Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
Oxyvia

Ciche dni

Rekomendowane odpowiedzi

  • Autor
  • 39 minut temu, Alicja_Wysocka napisał:

    Ja też dziękuję, że o nas nie zapominasz.

    Serduszko, dla Twojego pióra,

    serdeczności :)

     

    27 minut temu, Marcin Krzysica napisał:

    Miło że jesteś i że nie zapomniałaś o nas :)

    Kochani, nigdy nie zapominam o Was i tęsknię za tym forum niezmiennie. Bardzo dobrze się tu czuję między Wami.

    Ale po prostu bardzo rzadko piszę wiersze, bo mnie tak czas goni, że nie mam chwili na zatrzymanie się, oddech i napisanie czegoś głębszego. A nie chcę tylko komentować cudzych wierszy, nie poddając ocenie własnych.

    Serdeczności, moi Drodzy. :)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Witaj -  no i fajnie cię widzieć -  wierszy smakuje.

    Zaglądaj częściej...

                                                                                                        Uśmiechu dużo życzę 

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    A ja sam nie wiem co wolę. Zawsze mam tak na twardo jeśli już i słyszę kiedy robię wyrzuty - wolałbyś ciche dni? 

    A ja nie wiem... 

    Wiem, że wiersz dobry, i że miło znów Cię 'widzieć' Oxy

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • 51 minut temu, Waldemar_Talar_Talar napisał:

    Witaj -  no i fajnie cię widzieć -  wierszy smakuje.

    Zaglądaj częściej...

                                                                                                        Uśmiechu dużo życzę 

    Waldku, Ciebie też miło widzieć. Niestety bardzo mało pisze ostatnio...

    Może w przyszłości będzie lepiej.

    Dzięki za odwiedziny i dobry smak (wiersza). :)))

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • 17 minut temu, Bogdan Brzozka napisał:

    Piękny wiersz - pozdrawiam serdecznie.

    Pięknie dziękuję i również serdecznie pozdrawiam.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • 10 minut temu, Czarek Płatak napisał:

    A ja sam nie wiem co wolę. Zawsze mam tak na twardo jeśli już i słyszę kiedy robię wyrzuty - wolałbyś ciche dni? 

    A ja nie wiem... 

    Wiem, że wiersz dobry, i że miło znów Cię 'widzieć' Oxy

    Czarku, Ciebie też fajnie znów "widzieć". :)

    Dziękuję za miłe słowo o wierszu.

    Ja się przekonałam z cała pewnością, że wolę już kłótnię (byle w granicach rozsądku) niż ciche dni. Cisza, milczenie, brak odpowiedzi na cokolwiek, nie rozumiem, o co chodzi, atmosfera w domu jak w rodzinnym grobowcu - i tak przez kilka dni... Brrr! Naprawdę nie chce się wracać do domu.

    A kłótnia - kiedy jedno drugiemu choćby wykrzyczy, co mu nie pasi i co go zabolało - doprowadza w końcu do przeprosin, zrozumienia, zgody. I na ogół wtedy jest lepiej niż było przed burzą: słoneczko, ciepełko, miłość, czułość, delikatność... :)

    Z zastrzeżeniem, że w kłótni nie padają tak raniące słowa, że już nie da się za nie przeprosić ani ich wybaczyć. Trzeba uważać, co się gada w złości.

    Edytowane przez Oxyvia

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    26 minut temu, Oxyvia napisał:

    Czarku, Ciebie też fajnie znów "widzieć". :)

    Dziękuję za miłe słowo o wierszu.

    Ja się przekonałam z cała pewnością, że wolę już kłótnię (byle w granicach rozsądku) niż ciche dni. Cisza, milczenie, brak odpowiedzi na cokolwiek, nie rozumiem, o co chodzi, atmosfera w domu jak w rodzinnym grobowcu - i tak przez kilka dni... Brrr! Naprawdę nie chce się wracać do domu.

    A kłótnia - kiedy jedno drugiemu choćby wykrzyczy, co mu nie pasi i co go zabolało - doprowadza w końcu do przeprosin, zrozumienia, zgody. I na ogół wtedy jest lepiej niż było przed burzą: słoneczko, ciepełko, miłość, czułość, delikatność... :)

    Z zastrzeżeniem, że w kłótni nie padają tak raniące słowa, że już nie da się za nie przeprosić ani ich wybaczyć. Trzeba uważać, co się gada w złości.

    Jakbyście się Panie umówiły :)) Toczka w toczkę te same argumenty. Trudno jednak nie przyznać im racji....

    U mnie rzecz tyczy dwóch dusz mocno i mocniej cholerycznych więc inaczej niż wybuchowo być nie może.. 

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    5 godzin temu, Oxyvia napisał:

    kłótnię na twardo,

    Na twardo* no nie zabrzmiało mi, ale to tylko subiektywne uczucie. 

    Przekaz na tak. Ciche dni są najgorsze.

    Pozdrawiam:)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Wiersz piękny, a stan jaki opisujesz bardzo niebezpieczny. Oby to nie była mgła emocjonalno toksyczna.

    Pozdrawiam serdecznie, buziaki:))

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    5 godzin temu, Oxyvia napisał:

    8.10.2018 r.

     

    Październikowa śmierć zieleni

    nie zabiła Twojej weny.

     

    Pozdrawiam

     

    Pewnie Twój ogród już się zazielenił

    i obdarzył nowym natchnieniem.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    białe milczenie jak mgła ładnie siekło/smagnęło na koniec - tak to już jest u fochających się osób ;)

     

    Pozdrawiam.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Hej Oxy,

    nie mogę Ci darować, muszę nawiedzić Twój wiersz :)

    Brakuje mi Ciebie tutaj, Was obojga.

    Cieszę się, że chociaż od czasu do czasu tu przemkniesz...

     

    Co do wiersza - współodczuwam z Peelką,

    melodia słów wprawia w smutny, przepełniony pustką nastrój.

    Czuję te "ciche dni", jako mini-żałobę, coś co bardzo wyniszcza, stresuje i wyczerpuje Peelkę.

    Ona tu naprawdę cierpi.

     

    Z tym że, podobnie jak Czarek, nie wiem, czy kłótnia jest lepsza,

    nie wiem, czy po wywrzeszczeniu z siebie wszystkich żali i smutków byłoby mi lepiej,

    czy dalej byłabym roztrzęsiona.

    Ale to tylko moja prywatna refleksja.

     

    Co do techniki - celnie uderzasz słowami, oddajesz emocje,

    ale mam drobne zastrzeżenia, jeśli pozwolisz:

    5 godzin temu, Oxyvia napisał:

    Tyle chciałabym ci opowiedzieć:

    Dla mnie ten zaimek osobowy nie jest tu obligatoryjny,

    burzy mi regularność brzmieniową, treść też (wg mnie) nie wymaga jego użycia,

    jeszcze w tej samej strofie, w wyrażeniu, które na moje oko można nazwać zdaniem złożonym podrzędnie wskazujesz adresata.

    5 godzin temu, Oxyvia napisał:

    jasną noc, ciemność dnia i ból ran!

    Akurat te środki nie robią na mnie szczególnego wrażenia, wręcz wydają się trochę zbyt banalne.

    Ale rozumiem, że ciężko Ci je zastąpić czymś innym, tak by nie zmącić autentyczności przeżyć Peelki,

    więc nie naciskam na jakiekolwiek poprawki :)

     

    Pozdrawiam serdecznie,

     

    D.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Bardzo udany wiersz: odpowiednia dawka emocji, szczerość i ból Peelki, a wszystko zamknięte w starannie dobranej formie. 

     

    Pozdrawiam :)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • 18 godzin temu, Czarek Płatak napisał:

    Jakbyście się Panie umówiły :)) Toczka w toczkę te same argumenty. Trudno jednak nie przyznać im racji....

    U mnie rzecz tyczy dwóch dusz mocno i mocniej cholerycznych więc inaczej niż wybuchowo być nie może.. 

    Zaraz... A kto jeszcze przytaczał te same argumenty i gdzie?

    No, u nas też dwie dusze mocno choleryczne! Ciche dni to nie jest spokojna sytuacja, ale też często trzaskanie drzwiami, naczyniami o blaty, książkami itp. ;))) Taka to cisza, że ogłuchnąć można. :)))

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Dołącz do dyskusji

    Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

    Gość
    Dodaj odpowiedź do utworu...

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


    • Zarejestruj się. To bardzo proste!

      Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

    • Ostatnio komentowane

    • Ostatnio dodane

    • Ostatnie komentarze

      • @~Mari*anna~ Marianno mi także jest bardzo miło spojrzeć Ci w oczy, ale to nie powrót, zajrzałem tylko - co u Was słuchać, ale widzę że bez zmian - więc znikam.
      • Ten Afrykanin z Burkinia Fasa wciąż bezwstydnie sobie hasa przyodziany w gajer bo on to nie frajer żeby latać na golasa.
      • {Prolog}   Za siedmioma górami, za ośmioma rzekami i za jednym fotelem fryzjerskim, leży miasteczko: Lochaluba. Nazwę zmieniono na właśnie taką, z uwagi na wydarzenia, które miały tam miejsce.   *   Mieszkańców budzą nieokreślone odgłosy dobiegające zewsząd. Niektórzy dochodzą do siebie natychmiast, inni zaś etapami, otwierając po jednym oku, by w końcu spojrzeć wszystkimi dwoma. Na domiar złego, całość obudzonych myśli podobnie: co za cholera budzi nas w środku nocy? Co prawda, jest południe i słoneczko już zapomniało, że wykuknęło z pościeli horyzontu, ale dla wnerwionych to wczesna godzina, gdyż lubią dłużej pospać. Okiennice otwierają się prawie równocześnie i z każdej natychmiast wystaje głowa, gdyż ludzie zaspani, też bywają ciekawi. Tym bardziej że pragną powrzeszczeć, na przyczynę ich wstawania o tak wczesnym świcie. Nagle zdają sobie sprawę, że owe dźwięki, to wrzaski rozpaczy a, i szloch między nimi słychać. Wszystkie głowy kierują swe spojrzenie, w jedną stronę, gdzie znajduje się Siedziba Golibrody, Fryzjera Brzytewki. Zakładają odzienie – gdyż bieganie na golasa po kocich łbach, może być niebezpieczne – i pospiesznie udają się do wspomnianego przybytku. Im są bliżej, tym zawodzenie jest głośniejsze i bardziej przyziemne. Niektórzy miarkują, że Brzytewka poślizgnął się na własnych łzach.   *   Jestem miejscową Czarownicą, przydzieloną do tego miasteczka. Utrapienie z tymi mieszkańcami. Wciąż pragną jakichś zaklęć. A ja mam inne zmartwienie na głowie. Zakochałam się we Fryzjerze. Nie zbywa mu na rozumie, ale uczucie nie sługa. Podąża swoją drogą, prosto do jego serca. Tylko że on bezczelnie ma już żonę. Nic nie wie o moim uczuciu, którym do niego pałam, całą sobą. Mam pewien plan. Szkopuł w tym, że Wielki Czarownik jest skąpy. Obdarował mnie tylko jedną możliwością na rok. Chodzi o zamianę, czegoś w coś. Inne lafiryndy dostały więcej. Domyślam się dlaczego. Pielęgnują jego Magiczną Rózgę. Nawet wiem, w jaki sposób, ale nie powiem, bo prawa ze mnie czarownica. Chociaż Fryzjerowi, to ja bym nawet... ech... No właśnie. Wspomniałam o planie. Czas na realizację.   *   Otwierają drzwi. Widok, którego doświadczają, nie napawa optymizmem. Fryzjer siedzi na fotelu (nie na podłodze) i faktycznie szlocha dużymi łzami, co by nie było takie straszne. Tylko że on trzyma brzytwę, z widocznym zacięciem w oczach. Dobrze chociaż, że przy swoim gardle, mamrocząc przez słoną wodę w oczach, że za chwilę się poderżnie. Zakończy to bezsensowne życie? Z tej niedoszłej krwawej przyczyny, dochodzi do początku wymiany zdań:   — Człowieku! Tyś głupi? Brzytwę chcesz stępić, na tępej skórze? Narzędzie pracy. Popatrz na nas, fajnie zarośniętych. Nie pójdziesz na bezrobocie. Twoja rozpacz jest bezzasadna. Oddaj narzędzie zbrodni. — Co ty do niego gadasz? Jakie narzędzie zbrodni? Poczekajmy chwilę... — Nie żartujcie sobie ze mnie – charczy fryzjer – mnie wielkie nieszczęście spotkało. — Przecie piana z ust ci nie wycieka... — Zamknij się. On nie jest wściekły, tylko wewnętrznie struty. Gadaj Brzytewka, o co chodzi. A w ogóle, gdzie masz żonę? Przeważnie tu była. — Uciekła do lasu. Rozumiecie? — Poszła na grzyby? — No dobra. Odkładam ostrze, bo widzę, że się o mnie troszczycie. Posłuchajcie o nieszczęściu. — Twoim? — Przecież mówię. — W porządku. Chcieliśmy się upewnić. — Dajcie mi mówić! — Mordy w kubeł. Słuchamy. — On nie ma kubłów. Zaledwie naczynko na piankę. — Cicho! Wysłuchajmy go wreszcie!   *   Do żabich bobków i pajęczych skrzydeł... może źle zrobiłam. Wiadomo, jędza ze mnie... tylko żeby aż taka. Skoro kocham go przeraźliwie, to dlaczego sprowadziłam na niego nieszczęście. Już nie wspomnę o warunkach, co to wszystko cofnie. Żeby chociaż miał więcej rozumu. A jeżeli zgrywa głupiego? Jeżeli udaje, to jeszcze pół biedy. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że jego brzytwa ma bardziej wyostrzone krawędzie zmysłów. Co ja pierdzielę? To chyba od tej niespełnionej miłości, wiecheć miotły w mózgu miesza. Tak czy siak, wredne ze mnie babsko, choć zakochane, po sam czubek czarów.   *   — Trudno mi o tym gadać. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem. Siedzimy sobie z żoną, ja na fotelu a ona na mnie. Mieszam za nią po omacku pianę, bo mi jej ciało zasłania, aż tu nagle wchodzi nasza Czarownica. Widzę w jej oczach dziwne błyski. Żona zeskakuje z fotela i wali ją po gębie. Jakby coś przeczuwała. Jędza patrzy na mnie i wyznaje miłość. Pytam, czy ta miłość mnie dotyczy, bo jakby co, to ja już mam żonę, o czym przed chwilą miała okazję się przekonać. Potakuje, że mnie dotyczy i że mnie pragnie. Żona znowu ją wali po pysku, ale ona ją unieruchamia na lampie. Teraz wisi i tylko fika nogami ze złości. Czarownica do mnie podchodzi i całuje mnie w usta. Zalatuje sraczką dżdżownicy i czymś jeszcze. Szepce do mnie: ''tyś mój''. Ja odpowiadam: a gówno twój, takiego wała. A ona rzecze: ''skoro tak, to spójrz, co zrobię'' Spojrzałem.   *   Jestem Czarownicą od zarania dziejów, ale na taki zdumiony i smutny wzrok, drugi raz w swoim życiu spozierać nie chcę. Gdy było po sprawie, od razu pożałowałam mego haniebnego czynu. W końcu jego żona nie domaga na zdrowiu, to kto wie... może zostanie i tak wolnym wdowcem na wydaniu. Kurdę, znowu zaczynam myśleć jak egoistycznie pokręcona. Musiałam na poczekaniu ustanowić warunki, co wrócą żonę do poprzedniego stanu. Dlatego wyszło, jak wyszło.   *   Spojrzałem i zobaczyłem. Dziką świnię. Lochę konkretnie. Moją ukochaną żonę. Od razu spadła z lampy, gdyż jej waga dramatycznie wzrosła. Stała na mnie i się patrzyła, a ja siedziałem na fotelu i słowa rzec nie mogłem. Aż w końcu wrzasnąłem:   – Coś ty zrobiła mojej żonie? Odczaruj natychmiast, w te zasrane pędy, bo w gębę brzytwą przywalę, rozcinając w międzyczasie powietrze przed tobą... a co one winne? No co tak patrzysz... o cholera... ty płaczesz. Umiesz? Dlaczego to zrobiłaś? Gadaj! Och ty niedobra! — Kocham ciebie nad życie a skoro tak, to dlaczego cię udręczyłam sowicie? — No właśnie. I czemu rymujesz? Durnowata jesteś? — Głupiś. Czar nie bardzo jeszcze działa. Lepiej otwórzmy drzwi, to ucieknie. Może nas zaatakować, jak już się stanie naprawdę świnią. — To jeszcze nią nie jest? Chyba wiem, co widzę? — Psychicznie jeszcze nie, lecz za chwilę będzie. — Cholera, zaczyna warczeć? — Raczej chrząkać jak już. — To moja ukochana żona. Wcale niepodobna. — Dopiero teraz zauważyłeś? — Rusza się coraz bardziej. Złowrogo spogląda. Otwieram drzwi. — Niepotrzebnie. Uciekła przez okno wystawowe. Szklarz będzie potrzebny. — Szklarz? Raczej psychiatra. I do mnie i dla ciebie.   ~ — Odpocznij sobie. Mniej więcej się orientujemy, co zaszło. Twoja żona uciekła do lasu. — No chyba. Nie chcę odpoczywać. Posłuchajcie, co było dalej. Jest nadzieja. Jak mi pomożecie. Pomożecie? — Pomożemy! ~   — Posłuchaj mnie uważnie. Jam żałuję, tego com zrobiła. Ale istnieje szansa, że twoja żona powróci do stanu poprzedniego. — Byle bez racic. Tego bym nie przeżył. — Jeżeli wszystko pójdzie jak trzeba, to znaczy jak spełnisz warunki, to będzie dokładnie taka, jak poprzednio. — A nie można by ją przy okazji trochę... wyładnić... odmłodzić... ulepszyć... seksualnie pobudzić... — Nie!!! Słuchaj, co powiem.   ~ — No tak. Dać komuś dłoń, to zaraz chce całą rękę. Jak mogłeś? Gdy się ważyły losy twojej luby. — Jego: Lochaluby. — Ale śmieszne. Wiem, dałem plamę. To przez stres. — Przez stres? A może przez co innego? — Zamknijcie się. Teraz będzie najważniejsze. Liczę na waszą pomoc. — Jesteśmy do dyspozycji. ~   — Musisz spełnić dwa warunki, by odzyskać żonę. — Aż dwa? A nie można jednego? — Wtedy do połowy będzie nadal świnią. — Której połowy? Bo tak sobie myślę... — Ty lepiej za dużo nie myśl, tylko słuchaj. — Dobra. Już milczę. — Warunek pierwszy. Musisz ją uczesać na fotelu, na którym siedzisz. — Tu nie ma miejsca. — Jak zejdziesz, to będzie. — Rozumiem. Ale chwila... to, po co daliśmy jej uciec. — Żeby się wyszalała w lesie, a nie tutaj. — A drugi warunek? — W samo południe, lub coś koło tego, musicie stanąć na ulicy, naprzeciwko siebie... — Mam się pojedynkować z dziką świnią. A jak mnie zastrzeli? Albo ja ją? — Głupiś czy co? Gdy ona podejdzie do ciebie, na dwóch łapach... to wtedy odzyska swoje ciało. — Dobre i to. Jak to: podejdzie? Nie widziałem lochy, chodzącej na dwóch. — Wielki czas, żebyś ujrzał.   *   Wielu mieszkańców pospiesza do lasu. Ciągną za sobą znaczny wózek. Na przodzie biegnie Fryzjer Brzytewka. On ją najszybciej rozpozna. To w końcu jego żona. Za pewnie jakieś szczegóły w niej pozostały, tylko jemu znane. Nagle zmartwionemu mężowi się przypomina, że locha miała żółtą kokardkę na głowie. Widocznie czar zadziałał na 99%. Będzie można łatwiej rozpoznać, gdyby się okazało, że jest ich więcej. Faktycznie. Jest łatwiej rozpoznać. Nie ona jedna biega po lesie. Po wielu zawiłościach i nie trafieniach na tą co trzeba, w końcu udaję się ją złapać, narzucając na żonę pokaźną siatkę. Transport przebiega w miarę bez zakłóceń. W końcu osiągają cel.   — Trzymaj ją, do cholery! Wierci się jak dzika świnia. — Spogląda na mnie groźnie. — Kładźmy ją na fotel... a ty Brzytewka, zacznij ją czesać. — Grzebień stępię. — Nie marudź. Chcesz odzyskać żonę, czy nie? — Jak długo mam czesać. Trudno cholernie. Wierci się jak diabli, a szczecina twarda. Smyka się. — Przywiążmy ją. — Czym? — Czym się da. Będzie potrzebna do drugiego warunku... o kuźwa, co się dzieje? — Niech to licho... górna połowa jest... żoną.... a dolna jeszcze... dziką świnią. — Kurdę a ja miałem nadzieję, że będzie odwrotnie. — Ej ty... fryzjer... tobie na łeb padło od tego wszystkiego. O drugim warunku pomyślmy. — Ona nic nie mówi. — Głupiś! W szoku jest. Ale może kapuje, co jest grane. Wytłumacz jej drugi warunek. — Posłuchaj złotko. Wyjdziemy grzecznie na ulicę, ty podejdziesz do mnie na dwóch ła... nogach i sprawa załatwiona. Będziesz taka jak... poprzednio. Pokiwaj ry... głową, że rozumiesz. — O kurdę! Pokiwała... ale coś tam mruczy... jakby... o perłach. — Cholera wiem. Mamy rozwiesić nad nią perły, to wtedy pójdzie na dwóch do przodu, zbierając skrzętnie na naszyjnik. Zawsze o takim marzyła. Ale skąd je wziąć? — Ona nie wieprz, tylko dzik. — Cicho tam. Jedno i drugie prawie to samo. Podaruje sąsiadce swoje. Niech stracę. Tak miło obgaduje innych. Bez złośliwości, jeno z ciekawości. To wyjątkowa sytuacja. Trza pomóc w biedzie.   W samo południe, Dzikożona i Fryzjer stoją na ulicy między szpalerem ciekawskich mieszkańców, pod końcami rozwieszonego sznurka, na którym dyndają perły. Luba do odczarowania trochę bardziej jarzy, o co w tym chodzi, ale nie na tyle, żeby ją martwił widok nóg oraz ich górnego zwieńczenia. Z wielkim wysiłkiem podnosi się do pozycji pionowej i zaczyna zbierać perły, idąc wzdłuż pod linką. Gdy dotyka swym ciałem Fryzjera, zamienia się ponownie w rodowitą żonę. Dokładnie taką samą jak była. Wiwatów nie ma końca. Hulanek i swawoli też. Nie pamięta czegokolwiek z okresu dzikiej świni. A nawet się dziwi, skąd nagle stoi na ulicy. Przecież siedziała mężowi na kolanach, gdy wiercił w pianie, zamiast... nieważne.   *   Mieszkańców budzą nieokreślone odgłosy dobiegające zewsząd. Niektórzy dochodzą do siebie natychmiast, inny zaś etapami, otwierając po jednym oku, by w końcu spojrzeć wszystkimi dwoma. Po jakimś czasie, wielu z nich znajduje się w zakładzie Fryzjera z Lochaluby. Tłumaczy im, że usłyszał głos Wielkiego Czarownika, który zaproponował: kompromis. Stąd te odgłosy rozkoszy, smutku i czegoś tam jeszcze. Tak przynajmniej domniema.   — Teraz nic nie słyszymy. — Bo odłożyłem na bok. — W takim razie, nie rozumiemy, o co chodzi. — To bardzo proste. W.C. zamienił Czarownicę w skórzany pasek do ostrzenia brzytwy, z zachowaniem pełnej świadomości, ego... i tego typu głupot. Gdy pocieram, to słychać... to, co słychać. Jest ze mną. W końcu o tym marzyła. — Jak będziesz za często pocierał, to ci po gołej dupie tym paskiem przywalę - dodaje Luba.
      • Dobro-byt nad byt Istota poprzedza istnienie, a błysk zapałki zapomnienie. Ajfon 12 w posalonowym Nissanie, Wilanów 88 m2 mieszkanie, widziałem u Justyny Święs na Instagramie. W kolejce sztywno tłum, zawczasu do wyczerpania zapasów.
      • Brak zrozumienia to jeszcze nie schizofrenia.  I rzeczywiście bardzo zwięzłe.   Pozdrawiam :)
    • Najczęściej komentowane

    ×
    ×
    • Dodaj nową pozycję...

    Powiadomienie o plikach cookie

    Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności