Skocz do zawartości
Maciej_Jackiewicz

Dwa limeryki obyczajowe z palindromami

Recommended Posts

Poznałem kiedyś chłopkę z Nowej Wsi
była z takich o jakich facet śni
lecz niska była dziewczyna
a od czego jest drabina ?
I mała dama sama dała mi *


Raz baca gdzie Morskie Oko
wpadł jakiejś tam foce w oko
Mam tu taką sprawę
zapraszam na kawę
O, kofeina nie , foko *

 

 

palindromy z kolekcji Tadeusza Morawskiego

Udostępnij ten post


Link to postu
2 godziny temu, Maciej_Jackiewicz napisał:

a od czego jest drabina ?

a jakbyś zmienił na : ale od czego jest drabina - to zgadzałaby się ilość sylab :)

Pierwszy fajniejszy :)

Pozdr

Udostępnij ten post


Link to postu

Limeryk  z  palindromami   i  homonimem.

 

Bronek  z  Helą,  z  dzielną,  wolą  Mielno

bardziej   niż    to   podupadłe   Strzelno.

ALE  HAŁAS!  SSAŁA  HELA.

ZARAZ   Bronek   poweselał.

- Ej, no  Bronek!  Bronek!  Gola  strzel, no!

Edytowano przez ja_bolek

Udostępnij ten post


Link to postu
6 godzin temu, Maciej_Jackiewicz napisał:

Poznałem kiedyś chłopkę z Nowej Wsi
była z takich o jakich facet śni
lecz niska była dziewczyna
a od czego jest drabina ?
I mała dama sama dała mi *
 

(choć  ...

to  ...)

 


Raz baca gdzie Morskie Oko
wpadł jakiejś tam foce w oko
Mam tu taką sprawę
zapraszam na kawę
O, kofeina nie , foko *

 

 

palindromy z kolekcji Tadeusza Morawskiego

 

Udostępnij ten post


Link to postu

Ale chyba tak powinno byc w limeryku. 

Dwa pierwsze  wersy o tej samej liczbie sylab potem wers krótszy 

Czwarty o.sylabę dluzszy a ostatni taki jak dwa pierwsze wiec chyba dobrze Ci radzila annie...

Udostępnij ten post


Link to postu

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się


  • Ostatnie komentarze

    • Za dużo powtórzeń jak dla mnie. PoZdrawiam i witam na orgu
    • wiesz ze raki z cukru
      nie sa przyjacielem 
      moze odstaw nerwy
      i swoje zadania
      moze zyj i wolnosc
      daj na znak uludy by
      ktoś lżej nosił  i
      wnosił prawde a nie
      pokuty
       
    •   i śmierć kocham
      choćby na
      przebudzenie
      że moje 
      moze być
      za krótkie
      istnienie
      kto potrafi 
      wzburzyć się
      jak morze wie
      więcej niż
      przekazać
      to może
    • Nieurokliwe piękno                  Oto ja, Nepomucen Maria Żądło. Nadzwyczaj spokojny człowiek, tylko, kiedy coś mnie zachwyci, to moje wyciszenie gubi się, usuwa, wyrywa z piersi, wybiega, wychodzi po angielsku.   Chwile owe zagrażają mojej jaźni i ciału. Targają nimi, miętoszą, rwą na kawałki, aby w końcu wmówić mózgowi, że piękno, które dostrzegłem jest szpetne.    To nie lada problem i bardzo rzadki przypadek, gdyż na ogół ludzi cieszy uroda, powab, klasyczne wzorce, elegancja.   Z mojego punktu widzenia dobrze, że do XXI w. nie przetrwały, na przykład,  Wiszące Ogrody Semiramidy czy Latarnia morska na Faros.   Cóż bym biedny uczynił, gdybym miał możliwość zobaczenia, choćby z daleka, snopu światła Ptolemejskiej budowli?   A tak, śpię snem sprawiedliwego, choć czasami miewam koszmary – nawiedza mnie Cheops i jego grobowiec.   Myślę sobie wtedy: – Ten to miał chody, niezniszczalny od pięciu tysięcy lat.   Ów dziwny stan rzeczy przyprawiał moich rodziców o ból głowy, a znajomi… Jacy znajomi?    Nikt nie chciał ryzykować, bo a nuż poszedłby ze mną do parku i jakiś liść jesienny mógłby mnie zachwycić.   Co wtedy?   Klapa, kompletne zdziczenie, nogi za pas, bieg do utraty tchu, następnie siedzenie w piwnicy,  chlanie denaturatu, łzy. Byle zapomnieć o nadzwyczajnie zwykłym listeczku.   Moje trwanie to slalom.   Ohyda i fetor stanowiły graniczne słupki. Czasami tkwiłem przy nich godzinami, bo inaczej  porwałby mnie strumień uroków życia.   Aby ratować resztki swej dumy, unikałem piękna i dążyłem do tego, aby je od siebie odstraszać.   Musiałem przywdziać skwaszony wyraz twarzy, przygarbić się z lekka, wysuwać język z zaślinionych ust oraz bełkotać.   Zapewniało mi to bezpieczeństwo. A i jeszcze. Wkładałem na nos spuszczony na kwintę, bardzo mocne szkła w okropnej oprawie.   Tak wkraczałem w codzienność od ponad trzydziestu lat. Matka patrzyła z troską na swego jedynaka, ojciec omijał mnie wzrokiem.   – Co z tobą będzie, młodzianku? – pytała babcia,  a dziadek pykał z fajeczki.   – Może byś się w końcu ożenił? – walnął raz tatuś.   – No, no. – Przytaknęła mateńka.   – Ja mam szukać kobiety, która zechce mi towarzyszyć przez resztę życia?! – krzyknąłem skonsternowany.   Chór sopranów i basów, przytaknął.   Rozpoczęły się przygotowania do Wielkiej Poszukiwawczej Wędrówki. Cztery dorosłe,  a nawet już podstarzałe osoby, znosiły do domu torby, torebki, torebeczki zapchane po brzegi różnościami z wyprzedaży.   Babcia miała szał w oczach, dziadek zapodział gdzieś fajeczkę a tato zgolił brodę. Matka wpychała we mnie jedzenie, abym mógł spojrzeć w lustro i nie przerazić się piękna własnego oblicza.   Minął miesiąc.   Ważyłem ponad sto kilogramów przy wzroście metr siedemdziesiąt jeden. Nie czesałem się, z rzadka odwiedzałem łazienkę. Wypadła mi lewa przednia dwójka, a czwórka zaszła kamieniem. Ubranie specjalnie plamiłem, na przykład musztardą Starepską – polecam do takich praktyk. Zarosłem niczym niedźwiedź, nos jeszcze bardziej na kwintę, okular o szkłach grubości denka od butelki po wypitym ostatnio, denaturacie.   Byłem gotów.   Ruszyłem w miasto.   Przechodnie się za mną oglądali, niektórzy zatykali nosy, inni kiwali z politowaniem głowami.   A ja,  jak szarżujący byk prułem do przodu. Byle szybciej znaleźć się w Biurze Matrymonialnym o dźwięcznie brzmiącej nazwie: Wieńcówka.   Dotarłem wreszcie na miejsce.   Wszedłem do małego pokoiku i… upadłem niemal, gdy zobaczyłem siedzącą przy biurku kobietę. Ubrana na czarno, twarz blada, włosy tłuste, paznokcie zarośnięte brudem. – Ideał. – Pomyślałem.   Ona wstała, zbliżyła się do mnie powolnym krokiem – na szybki nie pozwalały wykoślawione buty i rzekła. – Jesteś mój książę, czekałam. Skąd wiedziała, że się pojawię? Skąd, że ją zaakceptuję?   Tej tajemnicy nigdy nie zgłębiłem, a minęło prawie pół wieku, od kiedy jesteśmy małżeństwem.   Bardzo szpetnym, fakt, ale w naszej brzydocie kryje się piękno. Oboje mamy takie przekonanie.     Koniec.                                                                                     Justyna Adamczewska     KWIECIEŃ 2016 r.    
    • Ładnie i na czasie w karnawale.   Niech porwie nas do tańca retro muzyki czar w takt na trzy czwarte walca, to naszych marzeń bal.   Z pozdrowieniem:))
  • Ostatnio dodane

×