Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
Jimmy_Jordan

Opowiadanie o życiu

Rekomendowane odpowiedzi

  • Autor
  • W domu u domina nie byłem nigdy, bez kitu, wszędzie byłem, u każdego, no, u Głodnego byłem u Miró. Wszędzie. Bo ja taki chłopak jestem, że się wepcham w każde towarzystwo, no i w każdym pomieszczeniu we wsi, w każdej stodole, baraku, kotłowni piłem. No kurwa wszędzie, ale u domina nigdy. – wpadło mi do głowy i zaraz wypadło ustami. Paszczuk miał podobne zdanie w temacie, jednak postanowił wzbogacić je anegdotką.

    - No, ja byłem raz. Poszedłem się wysrać. Wracaliśmy z Cocomambo i mnie przycisnęło. Do siebie miałem jeszcze z kilosa, no to mówię do Domina „ty, muszę się wysrać” a on nic, więc mówię znowu: wprost „Domino, nie dojdę do domu, tak mnie przycięło, mogę się wysrać u ciebie?” na co słyszę: „dobra dajesz, ale szybko bo chce mi się spać”.
    - I jak tam jest? – zapytał młody chłopak z końca sofy, kuzyn kogoś, czy kuzyn kuzyna kogoś.
    - Ja wiem? Widziałem tylko kibel i kawałek kuchni. Wchodzimy i słyszę „tam”, wyciągnięta ręka Domina i jakiś kierunek na oślep. Trafiłem, złamałem się i wyszedłem.
    Rozmowę przerywa ruch klamki. W drzwiach staje spodziewany od dobrych paru minut chudzielec z ciut zmarszczoną twarzą. Ni to uśmiech, ni grymas wylewa się na jego wydęte usta. Patrzy spod byka na obecnych w pokoju. Ciemna karnacja zabiera troszkę żyrandolowego światła.
    - Siema, co tam, siema, siema, siema Paszczuk, co ty tam dzisiaj modziłeś przy trzydziestce? Zjebała się znowu?- Paszczuk z dobrze już przymrużoną miną (paliliśmy od południa) wygiął wargi pod uszy, po czym odparł:
    - Stary gdzieś wjeżdżał po pijaku pod górkę i ją wyjebał do góry kołami, silnik w częściach, pognieciona buda.
    - Kiedy to, wczoraj wyjebał? Nic mu się nie stało?- Dociekał chudzielec.
    - Nic. Opowiada, że to kilku typa go napadło i przewróciło. Dzisiaj poszli tam w pięciu się zaczaić, bo Hrabek był z nim wtedy w ciągniku i mówi to samo.
    - Ta. Najebali się i pierdolą.- Rzucił chudzielec i zahuczało od śmiechów. Paszczuk miał dziwny nawyk: ciągle tapirował lub drapał swą blond czuprynę. Od tego tapirowania na głowie miał już pokaźne afro.
    - Ale oni tam poszli! Gdyby pierdolili to po co by szli?
    - Żeby się znowu najebać.- Fala śmiechu wtoczyła się z powrotem napełniając pokój konsternacją Paszczuka. Jednak nie odgryzał się, nie tłumaczył. Waldemar Paszczuk, ojciec, już nie raz bowiem przeżywał podobne przygody. Nie dalej jak pół roku temu widywał duchy i odprawiał egzorcyzmy, następnie leczył krowy z BSE, które sam u nich stwierdzał. Wszystko to pod wpływem owego zaiste magicznego napoju, w jakim całe Rychtowice nurzały się od lat. Wóda była jednak domeną naszych dziadków i ojców, my mieliśmy całe morze bardziej udanych substancji oprócz niej, morze, na którym właśnie zbliżał się przypływ.

    Ktoś usypał na stoliku kilka ściech, ktoś rzucił plan przyłączenia się do rodziciela Paszczuka i jego ekipy. Chudzielec nie przestawał krzywo patrzeć, jego niby to uśmiech, niby to grymas, stał się jeszcze bardziej niewyjaśniony. W czarnej czuprynie topiły się kilometry światła.

    - Musimy mieć oczy otwarte. Wal Domino.
    Chudzielec przytknął do nosa długopisową rurkę i po raz pierwszy podarował zgromadzonym szeroki uśmiech. Kiedy wszyscy chętni przejechali już swoje białe łączki, ktoś rozłożył kieliszki, ktoś polał, ktoś, nie bez sensu, wzniósł toast. Było za co pić, jutro zaczynały się wykłady, jutro kończyły się urlopy, jutro klasówka, jutro, jutro, jutro. Innymi słowy, im bardziej nie było okazji, tym bardziej była okazja.
    - Domino, a twój stary też chyba z nimi poszedł, no nie?
    Chudzielec niezmącenie spoglądał w sufit. Przełknął jednakowoż ślinę, a podrapawszy się w okolice prawej brwi otworzył usta:
    - Nie wiem, poszedł gdzieś, ale czy tam, to nie wiem.- Jego grdyka kolejny raz podskoczyła- Polewka- prychnął - gdzie mój stary by w to uwierzył.
    Stary domina był profesorem, co prawda wykładał jakieś pieprzone sztuki piękne, (o ile wykładał to dobre słowo) ale to wystarczyło by wszyscy tutaj mieli go za mądrego człowieka. Potrafił przemawiać i zabierał głos przy okazji większych wydarzeń we wsi. Zatem jego udział w polowaniu byłby dalece bardziej do śmiechu, niż sam pomysł Paszczuka seniora.

    Co jednak powodowało całe te swawole? Wywrotki ciągnikiem, polowania, zasadzki, libacje i kwitnącą bezsenność? Należałoby o tym oczywiście wspomnieć. W tym tygodniu w Rychtowicach prawie w ogóle nie było kobiet. Wszystkie stare baby, to jest nasze babki, a także nasze matki i ciotki, niekiedy nawet siostry, tydzień temu wyjechały na autokarową pielgrzymkę do Rzymu organizowaną przez parafię. Miały wrócić dopiero (około) za dzień lub dwa, co, przy kiepskich wiatrach, mogło oznaczać kolejne czterdzieści osiem godzin bez ciepłego żarcia. W Cocomambo było pozamykane, ktoś znowu pobił kogoś do ostatniej krwi, kogoś szukają, kogoś łapią, przesłuchują, ktoś łowi ryby, ktoś ucieka za granicę. Cuda na kiju a obiadu nie będzie, jak sobie sam nie zrobisz. Szczęśliwie po fuce także kotlety da się ulepić.

    - Władziar, ściągnij trochę, jeszcze zostało na porządną opcję.
    - Jutro.- Władziar, łepek z dobrymi ocenami w liceum, laureat pieprzonych olimpiad, autor pieprzonych artykulików. Ćpał przez nas jak najęty, ale, co warte pochwały, potrafił odmawiać. Nie każdy potrafił. Nikt inny nie potrafił.
    - Jutro będzie futro.- Lekko podpitemu Paszczukowi nie pasowało, że młody odmawia. Wszyscy to wszyscy, może i miał rację. A może nie.
    - Jutro futra nie będzie. Mam tyle, ile widać.- Rzuciłem i zanim Paszczuk zdążył coś dodać, schowałem resztę do kurtki. W przeciwieństwie do Paszczuka, Władziar miał jeszcze w życiu do zrobienia rzeczy wielkie. Tak mi się przynajmniej zdawało. Lokowałem swoje nadzieje w tym młodym, kiedy reszta, jeden po drugim, zawodziła. A uczucie, że życie spędziło się z ludźmi niewartymi większej uwagi, dłuższego pochylenia się, szerszej oceny było przerażające. Co jakiś czas częstowałem młodego pełnym pakietem. Futro, podawane rozsądnie, mogło mu tylko pomóc, a tomy z mojej osobistej biblioteczki dopełniały kształcenia. Mentorem jednak mnie nie nazywał.
    Idziemy całą dziesiątką, jak siedzieliśmy, w pole do Paszczuka. Gdyby tego rodzaju spacer odbywał się za dnia, całą tę stronę poświęciłbym opisom krajobrazu. Te lasy i góry, strumyk, kwitnący rzepak, może sarny rozproszone na łąkach…
    Rozmyślając kroczyłem gdzieś w naburmuszonym towarzystwie Domina. Przytakiwałem co rusz, a on opowiadał mi nad czym obecnie pracuje jego matka, dokumentalistka. Mógłbym o tym napisać, ale tak czy siak, wykorzystałem już dużo papieru. Od tej pory wszystkie swoje historie będę sytuował w nocy. Zeznanie uzupełniam: wiało ze wschodu.

    - A ktoś w ogóle wie gdzie oni się ustawili? Paszczuk? – Wysupłał z siebie kuzyn kogoś, albo kuzyn kuzyna kogoś.
    - Nie wiem, gdzieś pod laskiem tam. Nie wiem, ja tylko ten ciągnik naprawiałem. Nie wiem gdzie wywalił.
    - To chodźcie rowem i cicho. Nastraszymy ich. – Poddał pomysł Gęgu, dryblas, o którym nawet nie pamiętałbym, gdyby nie wspomniana kwestia. Gęgu zazwyczaj cichy i trzymający się z boku. Gęgu zazwyczaj odgrywający nieistotne role. Raptem, czy z nieba, czy z pietruszki wydaje rozkaz, a wszyscy spełniamy go jak zawodowi żołnierze. „Pięciu do jednego, pięciu do drugiego” – pokazuje jeszcze i następuje małe przetasowanie. Dwóch chłopaków przemyka się do przeciwległego rowu. Do lasku jeszcze z pół kilometra, dystans w sam raz, by podejść niezauważenie. Posuwamy się bardzo powoli, za nami ledwo słyszalny szelest traw, gruchotanie ściółki. Gęgu, nasz kapitan, major, pułkownik, generał, najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych, na dobre złapał swoje stanowisko. „Ćśśśśśśśśśś” - świszczy na dogadującego z tyłu Domina.

    - Ty, pierdolę to, będę cały brudny. – Wychodzi na drogę znajomy, chudy malkontent. Domino to modniś. Taka natura, nawet na głupie piwo ubiera się jak Armando. Brudu boi się najbardziej na świecie.
    - Siedź, albo wracaj na chatę. – Wyręczam naszego młodego kapitana. Mój szept ku zaskoczeniu gremium trafia do oponenta. Po chwili milczenia brniemy dalej. Do lasku jeszcze jakieś dwieście metrów. Czuję się jak bohater Remarque, tylko odgłosów wojny brak.
    Wtem, jak na życzenie, świst, świst, szast, prast, sztuczny wiatr. Z pola po przeciwnej stronie drogi wybiega ryczące stado mężczyzn. Rzucają się na przycupniętych w przeciwnym rowie, jeden wielki wrzask po obu stronach. Nasz rów wyskakuje z ukrycia, również krzyczymy. Dzika leśna chorda w lot orientuje się w sytuacji, po obu stronach wybuchają śmiechy. Zanim jednak przychodzi do wymiany słów, dają się słyszeć jakby skomlenia, wyzwiska. Na szarym końcu naszego pułku stary Paszczuk kijem okłada leżącego już w trawie Domina.

    - Masz ty skurwielu, ja ci wywrócę ciągnik, kurwa, już ja ci powywracam…
    Najprędzej jak możemy, dopadamy napastnika.
    - Waldek to chłopcy, co ty, nie widzisz? – Hrabek chwyta Paszczuka za przysłowiowe szmaty. Niebieska koszula poplamiona ciemnym płynem. Ktoś pochyla się niżej, ktoś robi krok do tyłu, ktoś chowa głowę w dłoniach, ktoś z kimś wymienia porozumiewawcze spojrzenia, ktoś ogląda kij i doszukuje się wbitego weń gwoździa. Stary Paszczuk przytomnieje i ucieka w las. Wszystko w ułamku sekundy.
    - Dziecko mi pobił. – Podnosi się ojciec poszkodowanego i wykrzykując pędzi za zbiegiem. Domino ciężko dyszy, lewym kciukiem próbuje zetrzeć plamy z koszuli. Powoli miota głową od prawej do lewej i z powrotem zerka na koszulę. Nie wstaje. Starzy i młodzi uzupełniają obławę. Z dominem zostajemy Ja, Władziar i Młody Paszczuk , który zaplótłszy palce za głową ściska ją ramionami i kiwa przód-tył.
    - Kurwa! – krzyczy w końcu i również puszcza się za sforą. Władziar spogląda na mnie ze strachem. Dech chudzielca przybiera tempa.
    - Zaniesiemy go do domu. Dzwoń na pogotowie.
    - Nie wiem czy można go ruszać. - Odpowiadam.
    - Przecież kręgosłupa mu nie połamał – otwartą dłonią wymachuje nad rannym - a poza tym tutaj erka nie podjedzie.
    - Bierz nogi.- przekonał mnie, jakkolwiek było ale - Gdzie go niesiemy? Do mnie czy do ciebie?
    - Oszalałeś? On mieszka najbliżej. Ma z sobą klucz.
    Na łańcuszku zaczepionym u pasa Domina rzeczywiście dyndał jakiś klucz.

    W domu u Domina nie byłem nigdy. Wszędzie byłem, u każdego: u Głodnego byłem u Miró. Wszędzie. Bo taki jestem, że się wepcham w każde towarzystwo. W każdym pomieszczeniu we wsi, w każdej stodole, baraku, kotłowni. Wszędzie, ale u Domina nigdy.- Wpadło mi do głowy, kiedy otwieraliśmy drzwi. Dyszenie nieprzytomnego osłabło do tego stopnia, że Władziar przykładał ucho do ust, a mimo to nie był w stanie stwierdzić czy cokolwiek słyszy. Serce biło, ciało było ciepłe, tylko krwi więcej i więcej, wszędzie pełno. Lewy bok, od wysokości piersi do kolana cały purpurowy. Ściągnąłem niebieską koszulę, znalazłem ranę, kazałem młodemu uciskać, a sam dzwoniłem na pogotowie. Ktoś odebrał, ktoś podjechał, ktoś reanimował, ktoś zabrał Domina do karetki. Jak narazie nie mówiliśmy nic o starym Paszczuku, ale nie trudno było się domyśleć, że chłopaka pobito. W towarzystwie jednego z sanitariuszy czekaliśmy na policję.

    - Kto mu to zrobił? Wy? - Usłyszałem przez zatykające się z nerwów uszy. Kontemplowałem obrazy na ścianach przedpokoju. W rękach ugniatałem mokrą koszulę.
    - Nie my.- Odpowiedział młody.
    - To kto?- Dotarło do mnie jak zza ściany. Trzeba było powiedzieć prawdę. Oderwałem oczy od dywanu imitującego futro wielkiego, białego stwora.
    - Stary Paszczuk, ale omyłkowo. Myślał, że on przewrócił mu ciągnik.

    Sanitariusz znał Paszczuka, do Rychtowic od lat jeździła jedna i ta sama karetka. Przez ostatnią dekadę głównie do tego właśnie obywatela. Po moich słowach Władziar mimochodem zorientował się w zabarwieniu swoich rąk i zemdlał. W międzyczasie ja zdążyłem obejrzeć dzienny, kuchnię, łazienkę, gdzie też spuściłem resztę mączki i obmyłem twarz. Chata Domina nie różniła się bardzo od mojej, młodego, Gęga czy Paszczuka. Chata jak chata. Przypominała każdą inną we wsi, chociaż może i z małym wyjątkiem na osiadłą w przedpokoju kałużę krwi. Ktoś się tu mył, ktoś tutaj leżał, ktoś gotował, ktoś malował paznokcie, ktoś się uczył, ktoś opalał, ktoś przymierzał nowe koszule, ktoś budził, ktoś zasypiał, ktoś wstawał do pracy. Dlaczego więc ktoś nie miałby tu umrzeć.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Łał. Koncepcja bardzo, bardzo.
    Skończyłam czytać pod wrażeniem. Potrafisz zaciekawić, ale środek trochę mnie znużył.
    Tak więc 4,5.

    dygam
    zuzka ;)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • Cytat
    Łał. Koncepcja bardzo, bardzo.
    Skończyłam czytać pod wrażeniem. Potrafisz zaciekawić, ale środek trochę mnie znużył.
    Tak więc 4,5.

    dygam
    zuzka ;)



    Hej, pierwotnie środek był jeszcze bardziej nudny. Wyrzuciłem cały akapit z nocnym filozofowaniem. ;) mimo to, jako że lubię się uczyć na własnych błędach, mam prośbę: zdefiniujesz dla mnie środek? - tzn odkąd zaczyna się robić mniej ciekawie. Bardzo by mi to pomogło, bo ostatnio też zauważyłem takie lekkie spadki napięcia w tym co piszę.

    Dzięki za wysoką ocenę, pozdrawiam,
    Jimmy

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Cytat
    Hej, pierwotnie środek był jeszcze bardziej nudny. Wyrzuciłem cały akapit z nocnym filozofowaniem. ;) mimo to, jako że lubię się uczyć na własnych błędach, mam prośbę: zdefiniujesz dla mnie środek? - tzn odkąd zaczyna się robić mniej ciekawie. Bardzo by mi to pomogło, bo ostatnio też zauważyłem takie lekkie spadki napięcia w tym co piszę.

    Dzięki za wysoką ocenę, pozdrawiam,
    Jimmy



    Żaden akapit nie jest tutaj do wywalenia, bo wszystkie mają swoja określoną funkcję, są potrzebne, tylko trzeba je trochę uatrakcyjnić. Możesz popracować nad czwartym, piątym (głównie tym - tutaj główkę miałam trochę bliżej ramion;)), szóstym akapitem. Gdzieniegdzie wywalić zdanie, albo je zmienić.
    Tylko pamiętaj, ze tak generalnie, to ja się nie znam; o subiektywnych odczuciach mówię ;)

    cieplutko
    zuzka ;)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Jestem rozdarty wewnętrznie - bo tekst lawiruje na granicy banału, a czegoś na serio.

    Stylizacja moim zdanie przesadzona - jako "chłop" ze wsi nie spotkałem się osobiście,

    by na kobiety wołano "baby", na mężczyzn "chłopy", a na domy "chaty", ale być może

    wioska wiosce nie jest równa. Obawiam się jednak, że to szkodliwa mitologizacja,

    literatura polska dość wydała temu podobnych, ale do konkretów:

    * Kompozycja (styl, spójność tekstu i tede) - 1/2

    * Narracja (dialogi, monologi, opisy) - 0,75/1

    * Poprawność języka (w tym estetyka, zapis graficzny) - 0,5/1

    * Temat - mimo wszystko - 1/1

    Razem: 3,25

    Całkiem nieźle,
    :::)

    PS. Teksty w BEZ KULTURZE czyta się... lżej.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Ode mnie 4,5 za fajny klimat i za poczucie humoru. Z tą "chatą" moze i przesada, ale "chłopy" w knajpie na swoje żony mówia "baby". Wiem, bom też na wsi wychowan. :)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Dołącz do dyskusji

    Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

    Gość
    Dodaj odpowiedź do utworu...

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


    • Ostatnio w Warsztacie

      •  

         

         

        Miot – obszar lasu, najczęściej prostokąt ograniczony drogami, ścieżkami, rzeczkami, opolowywany podczas jednego pędzenia.

         

        Pędzenie – wypłaszanie przez nagankę zwierzyny z miotu, na linię myśliwych.

         

        Loftka – nabój z kilkoma kulkami, 6 – 9 sztuk w zależności od kalibru broni. Zabroniony w myślistwie.

         

         

        Na dziki poluje się indywidualnie z podchodu, z zasiadki albo zbiorowo. Wówczas brałem udział w polowaniu zbiorowym.

         

        Był styczeń, ale bezśnieżny i przeczesywaliśmy na ślepo miot za miotem. Gdyby był śnieg, moglibyśmy najpierw go obciąć, czyli obejść i sprawdzić czy do środka nie prowadzą jakieś ślady watahy. Jeśli jest wejście, a nie ma wyjścia to wiemy, że w miocie są dziki.

         

        Dopiero wtedy prowadzący rozstawia ludzi, a do środka wchodzi jeden czy dwóch podkładaczy z psami – jako naganiacze - i zaczyna się najważniejsza część zabijania.

         

        Tamten miot miał był ostatnim w owym dniu. Ba, w całym sezonie. Przydzielono mi dobre stanowisko na winklu, w niewielkim rozdołku, gdzie była spora szansa, że jeśli dziki zaległy w środku, to ruszone odbiją na mnie i będą miał szanse strzelać ze swojego sztucera.

         

        W nagankę poszedł Wiesiek i Wituś, każdy z nich miał po dwa psy do podkładania. Obserwowałem ich i widziałem jak wchodzą z leśnej drogi w młodą świerczynę, znikają mi z oczu, a po chwili usłyszałem gwałtowny, wysoki, zaciekły jazgot, a moment później huk wypalającej strzelby. Padły dwa strzały, jeden po drugim, i na chwilę zaległa cisza.

         

         

        Ruszyłem. Świadomie łamałem regulamin, ale ponad wszystko zapragnąłem tam być, uczestniczyć, a nie stać bez ruchu i czekać na łut szczęścia, że coś wyjdzie akurat na mnie.

         

        Dotarłem do miejsca, gdzie weszli w las, i przystanąłem. Uspokoiłem oddech i zacząłem nasłuchiwać. Nic. Cisza. I raptem znowu odezwały się psy, niedaleko przede mną, zacząłem przedzierać się przez gęstwinę aż wydostałem się na rzadziej porośnięty kawałek lasu.

         

        Stanąłem by się zorientować w sytuacji, psy ujadały już ciągle, musiały coś dopaść i naraz zobaczyłem je. Dziki! Jeden, drugi… trzeci, biegały ganiane przez osaczające je psy, nieduże, przelatki, i wtedy kanonada z dwóch dubeltówek zagłuszyła wszystko a kiedy ucichła, słyszałem tylko przeraźliwe kwiczenie rannych zwierząt i psy zamilkły.

         

        Wprowadziłem nabój do komory, załadowałem i krzyknąłem, że idę. Krzyknąłem raz, potem drugi, ktoś mi odkrzyknął, zawołał bym uważał, bo idą na mnie, doszło mnie chrapliwe chrząkanie dużego dzika za ścianą gęstego młodnika, próbowałem ustalić kierunek, zlokalizować, naraz psy odezwały się znowu, wysokie, zajadłe ujadanie dobiegało z kilku miejsc jednocześnie, trzaskały gałęzie, zwierzęta przeciskały się przez zarośla, ale nie widziałem żadnego.

         

        Padł kolejny strzał, kolejny, rozległo się kwiczenie trafionego zwierzaka, psy wciąż ujadały cienko i wściekle, oszczekując watahę, zrobił się wielki zamęt, a nad nim górowało ciężkie warczenie lochy. Znów strzały, blisko, bardzo blisko, już widziałem składającego się Witusia, wywalił dwa razy i poczułem że muszę tam podejść, jeśli mam dojść do strzału. Przebiłem się przez świerczynę do tamtych, wydostałem się na maleńką polankę i naraz zobaczyłem przemykającego średniego dzika, walnąłem do niego z przyrzutu, przeładowałem, namierzyłem następnego, złożyłem się i strzeliłem gdy muszka siadła mu na komorze, dzik wpadł w gęstwinę, rozglądałem się za następnym, zwierzaki śmigały gąszczu, za nimi psy próbujące je osadzić na zadach, było wielkie zamieszanie, hałas, kwik, trzaski i trudno było się złożyć, psy wyskakiwały na linie ognia, zasłaniały sobą rozbiegane dziki, gdy te wciskały się w gęstwinę, by się od nich uwolnić chociaż na chwilę.

         

        Zobaczyłem naraz przed sobą Wieśka, składał się starannie, powędrowałem spojrzeniem za linią lufy jego strzelby i ujrzałem wielkiego dzika wchodzącego między niską świerczynę. Wiesiek wypalił, dzik szedł dalej jakby nie przyjął kuli, więc teraz ja się złożyłem, starałem się ulokować muszkę na karku, dzik odchodził, już prawie znikał wśród niskich gałęzi, strzeliłem, przeładowałem, zwierz przysiadł na zadzie, odpuściłem go i zacząłem rozglądać się za innymi, gdy znowu zza ściany młodnika rozległy się strzały, zakwiczał trafiony w kręgosłup przelatek. To była robota Witusia..

         

        Psy przebiegły mi pod nogami, wpadły pod rozłożystego świerka i osaczyły tam następną sztukę, głęboko pod niskimi konarami, przyklęknąłem żeby dojrzeć cokolwiek, minął mnie Wiesiek, zabiegał z boku, wpychał do luf nowe naboje, widziałem jak zamyka broń, ustawia się po drugiej stronie odcinając dzikowi drogę ucieczki, złożyłem żeby mieć go muszce gdyby się wyrwał od psów, Wiesiek zaczął się drzeć do mnie żebym nie strzelał, bo psy, odkrzyknąłem że wiem, uważam, dzik wreszcie ruszył, wybiegł na niego i dostał do boku, zwalił się w ogniu i naraz wszystko ucichło. Chwilę potem spod rozłożystego świerka odezwał się kwik dziczka, siedział na zadzie z przetrąconym kręgosłupem, a dwa psy skubały go po bokach.

         

        Wituś podszedł, odepchnął nogą jednego psa i sięgnął po nóż. Rozłożył go, po czym nachylił się i podciął dzikowi gardło, ten ucichł.

         

        Psy biegały jeszcze w kółko, zdyszane, w każdym możliwym kierunku, przeczesywały teren, wpadały pod nisko wiszące gałęzie, wypadały, lecz nic już nie było. Pojawił się Wituś.

         

        ·     Zabiłeś tamtego? – zapytał go Wiesiek.

        ·     Nie wiem. Jeden leży, ale drugi poszedł w waszą stronę.

        ·     Ja go chyba zgoliłem.

        ·     Do ilu strzelałeś?

        ·     Do trzech. Dwóch małych i tego wielkiego.

        ·     Do lochy?

        ·     To była locha?

        ·     A jak myślisz?

        ·     No to strzelałem do niej.

        ·     Widziałem, po moim strzale. Dostała do boku jeszcze wcześniej. I tak by została.

        ·     Wciąż szła, bałem się, że pójdzie.

        ·     Nie poszła by daleko, oberwała, chyba przyjęła na miękkie. A tak w ogóle skąd żeś się tutaj wziął?

        ·     Nie mogłem tam ustać.

        ·     Łowczy się wkurwi.

        ·     Niech się wkurwia.

        ·     Dobra, spróbujmy pozbierać teraz to towarzystwo. To ile powinno zostać?

        ·     Ja myślę, że zgoliłem dwa. Lochy nie liczę, bo twoja.

        ·     Wituś? A ty?

        ·     Jednego na pewno. Drugi poszedł. Potem strzelałem jeszcze do jednego, ale chyba spudliłem. Miałem go na dziesięć kroków.

        ·     To z moimi powinno być sześć albo siedem. Niezłe. Czegoś takiego jeszcze nie było.

        ·     Ok, pozbierajmy je.

        ·     Wituś, zadzwoń do łowczego, żeby podesłał tutaj jakie auto i paru chłopaków.

        ·     Kurwa, nie wiem jak to się stało. Był na linii, miałem go na dziesięć kroków.

        ·     Zobacz, ten jeden tam jeszcze się rusza, próbuje się dźwignąć.

        ·     Gdzie są psy?

        ·     Pobiegły za resztą. Słyszałeś strzały?

        ·     Ktoś strzelał na linii, dwa razy. Może coś jeszcze zabili.

        ·     Dostrzel tego przelatka.

        ·     Szkoda naboju. Staszek, ty masz ten swój scyzoryk?

        ·     Masz. Zrób to szybko, żeby nie męczył się niepotrzebnie.

        ·     Już ja go uciszę.

         

        Wiesiek przygniata dzika kolanem do ziemi, butem przyciska mu pysk i wbija nóż w szyję tam, gdzie się powinna znajdować tętnica. Dzik kwiczy przeraźliwie, milknie, kopie przez chwilę biegami, z rany wypływa posoka, nieruchomieje.

         

        Naraz słyszymy szelest, odwracamy się i patrzymy jak z pomiędzy świerkowej gęstwiny wypełza locha, ciągnie, wlokąc za sobą na pół odstrzeloną nogę, w stronę Wieśka wciąż klęczącego nad młodym.

         

        ·     A ta kurwa, co ona jeszcze tu robi?

         

        Patrzymy na nią w zdumieniu, widzimy, że jest ciężko ranna i nie rzuci się na żadnego. U uda zwisa jej kawal skóry, odsłaniając połać żywego czerwonego mięsa, a na jej końcu buja się bryła mięśnia oderwanego kulą.

         

        ·     Dostrzel ją, Wiesiek.

        ·     Nie mam już brenek.

        ·     Mnie został ostatni nabój.

        ·     To już dzisiaj ci chyba nie będzie potrzebny?

        ·     Ok. Niech wyjdzie spod tej gałęzi.

         

        Przeładowuję, mierzę za szybko, bo chcę to zakończyć, strzelam z kilku kroków w łeb lochy.

        Ta podciąga się dalej, już wolniej, przystaje, siada na zadzie i postękuje chrapliwie.

         

        ·     Masz śrut?

        ·     Mam trochę grubego.

        ·     Strzel jej w łeb, z tej odległość to jest to samo jakbyś walnął z breneki.

         

        Locha nie ma już siły iść dalej. Przysiadła i patrzy w stronę Witusia, który wybiera numer łowczego.

         

        Wiesiek grzebie w kieszeni, wyciąga nabój, łamie broń, wpycha nabój do komory, zamyka, podchodzi na trzy kroki do lochy i starannie się składa do strzału. Mierzy w łeb długo, strzela i locha się wali na ziemię.

         

        ·     No, teraz już kurwo nie wstaniesz.

         

        Wituś łączy się z łowczym. Krzyczy żeby przysłał ludzi i samochód na kilka dzików. Nie wie na ile, trzeba poszukać. Pyta czy padło coś u nich. Rozmawia, Wiesiek rozładowuje broń, ja rozglądam się po lesie, pogubiłem kierunki i zastanawiam się gdzie strzelałem do swojego pierwszego dzika. Chłopaki znają ten teren lepiej od mnie, tutaj się wychowali od dziecka, nie będzie problemów.

         

        Przyglądam się losze, nie mogę pojąc jak mogłem spudłować do niej z kilku metrów. Wituś nie patrzył, Wiesiek jakby tego nie zauważył. Ok. Mogła być to gałąź na drodze, kula zrykoszetowała. Nikt nie posądzi mnie o pudło w takiej sytuacji, mam swoją renomę. Jakieś pocieszenie.

         

        Januszek składa aparat i chowa do kieszeni.

         

        ·     Zabili coś?

        ·     Staszek zgolił jednego. Kaśka strzelała do drugiego, ale poszedł. Mówi, że zaznaczył. Poszli go szukać.

        ·     A psy?

        ·     Dwa mają, dwa poszły w las. Może za tym postrzałkiem.

        ·     Twoje psy czy moje?

        ·     Moje wróciły. Twoje w lesie.

        ·     Kurwa, żeby któremu nie przyszło się pomylić.

         

        Psy Witusia dopadły do lochy, zaczęły ją szarpać za uszy i zad. Januszek przyklęka przy nich, schylamy się, głaszczemy jego psy, chwalimy, że zrobiły dobrą robotę.

         

        Wiesiek mówi:

         

        ·     Chodźmy poszukać tych dzików. Zejdzie dzisiaj do nocy.

        ·     Tutaj są dwa. Jeden za tym młodnikiem, ja go przyciągnę, leży w wykrocie. Wy idźcie za swoimi.

         

        Ściągamy dziki i układamy na boku jeden przy drugim. Liczymy, wciąż dwóch brakuje. Mogły pójść, Wituś przyciąga na sznurku swojego przelatka. Rozchodzimy się, Wiesiek krzyczy, że znalazł następnego, spieszę tam, oglądam. Dostał do boku na komorę i przebiegł jeszcze kilkadziesiąt metrów.

         

        ·     Mój?

        ·     Twój.

        ·     Skąd wiesz?

        ·     Po wlocie. Jest od twojej kuli, my waliliśmy z brenek.

        ·     Powinien być jeszcze jeden, strzelałem do niego zaraz po tym.

        ·     Znajdziemy go. Masz coś żeby pociągnąć?

        ·     Pasek tylko od portek.

        ·     Zostaw pasek. Ja mam sznurki od psów.

         

        Wituś chodzi między drzewami, wokół miejsca gdzie strzelał do dzika który poszedł. Nie może uwierzyć że spudlił.

         

        Znowu liczymy dziki, nie jest wiele do liczenia, ale to sprawia przyjemność. Ponownie rozchodzimy się po lesie, znowu Wiesiek woła, znalazł jeszcze jednego, leżał przy pniu starej sosny. Padł od kuli ze sztucera, uspakajam się wreszcie. Ściągamy go do pozostałych.

         

        Pojawiają się psy Wieśkowe. Są porządnie zziajane, kręcą się między dzikami, wąchają ale już ich nie szarpią. Powraca spokój. Wiesiek zajmuje się psami, przyklęka, głaszcze je i przytula, te liżą go po policzkach.

         

        Od drogi nadciągają chłopaki.

         

        ·     Coście tu nawyprawiali?

        ·     Policz. Jeden jeszcze nie ściągnięty.

        ·     Kurwa, sześć? Jakieś postrzałki?

        ·     Raczej nie. Liczyliśmy i wychodzi na to, że żaden nie poszedł.

        ·     Dobra, trzeba się brać do roboty. Co tam kto ma do ciągnięcia. I przygotować parę kołków, żeby dwóch mogło ciągnąć naraz.

         

        Trzeba przeciągnąć wszystkie dziki po leśnej ziemi, do samochodów, kilkaset metrów pod górę, załadować i zawieźć do wsi. Dzik Kaśki nie został podniesiony, ktoś musi pójść z psami i spróbować go dojść.

         

        ·     Wiesiek i Wituś, pojedziecie go szukać.

         

        Wituś zwołuje swoje psy, tych nie ma, poszły w las znowu. Łowczy mówi do Wieśka:

         

        ·     Jedź. On niech jedzie z tobą, wy najlepiej znacie ten teren. My zajmiemy się psami jak wrócą.

         

        Wiążemy pętle na linkach i zaciskamy dzikom na gwizdach, będziemy je ciągnąć po dwóch, na zmianę, do samochodów.

         

        Wracają psy Witusiowe, biegają pomiędzy nami, obwąchują i szarpią leżące na drodze dziki, wyskubują im sierść. Kto ma jakieś kanapki, oddaje psiakom.

         

        Układamy pokot starannie, jedna sztuka przy drugiej, do zdjęć. Nikt nie ma aparatu, robimy więc komórkami, nagrywam na swoją krótki filmik. Panuje podniosły nastrój, od dawna nie było takiego wyniku. Łowczy pyta sekretarza. Ten mówi, że od ponad dwudziestu lat, jak długo sięga pamięcią. Najwięcej padło w dziewięćdziesiątym ósmym, na wigilijnym. Trzy. Teraz siedem, a może i osiem, jeśli ten Kaśki się znajdzie. I to wszystko z jednego miotu.

         

        Ktoś się odzywa:

         

        ·     Szkoda tej lochy.

        ·     Trzeba było tam być. Ciekawe czy byś się zastanawiał. Jasne, że szkoda.

        ·     Cały miot wybiliśmy?

        ·     Jedna sztuka poszła nie strzelana. No i nie wiadomo co z tym Kaśki.

        ·     Ktoś pojechał go szukać?

        ·     Tak. Wiesiek i Wituś. I Maniek tam czeka, został przy samochodzie.

         

        Jedziemy do wsi, do zagrody Zdzicha. Wyładowujemy dziki z aut, szykujemy miejsca do oprawiania. Locha jest ogromna, podciągamy ją we trzech na linie przerzuconej przez gałąź śliwy.

         

        ·     Poharatana.

        ·     Jedna szynka się zmarnowała.

        ·     Dostała do boku na wątrobę, na tylną szynkę i w łeb. Padła, a potem wstała i jeszcze się do nas przywlokła.

        ·     Z dziurą we łbie?

        ·     Sam masz dziurę we łbie. Zostawiliśmy ją w zagajniku, jak już nie żyła.

        ·     Nie żyła, a potem zmartwychwstała.

        ·     Tak. Tak właśnie było. Zabiliśmy ją, ja strzelałem, Wiesiek strzelał, a ona potem usłyszała jak darł się ten jej młody, co go Wituś dorzynał, zmartwychwstała i dowlokła się do nas. I wtedy dostała w łeb. Teraz już wiesz jak było?

        ·     Szkoda jednak. To była doświadczona locha. Mogła odchować jeszcze parę miotów.

        ·     Pierdolisz. Jasne, że szkoda. Każdy wie, że szkoda. Teraz będziesz ją jadł.

        ·     Ale..

        ·     Zamknij się już. Trzeba było tam być. Bierz się do roboty, bo nas tu północ zastanie.

         

        Każdego dzika trzeba wypatroszyć, oskórować, podzielić na porcje. Córka Zdzicha podchodzi z wiaderkiem i pyta czy jest wątróbka.

         

        ·     Ta tutaj się nie nadaje, jest rozwalona. Zrobiliście zrzutkę?

        ·     Jasiek pojechał do sklepu, potem się rozliczymy. Teraz każdy jest utaplany w farbie.

        ·     Mówiłaś mu żeby kupił trochę piwa? Ja wolę piwo do wątróbki.

        ·     Ja też bym się napił piwa.

        ·     Każdy by się napił. Zadzwoń, żeby kupił całą skrzynkę.

         

        Podjeżdża samochód z Wieśkiem i Witusiem. Otwierają bagażnik, wyrzucają na ziemię dwa dziki. Przerywamy robotę i idziemy popatrzeć. Łowczy odzywa się:

         

        ·     Jeden jest Kaśki. A skąd ten drugi?

        ·     Psy go wytropiły, zaszył się w krzakach przy drodze. Chyba ostatni z tego miotu.

        ·     Ten Kaśki żył jeszcze?

        ·     Tak, ja żem go dostrzelił.

        ·     A tego drugiego?

        ·     Wituś.

        ·     Wituś, czemu nic nie mówisz?

        ·     A co mam gadać? Pies Wieśkowy nie żyje.

        ·     Jak nie żyje?

        ·     Nie żyje. Dostał przy dziku.

        ·     Jak to dostał przy dziku? Z czego żeś strzelał?

        ·     Wiesz z czego. Nie miałem już brenek.

        ·     Kurwa, mówiłem żeby nie strzelać z loftek! Tak to się kończy. Będziesz się tłumaczył przed zarządem, na razie jesteś zawieszony.

        ·     Ja żem nie zabił mu psa.

        ·     Kurwa, co wy mi tu opowiadacie? Wiesiek, jak to było z tym twoim psem!?

        ·     Musiałem go dostrzelić. Loftka Witusiowa trafiła go w szyję, na tętnicę. Sikał farbą, nic się nie dało zrobić.

        ·     Kurwa, to był najlepszy pies w kole. Chłopaki, to jest nauczka.

         

                    Na chwilę nastrój się robi ciężki. Posępnie kiwamy głowami.

         

        Potem wracamy do oprawiania dzików.

         

        Polowanie zima 2007.jpg

    • Najpopularniejsze w ostatnich 7 dniach

    • Zarejestruj się. To bardzo proste!

      Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

    • Ostatnio komentowane

    • Ostatnio dodane

    • Ostatnie komentarze

      • Miot – obszar lasu, najczęściej prostokąt ograniczony drogami, ścieżkami, rzeczkami, opolowywany podczas jednego pędzenia.   Pędzenie – wypłaszanie przez nagankę zwierzyny z miotu, na linię myśliwych.   Loftka – nabój z kilkoma kulkami, 6 – 9 sztuk w zależności od kalibru broni. Zabroniony w myślistwie.     Na dziki poluje się indywidualnie z podchodu, z zasiadki albo zbiorowo. Wówczas brałem udział w polowaniu zbiorowym.   Był styczeń, ale bezśnieżny i przeczesywaliśmy na ślepo miot za miotem. Gdyby był śnieg, moglibyśmy najpierw go obciąć, czyli obejść i sprawdzić czy do środka nie prowadzą jakieś ślady watahy. Jeśli jest wejście, a nie ma wyjścia to wiemy, że w miocie są dziki.   Dopiero wtedy prowadzący rozstawia ludzi, a do środka wchodzi jeden czy dwóch podkładaczy z psami – jako naganiacze - i zaczyna się najważniejsza część zabijania.   Tamten miot miał był ostatnim w owym dniu. Ba, w całym sezonie. Przydzielono mi dobre stanowisko na winklu, w niewielkim rozdołku, gdzie była spora szansa, że jeśli dziki zaległy w środku, to ruszone odbiją na mnie i będą miał szanse strzelać ze swojego sztucera.   W nagankę poszedł Wiesiek i Wituś, każdy z nich miał po dwa psy do podkładania. Obserwowałem ich i widziałem jak wchodzą z leśnej drogi w młodą świerczynę, znikają mi z oczu, a po chwili usłyszałem gwałtowny, wysoki, zaciekły jazgot, a moment później huk wypalającej strzelby. Padły dwa strzały, jeden po drugim, i na chwilę zaległa cisza.     Ruszyłem. Świadomie łamałem regulamin, ale ponad wszystko zapragnąłem tam być, uczestniczyć, a nie stać bez ruchu i czekać na łut szczęścia, że coś wyjdzie akurat na mnie.   Dotarłem do miejsca, gdzie weszli w las, i przystanąłem. Uspokoiłem oddech i zacząłem nasłuchiwać. Nic. Cisza. I raptem znowu odezwały się psy, niedaleko przede mną, zacząłem przedzierać się przez gęstwinę aż wydostałem się na rzadziej porośnięty kawałek lasu.   Stanąłem by się zorientować w sytuacji, psy ujadały już ciągle, musiały coś dopaść i naraz zobaczyłem je. Dziki! Jeden, drugi… trzeci, biegały ganiane przez osaczające je psy, nieduże, przelatki, i wtedy kanonada z dwóch dubeltówek zagłuszyła wszystko a kiedy ucichła, słyszałem tylko przeraźliwe kwiczenie rannych zwierząt i psy zamilkły.   Wprowadziłem nabój do komory, załadowałem i krzyknąłem, że idę. Krzyknąłem raz, potem drugi, ktoś mi odkrzyknął, zawołał bym uważał, bo idą na mnie, doszło mnie chrapliwe chrząkanie dużego dzika za ścianą gęstego młodnika, próbowałem ustalić kierunek, zlokalizować, naraz psy odezwały się znowu, wysokie, zajadłe ujadanie dobiegało z kilku miejsc jednocześnie, trzaskały gałęzie, zwierzęta przeciskały się przez zarośla, ale nie widziałem żadnego.   Padł kolejny strzał, kolejny, rozległo się kwiczenie trafionego zwierzaka, psy wciąż ujadały cienko i wściekle, oszczekując watahę, zrobił się wielki zamęt, a nad nim górowało ciężkie warczenie lochy. Znów strzały, blisko, bardzo blisko, już widziałem składającego się Witusia, wywalił dwa razy i poczułem że muszę tam podejść, jeśli mam dojść do strzału. Przebiłem się przez świerczynę do tamtych, wydostałem się na maleńką polankę i naraz zobaczyłem przemykającego średniego dzika, walnąłem do niego z przyrzutu, przeładowałem, namierzyłem następnego, złożyłem się i strzeliłem gdy muszka siadła mu na komorze, dzik wpadł w gęstwinę, rozglądałem się za następnym, zwierzaki śmigały gąszczu, za nimi psy próbujące je osadzić na zadach, było wielkie zamieszanie, hałas, kwik, trzaski i trudno było się złożyć, psy wyskakiwały na linie ognia, zasłaniały sobą rozbiegane dziki, gdy te wciskały się w gęstwinę, by się od nich uwolnić chociaż na chwilę.   Zobaczyłem naraz przed sobą Wieśka, składał się starannie, powędrowałem spojrzeniem za linią lufy jego strzelby i ujrzałem wielkiego dzika wchodzącego między niską świerczynę. Wiesiek wypalił, dzik szedł dalej jakby nie przyjął kuli, więc teraz ja się złożyłem, starałem się ulokować muszkę na karku, dzik odchodził, już prawie znikał wśród niskich gałęzi, strzeliłem, przeładowałem, zwierz przysiadł na zadzie, odpuściłem go i zacząłem rozglądać się za innymi, gdy znowu zza ściany młodnika rozległy się strzały, zakwiczał trafiony w kręgosłup przelatek. To była robota Witusia..   Psy przebiegły mi pod nogami, wpadły pod rozłożystego świerka i osaczyły tam następną sztukę, głęboko pod niskimi konarami, przyklęknąłem żeby dojrzeć cokolwiek, minął mnie Wiesiek, zabiegał z boku, wpychał do luf nowe naboje, widziałem jak zamyka broń, ustawia się po drugiej stronie odcinając dzikowi drogę ucieczki, złożyłem żeby mieć go muszce gdyby się wyrwał od psów, Wiesiek zaczął się drzeć do mnie żebym nie strzelał, bo psy, odkrzyknąłem że wiem, uważam, dzik wreszcie ruszył, wybiegł na niego i dostał do boku, zwalił się w ogniu i naraz wszystko ucichło. Chwilę potem spod rozłożystego świerka odezwał się kwik dziczka, siedział na zadzie z przetrąconym kręgosłupem, a dwa psy skubały go po bokach.   Wituś podszedł, odepchnął nogą jednego psa i sięgnął po nóż. Rozłożył go, po czym nachylił się i podciął dzikowi gardło, ten ucichł.   Psy biegały jeszcze w kółko, zdyszane, w każdym możliwym kierunku, przeczesywały teren, wpadały pod nisko wiszące gałęzie, wypadały, lecz nic już nie było. Pojawił się Wituś.   ·     Zabiłeś tamtego? – zapytał go Wiesiek. ·     Nie wiem. Jeden leży, ale drugi poszedł w waszą stronę. ·     Ja go chyba zgoliłem. ·     Do ilu strzelałeś? ·     Do trzech. Dwóch małych i tego wielkiego. ·     Do lochy? ·     To była locha? ·     A jak myślisz? ·     No to strzelałem do niej. ·     Widziałem, po moim strzale. Dostała do boku jeszcze wcześniej. I tak by została. ·     Wciąż szła, bałem się, że pójdzie. ·     Nie poszła by daleko, oberwała, chyba przyjęła na miękkie. A tak w ogóle skąd żeś się tutaj wziął? ·     Nie mogłem tam ustać. ·     Łowczy się wkurwi. ·     Niech się wkurwia. ·     Dobra, spróbujmy pozbierać teraz to towarzystwo. To ile powinno zostać? ·     Ja myślę, że zgoliłem dwa. Lochy nie liczę, bo twoja. ·     Wituś? A ty? ·     Jednego na pewno. Drugi poszedł. Potem strzelałem jeszcze do jednego, ale chyba spudliłem. Miałem go na dziesięć kroków. ·     To z moimi powinno być sześć albo siedem. Niezłe. Czegoś takiego jeszcze nie było. ·     Ok, pozbierajmy je. ·     Wituś, zadzwoń do łowczego, żeby podesłał tutaj jakie auto i paru chłopaków. ·     Kurwa, nie wiem jak to się stało. Był na linii, miałem go na dziesięć kroków. ·     Zobacz, ten jeden tam jeszcze się rusza, próbuje się dźwignąć. ·     Gdzie są psy? ·     Pobiegły za resztą. Słyszałeś strzały? ·     Ktoś strzelał na linii, dwa razy. Może coś jeszcze zabili. ·     Dostrzel tego przelatka. ·     Szkoda naboju. Staszek, ty masz ten swój scyzoryk? ·     Masz. Zrób to szybko, żeby nie męczył się niepotrzebnie. ·     Już ja go uciszę.   Wiesiek przygniata dzika kolanem do ziemi, butem przyciska mu pysk i wbija nóż w szyję tam, gdzie się powinna znajdować tętnica. Dzik kwiczy przeraźliwie, milknie, kopie przez chwilę biegami, z rany wypływa posoka, nieruchomieje.   Naraz słyszymy szelest, odwracamy się i patrzymy jak z pomiędzy świerkowej gęstwiny wypełza locha, ciągnie, wlokąc za sobą na pół odstrzeloną nogę, w stronę Wieśka wciąż klęczącego nad młodym.   ·     A ta kurwa, co ona jeszcze tu robi?   Patrzymy na nią w zdumieniu, widzimy, że jest ciężko ranna i nie rzuci się na żadnego. U uda zwisa jej kawal skóry, odsłaniając połać żywego czerwonego mięsa, a na jej końcu buja się bryła mięśnia oderwanego kulą.   ·     Dostrzel ją, Wiesiek. ·     Nie mam już brenek. ·     Mnie został ostatni nabój. ·     To już dzisiaj ci chyba nie będzie potrzebny? ·     Ok. Niech wyjdzie spod tej gałęzi.   Przeładowuję, mierzę za szybko, bo chcę to zakończyć, strzelam z kilku kroków w łeb lochy. Ta podciąga się dalej, już wolniej, przystaje, siada na zadzie i postękuje chrapliwie.   ·     Masz śrut? ·     Mam trochę grubego. ·     Strzel jej w łeb, z tej odległość to jest to samo jakbyś walnął z breneki.   Locha nie ma już siły iść dalej. Przysiadła i patrzy w stronę Witusia, który wybiera numer łowczego.   Wiesiek grzebie w kieszeni, wyciąga nabój, łamie broń, wpycha nabój do komory, zamyka, podchodzi na trzy kroki do lochy i starannie się składa do strzału. Mierzy w łeb długo, strzela i locha się wali na ziemię.   ·     No, teraz już kurwo nie wstaniesz.   Wituś łączy się z łowczym. Krzyczy żeby przysłał ludzi i samochód na kilka dzików. Nie wie na ile, trzeba poszukać. Pyta czy padło coś u nich. Rozmawia, Wiesiek rozładowuje broń, ja rozglądam się po lesie, pogubiłem kierunki i zastanawiam się gdzie strzelałem do swojego pierwszego dzika. Chłopaki znają ten teren lepiej od mnie, tutaj się wychowali od dziecka, nie będzie problemów.   Przyglądam się losze, nie mogę pojąc jak mogłem spudłować do niej z kilku metrów. Wituś nie patrzył, Wiesiek jakby tego nie zauważył. Ok. Mogła być to gałąź na drodze, kula zrykoszetowała. Nikt nie posądzi mnie o pudło w takiej sytuacji, mam swoją renomę. Jakieś pocieszenie.   Januszek składa aparat i chowa do kieszeni.   ·     Zabili coś? ·     Staszek zgolił jednego. Kaśka strzelała do drugiego, ale poszedł. Mówi, że zaznaczył. Poszli go szukać. ·     A psy? ·     Dwa mają, dwa poszły w las. Może za tym postrzałkiem. ·     Twoje psy czy moje? ·     Moje wróciły. Twoje w lesie. ·     Kurwa, żeby któremu nie przyszło się pomylić.   Psy Witusia dopadły do lochy, zaczęły ją szarpać za uszy i zad. Januszek przyklęka przy nich, schylamy się, głaszczemy jego psy, chwalimy, że zrobiły dobrą robotę.   Wiesiek mówi:   ·     Chodźmy poszukać tych dzików. Zejdzie dzisiaj do nocy. ·     Tutaj są dwa. Jeden za tym młodnikiem, ja go przyciągnę, leży w wykrocie. Wy idźcie za swoimi.   Ściągamy dziki i układamy na boku jeden przy drugim. Liczymy, wciąż dwóch brakuje. Mogły pójść, Wituś przyciąga na sznurku swojego przelatka. Rozchodzimy się, Wiesiek krzyczy, że znalazł następnego, spieszę tam, oglądam. Dostał do boku na komorę i przebiegł jeszcze kilkadziesiąt metrów.   ·     Mój? ·     Twój. ·     Skąd wiesz? ·     Po wlocie. Jest od twojej kuli, my waliliśmy z brenek. ·     Powinien być jeszcze jeden, strzelałem do niego zaraz po tym. ·     Znajdziemy go. Masz coś żeby pociągnąć? ·     Pasek tylko od portek. ·     Zostaw pasek. Ja mam sznurki od psów.   Wituś chodzi między drzewami, wokół miejsca gdzie strzelał do dzika który poszedł. Nie może uwierzyć że spudlił.   Znowu liczymy dziki, nie jest wiele do liczenia, ale to sprawia przyjemność. Ponownie rozchodzimy się po lesie, znowu Wiesiek woła, znalazł jeszcze jednego, leżał przy pniu starej sosny. Padł od kuli ze sztucera, uspakajam się wreszcie. Ściągamy go do pozostałych.   Pojawiają się psy Wieśkowe. Są porządnie zziajane, kręcą się między dzikami, wąchają ale już ich nie szarpią. Powraca spokój. Wiesiek zajmuje się psami, przyklęka, głaszcze je i przytula, te liżą go po policzkach.   Od drogi nadciągają chłopaki.   ·     Coście tu nawyprawiali? ·     Policz. Jeden jeszcze nie ściągnięty. ·     Kurwa, sześć? Jakieś postrzałki? ·     Raczej nie. Liczyliśmy i wychodzi na to, że żaden nie poszedł. ·     Dobra, trzeba się brać do roboty. Co tam kto ma do ciągnięcia. I przygotować parę kołków, żeby dwóch mogło ciągnąć naraz.   Trzeba przeciągnąć wszystkie dziki po leśnej ziemi, do samochodów, kilkaset metrów pod górę, załadować i zawieźć do wsi. Dzik Kaśki nie został podniesiony, ktoś musi pójść z psami i spróbować go dojść.   ·     Wiesiek i Wituś, pojedziecie go szukać.   Wituś zwołuje swoje psy, tych nie ma, poszły w las znowu. Łowczy mówi do Wieśka:   ·     Jedź. On niech jedzie z tobą, wy najlepiej znacie ten teren. My zajmiemy się psami jak wrócą.   Wiążemy pętle na linkach i zaciskamy dzikom na gwizdach, będziemy je ciągnąć po dwóch, na zmianę, do samochodów.   Wracają psy Witusiowe, biegają pomiędzy nami, obwąchują i szarpią leżące na drodze dziki, wyskubują im sierść. Kto ma jakieś kanapki, oddaje psiakom.   Układamy pokot starannie, jedna sztuka przy drugiej, do zdjęć. Nikt nie ma aparatu, robimy więc komórkami, nagrywam na swoją krótki filmik. Panuje podniosły nastrój, od dawna nie było takiego wyniku. Łowczy pyta sekretarza. Ten mówi, że od ponad dwudziestu lat, jak długo sięga pamięcią. Najwięcej padło w dziewięćdziesiątym ósmym, na wigilijnym. Trzy. Teraz siedem, a może i osiem, jeśli ten Kaśki się znajdzie. I to wszystko z jednego miotu.   Ktoś się odzywa:   ·     Szkoda tej lochy. ·     Trzeba było tam być. Ciekawe czy byś się zastanawiał. Jasne, że szkoda. ·     Cały miot wybiliśmy? ·     Jedna sztuka poszła nie strzelana. No i nie wiadomo co z tym Kaśki. ·     Ktoś pojechał go szukać? ·     Tak. Wiesiek i Wituś. I Maniek tam czeka, został przy samochodzie.   Jedziemy do wsi, do zagrody Zdzicha. Wyładowujemy dziki z aut, szykujemy miejsca do oprawiania. Locha jest ogromna, podciągamy ją we trzech na linie przerzuconej przez gałąź śliwy.   ·     Poharatana. ·     Jedna szynka się zmarnowała. ·     Dostała do boku na wątrobę, na tylną szynkę i w łeb. Padła, a potem wstała i jeszcze się do nas przywlokła. ·     Z dziurą we łbie? ·     Sam masz dziurę we łbie. Zostawiliśmy ją w zagajniku, jak już nie żyła. ·     Nie żyła, a potem zmartwychwstała. ·     Tak. Tak właśnie było. Zabiliśmy ją, ja strzelałem, Wiesiek strzelał, a ona potem usłyszała jak darł się ten jej młody, co go Wituś dorzynał, zmartwychwstała i dowlokła się do nas. I wtedy dostała w łeb. Teraz już wiesz jak było? ·     Szkoda jednak. To była doświadczona locha. Mogła odchować jeszcze parę miotów. ·     Pierdolisz. Jasne, że szkoda. Każdy wie, że szkoda. Teraz będziesz ją jadł. ·     Ale.. ·     Zamknij się już. Trzeba było tam być. Bierz się do roboty, bo nas tu północ zastanie.   Każdego dzika trzeba wypatroszyć, oskórować, podzielić na porcje. Córka Zdzicha podchodzi z wiaderkiem i pyta czy jest wątróbka.   ·     Ta tutaj się nie nadaje, jest rozwalona. Zrobiliście zrzutkę? ·     Jasiek pojechał do sklepu, potem się rozliczymy. Teraz każdy jest utaplany w farbie. ·     Mówiłaś mu żeby kupił trochę piwa? Ja wolę piwo do wątróbki. ·     Ja też bym się napił piwa. ·     Każdy by się napił. Zadzwoń, żeby kupił całą skrzynkę.   Podjeżdża samochód z Wieśkiem i Witusiem. Otwierają bagażnik, wyrzucają na ziemię dwa dziki. Przerywamy robotę i idziemy popatrzeć. Łowczy odzywa się:   ·     Jeden jest Kaśki. A skąd ten drugi? ·     Psy go wytropiły, zaszył się w krzakach przy drodze. Chyba ostatni z tego miotu. ·     Ten Kaśki żył jeszcze? ·     Tak, ja żem go dostrzelił. ·     A tego drugiego? ·     Wituś. ·     Wituś, czemu nic nie mówisz? ·     A co mam gadać? Pies Wieśkowy nie żyje. ·     Jak nie żyje? ·     Nie żyje. Dostał przy dziku. ·     Jak to dostał przy dziku? Z czego żeś strzelał? ·     Wiesz z czego. Nie miałem już brenek. ·     Kurwa, mówiłem żeby nie strzelać z loftek! Tak to się kończy. Będziesz się tłumaczył przed zarządem, na razie jesteś zawieszony. ·     Ja żem nie zabił mu psa. ·     Kurwa, co wy mi tu opowiadacie? Wiesiek, jak to było z tym twoim psem!? ·     Musiałem go dostrzelić. Loftka Witusiowa trafiła go w szyję, na tętnicę. Sikał farbą, nic się nie dało zrobić. ·     Kurwa, to był najlepszy pies w kole. Chłopaki, to jest nauczka.               Na chwilę nastrój się robi ciężki. Posępnie kiwamy głowami.   Potem wracamy do oprawiania dzików.  
      • @jan_komułzykant Ale czemu moją??:)
      • Napisałem przecież, że jest tylko ładniutki. A muzyka to chyba kocia?
      • rozkoszny trupcioszek w kołysce śpi słodko ma kostki niewielkie a skórkę wilgotną   gruchawka z piszczeli bimboli od wiatru gdy dziecko im zbudzi rodzice uciachną   mamusia i tatuś kochają bobasa lecz dzisiaj rocznica rozkładu jest nasza   śpiewają radośnie cuchnące wyziewy o głodnych żyjątkach co miały potrzeby   nadeszły tu właśnie rodzinne trupciątka by wspólnie się kleić w zatęchłych zakątkach   seniorzy spróchniali o skórce suszonej powabny szkielecik miętoszą na stronie   psujący się berbeć twarzyczką chichoce dziadkowi wypadły zębusie dwa złote   jubilaci żwawi zazwyczaj czcigodni są całkiem do rzeczy kochali się w chłodni   obaj powtórzyli przyrzeczenie jeszcze nasza miłość przetrwa poza grobu deskę   babcia rzewnie płacze dziadek wypił flaszkę białą kością tłucze szwagra czaszkę właśnie   urocza panienka dziewczątko kochane ma siny naszyjnik ze śmierciowych plamek   wujek dziś markotny wierny mocno struty bo mu obcej żony biust wleciał do zupy   lamentuje ciotka tego mi tu nie bierz gałkę z oczodołu kradnie ktoś w potrzebie   szwagier w swojej trumnie smród ma za zasłonką ptaszek tam mu wleciał nakichał nie chcąco   malutkie trupeczki jak małe koźlątka harcują wesoło na  mięciutkich szczątkach   chociaż jemu ciepło piszczelami dzwoni włóżcie mu kaftanik przestanie brzdękolić   kuzyni muzyczni co mają smykałkę perkusje udają miednicą o parkiet   orkiestra przygrywa chociaż czuć ich grobem nutki choć spleśniałe pchają każdą nogę   klaskanie trupcioszków szybuje pod niebo a kosa im członka zdejmuje nowego   calutka rodzina co rozkład ich łączy walczyka już mlaska nad modrym cuchnącym   tak wszyscy hasali aż prawie do zmroku że jeno zostało niewiele z nich prochu   wtem przyszedł pan grabarz porobił on kupki ulepił z tych proszków laleczkę dla córki      
      • Już zapomniałem, do jakiego wysiłku potrafisz zmusić odbiorcę. Pod warstwą słów zalega Twoje subiektywna symbolika i przebiegając wzrokiem komentarze widzę potwierdzenie tego odczucia. Więc tak naprawdę co chcesz nam opowiedzieć? Bo składam sobie obrazy z poszczególnych fragmentów, ale nawet  piszesz piętro wyżej: " Druga sprawa, "skróty myślowe" nieobowiązkowo mają być zrozumiałe ".  No właśnie. To co nam chcesz opowiedzieć? Odczytuję tę Twoją opowieść o życiu kobiety, która uparła się pójść swoją drogą, na przekór bliskim. Niestety, nie udało jej się zdobyć czy osiągnąć tego po co wyruszyła. Monotonna codzienność odzierała ją z marzeń i pragnień. Aż wreszcie kiedyś wreszcie zdała sobie sprawę z tego jak bardzo życie okaleczyło jej duszę - wraca do punktu wyjścia. To oczywiście mógł być drugi człowiek, jakaś pasja, pragnienia albo cokolwiek, co okazuje się zawsze inne niż nam się wydaje. To mój skrótowy obraz. Pozdrawiam
    • Najczęściej komentowane

    ×
    ×
    • Dodaj nową pozycję...

    Powiadomienie o plikach cookie

    Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności