Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Henryk_Jakowiec Henio przeczyta życzenia więc pamiętajcie poeci nie róbcie tutaj zgorszenia musicie być wszyscy grzeczni   nie piszcie na k, ch lub d nie piszcie żadnych bezeceństw bo nas przeczytać nie zechce z życzeń niczego nie będzie   tak więc napijmy się mleka połóżmy spać o dziesiątej zmówmy paciorek niech czeka tej popijawy początek!
    • Trochę szkoda, że nie utrzymałeś jednolitej formy do końca, ale i tak nieźle jest, moim zdaniem. A sny bywają nie do pojęcia czasami, to prawda. Pozdrawiam
    • Jak wyżej :))). Znikam jak Gin XD
    • Mówią, że nadzieja jest matką głupich, ale mówią też, że trzeba ją kochać jak matkę. Mówią jeszcze, że umiera ostatnia... myślę, że nie ma sensu zamykanie jej w słoiku. Pozdrawiam
    • —?/– Jestem ławką wyciosaną z lodu. Stoję na jakimś zadupiu. Mroźny wiatr wyje między szczebelkami. Mam w sobie bąbelki powietrza. Puste i pełne zarazem. Nieopodal leży truchło ptaka. Twarde i ciemne z otwartym dziobem. Może na końcu wzywał pomocy.   Nie odczuwam lęku, przed całkowitym roztopieniem, byle przy okazji nie roztopiło sensu, jakie samo ukształtowało.   Po długim czasie oczekiwania, usiadło na mnie dwoje ludzi. Nie wiem czy dobrzy czy źli. Może po prostu zwyczajni.   Kiedyś usiadł ktoś inny. Zmroził mnie tak, że zaczęłam skrzypieć. Walnął kamieniem w dechę. Porozrzucał kryształki mojej duszy. Podeptał brudnym butem. Nie zniszczył tak naprawdę. Tyle zła nie ma żaden człowiek. Leżą osobno, lecz nadal we mnie.   Teraz jest inaczej. Ta miłość mnie wewnętrznie roztapia. Choć nie całkiem przezroczysta. Też ma pęknięcia.   Tak samo jest ze mną. Nie jestem idealną ławką i nigdy nie byłam. Nadal w mnie pełno drzazg i twardych sęków.   Ostre żyletki lodu, ranią wiele ptaków. Cóż mam na to poradzić. Przecież nie mogę ich zmusić, by usiadły pode mną, gdzie trochę cieplej. Mają wybór. Mogą lecieć gdzie chcą.   Jeszcze niedawno, kusiłam ich swoim blaskiem, rozświetlonym od środka szarym światłem. Tak naprawdę pustymi bąbelkami, z zatrutym powietrzem wewnątrz.   Wcześniej bym tego nigdy nie powiedziała. Miałam zamrożoną prawdę. Szczególnie przed samą sobą.   Stoję tu już bardzo długo. Czekam, bym przestała się ślizgać, po cienkim lodzie samej siebie. Nie załamać się, by nie utonąć. Ci dwoje chyba to sprawią. Ogrzeją. Zmienią.   Tak. Przyznaję. To chłodna kalkulacja, ale mam nadzieje że pomoże.   Faktycznie topnieję. Chyba płaczę. Jeszcze zimnymi łzami, ale jest już lepiej. Nie zdają sobie sprawy, ile dobra dla mnie roztopili. A wystarczyło tak niewiele. Po prostu na mnie usiąść. Bezwarunkowo.   Gdybym była kożuchem, to bym na nich zawisła, by podziękować. Oddać ciepło.   Są niespokojni. Dziwni. Lecz nie ciskają we mnie kamieniami. Odchodzą.   Stają się dwoma punktami, na moim wspomnieniu. Jeszcze nie białym, ale jaśniejszym, od wolnego cienia, którego rzucam na ich ślady.   Całą krainę ogrzewa coś, czego nie potrafię nazwać. Po oparciach spływają strumyczki, niczym krew z rozciętej żyły, która otwarła się dla mnie. I za mnie.   Lecz nie to ciepło, jest prawdziwą przyczyną mojej przemiany, której jeszcze do końca nie rozumiem.   W pobliżu wyrasta szary kwiatek. Z każdą chwilą staję się bielszy. Bąbelki nie są już puste, gdyż nie ma ich wcale.   Jesteśmy źródłem. Wchłaniam płatki duszy, w zimne ciało ptaka.   Ożywa. Lśni. Rozpościera skrzydła. Odlatuje, tworząc za sobą wstęgę rzeki.   Może kiedyś ci dwoje, a później inni ludzie, popłyną w niej z dzisiaj do jutra   Do roztopienia.                         
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności