Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki


Robert/Anthony

Przygody Gotfryda ulepionego z melancholijnej soli – 1/x

Rekomendowane odpowiedzi

Wszelkie prawa zastrzeżone. 

WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE

 

Bardzo proszę o opinię. Wszelkie uwagi mile widziane. Co jakiś czas będę wrzucał kontynuację.

Zapraszam do czytania i komentowania :)

 

Przydałoby się coś zjeść – pomyślał.

 

W lodówce dwa jajka i półtorej kostki masła. Zdecydowanie za mało, aby zaspokoić głód, a co dopiero dostarczyć kubkom smakowym odrobinę podniebiennej ekstazy. Gotfryd nigdy nie potrafił rozróżnić, czy poranne ssanie trzewi, towarzyszące mu zaraz po przebudzeniu, wynika z łaknienia pożywienia czy z braku zaspokojenia egzystencjalnej, emocjonalnej pustki, która jak ciężki głaz zrzucony w otchłań głębokiej studni wypierał najmniejszą kroplę życiodajnej wody, pozostawiając po sobie nieokiełznaną próżnię.

 

Gdy uznał, że przyczyną jego dyskomfortu jest deficyt kaloryczny, Gotfryd zaczął wyobrażać sobie dania z menu tanich chińskich restauracji i amerykańskich fastfoodowych sieciówek, w których – w zależności od nastroju – stołował się codziennie w okolicach miejskiego rynku. Skrycie marzył o kosztowaniu nowych smaków, jednak jego natura nie przepadała za nowościami. Nowości rozczarowują. Sama myśl o bolesnym rozczarowaniu poprzedzonym wyczekiwaną ekscytacją wzbudzała w Gotfrydzie paniczny lęk, który zawsze prowadził go w kierunku własnych, wcześniej udeptanych ścieżek wypełnionych dychotomią myślenia. Gotfryd, choć lubił myśleć o sobie jako o zagorzałym, ascetycznohipisowskim buntowniku, to sam bezwiednie kroczył doskonale wycyzelowanymi szlakami wielogodzinnych rytuałów niejako wbrew własnej woli.

 

Przeczekam jeszcze chwilę – stwierdził – zaparzę mocną czarną kawę po rosyjsku i zapalę papierosa. Potem pomyślę, co dalej.

 

Na ekranie niedomkniętego laptopa zegar, w sąsiedztwie otwartych stron pornograficznych, wskazywał dwunastą w południe. Godzinę wcześniej przed wstaniem z łóżka i rozmyślaniem o jedzeniu, Gotfryd przez kwadrans analizował nocną marę. Każdy sen skrupulatnie notował w swoim arkuszu kalkulacyjnym ze specjalnie do tego celu zaprojektowanym kalendarzem. Sny traktował jak wyrocznie leśnej wiedźmy wróżącej ze szklanej kuli. Co intrygujące, jego sny w zdecydowanej większości przypadków sprawdzały się co do joty. Dokładnie w taki sposób w jaki przewidywały internetowe senniki.

 

Gdy już oddzielił swoje ciało od niepościelonego i cuchnącego wczorajszym alkoholem barłogu, rozsiadł się na czystym, czarnym, skórzanym fotelu przed szerokim, dębowym biurkiem. Oparł wyprostowane nogi na skraju łóżka i założył drogie, audiofilskie słuchawki. Mógł wreszcie odtworzyć swoją ulubioną, skrupulatnie ułożoną playlistę. Słuchał kompulsywnie. Choć znał na pamięć każdą nutę, nie potrafił powstrzymać się przed zapętlaniem. Playlista składała się z dwóch kompozycji – sopranowej arii śpiewanej przez filigranową blondynkę i elektronicznego kawałka znanego amerykańskiego artysty. Listę muzyczną zmieniał cyklicznie, raz na tydzień.

 

Słuchanie muzyki wprawiało Gotfryda w błogi, euforyczno spazmatyczny stan, w trakcie którego wszystkie członki jego ciała stawały dęba wraz z rzadkim owłosieniem na koniuszkach jego delikatnych stóp. Wysokie amplitudy dźwięków wzniecały w nim przeszywające i przyjemne zarazem dreszcze, najintensywniejsze w okolicach potylicy i ramion. Kiedyś sądził, że wszyscy tak reagują na muzykę. Dopiero niedawno pojął, że zarówno jego osobliwy gust muzyczny, jak i moc emocjonalnej ekspresji wydaje się odbiegać od normy. Gotfryd nie słyszał jak normalni ludzie. Posiadał obustronny ubytek słuchu średniego stopnia, który ujawnił się w wieku młodzieńczym.

 

Po czterdziestopięciominutowym muzycznym seansie spirytystycznym Gotfryd w końcu wynurzył się z jaskini swojego pokoju i ruszył w kierunku kuchni, aby zaparzyć czarną jak smoła kawę. Prawą dłonią otworzył szafkę nad okapem kuchennym i nasypał pięć łyżeczek czarnej kawy ze znanej sieciówki spożywczej do ulubionego kubka z abstrakcyjnym wzorem. Następnie nalał wodę do czajnika elektrycznego, a gdy zabulgotała, nalał wrzątek do kubka i odpalił skręconego papierosa w bibułce bez filtra.

 

Rytuał parzenia mocnej czarnej kawy w towarzystwie gryzącego w gardło i śmierdzącego paznokciami dymu tytoniowego był dla Gotfryda kontemplacyjnym porannym obrządkiem. W tym czasie sprawiał wrażenie zamyślonego mnicha, studiującego metafizykę poznania z pogranicza wieloświatów. Pomiędzy kolejnymi zaciągnięciami mimochodem zerkał na zegarek osadzony na lewym nadgarstku. Dwunasta zero pięć.

 

Szykuje się idealny dzień – pomyślał.

 

W połowie tytoniowego niedopałka Gotfryd wstał z krzesła i skierował wzrok za okno, aby kontemplować symbiozę ludzkich przeciętności z magicznym tańcem szaro białych gołębi nad kałużą na podwórzowym, kamienicznym patio.

 

Znowu ten brzuchaty skurwiel przed wejściem do sąsiedniej kamienicy pali peta i bezczelnie gapi się na mnie, jakbym pierdolił mu dzień z samego rana moją obecnością w oknie. Czego on do chuja chce ode mnie?

Zaraz poniżej okna, z którego wychylał się Gotfryd z papierosem w ręce znajdowało się zejście do „gabinetu” związku spółdzielczego.

 

Jebane komuchy. Darmozjady. Z mojego czynszu szarpią hajs a wokół kamienicy biegają szczury wielkości fretek. A remontu ta kamienica nie widziała chyba od czasów wojny. Jebie stęchlizną i szczynami na klatce schodowej jak po wielkiej powodzi w 97.

 

Na przeciwko rozgrywał się istny kalejdoskop ludzkich życiorysów. W jednym oknie widać młodą kobietę szykującą śniadanie, najpewniej dla swojego kochanka, bo mąż w delegacji. W innym grupa trzech studentów od rana sączy tanie, dyskontowe piwo, aby podtrzymać wczorajszą alkoholową fazę. W jeszcze innym moherowa babcia niczym peryskop dogląda kondycji moralnej okolicznych mieszkańców. Tylko gołębie niczym niewzruszone dziobią resztki chleba nad kałużowym stawem będącym kolażem benzyny, szczyn i wczorajszej deszczówki.

 

Najbardziej intrygująca była jednak kilkuosobowa grupa pijaczków, najpewniej mających bogato zapisane kartoteki policyjne w postaci drobnych kradzieży i wykroczeń.

 

Być może ten grubas to ich cichociemny boss? - pomyślał Gotfryd. Na dzisiaj wystarczy. Pora się zebrać i wyruszyć do sklepu po zakupy, aby zrobić moją ulubioną jajecznicę złożoną z 4-5 jaj na 100g, masła ze szczypiorkiem.

 

Cześć druga - 

 

 

Część trzecia

 

Edytowane przez Robert/Anthony

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach


Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do utworu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio komentowane

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • O życiu.....za piontaka   kierowniku poczenstuj fajką i daj ognia bo mi gdzieś kurwa zapalniczke wcieło   - Masz   kierowniku kopsnij jeszcze jedną dla kolegi ja pierdole ale mnie kac jebie   - Weź   kolego sympatyczny poratuj jeszcze ziomka piontakiem brakuje do drugiego wina   - Trzymaj   o zobacz przyjacielu chuj ma rente a znowu chce sie wjebać na krzywy ryj   - No   Rozmowa z Lumpem za piontaka.....o życiu   Informuję, iż wulgaryzmy zawarte w powyższym utworze nie mają na celu wzbudzenia jakichkolwiek kontrowersji a tym samym - pozyskania szerszego grona odbiorców.  
    • Słuszne zauważenie @Sylwester_Lasota @Sylwester_Lasota @Sylwester_Lasota
    • P.S.: No i oczywiście, ci którzy latają niekoniecznie muszą być szczęśliwsi od tych nielatających. Wielu bardzo często lata z obowiązku i to wcale nie musi być dla nich jakaś przyjmność, choć tak wygląda z punktu widzenia peela.
    • Doskonale to rozumiem i znam z atopsji, ale istnieje takie powiedzenie: chcieć, to móc. Chociaż, z drugiej strony, jest też takie o dobrych chęciach i piekle ;).
    • @Ast Voldur Nie bardzo wiem co odpowiedzieć, dziękuję i przykro mi, że tak Pan odbiera. Niestety trudno mi się postawić na miejscu czytelnika, ale mnie takie pomieszanie raczej u innych nie razi. Dla mnie to nawet nie jest stylizacja, tylko po prostu język poezji rymowanej. Czy wolno wprowadzać do tego języka słowa współczesne? Nie widzę przeszkód, jest to jakby nobilitacja tych słów do języka wysokiego. Dla mnie słowa "autobus", "blok", niosą ładunek patosu, i można go podkreślić. "Kibole" z kolei to słowo groźne i nadaje się do skojarzenia z np z upiorami. Uważam że odkrywanie mistycyzmu w słowach współczesnych to gra dozwolona, inaczej ze słowami brzmiącymi obco, tych nie umieszczam. Ale zadomowione słowa, czemu nie. Rozumiem że dla Pana te słowa jednak brzmią obco. Cóż, nic się na to nie poradzi. Możliwe że jest Pan wrażliwszy na słowo ode mnie, i stąd ta awersja do moich pomysłów. Nie wiem.  Pozdrowienia ślę :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności