zadowolony i szczęśliwy. Zwłaszcza kiedy widzę takie śliczne dziewczęta. Pozwolisz, Haneczko, że usiądę przy tobie. Co z próbą?
- Odwołana. Irena ma grypę. Dzisiaj gramy Brechta. Cały repertuar przewrócony do góry nogami.
- Wobec tego mam wolny wieczór. Pójdę z Ewą do Filharmonii. Powiadam wam, jak ta dziewczyna gra! Co za talent! W poniedziałek zapraszam was do siebie. Urządzę jej mały prywatny recital.
- A będzie koniak? - zapytał Czernic i głupio zarechotał.
- Będzie. Ale dopiero po recitatu. Zacząłbyś skrzeczeć, a Chopin tego nie lubi. Zresztą ja również. Za łatwo się wstawiasz i w dodatku nieefektownie.
- A wie pan, że dyrektor ma zamiar odwołać przedstawienia szkolne? - rzekła Desdemona.
- To niesłuszne - powiedział Gordon. Potępiam oczywiście strzelanie z procy do aktorów, ale pomyślmy, jak zapobiec takim wybrykom. "Zemsta", Fredro - klasyk - bardzo pięknie. Może jednak sztuka ta nie trafia do młodocianej widowni? Istota sporu o mur graniczny, sam problem, jest dla nich najzupełniej obcy. A do zrozumienia materii literackiej, do zrozumienia istotnego piękna Fredrowskiego dzieła smarkateria jeszcze nie dojrzała. Boy już dawno przewidział, jak będzie odbierana "Zemsta" w czasach, kiedy na widowni zasiadają dzieci i wnuki Fredrowskich murarzy, a konflikt sąsiedzki dwóch nie istniejących już obszarników do ich świadomości nie dotrze. Mówię to oczywiście w uproszczeniu, ale twierdzę, że klasycy dla współczesnej młodzieży są niestety za trudni. Wymagają większej dojrzałości artystycznej. Powiada się, że Mickiewicz zbłądził pod strzechy. Nic podobnego. To tylko mit. Pokażcie mi chłopa, który rozczytuje się w "Panu Tadeuszu`. Najgenialniejsze dzieło świata, a dla ludzi nie przygotowanych - piła. Oto powód, dla którego chłopcy na przedstawieniu "Zemsty" strzelają z procy.
Dyndalski nie chciał urazić Gordona, ale nie mógł powstrzymać się, żeby nie powiedzieć:
- Jesteś tak przesiąknięty Szekspirem, że łatwą i błyskotliwą komedię Fredry usiłujesz ponad miarę skomplikować. Przypisujesz Fredrze garb, którego nie ma.
- Opowiem wam świetną historię á propos - przerwała dyskusję Klodia z przyszłej premiery "Idów marcowych". - Bunin i Czechow odwiedzili chorego Tołstoja. W pewnej chwili ten złośliwy starzec przyciągnął do siebie Czechowa, jak gdyby miał zamiar go ucałować, i szepnął mu do ucha: "Nie znoszę tych pańskich sztuk. Szekspir pisał źle, a pan jeszcze gorzej".
- No-no! Si non e vero, e bene trovato - rzekł Gordon, pożegnał się z kolegaml i wyszedł majestatycznym krokiem, który wielu aktorów na próżno starało się naśladować.
Był niezadowolony z siebie, że wdał się w dyskusję na temat "Zemsty". Miał wątpliwości, czy został właściwie zrozumiany.
Muszę o tym pomówić z Ewą - pomyślał wychodząc z teatru. Wsiadł do samochodu, żeby pojechać do domu. Ale w tym momencie uświadomił sobie, że od rana nosi w sercu jakąś drobną drzazgę, że coś go uraziło, ale nie pamiętał co i w jakich okolicznościach powstał ten niemiły zgrzyt, który mu pupsuł humor.
Dzień był upalny. Po pierwszej połowie maja, chłodnej i deszczowej, nagle wybuchła pełnia wiosny. W ciągu jednej nocy zazieleniły się drzewa, zakwitły bzy i czeremchy. Gordon wdychał rozgrzane, aromatyczne powietrze i poczuł nieodpartą chęć zanurzenia się "w zwiewnych nurtach kostrzewy". Zapragnął zetknięcia z przyrodą, z zielonością. Początkowo miał zamiar pojechać za miasto ale wtedy spóźniłby się na obiad. Wybrał więc park łazienkowski, gdzie nieraz przemierzał samotnie odległe aleje i obmyślał swoje role.
Zaparkował wóz na Myśliwieckiej i ruszył w głąb parku. Zatrzymał się przez chwilę na mostku nad wodą przyglądał się przepływającym łabędziom i dziewczynce, która rzucała im kawałki bułki.
- Jak ci na imię? - zapytał.
- Ewa - odrzekła dziewczynka - i uciekła przestraszona widokiem ogromnego, starszego pana.
- Ewa - powtórzył Gordon. I nagle uświadomił sobie powód przykrego uczucia, które mu towarzyszyło od rana. Tak, to było to. Ewa od pewnego czasu przestała nazywać go ojcem. Dlaczego? Przez kilka lat pieszczotliwe słowo "tatuś" napełniało Gordona ciepłem i dumą. Uczynił wszystko, co mógł, żeby ją przywiązać do siebie, żeby stworzyć jej warunki rodzinnego domu. Kochał ją gorącą ojcowską miłością, przeniósł na nią wszystkie uczucia zawiedzionego serca! Stała się jego córką, źrenicą oka, skarbem, nad którym czuwał nieustannie. Drżał o jej zdrowie, otaczał najczulszą opieką, wychowywał, kształcił, gotów był poświęcić dla niej wszystko, nawet sławę i scenę. Nikt w życiu nie był mu równie drogi. I nagle coś się w niej odmieniło. Przestała nazywać go ojcem. Może w miarę jak dojrzewała, zaczęła w głębi jej duszy budzić się tęsknota za prawdziwymi rodzicami, których nigdy nie znała? Za matką. Tyle słyszy się o podobnych wypadkach. Zdarza się, że z wolna narasta wrogość w stosunku do przybranych rodziców. Przygarnięte dzieci uciekają od nich, czynią poszukiwania, żyją nadzieją odnalezienia rodzonej matki lub ojca. Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć tych dziwnych odruchów instynktu czy też głosu krwi.
Gordon czuł, jak serce mu zamiera na samą myśl, że Ewa mogłaby się od niego odwrócić, odejść do ludzi, którzy się jej wyrzekli, których nie zna i nie może kochać, choćby się nawet nagle gdzieś objawili.
Jest jego córką, nosi jego nazwisko, wszystko, co posiada, należy do niej. Czyżby znowu miał ponieść klęskę, tym razem ostateczną i równą śmierci?
Nie trwożyła go myśl o jej małżeństwie. Rozumiał, że nie da się tego uniknąć. Ważna była tylko kwestia wyboru. Pragnął, żeby znalazła szczęście w miłości, którego sam nigdy nie zaznał. Byleby tylko nie zniweczyła jego ojcostwa. Tego przecież nie może uczynić, nie może zadać mu takiego ciosu.
Spotkał Ewę przed dziesięcioma laty. Tak, to była najosobliwsza przygoda! Żaden pisarz nie zdołałby jej wymyślić. Napisało ją samo życie swoim wiecznym, bajecznym piórem.



3
Był niezapomniany rok 1955, w którym wyrugowano bezprawie. Ludzie wyzbyli się lęku. Gordon pięć lat spędził w oflagu i każda myśl o ponownym pozbawieniu wolności napełniała go odrazą. Kiedy koledzy organizowali teatr w obozie jeńców, odmówił swego udziału. Jego muza nie mogła schwycić oddechu w niewoli. Tak określił swoje stanowisko.
Dlatego też rok 1955 obudził w nim głód aktywności politycznej i społecznej. Sztuka nie wypełniała już dostatecznie jego bujnej natury. Zgodził się kandydować na posła do sejmu, stanął na czele organizacji aktorskiej, wszedł do zarządu ZBoWiDu, dał się poznać jako działacz i mówca. Przypomniano sobie jego przeszłość rewolucyjną, którą nie lubił się popisywać ani nie chciał jej dyskontować. Zresztą tego, że ukrywał spiskowców czy organizował strajk aktorów, nie uważał za rzecz godną uwagi.
Rok 1955 otworzył tamy. Repertuar teatrów wzbogacił się o nowe sztuki, które dotąd nie miały dostępu do polskich scen. Na afiszach pojawiły się nazwiska Sartre`a, Anouilha, Salacrou. Ale talent Gordona wymagał większego napięcia. Był w swoich kreacjach patetyczny i kolosalny, jak Michał Anioł w rzeźbie. Zaćmiewał wszystkich, rozsadzał scenę, nie miał dla siebie godnych partnerów. $więcił właśnie tryumfy w "Mazepie". Takiego Wojewody od czasdw starego Leszczyńskiego w Warszawie nie oglądano, toteż bilety na przedstawienie rozchwytywane były na miesiąc naprzód.
Wtedy właśnie, pewnego wieczoru, za kulisami zjawiła się Izolda. Ojciec jej był śpiewakiem operowym i wymyślił dla niej to pretensjonalne imię, aby uczcić w ten sposób Wagnera.
Pomysł godny tenora - pomyślał Gordon.
Izolda pracowała w jednej z redakcji Polskiego Radia, gdzie polecono jej opracować audycję: "Godzina z Aleksandrem Gordonem". Przyszła uzyskać jego zgodę i ustalić wszystkie szczegóły.
Gordon z właściwą mu galanterią powiedział:
- Czy się zgadzam? Musiałbym być ślepy jak Homer, żeby odmówić takiej ślicznej dziewczynie.
Ten zdawkowy komplement wywołał rumieniec na twarzy Izoldy. Gordon przyglądał się jej okiem znawcy. Miała duże, zdziwione oczy w oprawie starannie podczernionych rzęs; usta świadome swego powabu, z lekka prawokujące; prześliczne. małe uszy, i tylko miękki, tępo zakończony nos nadawał rysom twarzy ledwie dostrzegalny odcień wulgarności. Głowa osadzona na długiej szyi, nieznacznie uwypuklonej przez powiększoną tarczycę, była zachwycająco zgrabna. Jej ksztalt podkreślały krótko obcięte, proste włosy, spadające zalotnie na czoło bezładną grzywką.
- Mój szef powierzył mi przygotowanie tej audycji. Kiedy mogłabym omówić z panem scenariusz? Liczę na pańską pomoc.
Izolda nie tytułowała go mistrzem, co zmniejszało dystans pomiędzy nimi. Nie wiedziała nawet, że ujęła tym Gordona. Po prostu przyswoiła sobie młodzieżowy styl, odrzucający kult dla uznanych autorytetów. Traktowała Gordona jak zabytek z epoki, która ją mało interesowała. Była na wskroś nowoczesna tą sztuczną nowoczesnością dziewcząt ładnych i zarozumiałych, ale absolutnie powierzchownych.
- Jak pani redaktor sobie życzy - rzekł Gordon z lekką ironią w głosie. - A może pani czuje się za młoda, aby wolno było tak panią tytułować?
- Z tą młodością pan chyba przesadza. Mam już skończone studia polonistyczne.
- Naprawdę? No cóż, bardzo z tym pani do twarzy.
- Pan Gordon - na plan! - rozległ się w głośniku głos inspicjenta.
- Przepraszam panią, muszę iść na scenę. Możemy się umówić. Czy zechciałaby pani przyjść do mnie? Powiedzmy - w poniedziałek. O dwunastej. Już sobie notuję. Będę czekał.



4

Rozmowa toczyła się w gabinecie Gordona przy czarnej kawie. Izolda rozgłądała się ciekawie po pokoju.
- Co oznacza ta płaskorzeźba? - zapytała wskazując na gipsową kopię Nike z Samotraki.
- Nike? A dlaczego bez głowy? Podoba mi się ten wschodni pejzaż. Bakałowicz? To istniał taki malarz? A tamci żołnierze na biwaku? Fałat? Niemożliwe. Przecież Fałat malował śnieżne krajobrazy. Ma pan dużo ładnych rzeczy. Weźmy się jednak do pracy. Proszę mi opowiedzieć o sobie.
Izolda notowała i nie zadając pytań zdała się całkowicie na tok opowiadania Gordona:
- Życiorys mój nie jest tak bogaty, jak pani sądzi. Zaczęło się stereotypowo i banalnie. Reszta była dziełem przypadku. A więc matura w Radomiu. Potem szkoła dramatyczna. Mieliśmy w rodzinie aktora. On mnie do tego namówił. Powołanie? Czy ja wiem... Jako mały chłopiec byłem na "Irydionie" w Teatrze Polskim. Wyszedłem pod wielkim wrażeniem, nauczyłem się sztuki na pamięć, odgrywałem przed lustrem Heliogabala, wygłaszałem tyrady Eytychiana. Tak, było to jakieś wielkie przeżycie. Po ukończeniu szkoły dramatycznej tułałem się po teatrach prowincjonalnych. Ciągle jakieś plajty, cbłód, głód, dyrekcja nigdy nie miała pieniędzy na wypłatę gaż. Naprzód statystowałem, potem dawano mi niewielkie rólki. Nazywamy je "ogonami". W Kielcach dochrapałem się roli Albina. Ale grałem źle, sypałem się za każdym razem. Miejscowy krytyk zmieszał mnie z błotem. Potem byłem w Krakowie. Reżyser przez wyjątkową życzliwość pozwolił mi zagrać Chochoła. Tym razem poszło mi znacznie lepiej. Dostałem list polecający do Limanowskiego i dostałem się do Reduty. Dopiero tam dopisało mi szczęście. Tak, to był czysty przypadek. Niespodziewanie zachorował Osterwa, potrzebne było nagłe zastępstwo, a ponieważ akurat nawinąłem się pod rękę, ktoś powiedział: "A może Gordon?" I wtedy właśnie zagrałem Orlątko. Znałem tekst, rola mi jakoś leżała i odniosłem nieoczekiwany sukces. W teatrze nabrano do mnie zaufania i już po roku zaproponowano mi engagement do Rozmaitości. Odtąd powodzenie już mnie nie opuszczało. Wiele mam do zawdzięczenia Boyowi, ktbry nie szczędził mi słów zachęty, a nawet uznania. Pamięham, że po latach, w jednej ze swoich recenzji, użył określenia "Wielki Aleksander Gordon". I ten superlatyw przylgnął jakoś do mego nazwiska. Ale w rozmowie przed mikrofonem proszę tego zwrotu unikać. Bardzo tego nie lubię. Nadmierna koturnowość ośmiesza. Chciałbym w odczuciu radiosłuchaczy być takim samym człowiekiem jak oni, człowiekiem, którego zawód sprowadza się do żmudnej, codziennej pracy. Trzeba im trud aktora pokazać we właściwych proporcjach, bez mitów, odarty ze złudzeń ułatwionego życia. Praca, nieustająca praca, ogromny wysitek psychiczny, napięcie nerwów do granic ostatecznego wyczerpania. Oto co powinny zrozumieć szerokie masy radiosłuchaczy.
Izolda notowała słowa Gordona, w pewnej chwili jednak nie wytrzymała i powiedziała sceptycznie:
- Ludzie chyba zdają sobie z tego sprawę. Ostatecznie my w Radio też pracujemy bardzo nerwowo. Mamy krótkie terminy, musimy walczyć o miejsce w studio, zmieścić się w limitach czasu i budżetu. Ale przejdźmy teraz do samego programu. Co chciałby pan zaprezentować ze swego repertuaru?
- Rozumiem panią. Tak, to chyba jest najistotniejsze. Trzeba się zastanowić. A więc, dajany na to - scena z "Żywej maski".
- Czyje to?
- Pirandella.
- Nie znam tego utworu.
- Następnie monolog Hamleta. A jeszcze "Ruy Blas", no i - powiedzmy - "Natan Mędrzec". A na zakończenie "Cyd".
- Może poda mi pan nazwiska autorów.
- Pani tego nie wie? Hugo, Lessing, Corneille...
- Przyznam się panu, że niezbyt lubię te staromodne dramaty i tragedie. Za dużo w tym retoryki i gadulstwa. Wolę sztukę nowoczesną. Proszę mi wybaczyć, ale nasze pokolenie inaczej przeżywa namiętności. Dawny widz lubował się w ekshibicjonizmie. Nasze uczucia są bardziej uproszczone. Często zadajemy sobie pytanie, komu to potrzebne?
- Tego was uczono na polonistyce? - zapytał Gordon. - Jesteście sfrustrowani? Wolicie płyciutkie, blagierskie mędrkowanie Ionesco? O, nie, droga pani! Moda przemija, a prawdziwa sztuka zostaje. Prawdziwej sztuki nie można zablagować frazesami. Widziałem w życiu niemało tych efemerycznych eksperymentów. Zostały z nich trociny. Czy pani czytała "Pana Tadeusza"?
- Pan ze mnie kpi... "Pana Tadeusza" przerabialiśmy jeszcze w szkole.
- A więc pani go nie czytała! Niech pani posłucha.
Gordon wstał z fotela, oparł się o półkę z książkami i zaczął recytować obszerny fragment z księgi czwartej. Izolda słuchała z szeroko otwartymi oczami, uśmiechała się z zaciekawieniem. Gordon wydobył z poematu wszystkie jego powaby, zmieniał głos, modulował go i po mistrzowsku podkreślał humor, barwę, muzykę wiersza. A kiedy przerwał recytację, znowu zapytał:
- Czy pani to czytała?
Izolda, z wypiekami na twarzy, odrzekła nieśmiało:
- Nie... tego nie pamiętam. Ośmieszyłam się, prawda?
- Porozmawiamy jeszcze na ten temat. Ale może kiedy indziej. Pani pozwoli, że do audycji sam sobie dobiorę partnerów. Muszę porozumieć się z kolegami w teatrze. Pani jest bardzo miła, ale też bardzo młoda. Proszę do mnie wpaść jutro za kulisy. Będę mógł podać pani nazwiska aktorów.
Spotkania z Izoldą odbywały się odtąd częściej. Trwały próby i nagrywania poszczególnych partii audycji na taśmę.
Pewnego dnia po próbie Gordon zaprosił Izoldę na kolację. Siedzieli w przytulnym kącie sali, z dala od hałaśłiwych saksofonów, które bardziej przypominały uliczny zgiełk aniżeli uporządkowaną grę instrumentów.
Kiedy kelner podał zamówione przez Gordona szparagi, Izolda zawołała z rozbrajającym zdziwieniem:
- Co to? Nigdy tego nie jadłam!
Wydała się Gordonowi uroczą dzikuską. Dyplom uniwersytecki nie był w stanie pokryć jej ignorancji i mógł uchodzić za curiosum naszych nieuważnych czasów. Słuchając sądów Izoldy o literaturze, Gordon myślał z pobłażliwym uśmiechem: Boże, jaka ona miła! Mentalność pęczka rzodkiewki, a ile przy tym wdzięku.
Chciała uchodzić za bardzo nowoczesną, operowała frazesami z prasy literackiej i ograniczoność umysłu podszytego wiatrem starała się ratować lekceważeniem i pogardą dla spraw, które przekraczały jej ubożuchną wiedzę.
- Proust? Nie mam do niego cierpliwości. Jak pod mikroskopem analizuje najdrobniejsze spostrzeżenia i odruchy. Albertyna, owszem. Ale to nie jest lektura dla człowieka nowoczesnego. Ja lubię tempo, tempo! Skróty myślowe, syntetyczne ujęcie zdarzeń, przeżyć, charakterów. Trzeba iść skacząc po górach, ze szczytu na szczyt. Nie znoszę dreptania w miejscu.
Gordon słuchał tego bezmyślnego szczebiotu i uświadamiał sobie nie bez zdziwienia, że Izolda coraz bardziej pociąga go i niepokoi. Uświadomił też sabie, że od kilku dni zaprząta jego uwagę. Powiedział kładąc dłoń na jej dłoni:
- Wie pani, coraz częściej o pani myślę. To śmieszne, prawda?
- Ja też. Odkąd pana poznałam, nie myślę o nikim innym. Pan jest nadzwyczajny.
Po tych słowach nastąpiły zwierzenia:
- Jestem dziewczyną Krummla. Zna go pan... Ten z filmu. Ale ostatnio przestałam się z nim widywać. Przepędziłam go. Przy panu wydaje mi się płaski i bezbarwny. Nie chcę go znać. Nie rozumiem nawet, jak mogłam z nim żyć przez dwa lata.
- Dlaczego pani mi to opowiada? Przecież on jest żonaty. Znam jego żonę.
- To nieważne. Liczy się tylko pan. Tamto minęło. Pomyślałam sobie, że z takim człowiekiem jak pan powinnam być szczera. Krummel już dla mnie nie istnieje.
Audycja wypadła świetnie. Gordon znowu zabłysnął wszystkimi barwami swego talentu. Pokazał, czym może być głos, sam głos. Dla każdego fragmentu scenicznego umiał znaleźć odrębną intonację, odrębny wyraz, jedynie właściwy i niezrównanie trafny. Sukces audycji przypisał w całości Izoldzie. Ale tym razem nie była to tylko kurtuazja. Chciał podarować uroczej dziewczynie cząstkę samego siebie. Zresztą nazajutrz po audycji posłał jej bukiet róż z podziękowaniem.
- Od nikogo dotąd nie dostatam tak pięknych kwiatów - powiedziała Izolda. - Pan jest nadzwyczajny.
Gordon telefonował do niej co wieczór. Prosiła go o to. Przyjeżdżał pod gmach Radia i odwoził ją do domu. Izolda mieszkała z matką bardzo skromnie i krępowała się zaprosić go do siebie. Widywali się więc zazwyczaj na mieście.
Powiedział do niej pewnego razu z tkliwę poufałością:
- Gdybym się nie obawiał śmieszności, przyznałbym się, że jestem w tobie niemal zakochany.
- O jakiej śmieszności pan mówi? - zapytała Izolda szeroko otwierając oczy i marszcząc tępo zakończony nosek.
- Jestem o dwadzieścia pięć lat starszy od ciebie. Czy rozumiesz, co to znaczy?
- Absurd. To nic nie znaczy, nic! Uważam pana ża majwspanialszego mężczyznę na świecie. I proszę nie traktować mnie jak powierzchownego, głupiego podlotka. Chcę, żeby pan był zakochany we mnie. Przecież i ja... Czy nic pan nie czuje?
Gordon czuł. Czuł przypływ ciepła, którego łaknęło jego nienasycone serce.
- Powiedz, Izoldo. czym mógłbym ci sprawić przyjemność? Może masz jakieś pragnienie?
W oczach jej zabłysły iskierki dziecinnej niemal przekory:
- Tak, tak! Okropnie lubię mandarynki. Marzę o mandarynkach.
Nazajutrz Gordon uzyskał połączenie z Rzymem. W polskiej ambasadzie odezwał się kobiecy głos:
- Kto? Aleksander Gordon? Z teatru Narodowego? Dla pana wszystko. Oczywiście. To drobiazg. Cieszę się, że pana slyszę. Wyślemy jutro. Nie ma za co. Proszę zgłosić się na lotnisko do pilota. Pozdrowić pana ambasadora? Tak, tak, przekażę mu. I my pozdrawiamy pana. Doprawdy nie ma za co...
Kiedy Izolda otrzymała mandarynki wraz z wiązanką róż, zadzwoniła do Gordona:
- Pan jest nadzwyczajny.
W jej niezbyt bogatym słowniku ten często powtarzany zwrot mieścił w sobie wszystko. Tak przynajmniej rozumiał to Gordon. Po wieczornym spotkaniu próbował w samochodzie ją pocałować. Nie broniła się. Ale gdy zbliżył usta do jej warg, powiedziała ściszonym. błagalnym szeptem:
- Nie, niech pan tego nie robi.
Wreszcie jednak nadszedł ów rozstrzygający dzień. Gordon czekał przed Radiem. Była piąta po połundniu. Pojechali w kierunku Czarnej Strugi.
- Chcę cię pocałować. Czy dzisiaj pozwolisz?
- Tak - odpowiedziała Izolda.
Wtedy Gordon wyłączył silnik, objął ją i przylgnął do jej warg. Ogarnęło go wzruszenie. Kochał tę dziwną dziewczynę. Jej zduszony, jakby namiętny głos działał na niego podniecająco. Całował ją naprzód delikatnie i powściągliwie, gdy jednak po pewnym czasie starał się rozchylić jej wargi, Izolda zacisnęła usta. Nie było w niej uległości ani poddania się pieszczocie. Zaciskała usta opornie i Gordon odczuł to jak coś, czego nie doznał nigdy, nawet od kobiet, które tylko przelotnie pozostawały pod jego urokiem. A ona? Ona przecież mówiła mu, że jest nadzwyczajny, sama stworzyła klimat miłosnej obietnicy, a teraz uchylała się od pocałunku. Na gorączkowe wysiłki Gordona odpowiedziała wreszcie jakby z poczuciem winy:
- Nie lubię inaczej... Nie umiem...
A po chwili dodała:
- Pan chciałby wszystko od razu. Tak nie można. Wyjedźmy razem. Chce pan?... Pojedźmy do Bułgarii. To byłoby takie piękne!
Gordon, którego zmroziła oziębłość Izoldy, po tych słowach znowu poczuł przypływ nadziei.
- Godzisz się na to? Chcesz tego?
- Tak... Żeby nie było banalnie. A wie pan, że jeszcze nie jadłam obiadu? Jestem głodna.
Pojechali do restauracji. Izolda jadła szybko, kazała dać sobie wina.
- Mam wolny wieczór - rzekł Gordon. Może pójdziemy na koncert? Gra Ojstrach.
- Ojej, boli mnie ząb - jęknęła Izolda. - Wypadła mi dzisiaj plomba. Ćmił od rana, a teraz rozbolał na dobre.
- Może zawieźć cię do dentysty?
- Nie. Chcę wrócić do domu. Przecież moja mama jest dentystką.
Wieczorem Gordon odstawił samochód do garażu i postanowił przejść się po mieście. Drzewa nosiły na sobie złote i czerwone piętno października. Wcześnie zapadał zmierzch, robiło się chłodno. Przed kinem Gordon załrzymał się i obejrzał plakat. Wyświetlano film kryminalny.
- Jean Gabin - przeczytał Gordon i postanowił obejrzeć tego aktora, którego bardzo cenił. Spoglądał na ekran, ale przed oczami ciągle miał jeszcze Izoldę. Myślał o niej bezustannie... Wspominał jej zaciśnięte usta i przenikało go uczucie goryczy. Więc dziewczyna nowoczesna, która w dodatku żyła dwa lata z Krummlem, nie zna smaku pocałunku? Jakież to smutne!
Po skończonym seansie wyszedł z kina. Od roku nie palił, a teraz podrażnił go aromat amerykańskich papierosów. Rozejrzał się i zobaczył z daleka sylwetkę Izoldy. Przebił się przez tłum, podszedł bliżej. Tak, to była Izolda. Trzymała Krummla pod rękę i tuliła twarz do jego ramienia. Gordon dosłyszał urywki zdań:
- Widzisz, mała, jak to jest...
- Nie mów... Pójdziemy do mnie... Matka wyjechała.
Potem widział, jak wsiedli do taksówki i odjechali. A więc miał rację. Ośmieszył się przed tą głupią, kłamliwą dziewczyną. Wystrychnęła go na dudka, dał się nabrać na wyuczone, płytkie frazesy. Wielki artysta? Nie! Wielki błazen! Jeszcze jedna próba, zakończona sromotną porażką. Każda z nich woli swojego Krummla. Oto ideał przeciętności.
Szedł pieszo do domu, zraniony tą nową zniewagą, zawiedziony, obolały, pełen bezgranicznego smutku. Nagle poczuł się stary, nikomu niepotrzebny. Izolda miała słuszność. Cała jego sztuka, styl gry, tragiczne role - wszystko to było zmurszałe, pokryte pleśnią. Życie poszło naprzód - bez niego. Pozostały wspomnienia i gorycz rozczarowań. Nędza wielkości.
Mżył drobny, jesienny deszcz. Gordon ciężkim krokiem przeciął plac, idąc w kierunku domu.
Pojedyncze latarnie świeciły tak słabo, że zaledwie dostrzegł niepozorną postać dziewczynki, która zbliżyła się do niego.
- Proszę pana, która godzina?
Spojrzał na zegarek.
- Za dziesięć jedenasta.
- Proszę pana! Niech pan mnie weźmie do siebie.
- Nie rozumiem! O co ci chodzi?
- Proszę pana... Ja daję tak jak żadna.
Dziewczynka wyglądała najwyżej na lat jedenaście-dwanaście. Gordon wzdrygnął slę na jej słowa.
- Co ty pleciesz! Ruszaj do domu. Czy mam zawołać milicjanta?
- O... Zaraz milicjanta... Niech pan spróbuje... Nie będzie pan żałował.
- Słuchaj, dziecko, idź do domu, radzę ci!
- Ja nie mam domu.
- A gdzie nocujesz?
- Różnie. Na dworcu. Pójdę z panem, dobrze? Nie musi mi pan płacić.
Gordon stał w milczeniu, po czym skręcił w boczną ułicę. Dziewczynka szła za nim.
- Odejdź! Powiedziałem ci.
- Ja umiem, naprawdę... Będzie pan zadowolony.
Spoglądała na niego wzrokiem wystraszonego kundla, który się boi, ale jednocześnie liczy na jakiś kęs.
Gordon rozejrzał się po pustej ulicy, zastanawiał się przez chwilę, wreszcie rzekł:
- Dobrze. Chodż!
Szli w milczeniu. Dziewczynka pośpiesznie dreptała, żeby dorównać długim krokom mężczyzny, któremu sięgała nieco wyżej pasa.
Gdy znaleźli się w mieszkaniu, Gordon obudził swoją gospodynię Teresę i kazał jej przygotować kolację.
- A to co? - spytała mierząc dziewczynkę podejrzliwym spojrzeniem.
- Znajda. Niech Teresa puści wodę do wanny.
Dziewczynka stała onieśmielona. Była w wytartym, połatanym sweterku, na nogach miała trampki. Brudne ręce schowała za siebie.
- Co to będzie? - spytała.
- Pójdziesz do łazienki i wykąpiesz się. Nie cierpię brudasów. Jak ci na imię?
- Ewa.
- Tereso, proszę ją zabrać i porządnie wyszorować. A potem niech włoży mój szlafrok. To, co ma na sobie, lepi się od brudu.
Teresa, która przywykła do niespodzianek i do nieoczekiwanych gości, nie dyskutowała z Gordonem. Znała go z lat przedwojennych, kiedy była garderobianą w teatrze. Po powrocie Gordona z niewoli przyjechała do niego do Łodzi prosić o polecenie jej do nowo powstałego Teatru Wojska.
- A może zostałaby pani u mnie, zajęła się domem, gospodarstwem? Oboje będziemy mieli wygodniejsze życie.
Została. Powierzył jej rolę ochmistrzyni i opiekunki. Nauczyła się wykonywać wszelkie jego polecenia, w zamian za co wymagała dla siebie biletu na wszystkie premiery. Cała ulica wiedziała, że pracuje u pana artysty, i była z tego dumna. Życie miała niełatwe, ale nie zamieniłaby go na żadne inne.
- Ewa, słyszałaś, co pan powiedział? Chodź się kąpać.
Gordon, gdy został sam, usiadł przy biurku i nakręcił numer Izoldy.
- To ty, Izoldo? Jak twój ząb?
- Dziękuję. Już nie boli.
- Masz ochotę ze mną porozmawiać?
- Może nie teraz. Mam gościa. Nocuje u mnie koleżanka z Radia.
- Czy ta sama, z którą byłaś w kinie?
Nastąpiło długie milczenie. Gordon, nie czekając na odpowiedź, odłożył słuchawkę.
Zadzwonił tylko po to, żeby nie mieć sobie nic do wyrzucenia. I żeby zdemaskować kłamstwa Izoldy! Niech wie, że nie jest głupcem. Koniec z Tristanem! Koniec! Koniec!



5

Podczas gdy Ewa była w łazience, Gordon, zagłębiony w fotelu, rozpamiętywał swoje życiowe porażki. Teraz właśnie Izolda. Otaczał ją tak wyszukaną galanterią i dbałością, że musiała być z drewna, jeśli nie uległa tej romantycznej finezji uczuć. Dostawała od niego kwiaty, gdziekolwiek się znalazła - w Krakowie, w Zakopanem, w Ustce. Z niezwykłą starannością wynajdywał dla niej artystyczne drobiazgi, które przyjmowała bez wzruszenia. Każdego dnia dawał jej subtelne dowody pamięci. Ten nieznany już dzisiaj styl adoracji powinien był być zniewalający. Ale Izolda, powierzchowna i płytka, okazała się nieczuła na uroki zakochanego Gordona. Mógł jej wybaczyć ignorancję, zakłamanie, pozerstwo, ale kompletny brak poczucia dobrego smaku i gruboskórność dzikuski, to wszystko, co obnażało jej duchową ordynarność, otrzeźwiło Gordona i napełniło głęboką odrazą. Lena wobec Izoldy wydała mu się nieomal Heloizą. Niech Krummel robi swoje. Przeciętność grawituje ku przeciętności. Artysta musi odrzucić od siebie wszelką małość, ratować się przed ściągnięciem na dmo. Dosyć! Trzeba wykreślić Izoldę z pamięci!
Były to jednak tylko myśli bez pokrycia. Upłynęło dużo czasu, zanim Gosdon zdołał wyzwolić się z nękającej go tęsknoty i zawiedzionych pożądań.
Teresa przyprowadziła Ewę ubraną w jego szlafrok. Dziewczynka miała rękawy zawinięte do łokci i obiema rękami podtrzymywała poły, żeby się nie zaplątać w obszernych fałdach. Wilgotne jeszcze po umyciu włosy Teresa zaplotła jej po bokach w dwa warkoczyki. Dopiero teraz Gordon przyjrzał się Ewie dokładnie. Stała onieśmielona, a jej zaróżowiona twarzyczka wyrażała lęk i niepokój. Tylko wielkie niebieskie oczy spoglądały z psią uległością.
- Tereso, proszę dać jej kolację. Pewno jest głodna. Ewo, siadaj do stołu.
Po chwili, kiedy Teresa przyniosła na tacy pieczywo, masło i wędlinę, dziewczynka usiadła na brzegu krzesła i łapczywie zabrała się do jedzenia. Jadła sam chleb, zerkając niepewnie na półmisek.
- Weź sobie szynki - powiedział Gordon. - Posmaruj chleb masłem.
- Można?
Nieśmiało sięgnęła po wędlinę, spoglądając ukradkiem to na Gordona, to na Teresę.
- Co z nią zrobimy, proszę pana? - zapytała Teresa.
- Na razie chcę z nią porozmawiać.
Teresa, która była świadkiem tej sceny, zdecydowała się zdradzić długo ukrywaną tajemnicę:
- Proszę pana, muszę coś powiedzieć...
- Tylko nie to! - zawołała Ewa.
- Właśnie, że powiem. Jak pana nie ma w domu, Ewunia całymi godzinami siedzi przy fortepianie i wciąż sobie coś wygrywa. Posłucha radia, a potem wygrywa.
Ewa zaczerwieniła się i spuściła oczy jak winowajczyni.
- Ja już nie będę. Naprawdę. I po co to było mówić?
- Tatuś musi o wszystkim wiedzieć.
- Słuchaj, dziecko - rzekł Gordon - a może ty masz zamiłowanie do muzyki? Chodź, zagraj mi coś.
- Ja tylko tak sobie brzdąkam.
Gordona zdumiała muzykalność dziewczynki. Zapamiętała i zanuciła mu "Pieśń Solvejgi", a potem jedną ręką wygrała melodię na fortepianie.
Nazajutrz Gordon zaprosił na kolację znajomego pianistę.
I tak się zaczęło.
Dzięki stosunkom, jeszcze w połowie roku, Gordon zdołał przenieść Ewę do szkoły muzycznej. Tam ujawniły się szybko jej niepospolite zdolności.
Fortepian, który dotąd stał bezużytecznie, ożywił się i rozbrzmiewał pod palcami Ewy dźwiękami gam, pasaży i fug, przyprawiając Teresę o bóle głowy.
Gordon kazał sobie obić drzwi od gabinetu grubą okładziną izolacyjną, a mimo to ćwiczenia Ewy przeszkadzały mu w pracy. Zainstalował więc w jej pokoju pianino, gdyż fortepianu nie można było wnieść po wąskich schodach. Nad pianinem zawisł portret Gordona z lat jego młodości, dzieło Pruszkowskiego. Malarz znakomicie uchwycił charakter i wyraz twarzy aktora, sugestywne spojrzenie jego oczu, któremu ciężkie powieki nadawały pozory zmęczenia, ale całość ożywiał wydatny orli nos i ledwie dostrzegalny uśmiech na zmysłowych, pięknie zarysowanych ustach. Gładkie policzki i mięsista broda z małym dołkiem pośrodku zdawały się pulsować wesołą grą mięśni. Była to twarz mężczyzny pogodnego, silnego i pełnego zaborczych nadziei. Po latach bruzdy na czole i worki pod oczami znamionowały nie tyle jego wiek, co raczej zawody i rozczarowania. Tylko spojrzenie stało się bardziej przenikliwe i jakby odmłodzone nienasyconym głodem serca i oczekiwaniem na coś, czego nie bywa.
Ewa obudziła w nim nowe, nieznane uczucia. Swoje przypadkowe ojcostwo traktował jako wybawienie z upadku. Zdawał też sobie sprawę, że Ewę uratował w ostatniej chwili znad brzegu przepaści. Na niej uwiedzenie przez stolarza nie pozostawiło żadnego śladu. Gordonowi trudno było to pojąć. Nigdy więcej nie poruszał z Ewą tego bolesnego tematu. Sieńkę wspominała raczej z sympatią, jeśli w ogóle go wspominała. Upływ czasu zatarł go w jej pamięci. Po rozprawie w sądzie dla nieletnich Gordon zaprowadził dziewczynkę do zaprzyjaźnionej lekarki. Był to jedyny człowiek, który poznał ich tajemnicę, Wizja owej pamiętnej nocy, kiedy Ewa zaczepiła Gordona na ulicy, przenikała go dreszczem i za każdym razem kropelki potu występowały mu na górnej wardze. Wyobrażał sobie los dziewczynki, gdyby trafiła na kogo innego. Tak, on ją ocalił i przez to była mu jeszcze bliższa. A na jego zmęczone serce ojcowskie sentymenty wpływały uzdrawiająco.
Szczęśliwe powiązanie ich losów utrwalało w nich wzajemną ufność i zażyłość.
Upływały tygodnie, a dziewczynka nie umiała przystosować się do nowych warunków. Gordon budził w niej lęk, w szkole zdradzała otępienie, była skryta i dzika.
Teresa, stara panna o niewyżytych instynktach macierzyńskich, pierwsza pozyskała zaufanie Ewy. Zabierała ją z sobą do miasta i uroczyście wprowadzała w świat swoich znajomości.
W sklepie spożywczym, w kiosku "Ruchu", w pralni, u szewca prezentowała Ewę:
- To córka mistrza.
Albo:
- Pani Różycka, proszę popatrzeć. Córeczka mistrza Gordona. Przyjechała z zagranicy. Podobna, co?
Niebawem cała dzielnica, która znała wielkiego aktora i szczyciła się tym, że zalicza go w poczet swoich mieszkańców, komentowała pojawienie się Ewy. Wkrótce oswojono się z jej widokiem, przyjęto wersję Teresy, jakoby Gordon sprowadził córkę z Anglii. Dziwiono się jedynie jej nieskażonej polszczyźnie. W szkole nosiła wprawdzie nazwisko Sobotówny, ale i tam uznawano ją za córkę Gordona. Gdzieniegdzie jeszcze po kątach plotkowano na ten temat. Wiara w mity krążące wokół życia i obyczajów aktorów nadawała wszelkim osobliwym sytuacjom cechy prawdopodobieństwa.
Od chwili gdy Ewa z nim zamieszkała, Gordon znowu stał się domatorem. Nie odczuwał już samotności tak dotkliwie jak dawniej. Obserwował z zaciekawieniem zachowanie dziewczynki, jej początkową nieufność i rażący go u niej spryt kundla. Było coś irytującego w braku szczerości, w wykrętnych odpowiedziach Ewy, którą przecież otaczał nieustanną troskliwością i opieką. Może nie umiał jeszcze wykrzesać z siebie dostatecznego ciepła. Kazał jej mówić do siebie "tatusiu", co brzmiało nienaturalnie i nie pozbawiało obcości ich wzajemnych stosunków,
Przełom nastąpił dopiero na początku zimy.
Pewnej niedzieli Gordon siedział za biurkiem w gabinecie i wraz z Ewą przeglądał jej szkolne zeszyty.
- Słuchaj, dziecko... Przynosisz bardzo złe stopnie. Tutaj, na przykład, dostałaś dwbję za to, że piszesz niedbale. Wszędzie znać ślady brudnych palców... Tak nie można. Ja rozumiem, że ręce masz zniszczone ciężką pracą, ale musisz je częściej myć. Moja córka nie może być brudasem, prawda? Poprawisz się?
- Dobrze, tatuś.
- Masz, daję ci w prezencie moje wieczne pióro. To jest takie pióro, którym w zeszycie nie robi się błędów. Ono na pewno nie napisałoby "burza" przez żet.
- Dziękuję, tatuś.
W drzwiach ukazała się Teresa.
- Proszę pana, jakaś kobieta koniecznie chce się z panem widzieć.
- Co za jedna?
- Powiada, że ma bardzo ważną sprawę i że pan będzie wiedział, o co chodzi.
- Dobrze, niech wejdzie.
Kobieta miała na sobie futro z wytartych źrebaków. Wełnianą chustkę zgarnęła na tył głowy. Niemłoda, ale ładna jeszcze twarz zdradzała podniecenie. Na jej widok Ewa zerwała się z fotela i przykucnęła w kącie gabinetu, trzymając się kurczowo kotary u okna.
- Proszę, niech pani siada. Czym mogę służyć?
Kobieta odsapnęła, spojrzała władczo na Ewę i rzekła tonem układnym, ale nie dopuszczającym sprzeciwu:
- Przyszłam po Ewkę. Ona jest moja. Nazywam się Helena Sieńko. Ewka, zabieraj się!
Gordon milczał.
- Nie może tak być, proszę szanownego pana. Myśmy dziewuchę przez rok żywili, ubierali, kosztowała nas kupę forsy. Z prawa należy do nas. My jesteśmy opiekunami. A szanowny pan ją sobie wziął i przygadał. Jakżeż tak można? Chodź, Ewka, na co czekasz?
Ewa jak zahipnotyzowana, z przerażeniem w oczach, zaczęła wolno, ledwie poruszając nogami, przesuwać się w kierunku fotela.
Wtedy Gordon wstał, oparł się ciężko rękami o biurko i wydobył z siebie głos, którym niekiedy zdawał się rozsadzać mury teatru. Teraz głos ten spadł na kobietę jak ryk huraganu:
- Precz stąd! Wasze miejsce jest w kryminale! Para łajdaków! Precz! I żeby mi się więcej na oczy nie pokazywać, bo zetrę na miazgę! Kanalie podłe!
Gniew Gordona był tak straszny, że Ewa zatrzęsła się z przerażenła. Helena Sieńko wybałuszyła oczy i tyłem wycofywała się ku drzwiom.
- To się jeszcze zobaczy - odcięła się półgłosem od progu.
Gordon wybiegł za nią.
- Tereso! Proszę nie wpuszczać jej tu nigdy!
Po chwili Teresa przybiegła niosąc szklankę wody. Nie widziała jeszcze Gordona w stanie takiego wzburzenia.
- Szkoda nerwów, proszę pana. Niech pan połknie ten proszek. To na uspokojenie. Już raz panu dawałam i pomogło.
Incydent z żoną stolarza przełamał w Ewie dotychczasową nieufność, rozładował w niej kompleks lęku. Z dnia na dzień stawala się coraz bardziej swobodna i bezpośrednia. W miarę jak odzyskiwała utracone dzieciństwo, opadała z niej skorupa dawnego błota, zacierały się w pamięci krzywdy i niedole, budziła się do życia jej właścdwa natura. I słowo "tatuś" w ustach Ewy przestało razić sztucznością, a nawet pewnego dnia zabrzmiało prawdziwie czule, gdy po przyjściu ze szkoły po raz pierwszy z własnego impulsu rzuciła się Gordonowi na szyję, wołając:
- Tatuńku! Dostałam dzisiaj piątkę z polskiego!
Gordon długo tulił ją w ramionach i fala ciepła płynęła mu przez serce.
Kiedy zostali sami, Gordon usiadł naprzeciwko Ewy i spoglądał na nią z zakłopotaniem. Po raz pierwszy znalazł się w podobnej sytuacji.
- No tak... - odezwał się wreszcie. - Mów teraz prawdę. Ile masz lat?
- Trzynaście.
- Przecież jesteś jeszcze dziecko.
- Stolarz powiedział, że jestem dorosła.
- Jaki stolarz?
- Nie powiem.
- Czy to twój ojciec?
- Nie. Ja jestem podrzutek. Stolarz mnie wziął z Domu Dziecka.
- To twój opiekun?
- Opiekun.
Gordon dopiero teraz dostrzegł sińce na lewym policzku Ewy.
- A to co? Czy cię kto bił?
- Nie... Czasami...
- Mów prawdę.
- Żona stolarza. Ona mnie nie lubi. Jak nie mogę nadążuć z robotą, zaraz mnie bije.
- A co ty u niej robisz?
- Wszystko. Sprzątam, gotuję, zmywam.
- Uciekłaś stamtąd?
- Pan tak wypytuje jak na milicji.
- A od kiedy zadajesz się z mężczyznami?
- O, już chyba z pół roku.
- Chodzisz po ulicy?
- Nie. Dopiero dzisiaj.
- Powiedz mi, kto cię do tego namówił czy zmusił?
- Nie powiem.
- Dlaczego mnie zaczepiłaś?
- Tak sobie.
- Czy chciałaś w ten sposób zarobić?
- Pewnie.
- Słuchaj, dziecko, dostaniesz ode mnie dwieście złotych...
- Naprawdę?
- Dostaniesz dwieście złotych, jeśli powiesz mi całą prawdę. Kto cię napo... To znaczy, kto był ten pierwszy?
- Stolarz. Powiedział, że jestem już dorosła. I że jak go usłucham, to mi będzie u niego dobrze. Tylko żebym nic nie gadała.
- Jak się ten stolarz nazywa? Gdzie mieszka?
- Nie powiem, nie powiem! Ja tu nie po to przyszłam.
- No dobrze. Jeszcze o tym pomówimy.
- A nie pójdziemy do łóżka? Ja panu dogodzę, niech pan spróbuje.
- Pójdziemy do łóżka, ale każde osobno. Tereso!
- To pan nie chce? - zapytała Ewa ze zdziwieniem.
- Nie pleć głupstw.
Teresa weszla w jedwabnym szlafroku, z papilotami na głowie. Była już po pięćdziesiątce, ale uważała, że praca u wielkiego artysty obowiązuje do dbałości o elegancję i przyzwoity wygląd.
- Tereso, proszę posłać Ewie w gabinecie na tapczanie.
- A jutro? - spytała Ewa.
- Jutro zastanowię się, co z tobą zrobić. A teraz idź spać. Dobranoc.
- Chodź - rzekła Teresa. - Słyszałaś, co pan powiedział? Dostaniesz na noc pomarańczę. A ja jeszcze muszę uprać twój sweter i pocerować pończochy. Koszuli to ona wcale, proszę pana, nie ma. Nędża i ubóstwo, że pożal się Boże. A brudna była, jakby wyszła z błota. Że też takie dziecko tuła się bez opieki. No, chodź, mała. Powiedz panu dobranoc.
- Dobranoc.
Gordon w sypialni zamknął się na klucz. Ogarniało go przerażenie na myśl, że Ewa mogłaby przyjść w nocy i ponowić swą propozycję. Był głęboko wstrząśnięty niedolą dziewczynki, która dostała się w ręce jakiejś występnej pary. Zastanawiał się nad koniecznością zawiadomienia milicji o bezeceństwie owego opiekuna. Los Ewy przysłonił mu chwilowo przejścia z Izoldą. Takie to było nieważne wobec dramatu dziecka, które wymagało ratunku i pomocy.
Rano Ewa jeszcze spała, kiedy Gordon wyszedł do teatru. Reżyserował "Cyda", ale sam w sztuce nie grał. Dokuczał mu ischias i nie mógł długo wytrwać w pozycji stojącej. Z próby wywołał go woźny. Dyrektor miał do niego ważną sprawę.
- Panie Aleksandrze, telefon do pana. Z milicji.
Gordon wziął słuchawkę.
- Hallo. Tak, to ja. Na bazarze Różyckiego? Co pan mówi? Niemożliwe... Wcale na to nie wyglądała... Nie, nazwiska nie znam... Tak, Ewa... Teraz nie mogę, ale za godzinę... Dobrze, przyjadę...
- Co się stało? - zapytał dyrektor.
- Nic ważnego. Drobna kradzież w moim mieszkaniu.
W komisariacie Ewa siedziała wylękniona jak zaszczute zwierzątko. Na ławce leżał duży tobół. Gordon poznał swoje dwa garnitury, serwetę, kryształową popielniczkę, kilka łyżeczek. Wszystko to owinięte było w koc.
- Nic nie rozumiem. Przecież w domu jest gosposia. I jak ona zadźwigała na Pragę taki tobół...
Podszedł do Ewy.
- Dobre z ciebie ziółko. Wcześnie zaczynasz.
Ewa na widok jego wielkiej, korpulentnej postaci cofnęła się w kąt i zakrywając twarz rękami zawołała błagalnym głosem:
- Proszę mnie nie bić!... Proszę mnie nie bić!
Spoza rozcapierzonych palców wyzierały duże niebieskie oczy. Łez w nich nie było, tylko zwierzęcy strach.
- Tu się nikogo nie bije - powiedział autorytatywnie dyżurny podoficer.
- Co z nią zrobicie? - zapytał Gordon.
- Przetrzymamy w Izbie Dziecka, a potem przekażemy do sądu dla nietetnich. Dostanie pan wezwanie na rozprawę.
Teresa siedziała w kuchni zapłakana.
- Taka mała i już złodziejka, mój Boże. Usmażyłam jej na śniadanie jajecznicę, ugotowołam kakao, a kiedy ma chwilę wyszłam po zakupy, okradła dom i uciekła. Już nic z niej nie będzie. Pójdzie do poprawczaka, zmarnuje się do reszty. Zepsucie w narodzie jest, proszę pana. Nawet nie zauważyłam, że coś zginęło. Dopiero jak zadzwonili z milicji, połapałam się, że garniturów nie ma w szafie. To moja wina. Nie powinnaan była jej zostawiać.
- Wszystko się znalazło. Nie zdążyła sprzedać.
- Szkoda dziecka, oj, szkoda. Nie ma ojca ani matki. Taki kundel bezdomny. A panu przydałaby się i żona własna, i córeczka. Ciągle pan tylko sam i sam.
- Dobrze, dobrze, Tereso. Znam to na pamięć.
Zjadł obiad, ubrał się i pojechał do Wandy. Miał z nią romans, który sprowadzał się niemal wyłącznie do obopólnej przyjaini. Romans bez miłości i bez namiętności. Zażyłość z domieszką erotycznego przyzwyczajenia. Opowiedział Wandzie przygodę z Ewą.
- Że też ty masz zawsze coś, co komplikuje ci życie. Stale przy tabie plączą się jakieś ciemne postacie. Wszyscy cię naciągają. A potem taki Krummel chwali się, że cię strzelił na dwa tysiące.
- Lepsze to, niż gdybym ja musiał pożyczać od Krummla. Zyskałem przynajmniej tyle, że Krummel będzie mnie teraz unikał do końca życia.
Mówiąc to Gordon równocześnie pomyślał, że Izolda i Krummel bawią się jego kosztem i na jego koszt. Ogarnęło go uczucie goryczy i n

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM