Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
zuzia

proszę nie zapomnij

Rekomendowane odpowiedzi

pamiętaj o mnie...

pamiętaj o mnie w deszczowe dni 

gdy krople stukają ci w okno 

gdy dzień cię budzi,

kiedy uśmiech darujesz 

pamiętaj proszę o mnie 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do utworu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Ostatnio w Warsztacie

    • Akt IV

      Przeora

       

      image.thumb.png.ab53f2971490c24fc5ff5da12e2d519c.png

       

      Do celi Lony wchodzi Przeora, siada na podłodze przy niej i zaczyna gładzić delikatnie jej ramiona i włosy. Nachyla się nad nią i mówi:

       

      - Ejże, służko moja mała

      Coś ty tam narozrabiała?

      Skarżą na cię się dziewczyny

      Że oto z twojej przyczyny

      Biskup się pogniewać może?

      Zatem –mówię  ku przestrodze –

      Zachowuj się dzisiaj ładnie,

      Rozmawiaj z nim słodko, składnie,

      Dbając, aby się nie zjeżył!

      Bo od niego los zależy

      Zgromadzenia tu naszego!

      Ta moc od Boga samego

      Jest mu w życiu przypisana

      Bowiem w łaskach jest u Pana!

                     

      Lona unosi głowę, patrzy jej w oczy. Przeora uśmiecha się ciepło do niej, ciągnie dalej łagodnie:

       

      - Wszystko tu jest z jego woli,

      A że czasem poswawoli,

      Sobie z którąś ze sióstr naszych

      Toż to przecie… nic nie znaczy.

       

      Z dumą kontynuuje:

       

      -  I ja, kiedym młodą była

      Wybierana przezeń byłam

      Miałam ciało zdrowe, piękne

      Teraz patrz: Jakie uschnięte…

       

      Zasmuca się, oglądając swoje dłonie. Ale szybko wraca do pogodnego nastroju, mówi wesoło:

       

      - We wspomnieniach,  każda chwila

      Z nim spędzona - czas umila!

      Wszystko przecie wszak przemija

      Ale wspomnień nie zabija…

      Z tobą też tak, młódko, będzie

      To nagroda dla cię będzie,

      Zanim przyjdzie ta, co życie

      Wszelkie ścina. I w niebycie

      Zaśniesz … Do dnia zmartwychwstania!

      Który, jak gwiazda zaranna

      Jawi się nam… Z łaski Pana!

       

      Stańczyk:

       

      - Słucha młódka - i się lęka,

      Bowiem jest to dla niej męka

      Gdy pojąć czegoś nie może!

      I już nie wie, czy w uporze

      Nadal ma trwać przysiąg swoich?

      Czy też żarty sobie stroi

      Z niej to całe otoczenie,

      Co miało wieczne zbawienie,

      Przede wszystkim mieć na względzie?

      A tymczasem - jak w obłędzie,

      Seksualnym tkwią jej siostry

      Oraz Biskup! Ten wyniosły

      Władca ich dusz. Eminencja

      Mająca moce zaklęcia

      Które wiedzie do wiecznego

      Życia w niebie. Spokojnego!

       

      Narrator:

       

      - I tak, wierna służka Lona

      Poczuła się jak zdradzona.

      Ta, co miała przed złem chronić

      Zdaje się potwora bronić!

      I to nawet jej wyjawia

      Że seks sama z nim uprawia!

       

      Tymczasem Przeora, otulając serdecznie Lonę ramieniem, pociesza ją:

       

      - Nie bój się więc, moja mała

      Każda z nas mu kiedyś dała,

      Bo to nie jest grzechem żadnym

      Przespać się z tym panem władnym!

       

      Nie jest grzechem gdy ci włoży

      W cipkę chuja sługa  boży

      On ci da wieczne zbawienie

      Po co zatem to zmartwienie?

       

      Nie bój… Nie bój się kochana!

      Pościel pięknie już zasłana

      Idź. I umyj się starannie!

      Poleż sobie trochę w wannie

      Natrzyj ciało olejkami

      Niech mu pachnie, poziomkami!

       

      Bierze jej twarz z miłością w dłonie i szepce na poufnie na ucho:

       

      - Polubisz… Choć pierwszym razem

      Może boleć… Lecz ci radzę

      Teraz się tym nie przejmować

      Jeszcze będziesz mi dziękować…!

       

      Na koniec marszczy czoło, ale uśmiecha się pokrzepiająco:

       

      - Eminencja lubi czasem

      Nim rozpocznie dźgać kutasem

      Zakląć sobie. Powydzierać

      W słowach swoich nie przebierać

      Niech Cię jednak to nie płoszy

      Bo zaznasz z nim moc… Rozkoszy!

       

      Zatrzymuje się w drzwiach i odwracając się rzuca stanowczo:

       

      - W oczach Pana, zawsze, wszędzie

      Ty dziewicą czystą będziesz

      Bowiem taka jest moc jest dana

      Dla księdza biskupa z Pana

      Boga w niebie najwyższego

      Oraz Ducha Najświętszego.

       

      Koniec Aktu IV

  • Najpopularniejsze w ostatnich 7 dniach

  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Dawid Rzeszutek Może jestem staroświecki no i wierzę w zabobony i dlatego myślę sobie, iż mnie czeka świat wyśniony   a śmierć kluczem, który bramy ma do raju mi otworzyć ale póki, co to jeszcze parę latek chciałbym pożyć.   pozdrawiam  
    • uspakajający głos miasta dziś wrzeszczał rozpaczliwie ktoś doniósł komuś swoje trzy grosze nawet nie niepokój przygryzał skórki chwilą tylko ten wywar z melisy gorący dał wyraz myślom i wyrwał mam dosyć gdy wielkiej kałuży nie zdoławszy ominąć wpadł pod spojrzenia słowem nic dodać  
    • @Henryk_Jakowiec     Pokrótce, w odpowiedzi:   Czy się wtedy uda wiedzieć ? Tuz po śmierci, po odczuciu Czy czas pozwoli powiedzieć ?  O sercu po zabranym życiu ?   Raczej cisza grób twój nasyci Drogę dalszą, cień przyszłości  Nic echa słowa nie przemyci Nawet czas przenikający kości    Pozdrawiam!
    • Akt IV Przeora     Do celi Lony wchodzi Przeora, siada na podłodze przy niej i zaczyna gładzić delikatnie jej ramiona i włosy. Nachyla się nad nią i mówi:   - Ejże, służko moja mała Coś ty tam narozrabiała? Skarżą na cię się dziewczyny Że oto z twojej przyczyny Biskup się pogniewać może? Zatem –mówię  ku przestrodze – Zachowuj się dzisiaj ładnie, Rozmawiaj z nim słodko, składnie, Dbając, aby się nie zjeżył! Bo od niego los zależy Zgromadzenia tu naszego! Ta moc od Boga samego Jest mu w życiu przypisana Bowiem w łaskach jest u Pana!                 Lona unosi głowę, patrzy jej w oczy. Przeora uśmiecha się ciepło do niej, ciągnie dalej łagodnie:   - Wszystko tu jest z jego woli, A że czasem poswawoli, Sobie z którąś ze sióstr naszych Toż to przecie… nic nie znaczy.   Z dumą kontynuuje:   -  I ja, kiedym młodą była Wybierana przezeń byłam Miałam ciało zdrowe, piękne Teraz patrz: Jakie uschnięte…   Zasmuca się, oglądając swoje dłonie. Ale szybko wraca do pogodnego nastroju, mówi wesoło:   - We wspomnieniach,  każda chwila Z nim spędzona - czas umila! Wszystko przecie wszak przemija Ale wspomnień nie zabija… Z tobą też tak, młódko, będzie To nagroda dla cię będzie, Zanim przyjdzie ta, co życie Wszelkie ścina. I w niebycie Zaśniesz … Do dnia zmartwychwstania! Który, jak gwiazda zaranna Jawi się nam… Z łaski Pana!   Stańczyk:   - Słucha młódka - i się lęka, Bowiem jest to dla niej męka Gdy pojąć czegoś nie może! I już nie wie, czy w uporze Nadal ma trwać przysiąg swoich? Czy też żarty sobie stroi Z niej to całe otoczenie, Co miało wieczne zbawienie, Przede wszystkim mieć na względzie? A tymczasem - jak w obłędzie, Seksualnym tkwią jej siostry Oraz Biskup! Ten wyniosły Władca ich dusz. Eminencja Mająca moce zaklęcia Które wiedzie do wiecznego Życia w niebie. Spokojnego!   Narrator:   - I tak, wierna służka Lona Poczuła się jak zdradzona. Ta, co miała przed złem chronić Zdaje się potwora bronić! I to nawet jej wyjawia Że seks sama z nim uprawia!   Tymczasem Przeora, otulając serdecznie Lonę ramieniem, pociesza ją:   - Nie bój się więc, moja mała Każda z nas mu kiedyś dała, Bo to nie jest grzechem żadnym Przespać się z tym panem władnym!   Nie jest grzechem gdy ci włoży W cipkę chuja sługa  boży On ci da wieczne zbawienie Po co zatem to zmartwienie?   Nie bój… Nie bój się kochana! Pościel pięknie już zasłana Idź. I umyj się starannie! Poleż sobie trochę w wannie Natrzyj ciało olejkami Niech mu pachnie, poziomkami!   Bierze jej twarz z miłością w dłonie i szepce na poufnie na ucho:   - Polubisz… Choć pierwszym razem Może boleć… Lecz ci radzę Teraz się tym nie przejmować Jeszcze będziesz mi dziękować…!   Na koniec marszczy czoło, ale uśmiecha się pokrzepiająco:   - Eminencja lubi czasem Nim rozpocznie dźgać kutasem Zakląć sobie. Powydzierać W słowach swoich nie przebierać Niech Cię jednak to nie płoszy Bo zaznasz z nim moc… Rozkoszy!   Zatrzymuje się w drzwiach i odwracając się rzuca stanowczo:   - W oczach Pana, zawsze, wszędzie Ty dziewicą czystą będziesz Bowiem taka jest moc jest dana Dla księdza biskupa z Pana Boga w niebie najwyższego Oraz Ducha Najświętszego.   Koniec Aktu IV
    • I     Wog Marshall cierpiał przez całą noc. Przysypiał, to znowu wstrząsały nim chorobliwe dreszcze i przebudzenia. Miał koszmary, w których nawiedzała go jego ukochana żona, Ann. Jechali samochodem poza miasto, do nowego domu. Opowiadała mu najpierw jakąś zabawną historię ze szkolnych lat, potem mówiła coś o dziecięcym wózku, śpioszkach... Przeskakiwała dziwnie tematy. Była w siódmym miesiącu ciąży. Nie mogli się już doczekać tych narodzin, tym bardziej, że Ann poroniła dwa razy. Ale teraz, widział w jej oczach szczęście. Podobnie ― jak ona w jego. Ustalali szczegóły na temat mebli, koloru ścian, czy wyposażenia pokoju ich nienarodzonej jeszcze córeczki, Caroline… Snuli przyszłościowe plany… ― Nawet nie zauważyli rozpędzonej cysterny, która zmieniła nagle pas… Nastąpiło czołowe zderzenie… ― Wog zdążył jeszcze dostrzec błysk, usłyszeć ― przeraźliwy krzyk…     II   Przytomność odzyskał dopiero po trzech tygodniach w szpitalu. Powiedzieli mu, że cudem przeżył, natomiast jego żona nie miała szans. Samochód po stronie pasażera został całkowicie zmiażdżony. Ann zginęła od razu. Widział ― jak przez mgnienie ― nadjeżdżającego z naprzeciwka kolosa. Potem ― następował przytłaczający zgrzyt gniecionej, dartej blachy i… ― przerywany pisk. Ów pisk narastał coraz bardziej, aż zaczął świdrować w uszach. Męczył skołowany umysł…   Otworzył nagle oczy, wydając krótki okrzyk przerażenia. Narastający, przerywany pisk dochodził od dobrych kilku minut z budzika, tuż obok łóżka. Nacisnął bez pośpiechu guzik. Piszczenie ustało. Krople potu zrosiły mu obficie czoło i skronie…Ten sam sen dręczył go od prawie ośmiu lat… Zamrugał powiekami, lustrując mętnym jeszcze, jakby zapiaszczonym wzrokiem pokój… W otwartym, balkonowym oknie powiewała bezgłośnie firanka… Promień słońca przecinał deski podłogi długą wstęgą ostrego blasku… Minęła ósma rano. Czuł bolesne pulsowanie w potylicy i ucisk w piersiach… Zwlókł swoje ciało, kaszląc przy tym i jęcząc… Usiadł ciężko na krześle przy okrytym kraciastą ceratą stole… Rozgryzł dwie tabletki aspiryny i popił przegotowaną wodą ze szklanki. Odczekał kilka minut, ale ból nie ustępował… Wziął kolejne dwie…   Wyszedł na balkon, nabierając głęboko powietrze do płuc. Ostatni dzień lipca był niezwykle upalny i pachniał upojnym, słodkim aromatem przekwitających powoli kwiatów. Strzeliste topole szeleściły swoimi liśćmi w łagodnych powiewach wiatru, jakby oklaskiwały czyjeś przybycie albo odejście, opowiadając sobie nawzajem szeptane, tajemnicze historie… Ścisnął dłońmi nagrzaną, żelazną poręcz balustrady... Pomiędzy topolami falował ocean nieskoszonego jeszcze zboża, w którym mieszkał niewidzialny, chabrowy bóg… Szło stamtąd absolutne uspokojenie… Ptaki wyśpiewywały melancholię zmierzchającego lata… Obłoki sunęły w błękicie nieba, niczym galeony pod pełnymi, białymi żaglami… Nie zakłócały tej sielanki, nawet przejeżdżające drogą pojedyncze samochody i rozgwar rozbudzonego już miasteczka…   Poczuł się trochę lepiej i nawet chciał coś zjeść, kiedy usłyszał pukanie. Przeszedł przez pokój, zabierając po drodze przerzucony przez oparcie krzesła szlafrok. Ubrał go w pośpiechu. Otworzył drzwi. To staruszka z parteru, pani Margaret, właścicielka tego domu, przyszła po comiesięczny czynsz. Nieco roztargniony, znalazł w końcu portfel i podał jej odliczoną kwotę. Pani Margaret, jak miała w zwyczaju, zapytała Wog`a czy ma ochotę zjeść u niej śniadanie. Stwierdził, że tak. Podziękowała za pieniądze i wyszła. Zamknął drzwi. Usiadł znowu przy stole, dopijając wodę. Następnie wstał, ogolił się i włożył przewiewne, lniane ubranie. Schodząc, poinformował starszą panią, że jednak zmienił zdanie. Po czym, wyszedł do miasta…   III   Na ustawionej po środku rynku scenie trwały próby mikrofonów. Podobno ― w ramach całodziennego festynu ― miała wystąpić wieczorem jakaś muzyczna gwiazda. Wog`a mało to wszystko interesowało. Jego myśli płynęły, gdzie indziej. Znowu czuł narastający ból głowy i ucisk za mostkiem. Skręcił w boczną, parkową alejkę, nad którą rozkładały swój cienisty baldachim rozłożyste drzewa. Usiadł na ławce wśród migoczących prześwitów i jął obserwować z oddali cały ten zgiełk. Dochodziły do niego przytłumione, piskliwe śmiechy biegających w tumulcie i gwarze pierzchających kroków dzieci… Trzymały w rączkach różnokolorowe baloniki i latawce. Widział kolejki do małych sklepików i rozmaitych kramów, gdzie sprzedawano pamiątki albo watę cukrową… Połyskiwały nad nimi jakieś lśniące girlandy, wstążki… ― Przez te wszystkie lata nie poznał innej kobiety. Zbyt mocno kochał Ann. Po jej stracie nie potrafił ułożyć sobie życia. Zmieniał miejsca zamieszkania. Brał różne posady: malarza pokojowego, ulicznego sprzedawcy hamburgerów... Było mu wszystko jedno… ― Wtem ― spostrzegł kontem oka uśmiechniętą, młodą kobietę z około 8-letnią dziewczynką. Szły spokojnie po żwirze alejki. Ich jasne i długie włosy falowały, mimo bezwietrznej, przedburzowej ciszy. Kobieta zaszeptała dziewczynce do ucha, wskazując w jego stronę ręką. Pociekły mu po twarzy łzy. Wyobraził sobie, że jest teraz z Ann, a Caroline miałaby już… ― Nagle, coś przykuło jego uwagę: „Nie! ― Przecież, to niemożliwe!” ― Przeszła mu przez głowę myśl z prędkością błyskawicy! ― „Ann?!”. ― Istotnie, ta kobieta wyglądała jak ona. Miała nawet tę samą zieloną sukienkę, kiedy poznał ją pierwszy raz! ― Stanęły tuż przed nim… ― Ten sam uśmiech! Te same oczy, skryte za okularami! Zacisnął mocno powieki, myśląc, że kiedy je otworzy zjawy znikną… ― Otworzył. Wciąż tu były… ― Walczył jeszcze przez chwilę, lecz widząc taką miłość w spojrzeniu tej kobiety, wykrztusił z siebie półgłosem: ― Ann? ― Chciał wstać, lecz zabrakło mu sił. Jego szept był chrapliwy i niewyraźny. ― Ale jakim cudem? Przecież ty nie żyjesz od ośmiu lat! ― Mówił ciężko, czując w piersiach narastający skurcz. ― To ja, kochanie. Przyszłyśmy po ciebie. Będziemy już razem i na zawsze… Poznaj swoją córkę, Caroline. ― Boże, córeczko moja… Jesteście snem, prawda? ― Nie, Wog. Jesteśmy tutaj naprawdę, ale tylko ty nas widzisz… Weź nas za ręce…   Poprowadziły go przed siebie. Zobaczył, że przedmioty zaczęły lśnić niesamowitym blaskiem, jakby płonęły wewnątrz jakimś tajemniczym ogniem… Wchłaniało ich nieskazitelne światło…   IV   Pani Margaret szykowała obiad, słuchając przy tym programu nadawanego przez lokalną rozgłośnię radiową: „Przedstawiamy państwu najświeższe wiadomości” ― rozległ się głos spikera. ― „Niestety, zaczynamy nasz serwis informacyjny od przykrego zdarzenia. Otóż jakieś dwie godziny temu zostały znalezione w parku miejskim zwłoki mężczyzny. Z dokumentów, które miał przy sobie, można wywnioskować, że to 42-letni, Wog Marshall. Wezwany na miejsce lekarz stwierdził, że przyczyną zgonu był najprawdopodobniej rozległy zawał serca. A teraz dalsze informacje z kraju i z zagranicy…”.   (Włodzimierz Zastawniak, luty, 2016)    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności