Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Autor
  • @Marianna_

    Trop - Sparta. I w kalesony nos Ela - kwiat, rap, sport.

    Że tetra w kale? I cielak. Warte też?

    Rów? to warte wsadu. Cuda swetra. W otwór?

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Dołącz do dyskusji

    Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

    Gość
    Dodaj odpowiedź do utworu...

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


    • Zarejestruj się. To bardzo proste!

      Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

    • Ostatnio komentowane

    • Ostatnio dodane

    • Ostatnie komentarze

      • Widzę, że muszę doprecyzować, bo ostatnio moje wiersze stały się ofiarą permanentnego tropienia przez was wszelkich onomatopei. O anaforach (czyli słowach celowo powtarzanych w wierszach) możesz przeczytać - wyżej - w komentarzu do Iwona Roma. Tu nie mamy dosłownej anafory. to klasyczne powtórzenie. Po pierwsze jest ono niedokładne, jak zauważyłeś mamy przymiotniki: wypartoszone - wypatroszonych, więc żadnej tragedii nie ma. Ale clou polega na tym, że to dwie zwrotki dopełniające treść. Przecież to widać od razu, chyba nie trzeba tu nic tłumaczyć?:   w wierszu mamy: ----- wypatroszone chore wnętrze bekasa naruszono szew na czarnym kruku trepanacja   jest w naszych głowach gęsty skrzep to poroniona generacja lotów wypatroszonych w męce ----- Skoro to jednak nieczytelne precyzuję:   Tutaj ( w tych 2 zwrotkach) to:  bekas  ma wypatroszone chore wnętrze i bekasa naruszono szew, co oznacza, że go otwarto. Dokonano również trepanacji na kruku. Z kolei z całego  tekstu wiersza wynika jasne porównanie ludzkiej cywilizacji do bagiennego ptactwa (co wyjaśniałem w kilku komentarzach, pod rząd).   W drugiej zwrotce stawiam więc tezę, że to w naszych (czytaj: ludzkich) głowach jest gęsty skrzep. Logiczne, to ludzkość jest wypatroszona, ma skrzepy w głowie. (oczywiście w zastosowanej metaforze), ludzkość to poroniona generacja ( tu istnieje ustalone porównanie do ptactwa) lotów wypatroszonych w męce.   Męka będzie tu natomiast synonimem jakiegoś niesprecyzowanego cierpienia cywilizacyjnego.   Jakie wnioski?: Otóż, mamy tu dwie zwrotki wyraźnie  dopełniające treść. Wypatroszenie bekasa (vel. przykładowego człowieka) będzie tożsame z wypatroszonymi lotami  naszej poronionej cywilizacji.    To jest identyczna zależność jak np. w wymyślonym na biegu takim oto  zdaniu:   Wzruszony dziadek siedział w fotelu, a my również mocno wzruszeni przytuliliśmy się do niego.   Zdanie jest czytelne i poprawne.   Część zdania nadrzędna i podrzędna dopełnia treść i przy użyciu pokrewnych przymiotników: wzruszony-wzruszeni. W wierszu istnieje identyczna zależność: wypatroszona-wypatroszonych. Więc problemu nie ma. Problem polega na tym, że wy na siłę tropicie wyrazy onomatopeiczne u mnie w wierszach - onomatopeiczne czyli dźwiękopodobne. Nie potrzebnie. To jest jak zwykle kolejne szukanie igły w stogu siana.
      • dotrzeć nie problem, w całości juz tak :) Poza tym, niezłe.
      • Pomysł na tekst nie jest mojego autorstwa.   <> Ciało i ubranie, nieustannie zmniejszało wielkość. Nie bardzo wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Jakby się zapadał w samego siebie. Wszystko wokół zniknęło. Na miejsce tego co było, powstały półprzezroczyste ściany. Oddalały swoją obecność. Od czasu do czasu, zauważał jakieś białe, wirujące fragmenty. Nie zdawał sobie sprawy, jaki mogą mieć rozmiar i co to w ogóle jest. Ściany nadal odpływały, ale trochę wolniej, zapraszając do siebie. Dopiero teraz zaczął odczuwać, że coś go uwiera w plecy. Nadal leżał, gdyż jakiś dziwny lęk, nie pozwalał zobaczyć dokładnie  świata, w którym przebywał. Rozedrgane myśli krążyły na podobieństwo tych białych, niekształtnych okruchów. Umysł nie chciał zaakceptować, takiego stanu rzeczy. Czy rzeczywiście przebywa w tej dziwnej krainie?   Jeszcze jedno odczucie bardzo go przytłaczało: coś w rodzaju klaustrofobii, mimo, że ów świat był ogromny.Widział nad sobą coś w rodzaju nieba, zakrzywionego po ogromnym łuku w dół, ale na tyle małym, żeby dokładnie dostrzec to zjawisko. Nie widział żadnych chmur na prześwitującym tle. Z lekka zamglone, błyszczące i gładkie, sprawiało wrażenie ogromnej dłoni, wiszącej nad nim. Natomiast mógł zauważyć, jakby przez ściany nieba coś przenikało. Jakieś zamazane obrazy, którym towarzyszyły refleksy świetlne. Co jakiś czas, promienie tuliły roziskrzonym blaskiem, te kryształowe malutkie strzępki. Migotały raz po raz, to tu, to tam, szczególnie te większe i bardziej białe.   Nagle poczuł, że świat się poruszył, by po chwili powrócić do całkowitej stagnacji. Może z wyjątkiem tych migotliwych cząstek, które nie ustawały w swoim spowolnionym tańcu. Posłanie na którym leżał, straciło stabilność. Kleiste i wilgotne, zanikało od ciepłoty ciała.    <> Postanowił wstać. Gdy to uczynił, świat wokół niego, wydał się jeszcze dziwniejszym. Gdziekolwiek spojrzał, widział koliste odbicia. Były pokaźnych rozmiarów. Wisiały nad nim, niczym zdeformowane, wydłużone łuki. W tych ogromnych obrazach, rozpoznawał swoją sylwetkę, lecz nie zbyt dokładnie. Wszystko zlewało się w jedno. Zadziwiające było to, że ściany nie były lustrzane, ale dawały podobny efekt. Poza tym nie cała kraina się w nich odbijała. Najbardziej on sam. Na dodatek,  przenikał tu widok zewnętrznego świata.   Nie bardzo wiedział, gdzie jest i po co. Zapomniał nawet swoje człowieczeństwo. Jakby część jego świadomości, wyleciała na zewnątrz, by wirować we wspólnym tańcu, z otaczającą go białością. Niektóre fragmenty, przyklejone do ścian, trwały w bezruchu. Tylko od czasu do czasu, jakaś cząstka spływała po ścianie, pozostawiając znacznych rozmiarów, mokrą smugę. Świat za nią nie był widoczny.   <>  Zaczął podążać przed siebie. Te białe cosia, nazwał w myślach: śniegiem. Jakieś fragmenty  umysłu, działały jak trzeba, w sensie dawnych skojarzeń. Ów świat, nie wchłonął ich jeszcze całkowicie. Pozostały wewnątrz niego, schowane w bezpiecznej enklawie jaźni. Buty grały na podłożu skrzypiącą muzykę. Po jakimś czasie miał wrażenie, że wchodzi na płaską górę. Czuł się bezpiecznie przylepiony do podłoża. Szedł nadal. Wciąż w tym samym kierunku.   W pewnym momencie spojrzał w górę lub dół. Trudno było określić. Poprzez wirujący śnieg, ujrzał wysoko nad lub pod sobą ślad, jaki pozostawiło jego ciało. Znajdował się dokładnie nad lub pod tym miejscem. Nie miał wrażenia, że idzie do góry nogami lub z czegoś zwisa. Zobaczył przed sobą pęknięcie. Przemieszczało się szybko i wysoko nad jego głowę. Miał nadzieję, że wydostanie się przez nie do zewnętrznego świata. Nadzieja prysła jak kryształ lodu. Zasklepiło się momentalnie. Nawet ślad nie pozostał.   <> Nagle stanął jak oniemiały. Zobaczył małą chatkę. Nie dużą, ale ładną. Dlaczego jej nie widział, gdy leżał daleko w dole pod nią. Może akurat w tym miejscu, więcej śniegu wirowało. Z wielkim trudem otworzył drzwi. Były przymarznięte do podłoża. Wszedł do środka. Kolejny widok go zdziwił. A nawet bardzo. Stał w swoim mieszkaniu. A konkretnie w pokoju. Wszystko pokrywał lód i kompletna cisza. Jakby jakaś siła zamroziła nawet dźwięki. Poszedł do kuchni. Doznał prawdziwego szoku. Ujrzał samego siebie, siedzącego przy stole. Dotknął ręki trupa. Odłamała się i z łoskotem spadła na podłogę. Dlaczego? Przecież postać była bardzo zamrożona. Ujrzał ogień w kominku. Chciał ogrzać ręce. Nic z tego. Płomień był zimny, jak zlodowaciałe zwłoki sobowtóra.   <> Wtem poczuł drgania. Ściany skrzypiały, a na zamrożonych szybach pojawiły tańczyły pęknięcia. Musiał uciekać. Opuścić to miejsce. Wyszedł z chatki. Na zewnątrz wszystko wirowało. Wrócił dźwięk. Hałas był przeraźliwy. Dobiegał zewsząd. Ściany śniegu gięły się i wyginały na wszystkie możliwe strony. Już go nic nie trzymało. Nie był przyklejony. Szybował razem z tym zamieszaniem. Oddalał się od chatki. Widział jej rozpad. Lecące fragmenty ścian, na szczęście przelatywały obok.   Stracił kontrolę nad szybowaniem. Jakby ktoś marionetce odciął sznurki i rzucił ją w przepaść. Ujrzał tamto ciało. Siebie. Leciało prosto na niego. W ostatniej chwili zrobił unik. Na ułamek sekundy, widział zamrożone oczy. Patrzyły na niego. A może oskarżały, lub przeciwnie, przebaczyły. Trup obijał się o ściany z głośnym stukotem, spotęgowanym wielokrotnym echem, coraz mniejszy w swoim oddalaniu. Nagle zniknął zupełnie. Jakby został wchłonięty przez ściany.   Różne myśli atakowały umysł. Czyżby kiedyś już tu był? Wszystko się powtarza, tylko rodzaj śmierci jest inny? Cały świat wirował, a on razem z nim. Słyszał głośny szeleszczący szum. To gęsty śnieg, ocierał się o kołyszący ogrom ścian. Świat pod nim mknął do tyłu, a nad nim, do przodu. Rozbłyski światła, wpadającego z zewnątrz, rozszarpywały kryształy białości, w szyderczej harmonii z otoczeniem. Krążyły wszędzie. Migotanie sprawiało im radość, a jemu ból w oczach. Nie było góry ani dołu. Zresztą teraz to nie miało znaczenia. Nie spadał, nie leciał w żadną przepaść, lecz życie wisiało na cienkim – jak włos – soplu lodu.   <>  Uderzył w mokrą ścianę. Odbił się i poleciał do tyłu. Za granicą tego świata, dostrzegł długie szare cienie. Z tego co zdążył zauważyć, było ich pięć. Cztery dłuższe i jedna krótsza. To one ruszały tym światem. Po chwili ujrzał: dwa wielkie zielonkawe koła z czarnym mniejszym w środku. Coś je ciągle odsłaniało i zasłaniało. Kolory nie były intensywne, przysłonięte ściekającą wodą i wirującą białością. Raczej się ich domyślał, z tego co zdołał dostrzec, w tej całej zamieci śnieżnej. Przez zamglone ściany widział dwa rzędy niby prostokątów. Były jedne nad drugim, w nieustannym pionowym ruchu. Nie miał gdzie uciec, by chociaż się ukryć. Musiał tańczyć, swój łabędzi śpiew.   Nic innego nie mógł zrobić. Tylko czekać. Nagle białe iskrzące cząstki, zaczęły łączyć swoje wirowanie. Dolepiały błyskawicznie jedną do drugiej. Uformowały białą bestię, której wyglądu nie potrafił określić. Zresztą zabrakło czasu, na podziwianie widoków. Nie miał co walczyć, skazany z góry na przegraną. Wchłonęła go w swoje ciało. Zimne i pozbawione wszelkich uczuć. W lodowatej bieli, poprzez którą dostrzegał skrawki zewnętrznego świata, wirował w dalszym ciągu, także w pomieszaniu umysłu. Można by rzec, że był tu bezpieczny. Niestety. To tylko pozory. Słyszał dziwne trzaski. Ściany stwora zaczęły dusić jego szaleństwo, jeszcze większym szaleństwem. Zimnym i pozbawionym wszelkich uczuć. Był cały przemoczony, a one coraz bardziej zamrażały oddech.     <><><><><><><><><><>   Ciało i ubranie, nieustannie zmniejszało wielkość. Z lekka przezroczyste ściany, były coraz większe. Nie chciało mu się leżeć. Wstał. Znalazł się w dziwnym świecie. Jakby w ogromnej, półprzezroczystej kuli. Zobaczył na ścianie jakiś podłużny, nieokreślony kształt. Jakby coś od wewnątrz prześwitywało. Dostrzegł ich więcej, wokół siebie. Dużo więcej. Wszędzie. Niektóre były bardzo małe, ze względu na odległość. Nie przenikało przez nie światło. Podszedł do jednego z nich. Było jego wielkości. Rozmazane i szare. Zaczął iść przed siebie. Białe cząstki wirowały wokół niego. Zwiększały swoją obecność. Czepiały się twarzy. Badały obiekt, by wiedzieć, jak pokierować lub zmienić, istotę czasu...      
      • No, Kazi lipy tip top i pot. PIT-y!!! Pili zakon.
      • Ewo i demokrata Kamil u żuli ma katar. Komediowe?
    • Najczęściej komentowane

    ×
    ×
    • Dodaj nową pozycję...

    Powiadomienie o plikach cookie

    Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności