Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
Ewa Braun- Copperfield

will be good

Rekomendowane odpowiedzi

Zdejmij z oczu szklane wstęgi
Słony posmak beznadziei
Zobaczysz że się odmieni
Promienie dotkną policzków

Dobry czas minał
Schował się za horyzont
Klęski przyszły jak głodne psy
Żerują
Zjadły już prawie całą nadzieję
Zaciska się petła, mdleją ręce
Więcej już nie wytrzymasz
Nie ufasz w dłoń z pomocą
Nie ufasz nikomu prawie
Myślisz, że jest przesrane
Nie dbasz o nic, o siebie
Po co?
Użalasz się, że jesteś zerem
I nie ma Cię wśród tych fajnych
Tym co sie wszystko udaje
A tobie tylko dusza perforowana
I serce z łupin
Niechlujnie posklejane
W obawie przed kolejnym wstrząsem
Myślisz: u innych wiosna
A ja się wtulam w szaruge
Doklejam do skorupy ochronnej
Kolejne warstwy nieufrości

[sub]Tekst był edytowany przez Ewa Braun- Copperfield dnia 12-08-2004 16:24.[/sub]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Znowu o nieudaczniku. Mamy ich pięć miliardów, żeby nikogo nie urazić, zostawiłam miliard, żeby każdy mógł pomyśleć, że się w nim znajduje. Znacznie trudniej jest budować, niż niszczyć. Znajdować przyjemność, upoetyczniać destrukcję? To łatwe, proste, nie wymaga wysiłku. Ale coś zbudować, przemyśleć? To trudne, nie każdy to potrafii...
Pozdrowienia

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Znowu o nieudaczniku. Mamy ich pięć miliardów, żeby nikogo nie urazić, zostawiłam miliard, żeby każdy mógł pomyśleć, że się w nim znajduje. Znacznie trudniej jest budować, niż niszczyć. Znajdować przyjemność, upoetyczniać destrukcję? To łatwe, proste, nie wymaga wysiłku. Ale coś zbudować, przemyśleć? To trudne, nie każdy to potrafii...
Pozdrowienia

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Cytat
Mi się podobało... no niestety wielu jest nieudaczników i my tego nie zmienimy... jedyne co mi nie odpowiadało to słowo "przesrane", ale chodziło pewnie żeby napisać tak jak on by to powiedział...

nieśmiertelnośći życzy - nieśmiertelny



Kiedy jest bardzo żle to jest przesrane a nie chociażby "niefajnie". Tak uważam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
trzeba uważac na zaciskające się pętłe ;))
potwornie przegadane, w połowie juz nie pamięta sie co było na początku ani nawet o co chodzi...
poza tym literówki...
bardzo miernie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do utworu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Ostatnio w Warsztacie

    • Kim jestes…………….

       

      Kim jesteś naprawdę, mój drogi kolego?

      Spytałeś, mnie Doktorze, razu pewnego

       

      Na co odpowiedź mój mózg wytoczył

      Którą samego mnie nawet zaskoczył:

      W strofy ułożył i rymu zadał

      I oto com później z tego poskładał:

       

       

      Jestem robotem, Panie Doktorze.

      Czy Pan w to naprawdę uwierzyć nie może?

      Czy umysł Pana tak bardzo zawodzi,

      Że nie wie Pan, o co w tym wszystkim chodzi?

      Nie daje Pan wiary odczuciu mojemu

      Że ja nic nie wiem o swoim istnieniu?

      Albo, że tak to tu teraz wyrażę sam z siebie

      Iż los mój z dawna zapisan jest w niebie?

      Albo w równaniach, wbrew wolnej woli

      co twierdzą, że nie tu żadnej swawoli.

      Że pojmę rzeczy tak niepojęte

      Tak niedorzeczne, bądź popularne

      Aż w mózgu mym spłoną obwody me marne?

      Nie jestem stworzony by wiedzieć i czuć

      Chociaż  zbyt dobrze wiem czym jest chuć!

      Taki mam program wpisany w swe zwoje

      Bym nigdy nie mógł pojąć co moje

      A co jest obcego w tej łysej głowie

      I nikt mi na to już nie odpowie.

      A Pan wciąż pyta, Panie Doktorze

      Kim jest ten robot, i co on może?

       

      (........ ocenzurowano.....)

       

      Mam go jednego, I Pan to wie

      Zatem już więcej żartów nie będzie.

      Ale postawmy sprawę otwarcie

      Na nic się nie zda Pana zaparcie

      Bo cóż poradzić może na to Pan

      Że ja uskuteczniam kosmiczny swój plan?

      Że jestem jedyny w swoim rodzaju

      A życie mi płynie na niezłym haju?

      Bo jestem robotem, Panie Doktorze

      Czy teraz, Pan, już pojąć to może?

      I niech Pan więcej mnie o nic nie pyta

      Ale niech więcej książek Pan czyta.       

      ………..

       

      Panie Doktorze, może treść zmienię

      Czy Pana nie dziwi Pańskie istnienie?

      Czy żadnych nie ma Pan wątpliwości

      Co do przyczyny dla której Pan gości

      Na wcale małej planecie Ziemia?

      Która swe miejsce w Kosmosie wciąż zmienia?

      Wiruje wokół gwiazdy stabilnej

      Niedużej, ale na tyle silnej

      Że jeszcze poświeci kilka miliardów

      Lat ziemskich. I to bez żadnych żartów!

      Na domiar złego albo dobrego

      Ta gwiazda, zmierzając do końca swego,

      Pochłonie Ziemię i wszystko co żyje

      Na tej planecie. Co je i pije

      Co myśli, rozmyśla i poszukuje

      Chociaż niczego wciąż nie znajduje

      Bo jak Pan twierdzi, Panie Doktorze

      Niczego człowiek znaleźć nie może

      Ni odkryć, poznać… To wszystko ściema

      Bo tego człowieka po prostu nie ma!

       

      Lecz Pan istnieje, Panie doktorze

      I temu zaprzeczyć Pan przecież nie może

      Bo gdyby Pana na świecie nie było

      Coś by się we mnie bardzo skurczyło.

      Coś zasmuciło, ażbym się spocił

      Gdyby Pan nigdy się nie narodził.

       

      I z tego już mi się Pan nie wywinie

      Bo wie Pan, że wszystko i tak w końcu minie

      I nie zostawi śladu żadnego

      A jeśli? To i tak nie wyniknie nic z tego.

       

      A zatem, wracając do tematu rzeczy

      Zapewne już mi Pan nie zaprzeczy

      Że skoro pojawił się Pan na tym świecie

      Musiało pojawić się Pańskie ja, przecie.

      Bo jeśli Pan temu także zaprzeczy

      To ja zapytam: Jak mają się rzeczy

      Takie jak Pańskie do mnie pytania?

      Kto je zadaje? Ku czemu się skłania?

      Kto się mnie pyta? Kto za tym stoi?

      I kogo ciekawi odpowiedź moja?

       

      Więc Pana nie ma? Kto zatem owego

      Dnia się narodził z łoża pewnego?

      Kto zapamiętał tego chłopaka,

      Który się teraz ma za ważniaka?

      I twierdzi, chociaż są na to dowody

      Że on nie istnieje. I ma powody

      By temu wierzyć, albowiem to jemu

      Gość jeden oznajmił w swym oświeceniu

      Że nic takiego jak ja nie istnieje

      I szkoda dociekać co za tym się kryje.

       

      Lecz rzeczywistość tutaj się toczy

      Włazi nam w usta, uszy i oczy

      A czasem muśnie dłonią dziewczyny

      Zatem ja pytam o tego przyczyny

      Z pustki powstają owe wrażenia?

      Czy światło może istnieć bez cienia?

      Czy może coś stawać się złożonego

      Z czegoś, co nie ma istnienia swojego?

      Dostarczać odczuć, doznań, zachwytu

      Coś, co swojego nie ma wcale bytu?

      Jak mogło wszystko, co tu widzimy

      To, co słyszymy i co czujemy

      Powstać wskutek wybuchu Wielkiego

      Przed którym, jak twierdzą, nie było niczego?

      A potem skąd to wiedziało zasię

      W jakiej się formie, strukturze i czasie

      Objawić rodzajowi ludzkiemu

      Co dąży teraz ku zrozumieniu

      Jak to, co na zewnątrz, się dzieje, działa,

      Oczu i uszu, języka i ciała

      I czemu to wszystko tak zręcznie znika,

      Aż rozum się o przyczyny potyka?

      Gdy tylko staramy się przyjrzeć uważniej

      Strukturze materii w nauce ważnej.

      Czemu nas zwodzi i zagadki stale

      Kreuje nowe, duże i małe?

      Coś tam istnieje, coś tam rozbrzmiewa

      A nam od tego mózg się przegrzewa.

      Patrzymy – i coraz mniej w tym widzimy

      Czegoś, co można zobaczyć, przebadać

      Słuchamy – i słów nie mamy jak składać

      Żeby wyjaśnić i ubrać w dowody

      Stoją na drodze ogromne przeszkody

      I wciąż się piętrzą, wciąż przybywają

      I zdaje się, niezłą zabawę w tym mają!

      I ktoś się śmieje nam za plecami

      Że takie hocki wyrabia z nami!

      Nie sposób go dostrzec, zbadać nie sposób

      Bo takie właśnie zrządzenie jest losu.

       

      Ale Pan twierdzi, że są myśliciele,

      Uczeni, mędrcy i głosiciele

      Wiedzy prawdziwej, spisanej w słowa

      Że trzeba ich czytać i słuchać od nowa,

      Gdyż wiedzą to, czego my jeszcze nie wiemy,

      A gdy się dowiemy, to zrozumiemy.

      Być może… Bo jam nie spotkał takiego,

      Chociaż słuchałem już niejednego…

       

       

      Odwiedził mnie kiedyś człowiek ciekawy

      Siadł na tarasie, chciał napić się kawy

      Wiec zaparzyłem, na stół mu zaniosłem

      Zamieszał łyżeczką, jak małym wiosłem

      W czarnej materii, pachnącej Brazylią

      I chciał coś powiedzieć, zakrztusił się myślą!

      Chciał coś wyrazić, czymś się podzielić

      Chciał urojenia od prawdy oddzielić

      Słowem znaczącym, pełnym polotu

      Co z tego wyszło? Beczka bełkotu.

       

      Był także inny, miał umysł matoła

      Lecz stała za nim najwyższa szkoła

      Instytut papieski, szkoła prawdziwa

      Co ma najmędrszych nam wychowywać

      I ten mądrala, zwan profesorem

      Okazał się także zwykłym matołem

      Jak wielu z tych, co tam naucza

      I co każdego człeka poucza;

      Zwracając się do swojej hołoty

      Niosą radośnie pochodnię. Głupoty.

      Książki on pisał, trudne, zawiłe

      I do czytania bardzo niemiłe                  

      Może traktował to jako zabawę

      Niemniej przyniosły mu forsę i sławę.

      I Pan się udał do owej szkoły

      gdzie już siedziały w auli matoły

      na wykład czekając guru swojego

      by się bełkotem zarazić od niego.

      I Pan tam zasiadł, Panie doktorze

      poszedł na tyły, bo wszystkie loże

      były zajęte. I Pan wsłuchał się w bełkot miernoty

      Co prawił głupoty z miną idioty.

      Słuchała sala, i podziwiali

      Swojego guru wszyscy w tej Sali

      I zadawali potem pytania

      Ale nie było odpowiadania

      Bo guru znudzony był dnia owego

      I nie chciał zgłębiać tematu żadnego.

       

      Panie Doktorze, czy trzeba było

      Słuchać idioty, gdy tam się przybyło?

      Lecz może to jednak nauczka była?

      Więc oby w dobro się zaś obróciła.

       

      Bo przecie rzekł Budda: Nie będzie nic z tego

      Gdy człek się nie dowie od siebie samego.

      Gdy nie ogarnie swojego umysłu

      By się uwolnić od sfery domysłów

      Gdy buja w obłokach urojeń marnych

      I potok myśli zalewa go czarnych.

      Z tym najprzód uporać się musi człowiek

      By pojąć z istoty rzeczy cokolwiek

      Myśl musi być jasna i nie skażona

      Przez dogmat żaden nie porażona

      A umysł wolny od śmieci uprzedzeń

      od czarów, od marów, od różnych wierzeń,

      Od rojeń, marzeń, kompleksów wszelkich

      Od myśli, idei, tych małych i wielkich.

  • Najpopularniejsze w ostatnich 7 dniach

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności