Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
Eris

haiku

Rekomendowane odpowiedzi

Cytat
ciche rechotanie
konar starego dębu
gnie się na wietrze



Co tu dużo mówić, podoba mi się... Może z zamiłowania na jezior na Kaszubach?
Pozdrawiam
Iga

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do utworu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio komentowane

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Ciekawe. Córeczki zawsze tatusia kochają i trzeba naprawdę cos głubiego zrobić, żeby przestały. Pozdrawiam. 
    • Kochany ojcze miłość codzienna nie raz ze łzami, w ciszy frasunków, czule zapłaczesz. Ojcze kochany ja waści na złość kołderkę obszczę, z potem na czole, ściskasz kajdany. Cierpliwy tato niech tobie tylko ktoś się sprzeciwi, zaraz go zamkniesz córką pyskatą. Tato cierpliwy ględzi Miłoszem, po trosze słabo, biorę i zmykam  ─ szykuj walizy.   Szczęśliwy wapniak kiedy zajdziemy w mury sadyby, siła moralna jakby się wzmacnia. Wapniak szczęsliwy Dziadek jak zawsze szybko nas spławia, bo na ogrodzie czeka alibi. Córek rodziciel ciągle majstrował dzieła podwójne, dziurawce moje w lustrze odbite. Rodziciel córek nasze pokoje blaskiem barwicie każdą z osobna sercem przytulę.
    • Nic nie będzie jak było  A może jednak... miłość    Nie ważne czy spod maseczki  Oczy patrzą tak samo    A w nich ten świat zaklęty  Który od tysiącleci wałkują    Mieszanka anioła i diabła w ułamku sekundy  Więc bądź kolego cierpliwy i czujny ;) 
    • @fregamo ależ ja się w ogóle nie gniewam :-)  @fregamo ależ ja się w ogóle nie gniewam :-) 
    • Ciężkie z początku powieki stają się coraz lżejsze. Stają się coraz bardziej przejrzyste. Początkowa czerń zaczyna być zastępowana poszczególnymi odcieniami czerwieni. Następuje w końcu ten moment powolnego otwierania. Rozchodzą się powoli krawędzie. Oddalają się od siebie. Zaczyna się wlewać drżąca poświata, drżące promienie, ale nie za bardzo jasne, coś jakby w rodzaju półświatła. Powstała widzialność jest enigmatyczna. Nie wiem, co widzę. Nie wiem, kim jestem. Mój umysł, nie! – Nie mam umysłu! Czuje się tak, jakbym był zatrzaśnięty w jakiejś ogromnej skrzyni bez dna. Niby zaczynam dostrzegać szczegóły, ale nie wiem, czym one są i jaką spełniają rolę w mojej widzialności. Odzyskuję bardzo powoli czucie, choć nadal mam wrażenie lewitowania w próżni. Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Nie mam w ogóle żadnego pojęcia. Ale wraca bardzo powoli czucie, jakbym się wybudzał z głębokiej narkozy albo dziwnego letargu, albo z jeszcze bardziej dziwnego snu. Nie wiem, w jakiej się znajduję pozycji. Siedzę, a może leżę? Wszystko się stopniowo przeciera. Mój umysł wydostaje się stopniowo z pułapki. Zaczynają iskrzyć w mózgu nitki nerwowych połączeń. Zapalają się poszczególne obszary odpowiedzialne za pełną dynamikę ruchu. Mój umysł jest już tuż pod powierzchnią lustra wody. Wypływa. Wypływa. Wypływa… Jeszcze chwila i zacznie funkcjonować pamięć. Jeszcze chwila. Jeszcze tylko chwila…   Wstrząsa mną nagle jakiś wewnętrzny odruch, jakby pierwszy syndrom poruszenia. Zaczynam czuć. Tak! – Zaczynam czuć! Moje ciało nakłuwają miliardy igieł. Nakłuwają każdy milimetr mojego ciała. Otwieram wolno usta, wydobywając jednocześnie gdzieś z głębi gardła przeciągły i przejmujący jęk.   Całkowite odrętwienie powoli ustępuje. Robi mi się gorąco. Występują mi na czole i skroniach kropelki potu. Nabieram powietrze do płuc i wypuszczam je stopniowo. Robię to znowu i znowu, i znowu…   Obraz zaczyna się coraz bardziej wyostrzać. To, co tak bardzo drży i migocze okazuje się być gwiazdami. Są ich miliardy. Nigdy nie przypuszczałem, że może być ich aż tyle. Jedne są bliżej inne dalej, a jeszcze inne są ledwo dostrzegalne. Dostrzegam z boku jakąś plamę. Przechylam powoli głowę i widzę teraz w pełni czteroramienną galaktykę z jaskrawym środkiem. Obraca się wokół własnej osi, rozrzucając i jeszcze bardziej rozciągając swoje ramiona, jakby się chciała nimi otulić. Im bliżej ich końców, tym są bardziej blade i rozmyte. Wydaje się być na wyciągniecie ręki. Jej blask oświetla przestrzeń i mnie. Rzuca na moją twarz i dłonie blade światło. Jej obraz odbija się na dnie moich źrenic. Ten jej majestatyczny obraz i jestestwo. Ten jej doskonały kształt powstały od wiecznego pędu i wirowania. Wydaje mi się, że czuję na twarzy delikatny powiew od tego ruchu. Tak, jakbym stał opodal obracającego się powoli ogromnego wentylatora. Wyciągam w jej kierunku dłoń. Czuję pod palcami opór materii. Dotykam jeszcze raz i jeszcze. Dotykam palcami przeźroczystej i gładkiej ściany. Czuję jej chłód.   Teraz widzę, że siedzę na czymś w rodzaju krzesła, a łokciami opieram się o mały stolik. Rozglądam się dokoła. Siedzę w samym kącie przeźroczystego do połowy sześcianu. Ów sześcian po przeciwległej stronie jest biały, a w kącie naprzeciwko świeci słabo nieduża, podłogowa lampka. Wciąż nie mam pojęcia gdzie jestem. Wszystko wydaje się być w jakimś zawieszeniu, choć sam nie odczuwam nieważkości. Powoli wstaję. Patrzę na swoje ciało. Jestem nagi, ale nie czuję zimna. Robię z trudem kilka kroków. Staję po środku sześcianu akurat w miejscu, w którym biel przechodzi łagodnie w przeźroczystość. Oprócz świecącej słabo podłogowej lampki, czegoś w rodzaju krzesła i małego stolika, nie ma tutaj więcej nic. Odwracam się i podchodzę do przeźroczystej ściany. Opieram się o nią dłońmi i czołem. Czuję lekki chłód. Jest niesamowicie gładka i nieskazitelnie czysta. Jakby jej w ogóle tutaj nie było. Odpycham się od niej łagodnie i widzę przez moment odbicie swojego wynędzniałego i nagiego ciała. Mam długą brodę i włosy, lecz nie są siwe, są raczej ciemne. – Kim ja jestem, u licha? – No, kim?   Coś do mnie dociera. Coś się dzieje w moim umyśle. Zazębiają się powoli tryby pamięci. Ale nie jestem w stanie rozgryźć jej do końca. Jestem w dziwnym stanie, gdzieś pomiędzy jawą a snem. Mam nieodparte wrażenie, jakbym na kogoś czekał. Nie mam poczucia czasu. – Ile istnieję? – Chwilę? – Milion lat? – A może całą wieczność? – Ktoś ma przyjść? – Kto ma przyjść? – Kto?   Dotykam palcami przeźroczystej ściany, opierając się o nią czołem. Kłują mnie w oczy igły gwiazd. Są ich miliardy. Są tak bardzo daleko. Są takie nieosiągalne. I ta wirująca powoli tarcza czteroramiennej spiralnej galaktyki. Odwracam się i znowu patrzę w przeciwległy kąt sześcianu na słabo świecącą podłogową lampkę. Ma nie więcej niż metr wysokości i roztacza na białych częściach sufitu, ścian i podłogi – lekko-żółtawe, łagodne kręgi, które po przekroczeniu granicy bieli i przeźroczystości zamieniają się w szklany refleks. Spoglądam na coś w rodzaju krzesła, na coś, na czym przed chwilą siedziałem. Na coś, co zrobione jest z jakiegoś białawego plastyku i na zrobiony z tego samego tworzywa mały stolik. Poza tym nie ma więcej nic. Znowu spoglądam na gwiazdy. Na ich drżenia. Na galaktykę. Na jej spiralne ramiona. Na ten ledwie zauważalny ruch. Poza tym nie ma więcej nic. Nie ma więcej nic poza czymś w rodzaju krzesła. Poza małym stolikiem. Poza małą podłogową lampką w przeciwległym kącie sześcianu. I poza mną. – Na kogo ja wciąż czekam? – Na kogo?   Nie wiem ile upłynęło czasu. Nie wiem ile mi go jeszcze zostało. A może jestem w miejscu, w którym nie obowiązuje czas? Budzę się i usypiam. Rodzę się i umieram. Ten cykl nie ma początku ani końca. Jestem zawieszony w jakiejś dziwnej przestrzeni. Jestem gdzieś pomiędzy materią, a nie-materią. Czuję i nie czuję. Pamiętam i nie pamiętam. – Kto ma przyjść?   Nic się nie zmienia. I nic nie może się zmienić. Wciąż to samo widzenie. Wciąż te same gwiazdy i wirująca wolno galaktyka. To samo niby-krzesło i ten sam mały stolik. I świecąca wciąż słabym blaskiem nieduża podłogowa lampka. Nie czuję chłodu, ale nie czuję też gorąca. Stoję w samym kącie sześcianu przy moim krześle i małym stoliku, opierając się plecami o przeźroczyste ściany i spoglądam w przeciwległy kąt. Patrzę na to wszystko coraz bardziej obojętnym wzrokiem. Za mną gwiazdy są takie odległe i tak bardzo drżą. I wiruje wciąż galaktyka. Trwam, nie żyjąc. Nie żyję, trwając. Jestem gdzieś pomiędzy.   Nie jestem już człowiekiem, ale też nie jestem duchem. – Zatem, kim jestem? – Albo, czym? Nie przynależę już do świata materii, ale też nie przynależę do świata nie-materii. Absolutny bezwład i cisza. Absolutne wyobcowanie. Znowu czuję, że nie ma mnie tu ani tam. Znowu przestaję pamiętać, choć i tak niewiele zapamiętałem. Lecz o dziwo znowu pamiętam wiele. Można to porównać do napływających wciąż spienionych fal, kiedy nachodzą, cofają się, nachodzą, cofają się…i tak bez końca. I wciąż tak bez końca. I wciąż obmywają mnie. I zostawiają błyszczący ślad na brzegu. I znowu obmywają moje stopy. I niosą woń słonego powietrza. I przelatują po niebie białe mewy. I siadają na czarnych konarach. I przysiadają na krawędziach rybackich kutrów, tych porzuconych kutrów z łopoczącymi na wietrze kolorowymi chorągiewkami. Na krawędziach kutrów, wciśniętych do połowy w wilgotny piasek. I przelatują. I szybują. I odlatują. Lecz to wszystko jest jakieś zamazane, mgliste. Lecz to wszystko jest takie milczące, jakby to były puszczane w zwolnionym tempie kadry niemego filmu. Zamazuje się wszystko coraz bardziej. Obraz się zaciera. Otwieram oczy i widzę znowu coś na kształt krzesła i małego stolika, i małą podłogową lampkę w przeciwległym kącie sześcianu. Odwracam się ku przeźroczystej ścianie. Podchodzę do niej. Dotykam opuszkami palców. Opieram się czołem, czując chłód gładkiej i nieskazitelnie czystej powierzchni. Kłują mnie w oczy igły gwiazd. Są ich miliardy. I widzę obracające się powoli ramiona spiralnej galaktyki. Staję się senny. Znowu senny. Opadają powieki. Ogarnia mnie czerń. Chyba już nie zdążę sobie niczego więcej przypomnieć. – Kto ma przyjść? – Nie przyjdzie nikt. Usypiam po raz kolejny. Umieram po raz kolejny. Usypiam znowu. Już więcej nic.   (Włodzimierz Zastawniak, październik 2016)   ***   Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności