Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

 

-   Julian BONG   -

Lan Le

 

-     CZĘŚĆ PIERWSZA     -

 

 

 

W pewien słoneczny dzień ciepłego listopada, kiedy temperatura sięgała w południe 20 stopni Celsjusza, usiadłem przed ekranem komputera by napisać tę opowieść.

 

W lipcu innego roku, przy równie pięknej pogodzie, kiedy słońce stało wysoko i drzewa były zieleńsze i było trzy razy więcej zieleni przed moimi oczami, rozmyślałem ponuro o samobójstwie. W rogu pokoju pod oknem,  oparty o ścianę stał załadowany sztucer, ostatnia sztuka mojej broni myśliwskiej i dobrze pamiętam co wtedy zrobiłem. Wychyliwszy się ująłem go  i nie mogąc oderwać oczu od wylotu lufy podniosłem karabin i naciągnąłem przyśpiesznik spustu. Od tej chwili nawet lekkie przyłożenie palca mogło wywołać reakcję od której nie było odwrotu.

 

Z tak przygotowaną  bronią usiadłem na stołku i odbezpieczyłem ją. A potem, czując jakby moja głowa miała ciężar nie do uniesienia, pozwoliłem jej opaść nisko i otworzywszy usta wsadziłem w nie wylot lufy. Moja prawa ręka przesunęła się ku kabłąkowi, myślałem o jednym tylko:  żeby na krótką chwilę położyć palec na spuście i sprawdzić czy w ogóle potrafię coś takiego uczynić - i raptem moja dłoń zaczęła się trząść, trząsłem się cały, paraliżowało mnie przerażenie, że już nie dam rady wycofać się z tego bezpiecznie, że kolejny najmniejszy ruch wyzwoli  czuły mechanizm i nawet gwałtownym szarpnięciem głowy nie zdałam uciec przeznaczeniu...

 

Jeszcze teraz czuję ciarki na wspomnienie tamtej chwili. Pamiętam z jak wielkim wysiłkiem odchyliłem wówczas w bok głowę... Potem odsunąłem broń od siebie na wyciągnięcie ręki i czekałem czy nie wystrzeli, próbując uspokoić drżenie napiętych mięśni.

 

 

Wtedy postanowiłem, że nie zabiję się jeszcze. Byłem dobrze ubezpieczony w dwóch firmach z okresu, kiedy było nas stać na opłacanie wysokich stawek, lecz samobójstwo wykluczałoby wypłatę odszkodowania dla moich bliskich. Boże, jakże beznadziejnie głupia byłaby to śmierć.  Chyba, że udałoby się udowodnić, iż był to wypadek przy obchodzeniu się z bronią. Ale nieważne, i tak nie byłem wtedy zdolny zrobić sobie tego.

 

Mam dobry system nerwowy w tym sensie, że nie przechowuje długo urazów i szybko się organizuje do normalnego działania, jeśli tylko zaistnieją korzystne warunki. Wtedy, tego samego dnia, po południu zadzwonił niespodziewanie telefon i odebrała go moja żona.

 

Telefony urwały się jakiś miesiąc wcześniej, kiedy ostatni klient dowiedział się o zaprzestaniu produkcji w naszym zakładzie. Znajomi także zamilkli, było im ciężko wspierać na duchu świeżo upieczonych bankrutów. Odsuwali się od nas tak, jakby nagle wyszło na jaw, iż zapadliśmy  na ciężką, nieuleczalną i łatwo zaraźliwą chorobę.

 

Dlatego z pewną ciekawością starałem się wyłowić ze słów żony informację kto ma jeszcze ochotę z nami rozmawiać.  Gdzieś w podświadomości żywiłem nadzieję na jakiś przełom, liczyłem, że w ostatniej chwili przed licytacją trafi się ktoś, kto kupi nasze ranczo i zapłaci dosyć by starczyło na spłatę pozostałej części kredytu  i jeszcze zostało na  uruchomienie  niewielkiego interesu.

 

- ... nie wiem - w głosie Agnieszki wyczułem niepewność i jakąś obawę. - Zapytam Marcina  i oddzwonię później do ciebie...

Poderwałem się na proste nogi. Moja żona nie  potrafiła zrozumieć, że nawet kilkuminutowa rozmowa będzie nas kosztowała pieniądze, których niewiele mieliśmy. W porę dopadłem  do niej i pokazałem na migi by nie przerywała połączenia.

- Kto dzwoni? - szepnąłem.

- Iwona Fiber. Zapraszają nas dziś na wieczór - słuchawka zwisała luźno w dłoni Agnieszki.

- Daj, porozmawiam z nią. Albo powiedz, że mnie zawołasz. I nie rozłączaj się.

Agnieszka z rezygnacją przyłożyła słuchawkę do głowy. - Porozmawiam z Marcinem. Oddzwonię za chwilę - i zanim zdążyłem zareagować zakończyła rozmowę.

 

Byłem zły. Wyszedłem bez słowa na niski taras przed dom i rozejrzałem się wkoło. Sztucer nadal tkwił  w rogu pokoju, popatrzyłem na niego kiwając głową ze smutnym uśmiechem. Jeśli wciąż jestem żywym człowiekiem, to dlaczego miałbym przejmować się  takimi drobnymi sprawami jak kilka złotych za telefoniczną rozmowę? Rachunek i tak przyjdzie za kilka tygodni...

 

Wróciłem i zastałem żonę przy stole, siedziała zrezygnowana nad szklanką świeżo zaparzonej herbaty. Pogłaskałem ją delikatnie po włosach,  potem sparłem dłonie na jej ramionach.

 

- Przepraszam cię, skarbie. Chodziło mi tylko o to, żeby nie płacić niepotrzebnie za rozmowę.

Upiła nieduży łyk.

- Chciałbyś  tam jechać?

- A ty?

- Wiesz czym u nich się zwykle kończą takie imprezy...

- Nie musimy zostawać do końca. Wrócimy kiedy tylko zapragniesz.

- Już to słyszałam tysiące razy od ciebie.

- Boże, nie mogło być tego tysiące razy.

Wsunąłem dłoń w rozpięcie jej bluzki i dalej, aż pod biustonosz.  - Naprawdę nie lubiłaś tak tego?

- Wiesz przecież.

- Pamiętam, że czasem bywałaś zadowolona, skarbie.

- No dobrze - otrząsnęła się. - Jeśli ci tak bardzo zależy to jedźmy. Widzę, że na nic to wszystko.

 

Opuściłem głowę i pocałowałem włosy mojej cudownej żony.

 

- Obiecaj mi tylko jedno - poprosiła zanim odszedłem do telefonu.

- Tak?

- Że nie zostawisz mnie samej przy barku....

 

Raz jeszcze pocałowałem jej szyję.

 

- Nie zrobię tego, kochanie. Już nigdy.

 

A potem podałem jej słuchawkę i wykręciłem numer do Fiberów. - Powiedz, że przyjedziemy. Wolę żebyś ty to zrobiła.

 

Iwonka Fiber była bardzo delikatną, trzydziestoletnią kobietą o dziewczęcych rysach twarzy. Lubiłem ją ogromnie i lubiłem jej drobne ciało. Nawet kiedy  rozmawiałem z nią przez telefon nie potrafiłem ukryć w głosie pożądania i dlatego tamtego dnia wolałem by załatwiła to moja żona.

 

Był późny wieczór gdy wyjechaliśmy z rancza do domu Fiberów. Dojazd do nich zajął nam prawie godzinę, nie rozmawialiśmy po drodze. Wcześniej raz jeszcze przejrzałem dokumenty z banku które nadeszły przed południem. Jak zwykle wcisnąłem listonoszce niewielki banknot, chociaż wcale nie miałem na to ochoty. Zostało nam tak niewiele pieniędzy, że każda, nawet bardzo drobna kwota, urastała do wielkości małej fortuny. Wyprzedaliśmy wszystkie niezbędne rzeczy i starałem się nie myśleć co będzie, gdy braknie na paliwo do auta... Starałem się nie myśleć w ogóle.

 

Jednak głupia nadzieja kazała mi na nowo, od czasu do czasu,  analizować naszą sytuację. Oczekiwałem cudu, zdarzenia które rozjaśniłoby nam przyszłość. I to była prawdziwa przyczyna dla której pragnąłem pojechać na to przyjęcie. Mój Boże, gdyby Agnieszka potrafiła się dobrze bawić na tych imprezach... Gdzieś w głębi duszy obwiniałem ją za urwane kontakty ze znajomymi. Już tylko jej napady zazdrości i cichy płacz w kącie zniechęcał niektórych do wysyłania zaproszeń. A co dopiero, gdy doszły nasze kłopoty związane z interesami.

 

Zanim opuściliśmy dom pozwoliłem jej na długi pobyt w łazience. Denerwowałem się, ale nie chciałem poganiać żony by nie psuć i tak kiepskiego nastroju. Potem ja wlazłem  pod prysznic, mając nadzieję, że w tym czasie się przygotuje.

 

- Jesteś gotowa? - zawołałem susząc  włosy ręcznikiem. Nie odpowiedziała. Wyjrzałem więc i zobaczyłem jak siedzi sztywno przy stoliku z lusterkiem, nieruchomymi dłońmi trzymając jakieś przybory do makijażu.

- Może jednak nie masz ochoty tam jechać? - spytałem głupio, bo przecież wiedziałem że nie ma.

 

Ale już nie wyobrażałem sobie jak inaczej moglibyśmy spędzić ten wieczór i co bym zrobił gdyby odrzekła: Nie, nie mam ochoty.

Potrząsnęła powoli głową, a jej słowa były dla mnie prawdziwą ulgą. - Jedźmy, Marcin.

 Obok na sofie leżał jednoczęściowy kostium w stylu fancy fashion, który przywiozłem dla niej z Berlina kilka lat wcześniej. Raz tylko go założyła, w dniu w którym wróciłem i urządziliśmy sobie „przyjęcie” na  całą noc. Kochaliśmy się jak szaleni, a ona nie pozwoliła mi ściągnąć go z siebie. Udawała przede mną dziwkę, cudownie wyuzdaną kurewkę, każąc sobie płacić z góry za każdy stosunek. Mieliśmy później wiele udanych "przyjęć", lecz żadne nie było równie namiętne w dzikości  i nigdy więcej nie pozwoliła bym jej płacił  za miłość. Wydałem wówczas sporo pieniędzy i do dziś nie wiem co  potem z nimi zrobiła. Nie pyta się dziwek co robią z pieniędzmi otrzymanymi za miłość, odrzekła z uśmiechem, gdym ją kiedyś mimochodem zagadnął.

 

- Podoba mi się to wdzianko - powiedziałem teraz , kładąc dłonie na jej gołym karku.

 

Skinęła głową i zaczęła się malować.

 

- Dlaczego to wyciągnęłaś?

- Nie wiem - zrzuciła mnie  z  siebie.

- Bardzo cię w nim lubiłem.

- Raz jeden.

- Taaak - przyznałem. - A szkoda.

- Ja nie żałuję. Ten raz to było o raz za dużo.

- Chyba żartujesz. Nie zapomnę jaka byłaś cudowna...

- Tak sądzisz? Ja bym tego nie powiedziała.

 

Stałem za nią a mój tężejący członek dotykał jej nagich pleców.

 

- Zostaw - otrząsnęła się. - Pozwól mi skończyć.

- Uhm - mruknąłem i przeszedłem do drugiego pokoju. Patrzyłem stamtąd jak wklepuje krem w twarz i przeszło mi przez myśl, że znosi to dzielnie, o wiele dzielniej niż ja. Zamknęła się tylko bardziej w sobie i czasem trudno mi było dotrzeć do jej myśli i uczuć.  Kiedyś, w przypływie nagłego optymizmu, zacząłem mówić o przyszłości, o tym, że wynajmiemy jakąś chałupę na przedmieściu, urządzimy sklepik z kawałkiem placu, gdzie na wolnym powietrzu pijacy będą pili do późnych godzin. Przerwała mi niespodziewanie ostro: Już to przerabialiśmy. Wkrótce pijaków też nie będzie stać na butelkę piwa, a poza tym nie mamy pieniędzy na takie rzeczy.

 

Tak, nie mieliśmy pieniędzy i nie wiedziałem skąd je wytrzasnąć. Nasz problem polegał na tym, że kiedy otrzymałem duży kredyt w banku, zabezpieczyliśmy go na całej posiadłości. Później bank zażądał cesji polisy na maszyny, urządzenia i samochody i kiedy staliśmy się niewypłacalni, groziła nam utrata wszystkiego co posiadaliśmy.  Oczywiście, nasze ranczo i te maszyny były realnie warte znacznie więcej niż kredyt, ale nikt nie chciał kupować nieruchomości z obciążoną hipoteką. Poza tym naokoło bankrutowało wiele małych państwowych firm i sprzedawano je za symboliczne pieniądze, co obniżało znacznie wartość nieruchomości takich jak nasza.

 

Obliczyłem, że przez dwa miesiące będziemy mieli z czego żyć pod warunkiem, iż sprzedam swoją broń myśliwską nim zajmie ją komornik. Auto osobowe  przerejestrowałem na szwagra, ale i tak nie było wiele warte. Wszystkie pieniądze wydałem wcześniej na ratowanie firmy, dlatego nie kupiłem porządnego samochodu.

 

Wydostałem z szafy białe slipy bawełniane, jedne z tych które lubiła Agnieszka... Pieściła mnie ustami przez  miękki materiał, potem wyciągała bokiem sterczącego ptaka i nalegała bym ją brał nie ściągając majtek do końca.

 

Uśmiechnąłem się do siebie. Ile wspomnień kojarzy się ze zwykłymi ciuchami.

 

Usiadłem na krześle, wcisnąłem twarz w dłonie i zapłakałem cicho. Nie tłumiłem łez od jakiegoś czasu i przynosiło mi to ulgę. Ale też przypominało ojca, płaczącego w łóżku z którego miał się już więcej nie podnieść. Umierał w mękach, z organizmem wyżartym przez syfilis, o czym wówczas nie wiedziałem, gdyż była to najbardziej skrywana przez matkę tajemnica jej życia. Zostawiał na świecie trójkę dzieci i młodą żonę, nie przygotowaną do wykonywania jakiejkolwiek pracy.

 

Chociaż ojciec płakał inaczej. Stałem jako mały brzdąc przy jego łóżku i patrzyłem bez słowa na stróżki łez spływające po nieogolonych, wychudzonych policzkach. Oczy ojca, nieruchome, patrzyły w sufit, kiedy powiedział raz do mnie cicho: - Kuba, idź i przynieś mi nóż z kuchni, synku.

 

On jeden, nie wiem czemu, nazywał mnie Kubą. Matka wcześniej podała mu nocnik, stał teraz przy łóżku na podłodze, wypełniony czerwono-brunatnym płynem. Zrobiło mi się mdło i poszedłem chętnie do kuchni, a tam sięgnąłem po nóż leżący na stole.

 

- Po co ci nóż, syneczku? - spytała matka zmęczonym głosem.

- Tata chciał bym mu go przyniósł.

 

Przytrzymała mnie, przytuliła i delikatnie wyjęła nóż z ręki.

 

- Nigdy - powiedziała.  - Nigdy nie dawaj ojcu noża, moja dziecinko.

 

Ucieszyłem się, że już nie będę musiał wracać do ponurego pokoju, wybiegłem natychmiast na podwórko do chłopaków, w słońce, w beztroską radość dziecięcego świata.

 

 

 

U Fiberów bawiło się już kilka znajomych par, był też jeden artysta malarz z długim kucykiem i dwie czy trzy samotne dziewczyny. Ledwie zajechaliśmy, napiliśmy się dla złapania nastroju, gdy nastąpiła radykalna zmiana planów. Marek dostał telefon od znajomego biznesmena, zapraszał wszystkich obecnych na swoją posiadłość za miastem na wielką imprezę urodzinową. Agnieszka natychmiast chciała wykorzystać sytuację i wracać na ranczo, ledwie mi się udało jej to wyperswadować. Załadowaliśmy się w piętnaście osób do dwóch samochodów osobowych, nie wiem jak nam się to udało. Znaleźliśmy się w aucie Marka, przycinał ostro na zakrętach a my wrzeszczeliśmy jak opętani, stłoczeni niesamowicie, podniecająco, wiedzieliśmy, że przed nami wspaniała impreza i każdy był w świetnym nastroju. Na drogę zabraliśmy kilka butelek wódki i brandy, spijaliśmy alkohol z gwinta podając sobie butelki z rąk do rąk. Kiedy przestawaliśmy krzyczeć z emocji, wtedy zaczynaliśmy śpiewać sprośne piosenki i nawet Agnieszka przyłączyła się i wydawało mi się, że naprawdę dobrze się bawi. Marek gnał jak huragan, nie bał się policji, znał wszystkich policjantów w mieście, a jeśli nawet nie znał wszystkich, to żadnego się nie bał.

 

Zajechaliśmy jak stado wariatów, Marek ledwie nie wpadł na solidną stalową bramę i musieliśmy poczekać, aż nas zidentyfikują przez ruchome kamery. Cały czas się darliśmy, a na podjeździe wysypaliśmy się z auta i zwartą grupą ruszyliśmy na podbój imprezy. Posiadłość była ogromna, znajdowało się tam już kilkanaście aut doskonałych marek a dom był wielki jak blok mieszkalny w mieście. Wszystko było ogrodzone wysokim murowanym parkanem, nie było mowy żeby ktoś nas podglądał. Wejście znajdowało się od wewnętrznego dziedzińca, skąpanego w żółtym blasku olbrzymich lamp, dalej, w mroku, majaczyły szklarnie i drzewa parku, była to doprawdy imponująca posiadłość. 

 

Gospodarz witał gości na wielkim tarasie, wyfrakowany i wielce elegancki. Na taras wchodziło się po kilkunastu schodkach, po bokach stały rzeźby lwów i smoków, wszystko było kiczowate i paskudne, lecz buchało przepychem i robiło wrażenie, powoli ucichliśmy. 

 

Uścisnęliśmy sobie dłonie, widziałem go pierwszy raz w życiu. Był mojego wzrostu, postawny, miał bystre spojrzenie i mocny uścisk, miły uśmiech i coś nieszczerego w oczach.

 

- Marcin Wolski - powiedziałem. - A to Agnieszka, moja żona.

- Cześć Agnieszko, cześć Marcin. Ja jestem Michał, dla wszystkich przyjaciół i nieprzyjaciół. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawili.

- Mam nadzieję, że będzie paskudnie - mruknęła cicho Agnieszka.

 

Mimo wszystko wzbudzał sympatię, wkrótce bawiliśmy się znakomicie w wielkim salonie. Było tam już mnóstwo innych gości, ciągle wpadaliśmy na nieznanych sobie ludzi, wszyscy byli na luzie i natychmiast przechodziliśmy na ty ze wszystkimi. Przyglądałem się kobietom, były w różnym wieku, ogromnie pachnące, swobodnie poubierane, ogromnie napalone. W powietrzu wisiała atmosfera cudownej imprezy, wibrował seks i pożądanie, buzujące barwami aury ocieraly się o siebie i wymieniały elektryzujące dotyki.

 

Tworzył się specyficzny nastrój rozpustnego luksusu, przy barku kłębiły się tłumy, wszyscy chcieli wszystkim serwować trunki, w oddzielnym pomieszczeniu dwa długie stoły uginały się pod mnóstwem półmisków wypełnionych kolorowymi sałatkami, zakąskami, pieczonymi udkami kurczaków, jakimś innym mięsiwem, ciastami, kto chciał szedł i nakładał sobie ile i czego chciał.

 

Znalazłem ustronne miejsce na kanapie pod wielką palmą, w rogu salonu przy oknach, i tam rozkoszowałem się whisky z lodem w szklance z grubego szkła. Przez ogólny rozgardiasz przebijały łagodne dźwięki orkiestry Gleena Millera, muzyki którą lubiłem.

 

Odpoczywałem.

 

Mój skarb znikł mi z oczu, widziałem ją ostatnio w towarzystwie Iwonki. Pewnie poszły oglądać coś, co było szczególnie warte obejrzenia w tym pięknym domu.

 

Obok mnie kilka osób popijało na stojąco, ostro tłumacząc sobie nawzajem i naraz jakieś zawiłe kwestie. Ktoś całował namiętnie dziewczynę, obmacywał jej pośladki.

 

Myślałem o tym, że nie mam ochoty na seks. Nie potrafiłem zostawić za drzwiami swych czarnych myśli, nie potrafiłem nie myśleć o niczym, a o przyszłości zwłaszcza. Byłem chyba jedynym bankrutem na owym przyjęciu i zdawało mi się, że każdy to widzi. Czekałem więc w samotności aż alkohol dotrze do mózgu i sprawi, że się rozluźnię i zapomnę, chociaż na ten jeden wieczór.

 

Wypiłem i poszedłem po następną dawkę. Przy barku natknąłem się na Agnieszkę, rozmawiała z jakąś dziewczyną której nie znałem.

 

- To jest mój mąż - powiedziała do niej.

- Marcin - podałem jej dłoń.

- Krystyna.

- Krystyna i Michał są małżeństwem - wyjaśniła Agnieszka.

 

Była ładna, wysoka, miła ale nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Miała podłużną twarz i spojrzała mi w oczy z dziwnym uśmiechem szerokich ust. Wyczułem natychmiast, że pali.

 

- Agnieszka powiedziała mi, że jesteś bardzo tolerancyjny...

- Naprawdę?

- Tak. Musisz zresztą być, skoro bierzecie udział w takich imprezach.

- W jakich?

- No, takich. Z seksem, oczywiście.

- Aaa, tak. Czy tu się zanosi na coś podobnego?

- Zobaczysz. Lepiej rozejrzyj się za ładną partnerką.

- A za partnerem, mogę?

Roześmiała się. - Każdy robi co chce.

 

Była w niej naturalność kogoś, kto się wychował od dziecka w luksusie, ubrana zwyczajnie w lekką letnią sukienkę w biało-żółte nieopisane wzory, sprawiała wrażenie lekko znudzonej wszystkim dokoła. Odezwał się we mnie kompleks nieudacznika, zerknąłem na Agnieszkę. Zobaczyłem, że patrzy gdzieś w tłum, mrużyła oczy jakby chciała się komuś dobrze przyjrzeć.

 

Odwróciłem głowę i natychmiast go zobaczyłem. Trudno było nie zwrócić na niego uwagi, po prostu był tym typem, którego widzi się raz i zapamiętuje na całe życie. Gladiator, uśmiechnięty uprzejmie, tak jakby tym uśmiechem chciał zniżyć się do poziomu zwyczajnych mężczyzn, lecz wiedzący, że mu się to nie udaje. Ale niechże wszycy widzą, jak on się stara. Jego mina mówiła: jestem taki sam jak wy, chłopaki, naprawdę. I wszyscy widzieli że nie jest. 

 

Powoli przeciskał się przez tłum, w taki czy inny sposób każdy oglądał się za nim. Mężczyźni gaśli, kobiety się ożywiały. Natychmiast wzbudził we mnie odrazę pomieszaną z kompleksem niższości. Nic nie mogłem na to poradzić. Po prostu czujesz, że taki facet może przyjść i zabrać twoją kobietę, a ona pójdzie za nim do piekła...

 

Szedł prosto na nas, Krystyna spojrzała na Agnieszkę a potem na mnie. Następnie ja spojrzałem na swoją żonę i zrozumiałem. Zapomniała zupełnie że ktoś może na nią patrzeć, zapomniała o wszystkim. Na jej twarzy widać było duszę...

 

Przywitał się najpierw z Krystyną, podała mu dłoń, jej uśmiech mówił: Znam cię dobrze, gagatku...

 

Potem pocałował w rękę Agnieszkę, w jednej chwili pojąłem, że się porozumieli. To była ta iskra gwałtownej pożądliwości,  oboje starali się ją ukryć, lecz kto patrzył ten widział.

 

Potem przyszła kolej na mnie. Poczułem się zawiedziony, miał delikatny uścisk dłoni, byłem przygotowany na coś mocniejszego.

 

 - Jestem Adam, ale wszyscy mówią do mnie Rudy - powiedział atłasowym głosem.

 

Uśmiechnął się: widział już poroże na mej głowie.

 

- Jestem Marcin - rzekłem. - Wszyscy mówią do mnie: Marcin.

- Mogę odbyć taniec z twoją żoną, Marcin?

 

Nie zmienił się na twarzy, widocznie miał ten jeden uśmiech tylko.

 

- Odbywajcie - rzekłem raźnie.

- Ja nie mam ochoty tańczyć - sucho powiedziała Agnieszka.

 

Szczerzej już nie mogła się odezwać, nawet Krystyna popatrzyła na mnie współczująco.

 

- Och, nie chciałbym się narzucać - powiedział Rudy ze zrozumieniem.

- Wcale się pan nie narzuca - odezwała się za wszystkich moja żona. Było jasne, od tej pory ja i Krycha staliśmy się tłem dla ich umizgów.

- Pójdę się rozejrzeć - powiedziałem dolewając sobie brandy.

- Nie zatańczysz ze mną, Marcin? - zapytała Aga.

- Wiesz, że słabo nam to idzie, moja droga - wymruczałem.

- Wyjdę z nim na papierosa  - Krystyna ujęła mnie za ramię.

- Ale on nie pali - zawołała Aga.

 

Pogrzebała swoją szansę. Już jej tego nie wybaczę, rzekłem w duchu.

 

- Od tej pory będę palił - rzekłem szybko.

- No i widzisz? - Rudy zwrócił się do Agi.  - Może my też zatańczymy razem?

- Nie przeszliśmy jeszcze na ty, proszę pana - powiedziała moja żona.

 

Zemdliło mnie, oczywiście że przeszli. Pociągnąłem Krystynę i przecisnęliśmy się ku drzwiom na taras, na świeże powietrze.

 

- Widzę, że...- zaczęła Krycha, gdyśmy już się sparli o barierkę.

- Dobrze widzisz - rzekłem. Wyjąłem z jej rąk zapalniczkę i przypaliłem jej papierosa.

 

Potem patrzyłem w gwiazdy, na wieczność w górze. Może powinno było być już po wszystkim? Indianie mówią, że każdy dzień jest dobry, by umrzeć. Więc jeśli każdy, dlaczego nie ten właśnie?

 

Popatrzyłem na Krystynę, na tych ludzi dokoła. Oni też poumierają, do ciężkiego diabła. Zrobiło mi się raźniej.

 

- Nie wyglądasz na takiego - odezwała się przez dym Krystyna.

- Na jakiego?

- Na takiego, który lubi seks-imprezy.

- Lubię - przytaknąłem. - Bo lubię kobiety.

- Lecz nie każdą zaciągasz do łóżka?

- Nie. To tak, jakbym powiedział, że lubię słuchać każdej muzyki, lub coś w tym rodzaju…

 

Westchnęła, czułem, że zawiązuje się coś między nami. Pochlebiało mi to bardzo.

 

- Dlaczego są mężczyźni którzy biorą tak jak leci? Ten Rudy przeleciał chyba wszystkie panienki jakie tu widzisz.

- To możliwe - mruknąłem. - Ciebie też przeleciał?

- Dlaczego pytasz?

- A którą mam zapytać?

- Raz przespałam się z nim...

- I jaki jest?

- Dobry. Prawdziwy ogier.

- Ciekawe co powie moja żona.

- Jesteś zazdrosny?

- Nie. Ale wolałbym, żeby to był jakiś sympatyczniejszy gość.

- Jest paskudny.

- Też to czujesz?

- Każdy to czuje. Nie myśl że jesteś jedyny. Nie znam dziewczyny, która by nie żałowała że poszła z nim do łóżka...

- Ale każda by poszła jeszcze raz.

- Tak... To chyba prawda co powiedziałeś.

 

Nie podniecała mnie, wzbudzała we mnie tylko intelektualną sympatię. Czuła to samo co ja, kiedy położyłem jej rękę na karku, rozpoczynając delikatny masaż, zrzuciła ją prędko z siebie.

 

- Daj spokój, to nie ma sensu.

- No tak, ja nie jestem ten ogier - mruknąłem jak ostatni gamoń. 

- Nie - powiedziała.

- Jestem za to jeleniem - dodałem i oboje zgodnie ryknęliśmy śmiechem.

 

Objąłem ją i wsadziłem na krótko rękę między jej uda.

 

- Masz okres?

- Chciałbyś, żebym miała?

- Nie przeszkadzało by mi to -odrzekłem.

 

Wykręciła się z moich ramion, nie byłem nawet trochę podniecony.

 

- Chodźmy tam - powiedziała wyrzucając papierosa na trawnik w dole. - Jak nie znajdę lepszego partnera, poszukam ciebie.

 

Zrobiłem sobie drinka, nigdzie nie widziałem mojej żony ani Rudego. Siadłem pod palmą , wokół zaczynało się dziać to, co zazwyczaj się dzieje na tego typu imprezach. Dwie nagie pary tańczyły już w kółku, podchodzili następni, zrzucali ubrania. Było kilka bardzo ładnych dziewczyn, ze swojej samotni podziwiałem ich piękne ciała, obgłaskiwane przez sąsiadów. Zdawało się, że ramiona wykonują swój indywidualny taniec, wijąc się jak węże uczepione nagich tułowi. Z czasem wszyscy pieścili wszystkich, dłonie zsuwały się z pleców i ramion na gołe pośladki, kręcono się jak w transie i coraz śmielej sięgano do miejsc intymnych, jeśli takie tam jeszcze były.

 

Od czasu do czasu ktoś westchnął głośniej, rozlegał się krótki śmiech dziewczyny, lecz po chwili milkli i tańczyli  jakby się wstydząc własnych głosów. Cicha muzyka nieprzerwanie  wypełniała wnętrze salonu, skąpane w żółtej poświacie świec i elektrycznych lampek znad barku. Powietrze stawało się ciężkie od zapachu kadzidełek, perfum i wód kolońskich, budował się nastrój upojnego podniecenia, szybko krążącej krwi w żyłach, gwałtownych uderzeń serca, chociaż tańczący zdawali się wcale nie śpieszyć...

 

Coraz mocniej się dotykano, piersi dziewczyn, pośladki i plecy pokrywały dłonie obojga płci a członki mężczyzn unosiły się w górę, chociaż nie wszystkie. Zbliżał się moment łączenia w pary, w trójkąty i co tam jeszcze... Ktoś podszedł do mnie, udałem że jestem pijany, bąknąłem coś, machnąłem szklaneczką w powietrzu i dano mi spokój. Nie widziałem wśród tańczących mej żony, ani Iwonki ani jeszcze jednej dziewczyny, do której chętnie bym się przytulił.

 

Złe myśli zaczęły wreszcie odpływać z mej głowy, poczułem się dobrze. Wieczór był długi, po nim przyjść miała noc - wiele się mogło jeszcze wydarzyć. Przymknąłem oczy, nigdzie nie musiałem się śpieszyć, o nic zamartwiać, wystarczyło, że byłem, bezpieczny, spokojny, otoczony przez ludzi...

 

Przy barku natknąłem się na Anetkę, jedną z niewielu osób które tam znałem. Była ubrana,  przez chwilę wspólnie przyglądaliśmy się wijącym ciałom nagich kobiet i mężczyzn, wśród ciamkań, mlaskań, wzdychań i klapsów, po czym odezwałem się pierwszy:

 

- Nie bawisz się?

 

Pociągnęła wymijająco z kieliszka, uśmiechnęła się wymuszenie:

 

- Ja jestem wierną żoną.

- W porządku - powiedziałem zgodnie. - Ty jesteś wierną żoną.

- Nie żartuj sobie ze mnie, proszę...

- Nie żartuję.  Jesteś po prostu wierną żoną. Może jedyną wierną żoną na tym przyjęciu.

- A twoja żona ...?

- Uzgodniliśmy wszystko.

- Nie miała nic przeciwko temu? Od samego początku?

- Nie - skłamałem. - Powiedziałem jej, że albo będę brał udział w takich imprezach z nią, albo bez niej. 

- Więc nie dałeś jej żadnego wyboru?

- Źle to rozumiesz - żachnąłem się. - Oczywiście że miała wybór.

- Jasne - pokiwała głową, w jej głosie zabrzmiała ironiczna nuta pogodzenia się z rzeczywistością.

 

Pociągała mnie, z nią naprawdę chętnie bym się pokochał. Opuściła głowę, objąłem ją ramieniem by przytulić do siebie, ale usztywniła się nagle i dałem jej spokój. Do jasnej cholery, zakląłem w duchu, jeśli chciała się tylko wypłakać przede mną, to źle wybrała. Już nie było mi jej żal, nie było mi żal żadnej ze zniewolonych pięknych, wspaniałych dziewczyn które towarzyszyły swoim mężom w rozrywkach. Chciałem się bawić i kochać, a nie wysłuchiwać pytań a potem udzielać na nie głęboko filozoficznych odpowiedzi.

 

- Nie chcesz się pokochać? - spytałem jednak, z resztką nadziei.

 

Była bardzo zrezygnowana. Była przy tym niewinna, delikatna, pociągająca, zakochana w swym mężu który właśnie pieprzył inną kobietę i wcale nie pasowała  do tego wszystkiego co działo się naokoło. Nie wiedziałem jak ją pocieszyć.

 

Ktoś dotknął mojego ramienia, była to moja żona. Uśmiechnąłem się do niej, czekałem co powie.

 

- Nie bawisz się? - spytała lekko.

- A ty?

- Ja pierwsza cię zapytałam.

 

A więc już była z nim. Pierwszy raz poczułem do niej paskudny, niemal fizyczny wstręt, ale nie dałem tego poznać po sobie.

 

- Nadal jestem ci wierny - uśmiechnąłem się. - A ty, masz partnera?

Zawahała się. - Właściwie nie. Chciałbyś żebym miała?

- Pewnie. Zawsze ci to mówiłem.

- I, gdybym go znalazła, kochałbyś się z nami?

- Gdyby ci na tym zależało, zrobiłbym to dla ciebie.

- Jesteś całkowicie pewny?

- Tak.

- Chcesz tego?

- Chciałbym żebyś ty to miała.

- Chcesz tego?

- Tak

- Dobrze, zrobię to. Dla ciebie.

 

Ale nie zrobiła tego dla mnie. Wszystko robiła w całości dla siebie. Tylko dla siebie. Nie o to miałem do niej pretensje, lecz o to, że mi kłamała. Do tamtego dnia ufałem jej bezgranicznie.

 

Odeszła, odprowadziłem ją spojrzeniem. Potem poszedłem jej szukać, zajrzałem do wszystkich pokoi na dole, wszędzie ktoś się z kimś kochał, ktoś kogoś próbował uwieść, ktoś kogoś próbował zniewolić i wszystkim coś się w końcu udawało, albo i nie.

 

Następnie wylądowałem na piętrze, było tam kilka pokoi, otworzyłem pierwsze z brzegu drzwi, na wielkim łożu w niebieskiej pościeli kochało się dwoje ludzi, kobieta klęczała nad mężczyzną, pieściła ustami jego członek. Była odwrócona do mnie tyłem, miała włosy Agnieszki, jej figurę, cudowną pupę wypiętą na mnie. Podszedłem do nich, pieściła Rudego. Boże, zobaczyłem co trzyma w ustach, to naprawdę robiło wrażenie.

 

Spojrzała na mnie, nie przerywając sobie. Rudy wyciagnął dłoń, chwycił mnie za udo. Zdawał się być kimś innym, wyraz męki i skrajnego udręczenia, albo ekstazy wykrzywiał mu twarz.

 

- Chodź do nas, Marcin - wyszeptał cicho.

- Przyjdę - powiedziałem, głąszcząc skórę na plecach Agnieszki. -Przyjdę.

 

Mogłem wtedy zostać i wziąć ją z tyłu, w tej klasycznej pozycji kiedy kobieta kocha się z dwoma mężczyznami naraz. Ale musiałem wcześniej skorzystać z łazienki, wyszedłem więc się załatwić i wziąć prysznic, a kiedy wróciłem on leżał już na niej.

 

Podszedłem, klęknąłem przy nich, sięgnęła dłonią po mojego ptaka, wtedy Rudy zaczął ją walić, wbijał się w nią całą mocą swojego krzepkiego ciała, z jakąś potworną dziką, nieokrzesaną energią, przestraszyłem się i kazałem mu przestać, znieruchomiał natychmiast, zadarł głowę do góry, Agnieszka puściła mnie i  chwyciła Rudego za biodra, zaczęła krzyczeć, dlaczego przestałeś, dlaczego, na miłość boską, rżnij mnie do jasnej cholery, błagam, rób to, rób to...

 

Więc znów rozpoczął, zwolna, spokojnie, a potem coraz prędzej i prędzej, jak rozpędzający się pocziąg, patrzyłem wstrząśnięty, moja żona nagle zaczęła krzyczeć, wrzeszczeć straszliwie, rozdzierająco, błagalnie, jak w agonii, jakby błagała, żeby ją dobić, chwyciła znowu mojego ptaka, szarpnęła nim w szale raz, drugi, do bólu, powstrzymałem jej dłoń, puściła mnie, wbiła palce w swe włosy, jakby je chciała wyrywać garściami a on to robił i robił, wbijał się w nią swoim potwornym narzędziem, w moją Agnieszkę, a ona nigdy taka ze mną nie była, aż pojąłem co się z nią dzieje, pierwszy raz zrozumiałem i zagryzłem wargi do krwi, a Rudy przyśpieszył, jeszcze przyśpieszył, i jeszcze i nagle zastygł kończąc potwornym pchnięciem, a ona przyjęła go z rozdzierającym wrzaskiem rozkoszy, wibrującym, przerażającym....

 

Jeszcze wiła się pod nim, jeszcze łapała resztki odchodzącej rozkoszy, patrzyła na mnie wzrokiem nieprzytomnym ze szczęścia. Rudy też spojrzał na mnie, cały był mokry od potu. Spojrzał życzliwie, przepraszająco - Wybacz Marcin, ale kobiety szaleją za takim rżnięciem... Nie potrafię być inny...

 

Wyszedł z niej wolno, usiadł na kraju łóżka. Nikt nie powiedział jednego słowa, wszyscy rozmawialiśmy ze swoimi myślami. Agnieszka wyciągnęła ramię, dałem się jej przyciągnąć do siebie.

 

- Weź mnie, Marcin - szepnęła. Jej oczy wypełniały się wolno łzami.

- Chcesz tego teraz?

- A kiedy? - rzuciła ostro.

 

Rudy wstał, wyszedł. Zostaliśmy sami, byłem podniecony. Położyłem się na niej i wziąłem ją, zdawało mi się, że zabiję to w sobie, zapomnę...

 

Nic nie poczułem, Agnieszka spytała: - Skończyłeś już?

- Tak.

- Przytul mnie, Marcin.

- Muszę iść do łazienki.

- Boże, ty zawsze coś musisz.

- Zaraz wrócę do ciebie.

 

I wyszedłem, żeby już nie wrócić. Poszedłem się upić, bo wiedziałem, że ze mną nigdy nie było jej tak dobrze.

 

Z nagła, na balkonie rozgorzała jakaś walka, ktoś tam krzyczał, ktoś przeklinał, słychać było damskie piski. Poleciałem tam z innymi, w kręgu gości jakiś facet szarpał się z kobietą, trzymał mocno ją za włosy, zginał kark do samej ziemi. Była prawie naga, cienkie figi i pantofle, miała piękne śniade ciało, facet wrzeszczał:

- Ty cholerna suko, ty skurwione ścierwo...

 

Nikt nie reagował, strasznie było na to patrzeć. Gość był duży, krępy, i szalony. Podniósł wolne ramię, zmierzał się by ją walnąć w zgięty kark.

Tylko ja wrzasnąłem: - Przestań, ty skurwielu.

Spojrzał na mnie, puścił tę dziewczynę by się rzucić w moją stronę.

- Kurwa, to jest moja sprawa!

- Bijesz pan kobietę - odwrzeszczałem. - Bij się ze mną, tłusta świnio.

 

Ktoś wyrósł nagle między nami, był to Michał, starał się uspokoić drania. Kobieta pozbierała się, wybiegła do salonu. Wyszedłem za nią, nie chciałem podgrzewać atmosfery, i tak się zagalopowałem...

 

Potem odnalazł mnie Michał. Podał dłoń, podziękował.

 

- Dobrześ mu powiedział - śmiał się. - Ten sukinsyn jest nie do zniesienia. Zawsze wszczyna awantury, kiedyś ją zabije.

- Takiego drania należałoby zabić, nim on zabije kogoś - rzekłem  bardzo mądrze.

- Jasne - Michał usiadł przy mnie. - Czasem zdaje się, że nie ma wyjścia, jak fizycznie kogoś zlikwidować.

- Żebyś wiedział - powiedziałem. Miałem dobrze w czubie. - Kiedyś sam o mało nie wyprawiłem podobnego drania na dno piekła.

- Jak to było? - spytał.

- Ach, nie ma o czym gadać - poczułem jak mi się zbiera na wymioty. Przeprosiłem go i pognałem do łazienki, potem gdzieś się położyłem... 

 

 Zostaliśmy na noc, Fiberowie odjechali wcześniej i nie mieliśmy z kim powrócić. Zbudziliśmy się w południe, w sypialni panował ciepły półmrok od żółtych zasłon przez które przebijały miękkie promienie słońca. Moje senne marzenia przechodziły płynnie w stan półprzytomnej  jawy, w ogromnym łóżku przewracałem sie na wszystkie strony i stale natrafiałem różnymi częściami swojego nagiego ciała na różne części innych ciał nagich. Dotykałem ich próbując ustalić czyje są, i zanim mi się to udawało już zapadałem w kolejne senne marzenie.

 

Pamiętam, że pieściły się dziewczyny, wciąż im było mało, a mnie było wszystko jedno.

 

Słyszałem Agnieszkę, jęki dławionej rozkoszy i słyszałem potem Kryśkę,  Boże, taki obrót wzięły sprawy...

 

Nagi wszedłem do pokoju, gdzie dziewczyny zerkały na mnie ciekawymi oczami, okryte po szyje kolorowymi narzutami.

 

- Nie widziałyście mężczyny? - spytałem podniecony tym co mogły robić pod przykryciem.

- Do czego to służy? - Krystyna  wyciągnęła dłoń na wierzch celując między moje uda.

- To jest kutas - rzekłem. - Spytaj Agi, może ona wie czemu toto służy.

- Do siusiania, jak go znam- odrzekł mój skarb poważny tonem.

 

Michał wylegiwał się w leżaku nad basenem, w cieniu drzew.

 

- Dziękujemy bardzo - rzekłem wprost. - Będziemy się zbierać. Może wy wpadniecie kiedyś do nas?

- Wpadniemy, jasne że wpadniemy - mruknął i wyciągnął prawą rękę w stronę drugiego leżaka. - Walnij się tu, przyjacielu. Poczekajmy aż dziewczyny coś przygotują.

- Jedziemy, Michał. Agnieszka czeka już na mnie.

 

Nie odjechaliśmy jednak zaraz. Wpierw zjedliśmy obiad u nich,  potem byczyliśmy się w ogrodzie, na golasa.

 

- Wiesz Marcin - powiedział w pewnej chwili Michał -  one naprawdę przypadły sobie do gustu. Jeszcze nie widziałem Krystyny tak napalonej na dziewczynę.

- Ja nie widziałem w ogóle, żeby Aga chciała to robić z dziewczyną.

 

Milczał wpatrując się w niebo, więc odezwałem się pierwszy:

- Nie macie dzieciaków?

- Nie.

 

 Czułem się dziwnie lekko, chciałem wykorzystać ten stan, zapamiętać na wieczność całą. I raptem ocknąłem się. Wkrótce i tak wrócimy na ranczo... Podniosłem się, co za idiotyzm. Nagi bankrut, spojrzałem na siebie. Wracamy.

 

- Dzieciaki to wielki kłopot - powiedział Michał.

- Zgadza się - przytaknąłem. - Ja mam jeden taki kłopot. Czas na nas, stary. Wolałbym, żeby sprawy potoczyły się inaczej... Jesteście kapitalną parą, jeśli zależy chcesz znać moje zdanie. Świetną parą. Nie okłamujecie się, to jest godne szacunku. Ja mam teraz pewne problemy i póki ich nie rozwiążę raczej nie będziemy mieli czasu na podobne imprezy. A potem jakoś się skontaktujemy i może coś uzgodnimy...

- Kładź się - powiedział cicho.

- Już leżałem, Michał...

Przerwał mi:

- Aga mi mówiła, że polujesz - rzekł z zainteresowaniem.- Dobrze strzelasz?

- Kiedyś ci pokażę jak ja strzelam. Teraz się ubieram.

- Ale dobrze strzelasz?

- O co ci chodzi?

- O to, jaki z ciebie jest strzelec.

- Lepszy od ciebie - wyjaśniłem, bo wiedziałem co mówię - Ale kiedy pytasz, czy ktoś jest dobrym strzelcem, to nie znaczy tyle samo, czy ten ktoś porządnie strzela. Wiesz co mam na myśli?

- Nie wiem. Chyba, że mi wytłumaczysz?

- To jest tak: w pewnych warunkach człowiek może strzelać nieźle. Ale w innych strzela gorzej, albo wcale mu się nie udaje.

- Bo się boi?

- Mniej więcej. Zawodzą go, na przykład,  nerwy.

- A ciebie nie zawodzą?

- Jeszcze mnie nie zawiodły.

- To znaczy, że z ciebie jest dobry strzelec.

- Nie. To znaczy, że do tej pory nie zawiodły mnie nerwy.

 

Byłem dumny ze swojej elokwencji, popisywałem się. A on przeciągnął się leniwie.

 

- Owszem, zawiodły cię. Mało nie pobiłeś Mietka, gdyby nie ja pewnie byłoby tam gorąco.

- Wcale nie. Dałbym mu tylko nauczkę, nie mogę patrzeć jak ktoś bije kobietę. Cały czas panowałem nad sobą.

- No dobrze - mruknął pojednawczo. - Nauczysz mnie strzelać?

- Przyjedzcie do nas, mam strzelnicę na ranczo. Możemy się ugadać  na jakiś dzień.

Podniósł się. - Po co czekać na jakiś dzień? Pokaż mi jak się to robi dzisiaj.

- Nie mam tu żadnej broni.

- Ja mam. Karabinek sportowy, kaliber 5.6.

 

Nie zapytałem go skąd ma ten karabinek. Rzekłem natomiast:

- Dobrze, jeśli da  się z niego wystrzelić, to pokażę ci jak się to robi.

 

Strzelanie jest funkcją strzelca. Każdy to robi inaczej, tak jak każdy kierowca inaczej prowadzi samochód. Lubiłem strzelać i nadal to lubię. Lubię strzelać sportowo, chociaż w myślistwie tylko trochę można skorzystać ze sportowego strzelania. Strzelanie do zwierzęcia angażuje całego człowieka, jego oko, rękę i system nerwowy. Strzelanie do nieruchomej tarczy jest pozbawione owego głębokiego napięcia jakie pojawia się gdy celujesz do czegoś co żyje, jest pozbawione owego wyostrzenia zmysłów...

 

Przyniósł stary, jednostrzałowy kbks, taki jaki pamiętałem z lekcji przysposobienia obronnego w szkole średniej. Był to okropnie toporny wzór  przedwojenny, z krótką prostą osadą, ciężką lufą i przesadnie grubą komorą. Ale też była to broń bardzo stabilna i celna, jeśli strzelało się z dobrej pozycji.

 

Poszliśmy z nim na tył domu, gdzie rósł gęsty młodnik świerkowy. Ustawił puszkę na słupku, skrzywiłem się tylko. Powiedział następnie, żebym w nią trafił.

 

Zajrzałem w lufę, sprawdziłem zamek i wprowadziłem nabój. Na słupku był ślad po sęku, wielkości orzecha włoskiego. Wycelowałem i wolno ściągnąłem spust.

 

- Może trzeba ustawić przyrządy? - podpowiedział.

- Najpierw sprawdźmy gdzie poszedł nabój mruknąłem.

 

W sęku widniał niewielki otwór, byłem z siebie zadowolony.

 

- Niczego nie trzeba ustawiać - oddałem mu broń. - Strzela dokładnie tam gdzie celujesz.

 

Pokręcił głową z uznaniem.

 

- Ja zacznę od puszki.

 

 Ustawiłem go na linii dwudziestu pięciu metrów i wytłumaczyłem jak ma ściągać  spust. Przyjął krzywą pozycję i już wiedziałem, że nigdy nie będzie strzelał dokładnie.

- Dobrze - uśmiechnąłem się zarozumiale. - A teraz podrzuć puszkę w powietrze.

Trafiłem ją w powietrzu, ale nie chciałem więcej się popisywać, i tak widziałem, że zrobiło to na nim spore wrażenie.

 

Potem usiedliśmy w ogrodzie, moja żona z nami i kiedy przyszła Krystyna, nachyliła się nad nią i pocałowała w policzek. Potem pocałowała mnie w usta, krótko, ale zdążyła wsunąć język między me zaciśnięte wargi. Dziękowała mi, poczułem jeszcze większą złość na siebie.

 

- Będziemy się zbierać - odrzekłem sucho. Agnieszka, wlepiła wzrok w środek stołu,  milczała zagryzając zęby.

 

Przysiadła się do niej, pogładziła po włosach i spytała łagodnie:

- Jesteś wściekła?

Aga potrząsnęła głową. - Nieważne.

Strząsnęła dłoń pieszczącą jej włosy, wstała raptownie.- Idę się pakować - syknęła. - Możecie sobie porozmawiać. Nie jestem wściekła.

 

Nie, to ja byłem wściekły.

 

Dwa wróble spadły z powietrza na świeżo przycięty trawnik. Skakały naprzeciw siebie strosząc pióra i drąc zawzięcie dzioby. W sadzawce plusnęła  ryba, ostre promienia słońca załamały się na niewielkiej fali.

 

Podobną sadzawkę zamierzałem wykopać na naszym ranczo. Miałem też w planie basen i widziałem wielu przyjaciół odwiedzających nas w letnie upały, osłonięty krzakami teren przy wodzie, nagie ciała dziewczyn i mężczyzn wystawionych na słońce.

 

- Gdzie mieszkacie, Marcin? - zapytał Michał wieszając broń na oparciu ławki. Siedliśmy przy okrągłym betonowym stole, zapadłem się w wygodny pleciony fotel wyłożony gąbczastymi poduszkami.

- Na wsi, podobnie jak wy. Mamy ranczo.

- Chętnie was odwiedzimy. No, jeśli nas zaprosicie - roześmiał się.

- Nie ma sprawy, ale dobrze byłoby się pośpieszyć...

 

Opowiedziałem mu pokrótce o swoich problemach, niczego nie upiększałem. Powiedziałem jak jest, nie miałem ochoty go zwodzić.

 

-Wiesz - powiedział podnosząc się - szukałem niedawno czegoś podobnego. Niemniej...

- Nie rób mi raczej nadziei - mruknąłem.

 

Poszedł po piwo, przyniósł kilka schłodzonych butelek i szklanki.

 

- Krystyna odwiezie was, ja też się przejadę. Nie chcę ci robić nadziei, ale może znajdę ci kogoś kto by to kupił. Zrozumiałe, że najpierw sam muszę obejrzeć.

- Jasne, mogę ci nawet dać parę pięknych zdjęć, żebyś mógł oczarować jakiegoś kupca.

- Nie żartuję, Marcin.

- Ja też nie żartuję.

 

Wyjechaliśmy późnym popołudniem, po drodze wydałem mnóstwo pieniędzy na kilka butelek piwa, w domu nie mieliśmy żadnego alkoholu.

 

Oboje byli zachwyceni naszym ranczem, wierzyłem im. Była pełnie lata, drzewa liściaste oszałamiały bujną zielenią, kwitły krzewy i klomby, Michał odciągnął mnie w zaułek, dał znać, że chce mi powiedzieć coś na osobności.

Powiedział tak:

- Posłuchaj, stary. Spotkamy się jutro na mieście, przywieź te zdjęcia jakie masz i zastanów się nad ceną za tę posiadłość. Weź ze sobą wszystkie akty notarialne, co tylko masz. Dobrze byłoby, żebyś pokazał umowę bankową o kredyt, wyliczenia spłat i tak dalej. Oraz ile ci jeszcze zostało do spłacenia. Ponadto proszę cię o jedno, z nikim nie rozmawiaj na ten temat, tylko ze mną. Nie gadaj nawet żonie, nikomu. Pomogę ci, wyjdziesz z tego.

- Dlaczego chcesz mi pomóc? - spytałem.

- Chcę ci pomóc - popatrzył na mnie z troską. - Uważam, że jesteś kimś, komu warto pomóc.

 

Tonący brzytwy się chwyta, a ja tonąłem. Powiedziałem:

 

- Nie ukrywałem niczego przed tobą. Michał, jeśli coś z tego wyjdzie, będę ci zobowiązany.

 

Podaliśmy sobie ręce, objął mnie i pocałowaliśmy się w oba policzki. Potem wróciliśmy do kobiet.

 

Wkrótce zostaliśmy sami, w głębi duszy nie liczyłem na cud w postaci pomocy Michała. Odjechał, nadzieja powoli mnie opuszczała. Agnieszka zaszyła się w pokoju przed telewizorem, zabrałem sztucer i poszedłem się przejść ścianą lasu po łąkach. Nie byłem w stanie na niczym się skupić, postanowiłem poczekać do jutra, do spotkania z Michałem.

 

Wróciłem o nocy, Agnieszka spała w naszym łóżku. Zdjąłem buty i walnąłem się na wersalkę w pokoju Moniki, nawet się nie rozbierałem, po prostu okryłem się kocem i zasnąłem, zmęczony marszem.

 

Obudziła mnie nad ranem, potrząsnęła tak silnie za ramię, że zerwałem się na równe nogi.

- Co się stało?

- Dlaczego śpisz tutaj?

- A dlaczego nie miałbym?

 

Stała chwilę nade mną z grobową miną.

 

- Rozumiem - powiedziała.

- Skoro rozumiesz, to po co mnie budzisz?

Pokręciła głową, wydęła usta. - Kawał z ciebie skurwysyna.

- No i dobrze - mruknąłem, odwróciłem się i udałem że zasypiam w najlepsze. Nigdy nie nazwała mnie w taki sposób.

 

Na śniadanie wypiłem garnuszek gorzkiej herbaty i przekąsiłem dwoma kromkami suchego chleba. Uznałem, że powinno mi wystarczyć do obiadu, trzech bułeczek z kefirem na mieście. Pozbierałem wszystkie dokumenty o które prosił Michał i nie zamieniwszy jednego słowa z żoną wyjechałem na spotkanie do Kielc.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No wiesz, Lachu @Lach Pustelnik muszę przyznać bez fałszywej pruderii, że przeczytałam :)

Wg mnie powinno być jednak oznaczone jakoś +18, czy tylko dla dorosłych, czy coś w tym stylu.

Miałam cię pochwalić za lekkość pióra, bo świetnie się czyta, ale chyba to nie twoje?

W każdym razie jak ktoś lubi taką tematykę...

Zaczyna się od trzęsienia ziemi a potem napięcie już tylko rośnie, jak to mawiał A. Hitchcock :)

 

Edytowane przez Annie

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • Połechtałaś dumę autora, jest mu ogromnie miło. Do tego stopnia, że zabrał się do drugiej części:)). Serducho od niego, do dalszego wyrażania wdzięczności dla Ciebie nie mam autoryzacji. Jeszcze:)) 

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Świetny tekst, sporo psychologii i najciekawsza rzecz dla mnie, to Marcin Wolski - kiedyś, dawno dawno temu - mój ulubiony autor słuchowisk radiowych. Rozumiem, że to 'żarcik', ale z drugiej strony, chyba też by mu się Twoje opowiadanie podobało. Lachu, naprawdę jestem pod wrażeniem. I nie chodzi o tzw. 'momenty', ale o tę gładkość pióra :) Szczerze gratuluję.

    PS

    Masz trochę literówek i drobnych innych rzeczy, ale to drobiazgi. witaj.gif

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • @jan_komułzykant

    Dzięki Janku. Jestem szczerze wzruszony. I rozczulony:). Fakt, Wolski był niezły, poznałem go kiedyś na statku nurkowym w Chorwacji. Nurkował z synem, podwodny  prąd wyrzucił ich na otwarte morze i dzięki mojej dziewczynie - która ich wypatrzyła i zareagowała - kapitan podniósł kotwicę i wyciągnęliśmy ich ledwie żywych. Mogło dojść do tragedii, polska szkoła nurkowa- nie wspomnę która - miała do dupy instruktorów. Teraz Wolski... no cóż... :( 

     Dzięki raz jeszcze. 

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Dołącz do dyskusji

    Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

    Gość
    Dodaj odpowiedź do utworu...

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


    • Zarejestruj się. To bardzo proste!

      Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

    • Ostatnio komentowane

    • Ostatnio dodane

    • Ostatnie komentarze

      • Saszka żachnął się w Lennego, gdy przemówił się... z kolegą; niektórzy, choć łatwopalni,  myślą, że są niezniszczalni... Lecz dziś nie mam nic do tego.  
      • Gdy zamilkną dzwony w kościele,gdy nie będzie już słońca na niebie to znak że umarłeś... Pandemia dopadnie każdego,tego dobrego i tego złego, wtedy zrozumiesz że w piekle się znalazłeś... Za późno przyszło otrzeźwienie,za późno przyszło zrozumienie,karma w końcu dopadła nas... Matka Ziemia ma nas już chyba dosyć, nie ma już nawet o co prosić, pochłonie wirus ludzi mas.. To nadchodzi początek końca,wielu z nas już nie ujrzy słońca,to dzieje się właśnie tu i teraz.. Psychoza totalna już wokół krąży,ja już tego nie będę drążył zapanowała ogólna histeria.. Niewidzialny zabójca-koronawirus, niejeden musi siedzieć w domu na przymus, teraz mamy taki czas... Człowiek człowiekowi wilkiem będzie, nieważne jest już żadne orędzie,nauki wszystkie pójdą w las... Chciwość,żądza władzy i nietolerancja,bieda, korupcja i stagnacja,to właśnie nowa era.. Wszystko się zmieni nie do poznania, ludzie nie będą mieli nic do gadania, zaczniemy wszystko znowu od zera... Przyszłość nadchodzi w nowej odsłonie, skończy się w końcu pogoń za pieniądzem, zmieni się świat na długie lata.. Dojdzie do tego że brat będzie zabijał brata,to nie początek końca...to koniec świata !!!                                                              "ziomek"  
      • Nałożyła Hanka czepek, i maseczkę - tak - lekarską. Cały zestaw miała wcześniej, więc została pielęgniarką.   Hanka chętnie się przebiera, bada mamę oraz tatę,  zaszczepiła babcię, dziadka, zajęła się młodszym bratem.   Nie, nie będą chorowali, bo się Hania opiekuje; świetnie się od rana bawi, nad wirusem zapanuje.    
      • Młoda szlachcianka mistrza z rana odwiedziła, jeszcze przed domem problem swój wielki zdradziła. - Mąż mój bardzo się zmienił, mnie nie zauważa, bo inny jest teraz, niż gdy wiódł do ołtarza. Mistrz spojrzał na kobietę, tłuszczem obrośniętą, chęć mu przyszła ripostą odpowiedzieć ciętą ale się wstrzymał, spojrzał na nią pobłażliwie - Tylko cud tu pomoże, więc się módl żarliwie, on się jednak zdarzy, gdy będziesz ściśle pościć, dużo chodzić, pić wodę i rzadko się złościć.
      • nieskończoność nie ma końca ma początek   tym początkiem nie tylko my też góry i wiatr   nieskończoność fajna niby bo trwa i trwa   ale ja myślę że ona się skończy przyjdzie jej kres   a na razie wciska nam że potęgą świata jest
    • Najczęściej komentowane

    ×
    ×
    • Dodaj nową pozycję...

    Powiadomienie o plikach cookie

    Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności