Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Przeraźliwe dudniące dźwięki dzwonów, słychać z wierzchołka wysokiej góry. Po zboczu zjeżdżają tętniące zjawy karawanów, zaprzężonych do tysiąca galopujących nut. Ogromny, bogato zdobiony w czarno srebrne wstęgi klucz wiolinowy, szybuje przed nimi, otwierając niewidzialne drzwi do rozwścieczonych w swym pędzie, fałszywych dźwięków. Spod kopyt w kształcie odwróconych krzyży, wylatują błyszczące skrawki złotej rzeźby, układając się w to, co ma niebawem nastąpić. Niektóre zamieniają zieloną trawę, w połyskującą ciemność ostatecznej prawdy. Donośnie echo krąży po okolicznych wzniesieniach a nieboskłon drga nieustannie, pulsując nerwami przeznaczenia. Błękitno krwawa skóra bestii szykuje się do ataku.

 

A słońce jest krwisto czerwone. Średnio wypieczony befsztyk o kształcie gorącego serca wiruje nieustannie, przepompowując wszystkie ludzkie poczynania. Zarówno te dobre jak i te złe. Wrzące krople kapią na ziemie. Palą, niszczą, burzą i dzielą cokolwiek jest połączone.

 

Zwęglone, parujące ciała ptaków leżą na umęczonej ziemi. Nie zawiniły czemukolwiek, lecz ich lot został niespodziewanie przerwany. Wmanewrowany w cudze winy drapieżników. Skrzydła po raz ostatni wgryzły się między cząsteczki powietrza, by się z nimi pożegnać i już nigdy nie powrócić. Wiele otwartych okopconych dziobków, zastygło w ostatnim ćwierknięciu a setki pustych oczu wypłynęło wrzącym strumyczkiem. Zwęglone pierzaste ciała, przypominają rozłożysto-cuchnący kubeł na biologiczne odpadki. A ludzie muszą patrzeć w wielkie lustra, które się nagle ukazały i każdy bez wyjątku jest zdziwiony.

 

Kołyszące się krwawe dzwony płoną nadal na szczycie góry a dźwięki rozcinają przestrzeń, ostrymi nożami zwątpienia i bezsilności. Zalatują spalenizną przypalonych nut, na ruszcie zwęglonej pięciolinii. Ludzie stoją póki co nienaruszeni, lecz sytuacja zmienia się radykalnie.

 

Na części nieba ukazuje się ogromna podwieszona pajęczyna. Zwisa ciężko w kierunku ziemi, przygnieciona ciężarem much. Niektóre są jeszcze żywe, lecz z większości pozostały puste skorupy lub nawet tego nie ma. Chwaszczenie nad głowami przygnębia beznadzieją. Właśnie jeden owad pragnie się wydostać. Nic z tego. Oderwane ciężkie skrzydło koloru ołowiu, przygniata małą dziewczynkę. Słychać urwany jęk i donośny trzask miażdżonych kości. Część muchy zamienia się w cuchnącą rybę. Poprzez chmury prześwituje cień pająka. Nie rusza się. Jest najedzony. Chwilowo. Żadna mu już nie ucieknie. Może spokojnie odpoczywać i czekać aż zgłodnieje.

 

Od czasu do czasu nisko nad ziemią, szybują prawie niewidoczne, bardzo wytrzymałe linki.

Wielu ludzi jest przeciętych na pół. Nie zdążyli zajrzeć na stronę szaleństwa. Wiedzą co by tam zobaczyli. Swoją przyszłość. Bardzo bliską i niekoniecznie miłą. Jest na wyciągnięcie ręki, lecz ręce pozostają puste. Szczególnie te w odciętych tułowiach.

 

Wtem ziemia drży w posadach, aż jedni na drugich się przewracają i już nie wiadomo, kto pod kim dołki kopał lub pod nim kopano. Góra unosi swoje ociężałe cielsko. Między podłożem a jej dnem pojawiają się kleiste kolumny, jakby ziemia nie chciała je wypuścić ze swoich szponów. W końcu pękają a z wnętrza wylatują: obleśne owłosione robaki: białe, czarne i szare. A pod teraz lżejszym kopcem wielka kałuża krwi się rozlewa, jakby olbrzymowi z palca popuściło, powiedzmy na oko: bulgocząca zerówa.

 

Na szkarłatnym jeziorze w cieniu spodu góry, wyjące parodie bałwanów ze wściekłej piany, szarpią małe statki wystrugane z białych zgrzytających zębów, obleczone w udrękę: zdziwienia i niedowierzania. Niewielkie łódki utkane z rozwałkowanych ludzkich spojrzeń, wpływają do oczodołów czaszek zanurzonych w lepkiej wrzącej kipieli. Malutkie martwe źrenice w których odbija się ostateczne rozwiązanie, przed którym droga ucieczki została na wieki zablokowana.

 

A ludzie stoją u podnóża góry i nie mają gdzie uciec, albowiem na złudzeniu horyzontu przepaść się wytworzyła, gdzie dno można dostrzec jedynie wtedy, gdy tam się wpada, lecz możliwość odbicia minęła raz na zawsze.

 

Szalejąca wichura roznosi porywy na prawo i lewo, wszędzie tam gdzie dosięgają jej rozedrgane szpony. Tudzież grzmoty słychać zewsząd a i deszcz rzęsisty z gorejących popiołów pokrapia zamaszyście, robiąc ludzi ostatecznie na szaro. Błyskawice na wierzchołku góry przepalają swoimi zygzakami obejście dzwonów, czyniąc w nich głębokie dziury z których zielona posoka spływa po zboczu. Wijące ciało węża doświetla falujący blask czerni, płynący jak rzeka z fragmentu nieba, z której wystają szare, postrzępione kości i mlaskające części rozkładających się trupów.

 

U podnóża góry wyrastają ciernie. Rosną bardzo szybko wspinając się w stronę płonących dzwonów. Oplatają je swoimi pnączami jak czułe ramiona pseudomatki, czyniąc na drżącym żelazie głębokie niewygodne bruzdy. Te jęcząc i zawodząc zakłócają jakość dźwięków, przez to dzwony zaczynają fałszować tak bardzo, że niektóre uszy od głów odpadają a biedne ślimaki nie mogąc się wydostać, złorzeczą, zawodzą i marudzą, wiercąc się w wnętrzu głowy. Niewinne ofiary winnych.

 

Z góry zwisają strzępy błękitu. Farba odpadająca od sufitu już nigdy nie mających się spełnić marzeń. Niektóre spadają na ziemię a owe sufity są czasami bardzo nierówne. Parodia białych płatków śniegu, brudzi kolor nienawistną czernią. Po zboczu góry toczą się ogniste kamienie, lecz nie na wszystkich, jeno wybranych. Ranią boleśnie ciała oraz przypalają pozostałe członki, wyganiając na poniewierkę: skwierczące ścierwa zepsutych dusz. One zaś, szybują w kierunku dzwonów i płoną we wrzącym pulsującym dudnieniu. Ludzie mogą tylko patrzeć. Nic poza tym. Poza tym, zostało bezpowrotnie zaprzepaszczone, kiedy jeszcze można było coś; zmienić, naprawić, wybaczyć.

 

Na tle czerwonego słońca powstaje symbol rozwidlenia dróg, bez żadnych drogowskazów. Przeminął czas dokonywania wyborów. Drogi różnią się od siebie a jednocześnie są: podobne. Każdy je dostrzega po swojemu i wie, którą ścieżką będzie musiał podążyć, czy to go cieszy czy przeraża. A wokół jest las. Z ciemnych rosochatych pni wypływa wrząca lawa, niczym mokre jelita z rozciętego brzucha. Snuje się wolno i metodycznie bulgocząc i mlaskając. Gorące bąble pykają fajkę śmierci.

W ciemnych zakamarkach konarów, połyskują zawsze nienasycone: żółte ślepia duszojadów.

 

Czekają na sygnał, by zaatakować. Spełnić swoje przeznaczenie. Nie wszystkie dusze poszybowały w zbawcze płomienie, by pocierpieć i się odrodzić kiedyś na nowo. Te spotka gorszy los. Gdy znikną w czeluściach owych bestii, to już nigdy stamtąd nie powrócą. Chociaż pewności nie ma. Tutaj nic nie jest pewne, chociaż wszystko nastąpi.

 

Wtem nieboskłon z lekka jaśnieje i wyłania się wielka świetlista dłoń. Wyłapuje niektórych ludzi, wznosząc ich wysoko, poza granicę cierpienia i pojmowania. Wielu chce się tam dostać, ale chcenie nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba było pomyśleć o tej windzie wcześniej. W obecnej sytuacji można tylko czekać.

 

Wielu już szybuje w kierunku: białych pierzastych baranków. Na ich śnieżnobiałych ciałach, widoczne są ślady krwi i drewniane drzazgi. A tam w dole: pożoga i zniszczenie, wielka góra, płonące dzwony, białe kości i grasujące, wiecznie głodne: duszojady. Coraz większe i większe. Dokładnie wiedzą co czynią.

 

Małe dziecko rozpaczliwie płacząc, jest samotnie unoszone w bezkres nieba. Rodzice zostali na dole. Zdecydowali kiedyś o jego śmierci. Nie zna wszystkich docelowych planów oraz prawdziwych motywacji, jakie nimi kierowały. Nie osądza. Tutaj nie ma kamieni. Zadaje jedynie pytanie: czy mamusia i tatuś zostali na zawsze wyskrobani ze zbawienia?

 

Nie słyszy odpowiedzi. Wie tylko, że będąc tu, w białej dłoni, jest gotowe na ponowne spotkanie i przebaczenie.

 

Nagle wszelkie dźwięki milkną. Cisza jak śpiącym makiem zasiał. Robi się jasno i przyjemnie. Z wielkiego megafonu na szczycie góry słychać głos:

 

Bardzo dziękujemy za udział w ćwiczeniach na wypadek: końca świata. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby doznania: wzrokowo - czuciowe, były jak najlepszej jakości i sprostały państwa oczekiwaniom. Pragniemy też nadmienić, że wszystko co państwo przeżyli, to jedynie nasza wersja wydarzeń, opracowana i przygotowana, przez najlepszych dostępnych specjalistów, pałających się tą niezbadaną wciąż dziedziną.

 

Jeżeli ktoś się poczuł zawiedziony lub jego światopogląd został niezgodnie z wolą naruszony, to z góry najmocniej przepraszamy. Także za ewentualne: prawdziwe rany, które niestety miały miejsce. Bardzo nad tym ubolewamy i jest nam niezmiernie przykro. Do karetek należy się udać, zgodnie ze wskazaniami drogowskazów, których hologramy właśnie wyrastają jak grzyby po burzy. Opatrunki są gratis.

 

Zapewne państwo nie pamiętają, że podpisali umowy, opiewające na określone kwoty do zapłacenia. Proszę się nie martwić. Każdy otrzyma fakturę z terminem płatności: czternastu dni. Za przekroczenie wspomnianego terminu zostaną naliczone odsetki.

No cóż. Wierzymy, że wielu te ćwiczenia czegoś nauczyły, lecz żałujemy, że zapewne nie wszystkich. Dziękujemy za uwagę i życzymy miłego dnia.

 

Kolekcja niepowtarzalnej biżuterii: "Koniec Świata Na Każdą Okazję'', dostępna u podnóża góry, po cenach promocyjnych.

 

*

– Zadzwoń, że byliśmy na imprezie i możemy się spóźnić.

– Nie ma zasięgu.

              DZWONY.gif.16590cac18f6cfdce985d64fd2d104dd.gif

                     

Edytowane przez Dekaos Dondi

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W sumie ta cała panademia pokazuje jak bardzo jesteśmy "odklejeni od ramy" rzeczywistości.

Tylko za żadne skarby nie chciał bym brać udziału w "ćwiczeniach na wypadek końca świata" bo są nawet bardziej apokaliptyczne niż apokalipsa, tego no, św Jana :) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
8 godzin temu, Dekaos Dondi napisał:

– Zadzwoń, że byliśmy na imprezie i możemy się spóźnić.

– Nie ma zasięgu.

Chciałbym tylko wiedzieć gdzie Oni kurde imprezowali, bo no na Ziemi chyba nie... ;) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, Dekaos Dondi napisał:

Dlatego mam tylko jeden niezmienny nick:)

Wiem o tym i mam dziwne podejrzenie, że też rozmawiasz sam ze sobą. Ja też prowadzę swój własny dialog, nawet chyba zbyt często ;) (dialog jest podobno zdrowy, ale kłótnia już napewno nie) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do utworu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio komentowane

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widzę, że muszę doprecyzować, bo ostatnio moje wiersze stały się ofiarą permanentnego tropienia przez was wszelkich onomatopei. O anaforach (czyli słowach celowo powtarzanych w wierszach) możesz przeczytać - wyżej - w komentarzu do Iwona Roma. Tu nie mamy dosłownej anafory. to klasyczne powtórzenie. Po pierwsze jest ono niedokładne, jak zauważyłeś mamy przymiotniki: wypartoszone - wypatroszonych, więc żadnej tragedii nie ma. Ale clou polega na tym, że to dwie zwrotki dopełniające treść. Przecież to widać od razu, chyba nie trzeba tu nic tłumaczyć?:   w wierszu mamy: ----- wypatroszone chore wnętrze bekasa naruszono szew na czarnym kruku trepanacja   jest w naszych głowach gęsty skrzep to poroniona generacja lotów wypatroszonych w męce ----- Skoro to jednak nieczytelne precyzuję:   Tutaj ( w tych 2 zwrotkach) to:  bekas  ma wypatroszone chore wnętrze i bekasa naruszono szew, co oznacza, że go otwarto. Dokonano również trepanacji na kruku. Z kolei z całego  tekstu wiersza wynika jasne porównanie ludzkiej cywilizacji do bagiennego ptactwa (co wyjaśniałem w kilku komentarzach, pod rząd).   W drugiej zwrotce stawiam więc tezę, że to w naszych (czytaj: ludzkich) głowach jest gęsty skrzep. Logiczne, to ludzkość jest wypatroszona, ma skrzepy w głowie. (oczywiście w zastosowanej metaforze), ludzkość to poroniona generacja ( tu istnieje ustalone porównanie do ptactwa) lotów wypatroszonych w męce.   Męka będzie tu natomiast synonimem jakiegoś niesprecyzowanego cierpienia cywilizacyjnego.   Jakie wnioski?: Otóż, mamy tu dwie zwrotki wyraźnie  dopełniające treść. Wypatroszenie bekasa (vel. przykładowego człowieka) będzie tożsame z wypatroszonymi lotami  naszej poronionej cywilizacji.    To jest identyczna zależność jak np. w wymyślonym na biegu takim oto  zdaniu:   Wzruszony dziadek siedział w fotelu, a my również mocno wzruszeni przytuliliśmy się do niego.   Zdanie jest czytelne i poprawne.   Część zdania nadrzędna i podrzędna dopełnia treść i przy użyciu pokrewnych przymiotników: wzruszony-wzruszeni. W wierszu istnieje identyczna zależność: wypatroszona-wypatroszonych. Więc problemu nie ma. Problem polega na tym, że wy na siłę tropicie wyrazy onomatopeiczne u mnie w wierszach - onomatopeiczne czyli dźwiękopodobne. Nie potrzebnie. To jest jak zwykle kolejne szukanie igły w stogu siana.
    • dotrzeć nie problem, w całości juz tak :) Poza tym, niezłe.
    • Pomysł na tekst nie jest mojego autorstwa.   <> Ciało i ubranie, nieustannie zmniejszało wielkość. Nie bardzo wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Jakby się zapadał w samego siebie. Wszystko wokół zniknęło. Na miejsce tego co było, powstały półprzezroczyste ściany. Oddalały swoją obecność. Od czasu do czasu, zauważał jakieś białe, wirujące fragmenty. Nie zdawał sobie sprawy, jaki mogą mieć rozmiar i co to w ogóle jest. Ściany nadal odpływały, ale trochę wolniej, zapraszając do siebie. Dopiero teraz zaczął odczuwać, że coś go uwiera w plecy. Nadal leżał, gdyż jakiś dziwny lęk, nie pozwalał zobaczyć dokładnie  świata, w którym przebywał. Rozedrgane myśli krążyły na podobieństwo tych białych, niekształtnych okruchów. Umysł nie chciał zaakceptować, takiego stanu rzeczy. Czy rzeczywiście przebywa w tej dziwnej krainie?   Jeszcze jedno odczucie bardzo go przytłaczało: coś w rodzaju klaustrofobii, mimo, że ów świat był ogromny.Widział nad sobą coś w rodzaju nieba, zakrzywionego po ogromnym łuku w dół, ale na tyle małym, żeby dokładnie dostrzec to zjawisko. Nie widział żadnych chmur na prześwitującym tle. Z lekka zamglone, błyszczące i gładkie, sprawiało wrażenie ogromnej dłoni, wiszącej nad nim. Natomiast mógł zauważyć, jakby przez ściany nieba coś przenikało. Jakieś zamazane obrazy, którym towarzyszyły refleksy świetlne. Co jakiś czas, promienie tuliły roziskrzonym blaskiem, te kryształowe malutkie strzępki. Migotały raz po raz, to tu, to tam, szczególnie te większe i bardziej białe.   Nagle poczuł, że świat się poruszył, by po chwili powrócić do całkowitej stagnacji. Może z wyjątkiem tych migotliwych cząstek, które nie ustawały w swoim spowolnionym tańcu. Posłanie na którym leżał, straciło stabilność. Kleiste i wilgotne, zanikało od ciepłoty ciała.    <> Postanowił wstać. Gdy to uczynił, świat wokół niego, wydał się jeszcze dziwniejszym. Gdziekolwiek spojrzał, widział koliste odbicia. Były pokaźnych rozmiarów. Wisiały nad nim, niczym zdeformowane, wydłużone łuki. W tych ogromnych obrazach, rozpoznawał swoją sylwetkę, lecz nie zbyt dokładnie. Wszystko zlewało się w jedno. Zadziwiające było to, że ściany nie były lustrzane, ale dawały podobny efekt. Poza tym nie cała kraina się w nich odbijała. Najbardziej on sam. Na dodatek,  przenikał tu widok zewnętrznego świata.   Nie bardzo wiedział, gdzie jest i po co. Zapomniał nawet swoje człowieczeństwo. Jakby część jego świadomości, wyleciała na zewnątrz, by wirować we wspólnym tańcu, z otaczającą go białością. Niektóre fragmenty, przyklejone do ścian, trwały w bezruchu. Tylko od czasu do czasu, jakaś cząstka spływała po ścianie, pozostawiając znacznych rozmiarów, mokrą smugę. Świat za nią nie był widoczny.   <>  Zaczął podążać przed siebie. Te białe cosia, nazwał w myślach: śniegiem. Jakieś fragmenty  umysłu, działały jak trzeba, w sensie dawnych skojarzeń. Ów świat, nie wchłonął ich jeszcze całkowicie. Pozostały wewnątrz niego, schowane w bezpiecznej enklawie jaźni. Buty grały na podłożu skrzypiącą muzykę. Po jakimś czasie miał wrażenie, że wchodzi na płaską górę. Czuł się bezpiecznie przylepiony do podłoża. Szedł nadal. Wciąż w tym samym kierunku.   W pewnym momencie spojrzał w górę lub dół. Trudno było określić. Poprzez wirujący śnieg, ujrzał wysoko nad lub pod sobą ślad, jaki pozostawiło jego ciało. Znajdował się dokładnie nad lub pod tym miejscem. Nie miał wrażenia, że idzie do góry nogami lub z czegoś zwisa. Zobaczył przed sobą pęknięcie. Przemieszczało się szybko i wysoko nad jego głowę. Miał nadzieję, że wydostanie się przez nie do zewnętrznego świata. Nadzieja prysła jak kryształ lodu. Zasklepiło się momentalnie. Nawet ślad nie pozostał.   <> Nagle stanął jak oniemiały. Zobaczył małą chatkę. Nie dużą, ale ładną. Dlaczego jej nie widział, gdy leżał daleko w dole pod nią. Może akurat w tym miejscu, więcej śniegu wirowało. Z wielkim trudem otworzył drzwi. Były przymarznięte do podłoża. Wszedł do środka. Kolejny widok go zdziwił. A nawet bardzo. Stał w swoim mieszkaniu. A konkretnie w pokoju. Wszystko pokrywał lód i kompletna cisza. Jakby jakaś siła zamroziła nawet dźwięki. Poszedł do kuchni. Doznał prawdziwego szoku. Ujrzał samego siebie, siedzącego przy stole. Dotknął ręki trupa. Odłamała się i z łoskotem spadła na podłogę. Dlaczego? Przecież postać była bardzo zamrożona. Ujrzał ogień w kominku. Chciał ogrzać ręce. Nic z tego. Płomień był zimny, jak zlodowaciałe zwłoki sobowtóra.   <> Wtem poczuł drgania. Ściany skrzypiały, a na zamrożonych szybach pojawiły tańczyły pęknięcia. Musiał uciekać. Opuścić to miejsce. Wyszedł z chatki. Na zewnątrz wszystko wirowało. Wrócił dźwięk. Hałas był przeraźliwy. Dobiegał zewsząd. Ściany śniegu gięły się i wyginały na wszystkie możliwe strony. Już go nic nie trzymało. Nie był przyklejony. Szybował razem z tym zamieszaniem. Oddalał się od chatki. Widział jej rozpad. Lecące fragmenty ścian, na szczęście przelatywały obok.   Stracił kontrolę nad szybowaniem. Jakby ktoś marionetce odciął sznurki i rzucił ją w przepaść. Ujrzał tamto ciało. Siebie. Leciało prosto na niego. W ostatniej chwili zrobił unik. Na ułamek sekundy, widział zamrożone oczy. Patrzyły na niego. A może oskarżały, lub przeciwnie, przebaczyły. Trup obijał się o ściany z głośnym stukotem, spotęgowanym wielokrotnym echem, coraz mniejszy w swoim oddalaniu. Nagle zniknął zupełnie. Jakby został wchłonięty przez ściany.   Różne myśli atakowały umysł. Czyżby kiedyś już tu był? Wszystko się powtarza, tylko rodzaj śmierci jest inny? Cały świat wirował, a on razem z nim. Słyszał głośny szeleszczący szum. To gęsty śnieg, ocierał się o kołyszący ogrom ścian. Świat pod nim mknął do tyłu, a nad nim, do przodu. Rozbłyski światła, wpadającego z zewnątrz, rozszarpywały kryształy białości, w szyderczej harmonii z otoczeniem. Krążyły wszędzie. Migotanie sprawiało im radość, a jemu ból w oczach. Nie było góry ani dołu. Zresztą teraz to nie miało znaczenia. Nie spadał, nie leciał w żadną przepaść, lecz życie wisiało na cienkim – jak włos – soplu lodu.   <>  Uderzył w mokrą ścianę. Odbił się i poleciał do tyłu. Za granicą tego świata, dostrzegł długie szare cienie. Z tego co zdążył zauważyć, było ich pięć. Cztery dłuższe i jedna krótsza. To one ruszały tym światem. Po chwili ujrzał: dwa wielkie zielonkawe koła z czarnym mniejszym w środku. Coś je ciągle odsłaniało i zasłaniało. Kolory nie były intensywne, przysłonięte ściekającą wodą i wirującą białością. Raczej się ich domyślał, z tego co zdołał dostrzec, w tej całej zamieci śnieżnej. Przez zamglone ściany widział dwa rzędy niby prostokątów. Były jedne nad drugim, w nieustannym pionowym ruchu. Nie miał gdzie uciec, by chociaż się ukryć. Musiał tańczyć, swój łabędzi śpiew.   Nic innego nie mógł zrobić. Tylko czekać. Nagle białe iskrzące cząstki, zaczęły łączyć swoje wirowanie. Dolepiały błyskawicznie jedną do drugiej. Uformowały białą bestię, której wyglądu nie potrafił określić. Zresztą zabrakło czasu, na podziwianie widoków. Nie miał co walczyć, skazany z góry na przegraną. Wchłonęła go w swoje ciało. Zimne i pozbawione wszelkich uczuć. W lodowatej bieli, poprzez którą dostrzegał skrawki zewnętrznego świata, wirował w dalszym ciągu, także w pomieszaniu umysłu. Można by rzec, że był tu bezpieczny. Niestety. To tylko pozory. Słyszał dziwne trzaski. Ściany stwora zaczęły dusić jego szaleństwo, jeszcze większym szaleństwem. Zimnym i pozbawionym wszelkich uczuć. Był cały przemoczony, a one coraz bardziej zamrażały oddech.     <><><><><><><><><><>   Ciało i ubranie, nieustannie zmniejszało wielkość. Z lekka przezroczyste ściany, były coraz większe. Nie chciało mu się leżeć. Wstał. Znalazł się w dziwnym świecie. Jakby w ogromnej, półprzezroczystej kuli. Zobaczył na ścianie jakiś podłużny, nieokreślony kształt. Jakby coś od wewnątrz prześwitywało. Dostrzegł ich więcej, wokół siebie. Dużo więcej. Wszędzie. Niektóre były bardzo małe, ze względu na odległość. Nie przenikało przez nie światło. Podszedł do jednego z nich. Było jego wielkości. Rozmazane i szare. Zaczął iść przed siebie. Białe cząstki wirowały wokół niego. Zwiększały swoją obecność. Czepiały się twarzy. Badały obiekt, by wiedzieć, jak pokierować lub zmienić, istotę czasu...      
    • No, Kazi lipy tip top i pot. PIT-y!!! Pili zakon.
    • Ewo i demokrata Kamil u żuli ma katar. Komediowe?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności