Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
Jimmy_Jordan

Opowiadanie o życiu

Rekomendowane odpowiedzi

  • Autor
  • W domu u domina nie byłem nigdy, bez kitu, wszędzie byłem, u każdego, no, u Głodnego byłem u Miró. Wszędzie. Bo ja taki chłopak jestem, że się wepcham w każde towarzystwo, no i w każdym pomieszczeniu we wsi, w każdej stodole, baraku, kotłowni piłem. No kurwa wszędzie, ale u domina nigdy. – wpadło mi do głowy i zaraz wypadło ustami. Paszczuk miał podobne zdanie w temacie, jednak postanowił wzbogacić je anegdotką.

    - No, ja byłem raz. Poszedłem się wysrać. Wracaliśmy z Cocomambo i mnie przycisnęło. Do siebie miałem jeszcze z kilosa, no to mówię do Domina „ty, muszę się wysrać” a on nic, więc mówię znowu: wprost „Domino, nie dojdę do domu, tak mnie przycięło, mogę się wysrać u ciebie?” na co słyszę: „dobra dajesz, ale szybko bo chce mi się spać”.
    - I jak tam jest? – zapytał młody chłopak z końca sofy, kuzyn kogoś, czy kuzyn kuzyna kogoś.
    - Ja wiem? Widziałem tylko kibel i kawałek kuchni. Wchodzimy i słyszę „tam”, wyciągnięta ręka Domina i jakiś kierunek na oślep. Trafiłem, złamałem się i wyszedłem.
    Rozmowę przerywa ruch klamki. W drzwiach staje spodziewany od dobrych paru minut chudzielec z ciut zmarszczoną twarzą. Ni to uśmiech, ni grymas wylewa się na jego wydęte usta. Patrzy spod byka na obecnych w pokoju. Ciemna karnacja zabiera troszkę żyrandolowego światła.
    - Siema, co tam, siema, siema, siema Paszczuk, co ty tam dzisiaj modziłeś przy trzydziestce? Zjebała się znowu?- Paszczuk z dobrze już przymrużoną miną (paliliśmy od południa) wygiął wargi pod uszy, po czym odparł:
    - Stary gdzieś wjeżdżał po pijaku pod górkę i ją wyjebał do góry kołami, silnik w częściach, pognieciona buda.
    - Kiedy to, wczoraj wyjebał? Nic mu się nie stało?- Dociekał chudzielec.
    - Nic. Opowiada, że to kilku typa go napadło i przewróciło. Dzisiaj poszli tam w pięciu się zaczaić, bo Hrabek był z nim wtedy w ciągniku i mówi to samo.
    - Ta. Najebali się i pierdolą.- Rzucił chudzielec i zahuczało od śmiechów. Paszczuk miał dziwny nawyk: ciągle tapirował lub drapał swą blond czuprynę. Od tego tapirowania na głowie miał już pokaźne afro.
    - Ale oni tam poszli! Gdyby pierdolili to po co by szli?
    - Żeby się znowu najebać.- Fala śmiechu wtoczyła się z powrotem napełniając pokój konsternacją Paszczuka. Jednak nie odgryzał się, nie tłumaczył. Waldemar Paszczuk, ojciec, już nie raz bowiem przeżywał podobne przygody. Nie dalej jak pół roku temu widywał duchy i odprawiał egzorcyzmy, następnie leczył krowy z BSE, które sam u nich stwierdzał. Wszystko to pod wpływem owego zaiste magicznego napoju, w jakim całe Rychtowice nurzały się od lat. Wóda była jednak domeną naszych dziadków i ojców, my mieliśmy całe morze bardziej udanych substancji oprócz niej, morze, na którym właśnie zbliżał się przypływ.

    Ktoś usypał na stoliku kilka ściech, ktoś rzucił plan przyłączenia się do rodziciela Paszczuka i jego ekipy. Chudzielec nie przestawał krzywo patrzeć, jego niby to uśmiech, niby to grymas, stał się jeszcze bardziej niewyjaśniony. W czarnej czuprynie topiły się kilometry światła.

    - Musimy mieć oczy otwarte. Wal Domino.
    Chudzielec przytknął do nosa długopisową rurkę i po raz pierwszy podarował zgromadzonym szeroki uśmiech. Kiedy wszyscy chętni przejechali już swoje białe łączki, ktoś rozłożył kieliszki, ktoś polał, ktoś, nie bez sensu, wzniósł toast. Było za co pić, jutro zaczynały się wykłady, jutro kończyły się urlopy, jutro klasówka, jutro, jutro, jutro. Innymi słowy, im bardziej nie było okazji, tym bardziej była okazja.
    - Domino, a twój stary też chyba z nimi poszedł, no nie?
    Chudzielec niezmącenie spoglądał w sufit. Przełknął jednakowoż ślinę, a podrapawszy się w okolice prawej brwi otworzył usta:
    - Nie wiem, poszedł gdzieś, ale czy tam, to nie wiem.- Jego grdyka kolejny raz podskoczyła- Polewka- prychnął - gdzie mój stary by w to uwierzył.
    Stary domina był profesorem, co prawda wykładał jakieś pieprzone sztuki piękne, (o ile wykładał to dobre słowo) ale to wystarczyło by wszyscy tutaj mieli go za mądrego człowieka. Potrafił przemawiać i zabierał głos przy okazji większych wydarzeń we wsi. Zatem jego udział w polowaniu byłby dalece bardziej do śmiechu, niż sam pomysł Paszczuka seniora.

    Co jednak powodowało całe te swawole? Wywrotki ciągnikiem, polowania, zasadzki, libacje i kwitnącą bezsenność? Należałoby o tym oczywiście wspomnieć. W tym tygodniu w Rychtowicach prawie w ogóle nie było kobiet. Wszystkie stare baby, to jest nasze babki, a także nasze matki i ciotki, niekiedy nawet siostry, tydzień temu wyjechały na autokarową pielgrzymkę do Rzymu organizowaną przez parafię. Miały wrócić dopiero (około) za dzień lub dwa, co, przy kiepskich wiatrach, mogło oznaczać kolejne czterdzieści osiem godzin bez ciepłego żarcia. W Cocomambo było pozamykane, ktoś znowu pobił kogoś do ostatniej krwi, kogoś szukają, kogoś łapią, przesłuchują, ktoś łowi ryby, ktoś ucieka za granicę. Cuda na kiju a obiadu nie będzie, jak sobie sam nie zrobisz. Szczęśliwie po fuce także kotlety da się ulepić.

    - Władziar, ściągnij trochę, jeszcze zostało na porządną opcję.
    - Jutro.- Władziar, łepek z dobrymi ocenami w liceum, laureat pieprzonych olimpiad, autor pieprzonych artykulików. Ćpał przez nas jak najęty, ale, co warte pochwały, potrafił odmawiać. Nie każdy potrafił. Nikt inny nie potrafił.
    - Jutro będzie futro.- Lekko podpitemu Paszczukowi nie pasowało, że młody odmawia. Wszyscy to wszyscy, może i miał rację. A może nie.
    - Jutro futra nie będzie. Mam tyle, ile widać.- Rzuciłem i zanim Paszczuk zdążył coś dodać, schowałem resztę do kurtki. W przeciwieństwie do Paszczuka, Władziar miał jeszcze w życiu do zrobienia rzeczy wielkie. Tak mi się przynajmniej zdawało. Lokowałem swoje nadzieje w tym młodym, kiedy reszta, jeden po drugim, zawodziła. A uczucie, że życie spędziło się z ludźmi niewartymi większej uwagi, dłuższego pochylenia się, szerszej oceny było przerażające. Co jakiś czas częstowałem młodego pełnym pakietem. Futro, podawane rozsądnie, mogło mu tylko pomóc, a tomy z mojej osobistej biblioteczki dopełniały kształcenia. Mentorem jednak mnie nie nazywał.
    Idziemy całą dziesiątką, jak siedzieliśmy, w pole do Paszczuka. Gdyby tego rodzaju spacer odbywał się za dnia, całą tę stronę poświęciłbym opisom krajobrazu. Te lasy i góry, strumyk, kwitnący rzepak, może sarny rozproszone na łąkach…
    Rozmyślając kroczyłem gdzieś w naburmuszonym towarzystwie Domina. Przytakiwałem co rusz, a on opowiadał mi nad czym obecnie pracuje jego matka, dokumentalistka. Mógłbym o tym napisać, ale tak czy siak, wykorzystałem już dużo papieru. Od tej pory wszystkie swoje historie będę sytuował w nocy. Zeznanie uzupełniam: wiało ze wschodu.

    - A ktoś w ogóle wie gdzie oni się ustawili? Paszczuk? – Wysupłał z siebie kuzyn kogoś, albo kuzyn kuzyna kogoś.
    - Nie wiem, gdzieś pod laskiem tam. Nie wiem, ja tylko ten ciągnik naprawiałem. Nie wiem gdzie wywalił.
    - To chodźcie rowem i cicho. Nastraszymy ich. – Poddał pomysł Gęgu, dryblas, o którym nawet nie pamiętałbym, gdyby nie wspomniana kwestia. Gęgu zazwyczaj cichy i trzymający się z boku. Gęgu zazwyczaj odgrywający nieistotne role. Raptem, czy z nieba, czy z pietruszki wydaje rozkaz, a wszyscy spełniamy go jak zawodowi żołnierze. „Pięciu do jednego, pięciu do drugiego” – pokazuje jeszcze i następuje małe przetasowanie. Dwóch chłopaków przemyka się do przeciwległego rowu. Do lasku jeszcze z pół kilometra, dystans w sam raz, by podejść niezauważenie. Posuwamy się bardzo powoli, za nami ledwo słyszalny szelest traw, gruchotanie ściółki. Gęgu, nasz kapitan, major, pułkownik, generał, najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych, na dobre złapał swoje stanowisko. „Ćśśśśśśśśśś” - świszczy na dogadującego z tyłu Domina.

    - Ty, pierdolę to, będę cały brudny. – Wychodzi na drogę znajomy, chudy malkontent. Domino to modniś. Taka natura, nawet na głupie piwo ubiera się jak Armando. Brudu boi się najbardziej na świecie.
    - Siedź, albo wracaj na chatę. – Wyręczam naszego młodego kapitana. Mój szept ku zaskoczeniu gremium trafia do oponenta. Po chwili milczenia brniemy dalej. Do lasku jeszcze jakieś dwieście metrów. Czuję się jak bohater Remarque, tylko odgłosów wojny brak.
    Wtem, jak na życzenie, świst, świst, szast, prast, sztuczny wiatr. Z pola po przeciwnej stronie drogi wybiega ryczące stado mężczyzn. Rzucają się na przycupniętych w przeciwnym rowie, jeden wielki wrzask po obu stronach. Nasz rów wyskakuje z ukrycia, również krzyczymy. Dzika leśna chorda w lot orientuje się w sytuacji, po obu stronach wybuchają śmiechy. Zanim jednak przychodzi do wymiany słów, dają się słyszeć jakby skomlenia, wyzwiska. Na szarym końcu naszego pułku stary Paszczuk kijem okłada leżącego już w trawie Domina.

    - Masz ty skurwielu, ja ci wywrócę ciągnik, kurwa, już ja ci powywracam…
    Najprędzej jak możemy, dopadamy napastnika.
    - Waldek to chłopcy, co ty, nie widzisz? – Hrabek chwyta Paszczuka za przysłowiowe szmaty. Niebieska koszula poplamiona ciemnym płynem. Ktoś pochyla się niżej, ktoś robi krok do tyłu, ktoś chowa głowę w dłoniach, ktoś z kimś wymienia porozumiewawcze spojrzenia, ktoś ogląda kij i doszukuje się wbitego weń gwoździa. Stary Paszczuk przytomnieje i ucieka w las. Wszystko w ułamku sekundy.
    - Dziecko mi pobił. – Podnosi się ojciec poszkodowanego i wykrzykując pędzi za zbiegiem. Domino ciężko dyszy, lewym kciukiem próbuje zetrzeć plamy z koszuli. Powoli miota głową od prawej do lewej i z powrotem zerka na koszulę. Nie wstaje. Starzy i młodzi uzupełniają obławę. Z dominem zostajemy Ja, Władziar i Młody Paszczuk , który zaplótłszy palce za głową ściska ją ramionami i kiwa przód-tył.
    - Kurwa! – krzyczy w końcu i również puszcza się za sforą. Władziar spogląda na mnie ze strachem. Dech chudzielca przybiera tempa.
    - Zaniesiemy go do domu. Dzwoń na pogotowie.
    - Nie wiem czy można go ruszać. - Odpowiadam.
    - Przecież kręgosłupa mu nie połamał – otwartą dłonią wymachuje nad rannym - a poza tym tutaj erka nie podjedzie.
    - Bierz nogi.- przekonał mnie, jakkolwiek było ale - Gdzie go niesiemy? Do mnie czy do ciebie?
    - Oszalałeś? On mieszka najbliżej. Ma z sobą klucz.
    Na łańcuszku zaczepionym u pasa Domina rzeczywiście dyndał jakiś klucz.

    W domu u Domina nie byłem nigdy. Wszędzie byłem, u każdego: u Głodnego byłem u Miró. Wszędzie. Bo taki jestem, że się wepcham w każde towarzystwo. W każdym pomieszczeniu we wsi, w każdej stodole, baraku, kotłowni. Wszędzie, ale u Domina nigdy.- Wpadło mi do głowy, kiedy otwieraliśmy drzwi. Dyszenie nieprzytomnego osłabło do tego stopnia, że Władziar przykładał ucho do ust, a mimo to nie był w stanie stwierdzić czy cokolwiek słyszy. Serce biło, ciało było ciepłe, tylko krwi więcej i więcej, wszędzie pełno. Lewy bok, od wysokości piersi do kolana cały purpurowy. Ściągnąłem niebieską koszulę, znalazłem ranę, kazałem młodemu uciskać, a sam dzwoniłem na pogotowie. Ktoś odebrał, ktoś podjechał, ktoś reanimował, ktoś zabrał Domina do karetki. Jak narazie nie mówiliśmy nic o starym Paszczuku, ale nie trudno było się domyśleć, że chłopaka pobito. W towarzystwie jednego z sanitariuszy czekaliśmy na policję.

    - Kto mu to zrobił? Wy? - Usłyszałem przez zatykające się z nerwów uszy. Kontemplowałem obrazy na ścianach przedpokoju. W rękach ugniatałem mokrą koszulę.
    - Nie my.- Odpowiedział młody.
    - To kto?- Dotarło do mnie jak zza ściany. Trzeba było powiedzieć prawdę. Oderwałem oczy od dywanu imitującego futro wielkiego, białego stwora.
    - Stary Paszczuk, ale omyłkowo. Myślał, że on przewrócił mu ciągnik.

    Sanitariusz znał Paszczuka, do Rychtowic od lat jeździła jedna i ta sama karetka. Przez ostatnią dekadę głównie do tego właśnie obywatela. Po moich słowach Władziar mimochodem zorientował się w zabarwieniu swoich rąk i zemdlał. W międzyczasie ja zdążyłem obejrzeć dzienny, kuchnię, łazienkę, gdzie też spuściłem resztę mączki i obmyłem twarz. Chata Domina nie różniła się bardzo od mojej, młodego, Gęga czy Paszczuka. Chata jak chata. Przypominała każdą inną we wsi, chociaż może i z małym wyjątkiem na osiadłą w przedpokoju kałużę krwi. Ktoś się tu mył, ktoś tutaj leżał, ktoś gotował, ktoś malował paznokcie, ktoś się uczył, ktoś opalał, ktoś przymierzał nowe koszule, ktoś budził, ktoś zasypiał, ktoś wstawał do pracy. Dlaczego więc ktoś nie miałby tu umrzeć.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Łał. Koncepcja bardzo, bardzo.
    Skończyłam czytać pod wrażeniem. Potrafisz zaciekawić, ale środek trochę mnie znużył.
    Tak więc 4,5.

    dygam
    zuzka ;)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
  • Autor
  • Cytat
    Łał. Koncepcja bardzo, bardzo.
    Skończyłam czytać pod wrażeniem. Potrafisz zaciekawić, ale środek trochę mnie znużył.
    Tak więc 4,5.

    dygam
    zuzka ;)



    Hej, pierwotnie środek był jeszcze bardziej nudny. Wyrzuciłem cały akapit z nocnym filozofowaniem. ;) mimo to, jako że lubię się uczyć na własnych błędach, mam prośbę: zdefiniujesz dla mnie środek? - tzn odkąd zaczyna się robić mniej ciekawie. Bardzo by mi to pomogło, bo ostatnio też zauważyłem takie lekkie spadki napięcia w tym co piszę.

    Dzięki za wysoką ocenę, pozdrawiam,
    Jimmy

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Cytat
    Hej, pierwotnie środek był jeszcze bardziej nudny. Wyrzuciłem cały akapit z nocnym filozofowaniem. ;) mimo to, jako że lubię się uczyć na własnych błędach, mam prośbę: zdefiniujesz dla mnie środek? - tzn odkąd zaczyna się robić mniej ciekawie. Bardzo by mi to pomogło, bo ostatnio też zauważyłem takie lekkie spadki napięcia w tym co piszę.

    Dzięki za wysoką ocenę, pozdrawiam,
    Jimmy



    Żaden akapit nie jest tutaj do wywalenia, bo wszystkie mają swoja określoną funkcję, są potrzebne, tylko trzeba je trochę uatrakcyjnić. Możesz popracować nad czwartym, piątym (głównie tym - tutaj główkę miałam trochę bliżej ramion;)), szóstym akapitem. Gdzieniegdzie wywalić zdanie, albo je zmienić.
    Tylko pamiętaj, ze tak generalnie, to ja się nie znam; o subiektywnych odczuciach mówię ;)

    cieplutko
    zuzka ;)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Jestem rozdarty wewnętrznie - bo tekst lawiruje na granicy banału, a czegoś na serio.

    Stylizacja moim zdanie przesadzona - jako "chłop" ze wsi nie spotkałem się osobiście,

    by na kobiety wołano "baby", na mężczyzn "chłopy", a na domy "chaty", ale być może

    wioska wiosce nie jest równa. Obawiam się jednak, że to szkodliwa mitologizacja,

    literatura polska dość wydała temu podobnych, ale do konkretów:

    * Kompozycja (styl, spójność tekstu i tede) - 1/2

    * Narracja (dialogi, monologi, opisy) - 0,75/1

    * Poprawność języka (w tym estetyka, zapis graficzny) - 0,5/1

    * Temat - mimo wszystko - 1/1

    Razem: 3,25

    Całkiem nieźle,
    :::)

    PS. Teksty w BEZ KULTURZE czyta się... lżej.

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach
    Ode mnie 4,5 za fajny klimat i za poczucie humoru. Z tą "chatą" moze i przesada, ale "chłopy" w knajpie na swoje żony mówia "baby". Wiem, bom też na wsi wychowan. :)

    Udostępnij tę odpowiedź


    Odnośnik do odpowiedzi
    Udostępnij na innych stronach

    Dołącz do dyskusji

    Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

    Gość
    Dodaj odpowiedź do utworu...

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


    ×
    ×
    • Dodaj nową pozycję...

    Powiadomienie o plikach cookie

    Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności