Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'zniszczenie' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 19 wyników

  1. Szedł po równinie ― porośniętej kępami wysuszonych, ostrych traw. Słońce paliło niemiłosiernie... Miał ogromne pragnienie… Wypił parę łyków wody z blaszanego bidonu… Zwilżył sobie szyję i kark, po czym ― przesłaniając dłonią oczy ― jął lustrować nieskończoną monotonię krajobrazu… Otaczały go ― majaczące w oddali ― szaro-fioletowe wzgórza… Powietrze drżało od gorąca… Nic nie pamiętał… Nie wiedział, co to za miejsce, skąd przybył oraz jakie jest jego imię, ani ile ma lat… Odnosił wrażenie, jakby został uderzony w głowę i dopiero, co odzyskał świadomość… A może wpadł w kolejną, senną malignę? Dotknął ostrożnie potylicy, ale nie wyczuł bólu, czy opuchlizny… Obejrzał dokładnie swoje ubranie. Nic specjalnego: kraciasta, flanelowa koszula z podwiniętymi rękawami, dżinsy i wiązane za kostkę buty z solidną zelówką… Opróżniony do połowy bidon zaczepił o pasek spodni. Nie miał niczego więcej, żadnego dowodu tożsamości, nawet zegarka… Musiało być po południu, ponieważ kępy traw zaczęły już rzucać cienie… Usiadł na ziemi, obejmując rękami zgięte kolana… Słuchał z uwagą owadzich brzmień... Nie było żadnego, nawet najmniejszego przewiewu…. Otarł zroszone potem czoło i szczypiące od soli oczy… Spojrzał w górę… Kobaltowy błękit nieba przekreślało kilka kondensacyjnych smug, upodobnionych do białych, pierzastych węży... Gdy tak rozmyślał, nawiedził go nagle ― zapamiętany skądś sen: „Ma może 12 lat i jedzie z matką pociągiem. Poza nimi ― nie ma nikogo. Matka wpatruje się ze smutkiem w piaszczyste wydmy, które przemijają za oknem, niby falujące morze… Jest mu jej bardzo żal… Jadą tak przez pustynię, nie wiadomo jak długo, po zasypanych w połowie torach… Wszędzie, tylko pochmurna szarość, w której mżą mikroskopijne piksele samotności… ― I w tym momencie, pod dalekim wzniesieniem, eksploduje równocześnie kilka nuklearnych głowic, jakby w zwolnionym tempie… Oślepiający blask zalewa wszystko trupią poświatą… Powietrze rozdziera przeraźliwy krzyk… Zakrywa dłońmi twarz, dostrzegając ze zdumieniem wszystkie kości ― prześwietlanego promieniami Roentgena ciała… Kiedy odzyskuje wzrok, czarne obłoki suną w ich stronę, niczym upiorne, poszarpane zwidy…” Wybudził go z letargu huk przelatującego nisko wojskowego odrzutowca. Słońce powoli zachodziło w czerwonawej łunie nadciągającego zmierzchu. Przesycone chłodem powietrze już nie falowało i mógł przez to dostrzec więcej szczegółów… Jakieś sto metrów przed nim stał samotny, drewniany dom. Ruszył w jego kierunku… Frontowe ściany miał osmalone od niewyobrażalnego żaru eksplodującej kilka kilometrów dalej bomby. Zamiast okien i drzwi ― ziały puste, ciemne prostokąty… Obszedł go dookoła… Sprawiał bardzo przygnębiające wrażenie… Nie wiadomo, jakim cudem ― przetrwał potężną, destrukcyjną siłę… Wszedł do środka… Duży pokój był zawalony połamanymi deskami i gruzem… Na środku ― obsypane białym pyłem: kanapa, dwa fotele, stół i przewrócona „podłogowa” lampa z potłuczoną żarówką bez klosza… Przeszedł wolno po chrzęszczących pod butami kawałkach rozbitego szkła… W drugim pomieszczeniu ― pusto… Za niedomkniętymi drzwiami ― zejście do piwnicy… Schodząc po betonowych stopniach, czuł narastający coraz bardziej odór spalenizny i rozkładu… W nikłym świetle, padającym z małego okienka, natrafił po środku na sporych rozmiarów drewnianą skrzynię… Leżące w niej zdeformowane manekiny ― wyciągały ku niemu ręce... Pierwszy ― ubrany w czarny garnitur, białą koszulę i krawat, drugi ― w kolorową, częściowo spaloną sukienkę… Manekin dziecka ― miał stopioną twarz… Wszędzie wokół ― potłuczone talerze, jakieś porozwijane kable, zdemontowane radio… ― Telewizor z pękniętym kineskopem… Ray Charles ― spoglądał z wielkiego, pożółkłego ze starości plakatu ― swoimi niewidzącymi oczami, spoza ciemnych, jakby spawalniczych okularów… Odsłaniał w szerokim uśmiechu białe zęby… Coś zapiszczało w kącie... Między sprzętami mignął długi, szczurzy ogon… Wstrząsnął nim dreszcz… Wyszedł szybko na zewnątrz… Tuż za progiem padł na kolana i zwymiotował… Nie mógł patrzeć na śmierć, ani wdychać jej ohydnego smrodu! Podniósł się i zaczął biec… Upadł po raz drugi… Jego głowę opasywała boleśnie, jakby pulsująca obręcz… Usiłował wstać… Kilkadziesiąt metrów dalej wyrastały z ziemi betonowe filary wiaduktu... Dwa filary ― podpierające fragment żelaznej konstrukcji… Tory ― prowadzące znikąd ― donikąd… Poskręcane od piekielnego żaru ― zardzewiałe resztki… (Włodzimierz Zastawniak, Styczeń, 2016)
  2. Szłaś chodnikiem, wzdłuż ruchliwej ulicy dużego miasta. Płonęły w krwawym słońcu frontony kamienic. Każda nierówność rzucała swój własny cień… Swoją własną aureolę mroku… Omiatał mnie chłodny wiatr, a nerwowy potok ludzkiego życia składał się jedynie z symboli i nieważnych gestów. W nieustannym szumie klaksony strażackich wozów… Wycia karetek… Zgrzytania tramwajów na złączach szyn… … Szłaś przed siebie w jakimś ― zamyśleniu. Nie odwróciłaś się, bo i po co? Byś mogła ujrzeć odrażającą, plugawą twarz? Abym mógł spojrzeć ci prosto w oczy? Chciałem zataić coś przed światem pod grubą warstwą makijażu, lecz wyszła z tego jedynie żałosna karykatura klowna… Trząsłem się w sobie od natłoku dziwnych myśli, kiedy ubierałem je w niezrozumiałe słowa… Zimy wiatr rozwiewał włosy… … organizm domagał się … … kolejnej dawki alkoholu… (Włodzimierz Zastawniak, 2020-04-02)
  3. Stoję na wprost falujących kłosów zboża. Niebo jest niepokojąco ciemne; nie wiadomo czy od burzowych chmur, czy za sprawą czerni bezgwiezdnej nocy. Kłosy zboża falują łagodnie, oświetlane z otwartych okien opuszczonego domu ― drżącymi płomieniami świec. Nie, to nie kłosy, tylko spalone kikuty drzew albo wyrastające z ziemi ubłocone ręce tysięcy martwych ludzi. Krople wosku ściekają na drewniane parapety. I ściekają dalej, zastygając w powietrzu niczym miniaturowe sople. To jest chyba dom moich umarłych przed dziesięcioleciami dziadków, których ciała już dawno zagrzebał czas. Nie wiem tego na pewno. W ogóle wszystko tutaj jest jakieś niepewne i dziwne. Raz coś jest, a za chwilę już tego nie ma. Mam wrażenie, że dostrzegam kątem oka nieznaczny ruch ― tuż obok, dalej i nigdzie, ruch raczej symboliczny, jakby zbłąkany duch chciał przemknąć w tajemnicy przed światem ― niezauważalnie i chyłkiem. Odwracam się, lecz nic, to tylko cienie majaczą na suficie i ścianach. Czuję ni to ciepły oddech lata, ni to tchnienie jesiennego rozkładu. Jest takie milczenie wokół. Nic, to tylko mój chrapliwy oddech przepływa po okolicy. Zatyka w piersiach, łomocze serce... Zimny dreszcz wstrząsa od nagłego przeciągu, ściska lodowaty, upiorny chłód… Jakiś podłużny przedmiot leży w progu otwartych drzwi, niczym porzucony w półcieniu szaro-brunatny, zwinięty worek. Podchodzę bliżej. Trącam niepewnie stopą, która niespodziewanie grzęźnie z trzaskiem w spróchniałym wnętrzu. Coś odskakuje… Sunie siłą rozpędu po deskach podłogi i staje przed wzruszonymi nagłym wtargnięciem płomieniami, rzucając ruchliwy cień na przeciwległą ścianę, jakby było żywe. Pochylam głowę… Niżej ― jeszcze niżej… Słyszę coraz intensywniej ten nieustanny szum zmieszany z piskiem. Bolesne pulsowanie trawiącej gorączki rozsadza mózg. Zimne krople ściekają po skroniach i karku… W chwiejnym, płochliwym świetle obserwują mnie czarne oczodoły rozsypującego się truchła ― mojego własnego truchła. Przerażenie i krzyk! Brzęk rozbijanego szkła… Leżę w swoim łóżku w pomiętej pościeli. Za oknem pulsuje szary świt. Jestem cały spocony, nieprzytomny, zaczadzony wciąż senną maligną. Dobiega skądś czyjś pijacki bełkot. Wstaję z wysiłkiem i człapię na bosaka do drugiego pokoju… Uderza mnie od razu ostra woń alkoholu i wymiocin. Ojciec półleży na rozchwianym krześle, oparty o blat stołu i z twarzą w zwróconej, żołądkowej treści. Przed nim stoi pusta butelka wódki i przewrócona szklanka. Pod nogami lśnią kawałki rozbitego szkła w ogromniejącej powoli plamie… Przysiadam w kucki, oparty plecami o ścianę, i patrzę na ojca, a raczej na jego wrak. Siedzi na tle odpadającej i brudnej tapety. Tuż nad nim, wśród falujących pajęczyn, zwisa na cienkim kablu goła żarówka, która roztacza wokół słabe, obskurne światło. Nie chcę jej wyłączyć, niech się wypali do końca. Odkąd pamiętam, to nikt prawie tu nie zaglądał, nikt, poza przychodzącymi od czasu do czasu żołnierzami, którzy informowali nas, abyśmy pozostawali w domu tego a tego dnia z powodu odbywających się ćwiczeń na pobliskim poligonie. Ojciec pił z nimi zawsze wódkę. Ostatni raz byli wczoraj, w ciemnozielonych mundurach o bufiastych na udach spodniach, opięci ciasno brązowymi pasami. Mieli też brązowe hełmy z czerwoną na przedzie gwiazdą, zabłocone brązowe buty z wąskimi cholewami do kolan i przewieszone przez plecy pepesze pod mokrymi od deszczu, szarymi pelerynami Nie wiedziałem, o co chodzi. Ale teraz już wiem. Z początku twierdzili, że to tajemnica, ale po kilku głębszych zaczęli mówić na temat jakiejś nowej bomby oraz to, że jutro rano o godzinie 9.54 będzie na poligonie tak gorąco jak wewnątrz słońca! Faktem jest, że od kilku tygodni przelatują nad naszym domem pomalowane na biało bombowce, robiąc tymi swoimi turbośmigłowymi silnikami mnóstwo basowego, dudniącego hałasu. Przelatują na niskim pułapie, tak, że można rozpoznać ich czarne numery. Zawsze, kiedy je słyszę, to wybiegam przed dom i patrzę na te lśniące w blasku wschodzącego słońca skrzydła. Ale dzisiaj jest niestety szaro i nie będzie lśnienia. Są blisko! Wybiegam przed dom. Nadlatują od wschodu i zaraz będą nade mną. Ale niczego nie widzę, poza nieprzeniknioną powłoką deszczowych chmur. Basowy odgłos silników przybiera na sile. Czuję wibrację. Szyby wchodzą w rezonans. Zaglądam przez nie w obskurne światło pokoju, widząc kompletnie zalanego ojca. Nie chcę jego przebudzenia. Nie chcę. Przewrócona szklanka spada na podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. Basowy odgłos stopniowo zanika… Zawsze leciały w kluczach po, trzy, ale dzisiaj był chyba jeden. Patrzę teraz na ten nasiąknięty wilgotną zgnilizną zielono-brunatny step, aż po zamglony horyzont. Dochodzą jeszcze z oddali jakieś pojedyncze, milknące dudnienia… Zapada cisza. Dobiega mnie z głębi domu pijacki bełkot ojca. Wyzywa kogoś przez sen, że ten zajął jego miejsce przy oknie i że nie będzie mógł przez to nic zobaczyć. Szarpie się, przeklina… Słyszę tępe uderzenie, jakby spadł na podłogę worek kartofli. Wbiegam do pokoju i widzę leżącego na niej ojca. Nie będę go wlókł do łóżka. Nie mam już sił. Niech leży. Zjem sobie na śniadanie suchy kawałek chleba, a potem popatrzę przez okno na zamglone pola w oparach alkoholowego smrodu. I będę patrzył tak długo, aż wytrzeźwieje. Będę patrzył tak długo, aż ujrzę te lśniące ptaki na tle błękitnego nieba. Potem wyjdę na zewnątrz, by im znowu pomachać, tak, jak to robi infantylne dziecko. Co będzie jutro? Jutro będzie to samo, co dziś i to, co było wczoraj i przedwczoraj. Ludzie mają racje, że tu nie zaglądają, nie licząc żołnierzy. Zresztą nawet jak i oni tu przychodzą, to cały czas siedzę u siebie w pokoju. Cóż takiego mogliby zobaczyć? Zobaczyliby jedynie moją odrażającą, zdeformowaną twarz. Wyglądam jak potwór, bo jestem potworem. Wiem, że ojciec się mnie wstydzi, dlatego pije na umór. Jestem jego ciężarem, jego niepełnosprawnym, niezdatnym do samodzielnego życia ciężarem, roznoszącym do tego nieznośny odór gnijącego mięsa. A matka? Odkąd pamiętam, to tylko byłem z ojcem. Ojciec nigdy mi nie opowiadał o matce. I odkąd pamiętam, tylko pił. Kolejny dzień otwiera przede mną bezsens i beznadziejność. Nie miałem tym razem snu. Patrzę na falujące, zwisające z sufitu płachty czarnych pajęczyn. Na ścianie wisi poplamiony kalendarz z wizerunkiem grającego na trąbce małego pioniera. Jest 14 września 1954 roku. Schodzę z trzeszczącego sprężynami, cuchnącego barłogu. Przez okno dostrzegam przygarbionego ojca w swoim jedynym garniturze. Idzie powoli piaszczystą drogą, utykając na lewą nogę. Dzisiaj był trzeźwy i nawet ogolony. Przed wyjściem obiecał mi, że nie będzie więcej pił. Obiecał, że wróci za kilka godzin. Ale ja wiem, że nie wróci. Wiem, że widzę go ostatni raz i że zaleje się tym razem na śmierć. Pochylony do przodu, jakby szedł pod wiatr, maleje coraz bardziej na tle horyzontu… Wreszcie znika za niedużym wzniesieniem, zostawiając mnie samego, całkowicie samego. Popatrzę sobie przez okno, niedługo powinny przelatywać moje lśniące samoloty. Dzisiaj jest pogodnie. Pomarańczowe słońce jest coraz wyżej. Jego ostre promienie wpadają ukośnie przez okno, tworząc na podłodze przekrzywione prostokąty. Wychodzę przed dom, chcąc poczuć na twarzy to kojące ciepło. Zamykam oczy i rozkładam szeroko ręce. Stoję nieruchomo, jak posąg. Łagodny wiatr rozwiewa mi włosy. Jest absolutna cisza. Słyszę tylko swój świszczący oddech i bicie mojego serca. Niedługo powinienem je usłyszeć. Za parę chwil. Za chwilę… Tak! ― Słyszę w oddali narastający, znajomy dźwięk! Żołnierze mówili, żeby na czas testu nie wychodzić dzisiaj z domu. Basowy odgłos coraz bardziej nabrzmiewa. Czuję go już w kościach. Czuję go już całym sobą. Wiem, że ojciec zostawił mnie na pastwę losu. Opuścił zawczasu zagrożony teren i sprawił, że jestem jedynym świadkiem nadciągającej śmierci! ― Cóż za widok! Widzę ją jak pędzi na lśniących skrzydłach, jak lśni w blasku wschodzącego słońca! Basowe dudnienie przeistacza się w warkot, choć samolot jest na zdecydowanie wyższym pułapie niż zazwyczaj. Lśniąca na pomarańczowo śmierć przelatuje właśnie nade mną, ciągnąc za sobą białe smugi kondensacyjne. Zmierza powoli na zachód… Za pięć minut ma nastąpić detonacja czegoś potwornego. Pamiętam, jak mówili o tym żołnierze. Mówili, żeby nie patrzeć w stronę poligonu, bo oślepniemy… Jeszcze tylko cztery minuty… Słyszę tykanie ściennego zegara, coraz głośniejsze odmierzanie czasu. Basowy warkot silników nieco przycichł. Zegar tyka coraz głośniej… Jeszcze tylko trzy minuty… Czuję na twarzy ciepły powiew pogodnego poranka. Już niedługo… Już tylko dwie minuty… Widzę teraz w wyobraźni uśmiechniętego ojca, jak mi macha na pożegnanie i znika za wzniesieniem z uniesioną ręką… Jeszcze tylko minuta… Cóż jeszcze można wspomnieć przez minutę? Przez sześćdziesiąt sekund? Już tylko pięćdziesiąt dziewięć, pięćdziesiąt osiem… Wskazówki biegną z coraz głośniejszym tykaniem, jakby to były wskazówki jakiegoś gigantycznego zegara… TIK-TOK, TIK-TOK, TIK-TOK… Słychać jakieś żelazne uderzenia z pogłosem echa, ale skąd zegar? ― Nie, to przecież nie zegar, to woda kapie z nieszczelnego kranu do pokrytego rdzawym nalotem zlewu… pięćdziesiąt jeden, pięćdziesiąt, czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem, czterdzieści siedem…, co właściwie zapamiętałem z życia? Brunatno-zielony step widziany prze okno? Pijanego wiecznie ojca? Falujące pajęczyny za suficie i ścianach? Przychodzących czasami żołnierzy?... czterdzieści, trzydzieści dziewięć, trzydzieści osiem, trzydzieści siedem, trzydzieści sześć, trzydzieści pięć… Jest cicho, jak przed burzą… trzydzieści, dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia osiem, dwadzieścia siedem… Jest mi dobrze. Wiem, że tam jest wieczne lato i płonące słonecznym blaskiem ptaki. Czego chcieć więcej?… dwadzieścia, dziewiętnaście, osiemnaście, siedemnaście, szesnaście, piętnaście… Patrzę teraz na płynące pojedyncze obłoki, na te zmienne kształty… dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć… Spoglądam po raz ostatni na piaszczystą drogę i na płaski jak stół trawiasty krajobraz, tam, gdzie poleciał mój lśniący ptak… trzy, dwa, jeden… ― Nieee! ― Moje oczy! Momentalnie ślepnę. Słyszę narastający grom, jakby tysiąc odrzutowców runęło do frontalnego ataku na niskim pułapie. Ziemia ucieka mi spod nóg. Tracąc orientację, zakrywam dłońmi płonące oczy. Czuję, że to samo dzieje się z włosami i skórą. Trzask dewastowanego domu ginie w huku potwornej, uderzeniowej fali, która uderza we mnie ― z siłą rozpędzonego pociągu. (Włodzimierz Zastawniak, lipiec, 2017)
  4. Arsis

    Bikini

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** … jaskrawe prześwity na mojej spalonej twarzy… Chwieją się w łagodnym wietrze liście … … kokosu… Wychodzę z cienistej smugi… … wchodzę w kobaltowy błękit nieba… … rozgorzałe słońce… Rozkołysane, oceaniczne … sanktuarium… … Spienione fale obmywają moją twarz, kiedy padam na kolana ze złączonymi dłońmi w gorączkowym, piskliwym szumie dokonującego się misterium czasu i oczyszczenia… … Otaczają mnie w tej pustce niewyraźne szepty, jakby modły klasztornych mnichów… Nabrzmiałe, sine usta… Poruszające się w swojej nagiej martwości… … zamglone oczy nieboszczyków… … Nabieram do płuc powietrze, te mikroskopijne, promieniotwórcze ziarenka, które od dziesiątków lat zmieniają ryby w niepodobne do samych siebie, pełne blasku ― groteskowe formy… …, które od dziesiątków lat… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-04-09) Bikini – atol na Oceanie Spokojnym, w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1946-1958 był wykorzystywany przez Stany Zjednoczone, jako poligon do testowania broni jądrowej.
  5. Arsis

    Malden

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Nie słyszę ptaków… Zagłuszane ― przez powtarzający się w regularnych odstępach czasu huk nacierających fal ― szybują … bezgłośnie… Gnana przez wiatr ciemna, pokreślona białymi kreskami nawała ― spiętrza się na brzegu… … obmywa moje stopy i dłonie… … znowu się cofa, odsłaniając … … błyszczące muszle, kamienie… Łykam chciwie kęsy słonego powietrza… … wypuszczam je powoli… Szarpią moją koszulą strumienie atmosfer, uderzają w twarz… Na horyzoncie wszystko się ze sobą łączy i jest nie do odróżnienia, uśpione snem wiekuistym… … nadciąga świt… … Mżą przytłumionym blaskiem cząsteczki tajemnicy, wypromieniowując z siebie resztki … … czasu… W powolnym przepływie obłoków zawarta jest jakaś niejasność… … w rozchwianej, wątłej trawie… … Pradawne mury, naznaczone przed laty niewyobrażalnym żarem nuklearnego spięcia ― wydzielają chemiczną, śmiertelną woń rozpadu… … muskam dłonią te szczątki, całuję, jakby to były zimne usta martwej … … kochanki… … do tej pory przeszywają mnie rozpalone igły morderczego promieniowania… Boję się wschodu słońca… Boję się, że wzejdzie tak, jak wtedy ― spopielając ziemię… … zagotowując ocean, rozpalając niebo… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-03-25) Malden – niewielka, bezludna wyspa w archipelagu Line Islands, na środkowym Pacyfiku, wchodząca obecnie w skład Republiki Kiribati. W latach 50-tych XX w. Wielka Brytania przeprowadzała w jej pobliżu (oraz w pobliżu sąsiedniej wyspy Kiritimati) testy z bronią termojądrową w ramach operacji Grapple. Na wyspie tej znajdują się również ruiny tajemniczych megalitycznych budowli sprzed około tysiąca lat.
  6. Arsis

    Mururoa

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Spieniona nawała naciera na … ląd... Przemyka po wilgotnych, gładkich kamieniach słońce i zsuwa się w daleki odmęt zarys … białego obłoku… Chłodny wiatr na twarzy, w rozwianych włosach… W nozdrzach intensywny … zapach soli… … nieskończone falowanie ginie w kobaltowym błękicie nieba… Zamyka się we mnie, tworząc jakąś nową rzeczywistość, nowe widzenie w migocie jaskrawych refleksów… … poza mną ― krajobraz skurczył się i poszarzał… … Jeszcze do tej pory wyczuwam ten ruch cząstek, to wirowanie atomów, których blask tak bardzo oślepiał i palił… … wwiercał się do mózgu… Czuję wciąż ten ból, odnajdując trop swojego dawnego wcielenia. … … zmieszane epoki, przeskakujące daty… Gładzę palcami zdeformowane przedmioty, popękane ściany betonowych bunkrów z rdzawymi, pionowymi smugami… … ciemno-brunatne bąble ― piętno nuklearnego piekła… Poskręcane, … … zbrojeniowe pręty… … Zatykam instynktownie uszy, lecz ― to tylko huk pędzących fal, które załamują się na opuszczonym, nasiąkniętym radiacją nabrzeżu… Wszystko umarło, zapadło w sen wiekuisty. Stało się przystanią dla zagubionych duchów, przepadających w dziwnej substancji czasu. Więc i ja ― nie mogę być żywy. … od dawna ― … … nie jestem żywy. (Włodzimierz Zastawniak, 2017-03-18) Mururoa – atol na Oceanie Spokojnym, wchodzący w skład Polinezji Francuskiej, w archipelagu Taumotu. W latach 1966–1996 był wykorzystywany przez Francję, jako poligon do testowania broni jądrowej.
  7. Otwarta przestrzeń… Głębokie niebo… … przytłacza mnie ten kobaltowy błękit bez najmniejszej obłocznej skazy… … huk oceanu tak regularny, że można odmierzać czas… Przypływy i odpływy ― ogromne wahadło… Przypływy i odpływy ― spieniona nawała, co nanosi na piaszczysty brzeg okruchy podwodnego sanktuarium… … wiatr … … o zapachu soli... Światło słońca ostrzy się na krawędziach palmowych liści… I niczym odnóża ameb wyrastają wciąż nowe refleksy w niedalekim widzeniu laguny. W dalekim ― wszystko jest zbyt rozedrgane… … wszystkiego zbyt wielka … … nietrwałość… … Spierzchnięte usta, jak u człowieka, którego toczy gorączka… Krople potu spływają po karku i skroniach… … trwa nieustanna batalia o prymat... Jaskrawe blaski acetylenu padają na zakryte spawalniczymi maskami twarze. Iskrzą się w czarnych szybkach okularów… … coś wyrasta powoli ku niebu, chcąc dosięgnąć odległej gwiazdy… W rozkopanej ziemi ― ślady ciężkich gąsienicowych pojazdów… Ciągną się kilometrami… Zataczają koła, jakby przepełzły tędy ― przed milionem lat ― gigantyczne, pradawne jaszczury czy węże… … konkretyzują się zarysy dziwnych konstrukcji z betonu i stali… … … wiatr o zapachu soli osusza spocone czoło, wirują wysoko srebrzyste, milczące ptaki… … huk oceanu ― tak regularny, że można odmierzać czas… Przypływy i odpływy ― ogromne wahadło… Przypływy i odpływy ― spieniona nawała, co nanosi na piaszczysty brzeg okruchy podwodnego sanktuarium… … mijają sekundy… W potwornym blasku morderczej kreacji dokonuje się próba wniebowstąpienia… Zagotowują się momentalnie wody laguny… Powoli gaśnie… … ciemnieje… Choć jeszcze nie można spojrzeć. Choć jeszcze wwierca się boleśnie do mózgu. Choć jeszcze wszystko wypala i miażdży pędząca we wszystkie strony ognista ściana...! … Rozprasza się powoli złowroga chmura w groźnych pomrukach nuklearnego gromu… Ginie… Wraz z nią ― wszystko inne. *** (Włodzimierz Zastawniak, 2017-03-13) Fangataufa – atol na Oceanie Spokojnym, wchodzący w skład Polinezji Francuskiej, w archipelagu Taumotu. W latach 1966–1996 Francja przeprowadziła na nim (i w jego pobliżu) testy z bronią jądrową.
  8. Czarne prostokąty zatrzaśniętych okien i drzwi. Białe ściany opuszczonych domów, plamy zacieków… Idę po lśniącym od zmrożonego deszczu czarnym asfalcie pustej ulicy. Dokąd ona prowadzi? ― donikąd, bowiem ― donikąd idę. Wyszedłem z pustego, wilgotnego mieszkania, wyszarpując się z pajęczyny utkanej z mroku. Donikąd idę… … stawiam wysoko kołnierz jesiennego płaszcza… … Jednolicie szare niebo… Zimny wiatr roztrąca kryształy lodowatego deszczu. Męczy mnie bolesne pulsowanie z tyłu głowy… … wydaje się, że to świat rozlatuje się na kawałki i ― scala na nowo… Szarpie się moje serce, jakby miało pęknąć od straszliwego ciśnienia… … wtłacza w martwe, rozkładające się ciało cuchnącą, gęstą od radioaktywności breję… … Zmrożone krople kłują policzki, ranią powieki… Przez zasłonę piskliwego szmeru przebija się jakaś upiorna zapowiedź pogłosem dalekiego dzwonu… ― Wszystko cichnie, jakby w oczekiwaniu… W napiętym do granic możliwości bezdechu… … coś się bezgłośnie wybrzusza… … … zapada… Przez chwilę ― nie dzieje się nic… Nagle! ― oślepiające, trupie światło ― rozbłyska na granicy horyzontu! To Lucyfer zstępuje z nieba w swojej morderczej kreacji, niosąc jedynie śmierć i zniszczenie! To Lucyfer ― o niewyobrażalnie jaskrawym wzroku demona i oddechu spopielającym ziemię! … Czuję, że pali mi się ubranie i skóra, że odchodzę od żywych... Ostatnim wysiłkiem wyrzucam w przestrzeń list, w odległą przyszłość… ― Do samego siebie… ― Do swojego następnego wcielenia,… ― żeby wiedziało… Semipałatyńsk-21, 22 listopada, 1955 roku. (Włodzimierz Zastawniak, 2017-11-13) Semipałatyńsk-21 – miasto w północno-wschodnim Kazachstanie (obecnie: Kurczatow) Znajduje się w nim Narodowe Centrum Badań Jądrowych Rep. Kazachstanu. W czasach Związku Radzieckiego było ono tajne i funkcjonowało jako naukowo-wojskowe zaplecze pobliskiego poligonu, na którym w latach 1949-1991 przeprowadzano testy jądrowe. Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  9. Stoję po kolana w trawie. Ociera się o mnie wilgotnymi źdźbłami od nieustannego deszczu. Kłębią się pokłady chmur. Idą powietrzem podwójne, potrójne widma… Coś do mnie mówią w szumie wiatru, we wstrząsach gorączkowego chłodu. Otwierają się i zamykają ― milczące usta… Przytłacza mnie niewyobrażalna tęsknota, kiedy patrzę na te wątłe, pojedyncze drzewa. Ranią moją twarz padające z ukosa lodowate krople… Trawa, wszędzie kołysząca się trawa ze rdzawym nalotem straszliwej radiacji! Jestem w jakimś sennym zapętleniu, w którym obowiązuje jedynie powolne znikanie z czyjejś, nieznanej woli. I w tej pustce nie jestem w stanie odgadnąć czy poranione chorobami, zdeformowane ciało należy do mnie, czy do kogoś całkiem innego… Stoimy na wprost siebie. Ono i ja. Stoimy w absolutnej ciszy, w której słychać jedynie cichy szmer rozpędzonych protonów śmierci. Ono: w podartych łachmanach i brudne, tkwiące w błotnistej ziemi. Ja: przezroczysty, unoszący się jak jakaś mara. Spogląda na wprost, patrząc ― tak jakby przeze mnie, co jest jednoznaczne z zerwaniem ze mną jakichkolwiek więzów. Odwraca się i odchodzi, utykając na lewą nogę i w dziwnym pochyleniu. Widzę, że rozgarnia trawy, zmierzając ku przymglonej gęstwinie, ku największemu stężeniu śmiertelnej łąki. (Włodzimierz Zastawniak, 2019-04-07) https://www.youtube.com/watch?v=wK0O5Wdj_NM Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  10. Mijam pokryte rdzawymi smugami białe ściany kamienic. Drzewa chwieją się w powiewie gorącego wiatru. Oślepiają mnie lśniące w jaskrawym słońcu złote kopuły świątyń. Idę po ulicy, po której dziesiątki lat temu pędziła powodziowa fala. Idę po radioaktywnym osadzie – wrytym na tysiące lat w kamienny trotuar. … kreski popękanego tynku, powybijane szyby… Wyziera na mnie czerń czającej się w czeluściach bram upiornej śmierci. Drzewa chwieją się w powiewie wiatru. Wydłużają się na drodze rozczapierzone cienie. Chwytają za gardło lodowatymi szponami, mimo palącego, ogromnego słońca. Chwieją się gałęzie, szeleszczą liście. Szorują po ziemi wysuszone, pokryte kurzem kwiaty… Skrzypiąca karuzela obraca się powoli (napędzana niewidzialną ręką) Wydobywają się z otwartych okien niewyraźne szepty, niezrozumiałe słowa… Rozsłoneczniony plac pomiędzy blokami. Echa pokrzykiwań i śmiechów, plątanina gestów… … w piaskownicach plastikowe wiaderka, rozrzucone zabawki… Kołyszą się na huśtawkach samotne duchy, jakieś istoty o straszliwie zdeformowanych twarzach! Poważnieją, obserwując bacznie każdy mój krok i każde poruszenie… Szepczą sobie do uszu, zasłaniając dłońmi usta. Wytykają mnie palcami. W dziwnych poszumach i chropowatych świstach wyławiam powtarzające się wciąż i zniekształcone: TO ON TO ON TO ON... Muska mnie coś naraz po ramieniu. Odwracam się, lecz nic, to tylko wiatr, co chwieje gałęziami. Rozczapierzają się na asfalcie cieniste kształty… Milczące ptaki przecinają kobaltowe niebo i wpadają czarnymi krzyżami do białych obłoków. Znikają. Nie wylatują z nich wcale… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-12-22) https://www.youtube.com/watch?v=KskVW9Z_zws Kysztym – miasto w obwodzie czelabińskim w Rosji. W wyniku katastrofy jądrowej z 1957 roku w pobliskich zakładach atomowych „Majak” (znanej jako Katastrofa Kysztymska) miasto to jest jednym z najbardziej skażonych miejsc na świecie. Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  11. Wyszedłem znikąd, donikąd idę. Buty mlaskają w rozmokłym błocie drogi. Drobne krople lodowatego deszczu nieustannie kłują moją twarz. Obezwładniający strach odbiera mi dech, chwyta za kark zimny skurcz. Z każdym przepływem chmurnych formacji jeszcze bardziej narasta niepokojąca cisza. Widzę, jak poruszają powoli swoimi sinymi wargami, jak coś do mnie mówią, lecz słyszę tylko piskliwy szmer. Z coraz większym trudem wyszarpuję się z brunatnego błota, pomiędzy na wpół rozmytymi śladami samochodowych kół. Po obu stronach nachylają się ze starości drewniane płoty, drewniane, rozpadające się domy, w których mieszka ― jedynie śmierć. Z otwartych okien spoglądają na mnie nieruchome, straszliwie zdeformowane twarze ni to ludzi, ni to umarłych zjaw. Coraz bardziej dokucza mi potworny ból. Z każdym krokiem ― przybliżam się do nie wiadomo, czego, niczym kulejący, powracający z frontu ― złachmaniały żołnierz. (wyłysiała, pozbawiona zębów, wykręcona spazmem karykatura człowieka!) Wlokę ostatnim wysiłkiem woli swoje ropiejące ciało, pozostawiając za sobą jedynie odór rozkładu. Zniekształcone głosy w mojej głowie. Upiorne szepty, które wciąż do czegoś namawiają, które szydzą ze mnie. Próbuję je zagłuszyć swoim własnym krzykiem, próbuję zatykać pulsujące uszy, próbuję je odegnać, machając na oślep rękami. Na próżno! Ukrywają się w zakamarkach ruin pod gęstą pajęczyną mroku. Nadciąga noc. (Włodzimierz Zastawniak, 2017-12-08) https://www.youtube.com/watch?v=j2QIQEb0UBk Muslimowo – wieś w obwodzie czelabińskim na Uralu w Rosji (w pobliżu granicy z Kazachstanem). Przepływa przez nią rzeka Tiecza (dopływ Obu), która jest jedną z najbardziej skażonych rzek na świecie z powodu wylewanych do niej od lat 50-tych XX w. odpadów promieniotwórczych przez jeden z największych w Rosji zakładów atomowych „Majak” (Latarnia morska). We wsi tej mieszkają ludzie w warunkach wysokiej radioaktywności. Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  12. Arsis

    Fugazi

    (Z cyklu: Albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Spójrz na mnie, nie odwracaj głowy! Wykrzycz wreszcie to ostre jak brzytwa słowo! Wykrztuś je z siebie… Potrząsam tobą, ściskając ramiona… W radiowym głośniku słychać jedynie jękliwy szmer rozdzieranego siłami nicości wszechświata. Już dawno przekroczyliśmy próg. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem za nami… … (Chyba straciłem przytomność z powodu efektu stroboskopu…) … … gdzieś tutaj, za mną, przede mną… Błądzę. Nie jestem w stanie rozróżnić jarzących się czerwonawym blaskiem rzeczy… Skąd ta cała jasność, to lśnienie? Wiem, że odradzam się słońcem… Wiatr porusza storami, które wzdymają się jak żagle. Rozwierają się z cichym mlaśnięciem szkarłatne wargi…Zamykają… Oblizują się lubieżnie spierzchnięte gorączką usta. Moje czy twoje? – Nie wiem, ale wiem, że są rozpalone chciwym pożądaniem i zbliżają się z pomrukiem nadciągającej burzy… … Słońce oświetla nasze zniszczone twarze. Omiata je blaskiem nieskończonego żaru. Zwracasz się do mnie oczami, które eksplodują, rozrzucając wokół odłamki gorących łez… Trafiony rykoszetem, przebity na wskroś… Opuszczam zakrwawioną głowę, tak, jakby to zrobił Jezus na krzyżu. Nieruchomieję, rozpadając się bardzo powoli. Kawałek po kawałku… * Miała piękne usta. Umalowane czerwoną szminką. Jej napięta skóra. Lśniąca jakimś tajemniczym blaskiem, na który czekałem o tej godzinie na wpół ziemskiej, na wpół przenikniętej tęczowym światłem zorzy. Szła w półcieniu, aby mnie pokonać swoim kuszeniem. Oślepić i wtrącić w świat nieznajomy. W krainę obłędu, która nie zna nasycenia… … Ukrzyżowany w satynie. Dostępujący nieba. Z ciężarem jej piersi na swojej twarzy. Oczy zwrócone białkami świadczyły o ciele błądzącym w zaświatach. Wracała stamtąd, jak – powracają umarli. Akt wniebowstąpienia wymagał wielokrotnych poświęceń. … Lecz oto tajemniczość zaczęła zmieniać barwy, kompromitując się na moich oczach. Przelotne zalśnienie, które powstaje byle jak i byle gdzie. I z b y l e, k i m. Jesteś kurwą, prawda? Pieprzenie i nic więcej. Czar prysnął. Wszystko przeminęło. Oddalające się kroki. Trzaśnięcie drzwiami… … Porzucony i zgwałcony, w zmiętoszonym, wilgotnym prześcieradle. Na spoconym ciele płonął pozostawiony lubieżnie autograf o zapachu tanich perfum. (Włodzimierz Zastawniak, 2020-01-13) https://www.youtube.com/watch?v=C0e042ZZnCw https://www.youtube.com/watch?v=9aEFAqR_lVc Fugazi – jest to drugi album muzyczny (studyjny) brytyjskiej grupy Marillion. Album został wydany w 1984 roku. Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  13. (Z cyklu: albumy muzyczne) *** Teksty z cyklu „Albumy muzyczne”, nie są przekładami. Są one jedynie luźno związane z oryginalnymi tekstami utworów, zawartymi na prezentowanych przeze mnie albumach muzycznych. Zarówno sama muzyka jak i treść utworów śpiewanych są dla mnie niejako pretekstem i inspiracją do przedstawienia swoistego konceptu fantastycznego. *** Pójdę sobie. Na zewnątrz kłębi się w swoim mroku noc. Przede mną długa podróż… W pustym, ciemnym pokoju szepczę do samego siebie. Księżyc zagląda przez okno, kładąc się na podłodze zimnym blaskiem. Obserwuję ten przekrzywiony prostokąt. Zanurzam w nim dłonie i twarz. … wyczuwam wibracje zderzających się atomów… Tykanie ściennego zegara. Zgrzyt przesuwających się trybów i przekładni starego mechanizmu… … gong… Boję się unicestwienia, niespodziewanego kolapsu cząstek substancji czasu. Pójdę sobie. Dokąd? – Przed siebie… Zakładam płaszcz, aby wyjść naprzeciw gwiazdom. Zamykam za sobą drzwi… Omiata mnie chłód schodowej klatki, zamkniętych na wieczność mieszkań umarłych dawno sąsiadów. W półmroku opuszczonych pracowni milczące popiersia. Porzucone w nieładzie dłuta – narzędzia zbrodni na kamieniu… (To już kiedyś było. Wiem…) Na zewnątrz zamiata liście wiatr… Stawiam kołnierz dziurawego płaszcza. Na pustej, przymglonej ulicy latarnie kołyszą swoimi zwieszonymi głowami… … Moje stałe miejsce jest puste. Czeka jak zwykle na mnie. Przyglądam się pozostawionym na blacie wilgotnym kręgom… … alkohol rozlewa się tak ciepło w żołądku… Kolejny drink. Już nie wiem, który… Barman poleruje szklanki, spoglądając na nie pod światło obojętnym wzrokiem. Odbija się przede mną w lustrze szaleństwo. Moja wykrzywiona, zniszczona twarz. * Nie ma żadnego wytłumaczenia. Jestem bezbronny, jak foka wyrzucona na brzeg. Pochłaniam chciwie kęsy powietrza. Dudni mi w pulsującej głowie nieskładny, pijacki gwar. Ściskam w dłoni długopis czy plastikową słomkę… … na poplamionej kartce urywki jakiegoś tekstu… Nie mogę. Nie potrafię… W obłokach papierosowego dymu kołują nieustannie barowe ćmy. Spalają się w obskurnym świetle kinkietów. W miejsce poprzednich przybywają nowe. Męczy mnie odgłos spadających z wysoka miękkich, puszystych ciałek. Czuję, że i mnie zaczynają wyrastać skrzydła. * Gram w szachy na pogiętych szczątkach cywilizacji. Moim przeciwnikiem: szaleństwo. Właśnie – dostałem mata. … Coraz większe porywy lodowatego wiatru uderzają w moją twarz. Nic nie czuję. Nic. Już dawno stała się biała, jak zmrożona przestrzeń śnieżnego piekła z łagrami nienawiści… … Wszystko zaczyna się dziwnie kołysać. Przytłacza mnie ciężar spadających bomb. Zawadzam wciąż nogami o jakieś żelastwo, zardzewiałe, porzucone karabiny i hełmy… O spalone szczątki z ponurym spojrzeniem, które odradzają się na nowo. Które podnoszą się i pędzą, aby zadać śmiertelne pchnięcie bagnetem w powtarzającym się w nieskończoność natarciu… Popełniam błąd, myśląc, że to jest wzdęty trupim rozkładem post-apokaliptyczny krajobraz.. Walka! Wciąż walka… … Coś strasznego zeszło do podziemi i czai się w mrokach. Wystrzeliwuje z każdej bramy swój okrutny jad plująca kobra. Otwierają się czarne gardziele z cuchnącym szlamem. Strumienie szamba zalewają wszystko, zatapiają… Gdzieś tutaj musi być zejście do piekła… … Obrzygane farbami mury chylą się ku upadkowi, które podpierają bez wiary obrośnięte mchem, brodate fauny. Słychać trzask łamiącego się, przegniłego drewna. Odgłosy miażdżenia… … Jąkają się i krztuszą gołębie w kałużach. Załamują skrzydła w nieszczęściu. Na kolczastych drutach zwisają resztki poszarpanych jelit z siwą sierścią kozła… Nie przeskoczył… … Mijam szare, bezimienne szeregi skazańców o czarnych, pustych oczodołach. Wczepione w stalową siatkę po napięciem pokrzywione, spalone palce.. Swoisty performance nieudanej próby ucieczki… * Otwieram załzawione, szczypiące oczy. Wysypują się na moją twarz czarno-białe piksele z ekranu szumiącego telewizora. Noc? Dzień? Brzęk tłuczonego szkła. Bełkotliwy rozgwar. Kłębiące się pod sufitem chmury… Brakuje słońca, ale za to świeci się lampa w poplamionym, żółtym abażurze. … Coś sobie zaplanowałem, lecz zapomniałem, co. Miałem chyba dokądś pójść, aby spotkać się z własnym cieniem. Jestem nikim. Jeśli ktoś chce pogadać, to numer mojego telefonu jest na mankiecie koszuli, albo na nogawce spodni… Moja wina, wiem… … wiem… …… wiem… Wszystko jest moją cholerną winą… Nie musicie mi już o tym ciągle przypominać… Schylam się, aby podnieść zdeptany, ubłocony zwitek papieru. … coś pisałem… Upadłem. Nie mogę się podnieść. Kto mi pomoże wstać? Nikt… Tuż przed moją rozkrwawioną twarzą porusza nerwowo swoimi wąsami słodka, biała mysz… (Włodzimierz Zastawniak, 2020-01-17) *** Clutching At Straws – jest to czwarty album muzyczny (studyjny) brytyjskiej grupy Marillion. Album został wydany w 1987 roku. https://www.youtube.com/watch?v=NfVA28pIgHQ https://www.youtube.com/watch?v=dKTIPe7q_nA https://www.youtube.com/watch?v=YSrELig6xHg https://www.youtube.com/watch?v=QSMpIGZ3n60 Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  14. Ciężkie z początku powieki są coraz lżejsze, bardziej przejrzyste. Absolutna czerń zaczyna być zastępowana poszczególnymi odcieniami czerwieni. Następuje w końcu ten moment stopniowego otwierania… Przenikają przez szczeliny drżące, mlecznobiałe promienie, ale nie za bardzo jasne, coś w rodzaju półświatła. Powstała widzialność jest enigmatyczna. Nie wiem, co widzę. Nie wiem, kim jestem. Mój umysł, nie! ― nie mam przecież umysłu, będąc zatrzaśniętym w jakiejś ogromnej skrzyni bez dna! Zaczynam niby dostrzegać szczegóły, ale nie wiem, jaką spełniają rolę w mojej widzialności. Nadal mam wrażenie lewitowania w próżni. Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Nie mam w ogóle żadnego pojęcia, choć wraca nieśmiało świadomość, wypływa z głębokiej narkozy albo dziwnego letargu, albo z jeszcze bardziej dziwnego snu… Nie wiem, w jakiej pozycji śniłem, ale wiem, że realność nabiera ostrości. Mój umysł wychodzi stopniowo z pułapki. Zaczynają iskrzyć w mózgu nitki nerwowych połączeń. Zaskakują poszczególne obszary, które odpowiadają za pełną dynamikę ruchu. Mój umysł jest tuż pod powierzchnią lustra wody… Wypływa… Wypływa... Wypływa… Jeszcze chwila i zacznie funkcjonować pamięć… Jeszcze chwila... Jeszcze, tylko chwila… Wstrząsa mną nagle jakiś wewnętrzny skurcz ― pierwszy syndrom poruszenia. Zaczynam czuć. Tak! ― zaczynam czuć! Moje ciało nakłuwają tysiące igieł. Otwieram powoli usta, wydobywając z głębi gardła przeciągły, przejmujący krzyk… Jest mi gorąco. Występują na czole i skroniach kropelki potu. Nabieram powietrze do płuc… Wypuszczam... Robię to znowu… ― i znowu… Obraz jest coraz wyraźniejszy. To, co tak drży i migocze jest podwójną, potrójną gwiazdą… Nie! ― miliardami gwiazd! Nigdy nie przypuszczałem, że może być ich aż tyle, jako bliskie, dalekie, bądź ledwo dostrzegalne, zamglone byty. Przechylam głowę i widzę teraz w pełni czteroramienną galaktykę z jaskrawym centrum. Wiruje wokół własnej osi, rozrzucając i jeszcze bardziej rozciągając swoje ramiona. Im bliżej ich końców, tym bardziej bledną, znikają w rozproszeniu. Jest na wyciągniecie ręki… Omiata mnie nikłym promieniowaniem kosmosu, lśniąc na dnie moich źrenic doskonałym, powstałym od wiecznego pędu i wirowania blaskiem. Odnoszę wrażenie, że czuję na twarzy delikatny powiew od tego ruchu, tak, jakbym stał obok wielkiego wentylatora. Wyciągam dłoń. Czuję pod palcami opór materii. Dotykam jeszcze raz i jeszcze… Dotykam przeźroczystej i gładkiej jak lustro ściany… Jest taka cienka, że przenika przez nią straszliwy chłód wszechświata… Siedzę na czymś w rodzaju krzesła, oparty łokciami o mały stolik. Siedzę w samym kącie sześcianu. Ów sześcian jest w połowie biały. W kącie naprzeciwko świeci słabo nieduża, podłogowa lampka. Wciąż nie mam pojęcia, gdzie jestem. Wszystko jest w jakimś zawieszeniu, choć sam nie odczuwam nieważkości. Powoli wstaję. Patrzę na swoje ciało. Jestem nagi, ale nie czuję zimna. Robię z trudem kilka kroków. Staję po środku tego dziwnego pomieszczenia akurat w miejscu, w którym biel przechodzi łagodnie w niewidzialność. Oprócz świecącej słabo podłogowej lampki, czegoś w rodzaju krzesła i małego stolika, nie ma tutaj więcej nic. Zawracam. Podchodzę do szklanej i zimnej ściany. Przywieram do niej dłońmi i czołem. Jest niesamowicie gładka i nieskazitelnie czysta, jakby jej w ogóle tutaj nie było. Odpycham się od niej i widzę przez moment odbicie swojego wynędzniałego i nagiego ciała. Mam długą brodę i włosy, lecz nie są siwe, są raczej ciemne. ― Kim ja jestem, u licha? ― No, kim? Coś do mnie dociera, ale nie jestem w stanie rozgryźć tego do końca. Jestem w dziwnym stanie, gdzieś pomiędzy jawą a snem. Mam nieodparte wrażenie, jakbym na kogoś czekał. Nie mam poczucia czasu. ― Ile istnieję? ― Chwilę? ― Milion lat? ― A może całą wieczność? ― Ktoś ma przyjść? ― Kto ma przyjść? ― Kto? Dotykam dłońmi gładkiej, nie grubszej od średnicy atomu ściany, przylegam do niej czołem. Wyobrażam sobie, że pęka pod moim naporem, a lodowata próżnia kosmosu zamienia mnie w ciągu sekundy w kamienną, oszronioną bryłę… Kłują mnie w oczy miliardy dalekich, nieosiągalnych, gwiezdnych igieł. I ta wirująca powoli tarcza czteroramiennej, spiralnej galaktyki… Znowu spoglądam w przeciwległy kąt sześcianu na słabo świecącą podłogową lampkę. Ma nie więcej niż metr wysokości i roztacza na białych powierzchniach sufitu, ścian i podłogi lekko-żółtawe, łagodne kręgi, które po przekroczeniu rozmytej granicy bieli ― przechodzą w szklany refleks. Dotykam czegoś w rodzaju krzesła, naciskam palcem, próbuję paznokciem… Zrobione to jest z jakiegoś białawego, twardego materiału tak samo, jak i stolik. Poza tym nie ma więcej nic. Znowu patrzę na gwiazdy. ― Na ich drżenia. ― Na galaktykę. ― Na jej spiralne ramiona. ― Na ten ledwie zauważalny ruch… Poza tym nie ma więcej nic. Nie ma więcej nic poza czymś w rodzaju krzesła, poza małym stolikiem, poza małą podłogową lampką w przeciwległym kącie sześcianu. I poza mną. ― Na kogo ja wciąż czekam? ― Na kogo? Nie wiem ile upłynęło czasu. Nie wiem ile mi go jeszcze zostało. A może jestem w miejscu, w którym nie obowiązuje czas? Budzę się ― usypiam. Rodzę ― umieram… Ten cykl nie ma początku ani końca. Jestem zawieszony w jakiejś dziwnej przestrzeni. Jestem, gdzieś pomiędzy materią, a nie-materią. Czuję i nie czuję, pamiętam i nie pamiętam. ― Kto ma przyjść? Wciąż to samo widzenie, te same gwiazdy i wirująca wolno galaktyka. To samo niby-krzesło i ten sam mały stolik. I świecąca wciąż słabym blaskiem nieduża podłogowa lampka. Nie czuję chłodu, ale nie czuję też gorąca. Stoję w samym kącie sześcianu przy moim krześle i małym stoliku, oparty plecami o niewidzialne ściany i spoglądam w przeciwległy kąt. Patrzę na to wszystko z coraz bardziej obojętnym wzrokiem. Poza mną drgają gwiazdy i wiruje wciąż galaktyka. Trwam, nie żyjąc. Nie żyję, trwając. Jestem ― gdzieś pomiędzy… Nie jestem już człowiekiem, ale też nie jestem duchem. ― Zatem, kim jestem? ― Albo, czym? Nie przynależę już do świata materii, ale też nie przynależę do świata nie-materii. Absolutny bezwład i cisza. Absolutne wyobcowanie. Znowu czuję, że nie ma mnie tu ani tam. Znowu przestaję pamiętać, choć i tak niewiele zapamiętałem. Lecz o dziwo znowu pamiętam wiele. Można to porównać do spienionych fal, które napływają ― odpływają ― wracają… ― I tak bez końca… Wciąż tak bez końca… Obmywają mnie… Zostawiają błyszczący ślad na brzegu… Obmywają moje stopy… Niosą woń słonego powietrza… Przelatują po niebie białe mewy… Przysiadają na czarnych konarach, bądź na krawędziach rybackich kutrów, tych porzuconych kutrów z łopoczącymi na wietrze kolorowymi chorągiewkami… Na krawędziach kutrów, wciśniętych do połowy w wilgotny piasek... Przelatują… Szybują… Odlatują… Wszystko jest jakieś zamazane, zamglone. Wszystko jest takie milczące, jak puszczane w zwolnionym tempie kadry niemego filmu. Nacierają zewsząd niejasne, stępione kontury przedmiotów… Wciąż nacierają… Jest ich coraz więcej… Otwieram oczy i widzę znowu coś na kształt krzesła i małego stolika, i małą podłogową lampkę w przeciwległym kącie sześcianu. Patrzę na niewidzialną ścianę… Podchodzę do niej… Dotykam opuszkami palców… Przywieram czołem, czując chłód gładkiej i nieskazitelnie czystej powierzchni. Kłują mnie w oczy igły miliardów gwiazd. I widzę wirujące powoli ramiona spiralnej galaktyki… Staję się senny… Znowu senny… Opadają powieki… Ogarnia mnie czerń… Chyba już nie zdążę sobie niczego więcej przypomnieć. ― Kto ma przyjść? ― Nie przyjdzie nikt. ― Usypiam po raz kolejny. ― Umieram po raz kolejny. ― Usypiam znowu... Już więcej nic. (Włodzimierz Zastawniak, październik, 2016) *** Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  15. Jechaliśmy już cztery godziny wzdłuż ciągnącego się niemal w nieskończoność ogrodzenia z kolczastego drutu. Wszędzie, tylko pochmurna szarość i płaski, porośnięty zielonożółtą wilgotną trawą step… Terenowy UAZ grzązł, co jakiś czas w brunatnej mazi, rozkołysany na wybojach… Jedyną tutaj drogę wyznaczały koleiny wyżłobione przez lata kołami wojskowych ciężarówek, teraz rozmokłe, pełne błotnistej brei. Wokół nikogo i nic, tylko niewysoka trawa, przygładzana, co pewien czas przez chłodny jesienny wiatr… Jechaliśmy w milczeniu, ja ― i mój kierowca-przewodnik, Wiktor. Monotonia krajobrazu sprawiała, że oparłszy głowę o zagłówek fotela, zapadałem w jakiś dziwny półsen, to znowu odzyskiwałem świadomość, kiedy wstrząsało, co bardziej łazikiem. Usiłowałem studiować wówczas w pochyleniu rozłożoną na kolanach mapę, próbując zlokalizować nasze położenie. Wodziłem po niej bezsensownie palcem, ponieważ Poligon i przyległe do niego miejscowości ― nie były w ogóle zaznaczone… Przypominające przekreślenia linie przeszywały ogromne, puste przestrzenie… Wiktor patrzył tym swoim posępnym wzrokiem przez przednią szybę, z której spływały, co jakiś czas strużki przelotnego deszczu. I wtedy ― z cichym popiskiwaniem ― zgarniała je wycieraczka, pozostawiając półkoliste smugi… I znowu… Znowu… Po niebie sunęły, niczym podarte łachmany, ciemnoszare chmury… Płynęły donikąd ― na sam skraj ukrytego we mgle widnokręgu… Łazik trząsł niemiłosiernie leżącym na tylnym siedzeniu naukowym ekwipunkiem. Wiktor ściskał kurczowo kierownicę, trzymając jednocześnie dwoma palcami prawej dłoni zapalonego papierosa. Wkładał go, co jakiś czas do ust, wypuszczając kłęby gryzącego dymu. Był pochylony do przodu, wypatrując uparcie jakiegokolwiek znaku na tym pustkowiu, niby tropiciel w dżungli, szukający z najwyższym skupieniu złamanej gałązki lub przygniecionego stopą źdźbła trawy… Łzawiły mi oczy, piekło w gardle… Dreszcz przechodził po plecach od tego upiornego krajobrazu i przenikającego na wskroś lodowatego zimna… Poligon był od dawna opuszczony. Druty ogrodzenia między szarymi betonowymi słupami, pozrywane w niektórych miejscach, głaskały kępy traw, niczym gałęzie płaczącej wierzby… Wiszące w kilkunastometrowych odstępach ostrzegawcze tablice z symbolem promieniowania radioaktywnego i z napisem: „Teren wojskowy! Nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony”, były zardzewiałymi, bezużytecznymi kawałkami blachy, które postukiwały smętnie w podmuchach, podkreślając jeszcze bardziej ruinę tego i tak zdewastowanego do szczętu miejsca… Wiktor wyrzucił przez uchyloną szybę tlący się jeszcze niedopałek, oznajmiając ochrypłym głosem, że dojeżdżamy. Spojrzałem przed siebie. Istotnie, w odległości około kilometra majaczyły we mgle niewyraźne jeszcze zabudowania ewakuowanej ponoć przed laty wsi Asanowo. Wiktor skręcił i wjechał na drewnianą, przerzuconą przez niedużą rzeczkę kładkę. Mignęła nam przed oczami przymocowana do metalowego, przekrzywionego słupka blaszana, skorodowana tabliczka z zatartym w połowie żółtym symbolem promieniowania radioaktywnego i napisem: „Rzeka Tiecza”. Rzeka, a w zasadzie zielono-brunatny, spieniony, cuchnący chemicznie ściek, wyglądał, jakby płynęła nim mieszanina chyba wszystkich trucizn całego świata… Po drugiej stronie ― wpadliśmy w głęboki, błotnisty dół. Wiktor zaklął dosadnie pod nosem, uderzywszy nim uprzednio o kierownicę, ja ― przygryzłem sobie boleśnie język, a przednia szyba UAZ-a pękła w dwóch miejscach. Rozbryznęła się na niej kleksowato brunatna breja… Stanęliśmy przed pierwszą z chałup. Wysiedliśmy... Ściany z ciemnobrązowych desek… Dach pokryty zardzewiałą blachą… Brudne, małe okna… Wiktor, masując obolały jeszcze nos, zastukał w drzwi z na wpół przegniłej i wypaczonej dykty… Żadnego odzewu… Zastukał drugi raz… Cisza… Zlustrowałem ponurym spojrzeniem okolicę, wyczuwając w ustach posmak krwi... Przez środek wsi biegła, znikając w zamglonej dali, jedyna tutaj błotnista droga z drewnianymi, przekrzywionymi słupami w kształcie litery „T”. Z ceramicznych grzybków zwisały, rozkołysane na wietrze, pozrywane przewody elektryczne. Wszystkie zabudowania były drewniane i parterowe. I wszystkie były identyczne. Miały blaszane, zardzewiałe dachy, o które postukiwały czasami przelotne krople deszczu. Brudne, małe okna. I wszystko straszliwie ubłocone. Błoto było tutaj w zasadzie wszędzie. Gdzie nie spojrzeć, błoto… Ciemnobrązowa, radioaktywna breja, w której o mało nie pogubiliśmy naszych butów. Spojrzałem w niebo, na ten powolny przepływ ciemnoszarych chmur. Miałem nieodparte wrażenie, że słońce nigdy tutaj nie świeciło, że niebo od zawsze było zasnute ciężkimi, grubymi zasłonami i że, poza nami ― nie może być tutaj jakiejkolwiek żywej istoty… Coś zabrzęczało, gdzieś z boku… Chudy, pokryty straszliwymi naroślami kot, oparty z osłabienia o blaszaną, zardzewiałą konewkę, jakby miał za chwilę upaść. Otworzył pyszczek, ale nie wydał z siebie miauknięcia czy jakiegokolwiek innego dźwięku. Ukazał tylko bezzębny, czarny otwór. Włosy stanęły na mi głowie. Zacisnąłem mocno powieki, otworzyłem…, lecz kota już nie było. Zniknął jak duch. Usłyszałem za to zachrypnięty, szepczący głos Wiktora: „Witamy w piekle”. Chciał zastukać w drzwi trzeci raz, ale w tym momencie otworzył je chyba stuletni, pomarszczony jak suszona śliwka starzec o brązowej skórze i w ubłoconym granatowym drelichu. ― Czego chcecie ― wyszeptał. ― Jesteśmy z Instytutu ― odparł Wiktor, okazując mu identyfikator. Chcieliśmy wynająć na jedną noc kwaterę. ― A, znowu Instytut ― wyszeptał starzec po raz wtóry. ― Który to już raz? Przyjeżdżacie w kółko i nie dajecie nam spokoju. ― Ale otworzył szerzej drzwi i wykonał ręką przesadnie głęboki, zapraszający gest, jakby zamiatał nią podłogę. Weszliśmy do sieni. Od razu poczułem nikły zapach zgnilizny, medykamentów i jeszcze czegoś nieokreślonego. Starzec był niemalże całkowicie łysy, jedynie z tyłu głowy zwisały mu rzadkie, siwe kosmyki. W pokoju usiedliśmy na drewnianych krzesłach przy stole okrytym kraciastą i poplamioną ceratą. Panował tutaj półmrok, oraz totalny rozkład i beznadzieja. Na podłodze stały w rzędzie jakieś buteleczki, niektóre z nich były nadtłuczone. Wionęło od nich nieprzyjemnym, chemicznym zapachem… Na zapleśniałych i naddartych tapetach zwisały pajęczyny… Sufit ubarwiały zestarzałe, brązowe plamy zacieków... W świetlistej smudze szarego światła, która wpadała przez małe okno, wirowały drobinki kurzu… Gdzieś coś zatrzeszczało… Z kranu nad zlewem kapała nieustannie woda… Ścienny zegar wystukiwał ruchami wahadła sekundy… ― Tak, jak powiedział wcześniej kolega, chcieliśmy wynająć u pana kwaterę na jedną noc ― odparłem po chwili kłopotliwego milczenia. ― Jak panowie widzą, warunki są u mnie marne. ― Nic nie szkodzi ― odparłem. Głos mi drżał. Coś stuknęło i zaszurało za drzwiami do drugiego pokoju. Zatrzeszczały zawiasy otwieranych drzwi. W progu stanął człowiek, a raczej to, co z niego zostało. Potwornie zdeformowany, zgarbiony i przechylony na jedną stronę. Zamiast twarzy miał ogromną czarną narośl. Zresztą cały był nimi pokryty. Człowiek ów wychylił się nieco przez próg i coś niezrozumiale zamruczał. Uderzył nas w nozdrza, niby młotem, przejmujący odór zgnilizny. Myślałem, że zaraz zemdleję… „To mój młodszy brat, Serioża” ― odparł wreszcie starzec. Serioża zamruczał coś jeszcze i zniknął z powrotem w swoim pokoju, zamykając za sobą drzwi. Odór stopniowo zanikał, choć w powietrzu czuć jeszcze było jego przytłaczający ciężar. Wiktor masował palcami swoje skronie, oparty łokciami o stół. Nie spoglądał na nikogo. Sprawiał wrażenie, jakby studiował uważnie kraciasty wzór ceraty. Zelżało na, tyle, że mogłem wreszcie swobodniej odetchnąć. ― Widzicie, co z nami zrobili! ― odparł znienacka starzec, widząc naszą męczarnię. ― To wszystko wina Poligonu i rzeki. Ludzie chorowali już jak byłem jeszcze dzieckiem. Pamiętam te straszliwe rozbłyski na horyzoncie. Na początku nie wiedziałem, co to takiego, ale rodzice powiedzieli mi potem, że to wybuchają bomby nuklearne. To było straszne i zarazem niezwykle fascynujące ― zacharczał, ale zaczął mówić dalej. ― Najpierw pojawiał się trupio-blady błysk, tak straszliwy, że jeśli ktoś na niego spojrzał, niemalże tracił wzrok. Popatrzcie na moje oczy… Pokrywa je atomowa katarakta. Ledwie widzę. To światło przewyższało swoim natężeniem jasność elektrycznego łuku! Przewiercało wszystko na wylot, przeszywało dłonie zasłaniające twarz, tak, że można było zobaczyć w nich wszystkie kosteczki, jak na rentgenowskim zdjęciu! Pewnie chcecie wiedzieć ile mam lat, co? Dobrze, powiem wam, mam czterdzieści lat, a Sierioża trzydzieści. Osłupieliśmy, ponieważ starzec wyglądał na dziewięćdziesiąt kilka. Kaszlnął i ciągnął dalej swój wywód: ― Potem ta straszliwa jaskrawość łagodniała, przechodząc w żółć, jaką ma rozżarzona stal w hutniczym piecu, w czerwoną kipiel z odcieniami karmazynu i ciemnego bordo, aż po upiorną granatowo-czarną chmurę, która szła powoli w górę, zasysając pod sobą wirujący słup ziemi, piasku i kurzu, dopóki nie rozwiał jej wiatr. Problem polega na tym, że ten wiatr często wiał w naszą stronę. To wszystko wina tych przeklętych testów. W tej wiosce mieszkało 150 osób, a zostało przy życiu zaledwie 15! Lecz są w nie lepszym stanie! Pożera nas powoli nienasycona, drwiąca ze wszystkiego śmierć! Po pierwszych testach wojsko zakazało nam opuszczać wieś. Powiedzieli, że jak będziemy pić wódkę, to nic nam nie będzie. Przyjeżdżali po każdym teście i przeprowadzali jakieś badania medyczne. Teraz wiem, że byliśmy ich królikami doświadczalnymi! Kilkadziesiąt lat temu wojsko opuściło Poligon, zostawiając nas na pastwę losu. W tej chwili nie ma już znaczenia czy tu zostaniemy, czy wyjedziemy. My umieramy, słyszycie? Umieramy! W zasadzie już nie żyjemy… ― Znowu zacharczał, aż oczy wyszły mu niemalże z orbit. Coś w jego wnętrzu zabulgotało. Przytknął do ust chustkę i ciężko zakaszlał. Kiedy ją odsunął od twarzy, zobaczyliśmy na niej krew. Z ust ściekała mu czerwonawa piana. Starł ją, odetchnął głębiej i po chwili znowu kontynuował, choć z pewnym już wysiłkiem. ― I wtedy się zaczęło ― powiedział to z tym ciągłym bulgotaniem w środku. ― Co się zaczęło? ― zapytałem go, robiąc wielkie oczy. ― Mniej więcej rok po opuszczeniu Poligonu przez wojsko. Nie wiem, jakby to wam, panowie, powiedzieć ― pomilczał przez chwilę. ― Hm, jakby to… ― Niech pan mówi ― chciałem mu dodać otuchy, ujmując lekko jego kościstą, pokrytą brązowymi plamami dłoń. ― Wtedy Poligon… zaczął „płakać” ― powiedział to z takim jakimś dziwnym, nieludzkim i charczącym szeptem. ― Jak to, płakać? ― zauważyłem, że Wiktor patrzy na starca z jeszcze większym niedowierzaniem, niż ja. ― No, zaczął „płakać”. I trwa to do dziś. To taki przeciągły kobiecy lament, kobiecy płacz. Jakby płacz matki, która utraciła swoje jedyne, ukochane dziecko. Ale przecież wiem, że to niemożliwe, ponieważ nic nie może żyć na Poligonie. Panuje tam straszliwe promieniowanie. Wystarczy, że człowiek wejdzie na kilometr w głąb w zwykłym cywilnym ubraniu, aby umarł w ciągu kilku godzin w niewyobrażalnych męczarniach. Było kilku śmiałków, którzy, pomimo ostrzeżeń, weszli na jego teren, licząc na znalezienie jakichś pozostawionych przez wojsko przydatnych przedmiotów. Ale już z niego nie wrócili. Ich truchła prawdopodobnie rozpuściły się w tym błocie bez śladu. Ten Poligon to królestwo śmierci! Przeszedł mi po plecach dreszcz. ― Ale najgorzej jest w nocy. Ten lament przepływa falami z pogłosem echa i tylko w czasie deszczu. Czasami widać w nocy tańczące na niebie, niebieskawe kule światła. Nie mam pojęcia, co to może być. Moja teoria jest taka, że być może powstała tam, w tej brunatnej kloace totalnego rozkładu ― jakaś forma życia, której my, ludzie, nie jesteśmy w stanie pojąć. Chodziły słuchy, że przeprowadzano tam nie tylko testy z bombami, ale jeszcze jakieś inne. Czort wie, co przez te wszystkie lata mogło tam wyewoluować. Albo może te testy… otworzyły portal… ― Portal? Jaki portal? ― zachrypiał nad moim uchem Wiktor. ― Do piekła! ― syknął starzec. ― Pan chyba… ― nie skończyłem, ponieważ straszliwy chłód targnął moim sercem. Miałem wrażenie, że ziemia ucieka mi spod nóg. Znowu coś zaszurało za drzwiami... Zaskrzypiało… Ucichło. ― Panowie, muszę iść do mojego Serioży. Pokój macie po drugiej stronie. Dobranoc. ― Dobranoc ― odpowiedzieliśmy równocześnie. Wstał z trudem i pokuśtykał w kierunku drzwi. Otworzył je cicho i wchodząc do środka tak samo cicho je za sobą zamknął. Znowu poczuliśmy ten ohydny odór gnijącego mięsa, lecz teraz był jakby trochę słabszy. Wstaliśmy i w ponurych nastrojach poszliśmy nieco chwiejnym krokiem do wskazanego przez starca pokoju. Były tu dwa łóżka z poplamionymi materacami, drewniany stół i dwa krzesła. Automatycznie nacisnąłem kontakt, lecz światła nie było. „No tak” ― pomyślałem. ― „Przecież tu nie ma prądu!” Jedyne okno wychodziło na Poligon. Gęstniał mrok. ― Co o tym wszystkim myślisz? ― zachrypiał znienacka Wiktor, przetrząsając jednocześnie kieszenie swojej kurtki. ― Masz na myśli brak światła? ― wysiliłem się na słaby żart i na jeszcze słabszy uśmiech. ― Przestań. Mam na myśli to, co opowiadał ten staruch. ― Nie wiem. Naprawdę nie wiem ― odparłem wzruszając ramionami. ― Myślisz, że ten pokręcony facet zmyśla? ― Wiktor niemalże przewiercał mnie na wylot tym swoim spojrzeniem jasnoniebieskich, wodnistych oczu. ― Sprawdzimy to w czasie najbliższego deszczu. Zgodnie z prognozą pogody ma w nocy padać. Ma również padać przez cały jutrzejszy dzień. Wiktor przysiadł na parapecie z paczką papierosów i pudełkiem zapałek w dłoni. Ja, usiadłem na łóżku. Skrzypnęły pode mną sprężyny. Ściągnąłem z obrzydzeniem buty, pokryte toną zeschniętego już, cuchnącego błota. Zdjąłem z siebie wilgotną kurtkę. Zwinąłem ją i podłożyłem sobie pod głowę… Leżałem na wznak, obserwując falujące, pachnące pleśnią i wilgocią czarne płótna pajęczyn na wybrzuszonym, popękanym suficie... Usłyszałem cichy trzask. W dłoniach Wiktora rozgorzał płomień zapałki. Zapalił papierosa… I po chwili ― napełniał już swoje rakowate płuca gryzącym, błękitnawym dymem, zapatrzony przez szybę w czarną już jak smoła noc… Zasnąłem. Obudził mnie dziwny odgłos, podobny do przeciągłego lamentu albo płaczu. Momentalnie usiadłem na łóżku, choć jeszcze półprzytomny. Wiktor stał w otwartym oknie, jakby w ogóle nie spał. O blaszany parapet stukały krople deszczu… ― Wiktor, słyszałeś? ― zapytałem go mętnym jeszcze głosem. ― Tak. Gość jednak nie kłamał. Słychać to od jakiejś godziny. Nie potrafię namierzyć źródła tego dźwięku. Jakby napływało z każdej strony jednocześnie, zupełnie jak fale na brzeg. Nie mam, u licha, pojęcia, co to takiego. Wstałem i stanąłem obok niego. Nasłuchiwałem, lecz nie słyszałem niczego, oprócz szumu rzęsistego deszczu i przyśpieszonego, chrypiącego oddechu Wiktora… ― Słuchaj, Wiktor, a może… ― Cicho! Coś słyszę. To idzie stamtąd ― i wskazał dłonią wschód. ― Nie, znowu zmienia kierunek i nadciąga z zachodu. Co to jest, u licha!? ― zakasłał obrzydliwie, wypluwając na podłogę brunatną flegmę. Istotnie, usłyszałem ten szloch, a raczej przejmujący kobiecy płacz! Usłyszałem go nagle tuż obok mnie, aż wstrząsnął mną dreszcz… ― Wkładaj łachy! ― orzekł impertynencko-rozkazującym tonem Wiktor. ― Wyruszamy? ― Tak! Założyłem z obrzydzeniem, pokryte skorupą błota buty. Włożyłem kurtkę. Wyszliśmy z pokoju. Było pusto. Spojrzałem na drzwi, które zamknął wczoraj za sobą starzec. Wiktor położył na stole odliczoną kwotę za nocleg i wyszliśmy za zewnątrz… Lało jak z cebra. Podbiegliśmy do UAZ-a, cmokając w błotnistej brei… W środku, mimo ciasnoty, zmieniliśmy szybko buty na te z ołowianymi wkładkami, nałożyliśmy na siebie ciężkie, anty-radiacyjne kamizelki. Na głowy wsunęliśmy coś, co przypominało białe kąpielowe czepki, a twarze okryliśmy cienkimi, zielonkawymi, jakby chirurgicznymi maskami. ― Te tabliczki będą wskazywały ilość wchłoniętej dawki promieniowania ― rzucił przez ramię nieco przytłumionym głosem Wiktor, podając mi jedną, a drugą przypinając sobie do wypustki po lewej stronie kamizelki. ― Mamy tylko dwie godziny. Jak zmienią kolor na czarny, to koniec z nami. Usiadł za kierownicą. Ja, obok niego. Koła zabuksowały w miejscu… Trysnęły spod nich strumienie błota… Wiktor zaklął po nosem. Nacisnął jeszcze raz gaz i jeszcze… Już myślałem, że trzeba będzie tę przerdzewiałą landarę pchać, brnąc niemalże po kolana w tym ohydnym błocie albo szukać jakichś gałęzi, aby je podłożyć pod tylne koła… Jednakże po kilku szarpnięciach i zgrzytach skrzyni biegów ruszyliśmy powoli w kierunku otwartej bramy Poligonu. Na bramie stukała w porywach wiatru, smagana rzęsistą ulewą, zardzewiała tabliczka z symbolem promieniowania radioaktywnego i trupią czaszką ze skrzyżowanymi pod nią piszczelami. Ostrzegała ponuro przed wstąpieniem na skażony teren. Minęliśmy ją, wjeżdżając do zamglonego królestwa śmierci… Z początku nic nie było widać poza płaskim jak stół trawiastym stepem… Dopiero po około kwadransie dostrzegliśmy pierwsze betonowe konstrukcje wież obserwacyjnych i bunkrów z rdzawymi pionowymi smugami… Im dalej, tym więcej było oznak zniszczenia… Jakieś nadpalone resztki… Czarne plamy od straszliwego żaru, który naruszył żelbetonową ścianę stanowiska obserwacyjnego… Wystające z betonowych podpór pręty zbrojenia, niczym rozczapierzone palce olbrzymiej, upiornej dłoni… Jakiś samotny, stalowy pręt ― wyrwany skądś i rozgrzany niegdyś do czerwoności przez wybuch, jakby go wypluła przed laty paszcza martenowskiego pieca ― leżał zastygły i powyginany na kształt surrealistycznej rzeźby… A dalej ― całkowicie wyjałowiona, pozbawiona trawy ziemia, połyskująca zielonkawą skamieliną trynitytu *… Jeszcze dalej ― przerażająco czarne i ostre jak nóż brzegi nuklearnego krateru… I znowu ― ten płacz, straszliwy lament, jakby wzmocniony, nadciągający z każdej strony jednocześnie… Nie, to nie lament, tylko demoniczne westchnienie, aż włosy stawały na głowie… Jakaś armia upiorów… Widma popalonych ludzi wyciągały ręce… I patrzyły tymi swoimi trupimi, niewidzącymi oczami… Ludzie bez twarzy, bez policzków, z zębami na wierzchu… Ludzie bez oczu, z czarnymi oczodołami… Matki ze zwęglonymi resztkami swoich dzieci na rękach… Straszliwe maszkary, przybyłe prosto z piekła… Sługusy samego Lucyfera, pana pożogi, pana śmierci, pana zniszczenia… I oto ― wyłonił się ― cały w płomieniach… Rogaty demon potworności… Falujący i dziwnie zmieniający swoje kształty, niczym fatamorgana w drgającym powietrzu nad rozpalonym piaskiem pustyni… I patrzył tymi swoimi oczami… O mój, Boże ― jak patrzył! (Włodzimierz Zastawniak, luty 2018) Trynityt – nazwa zielonkawego szkliwa powstałego z ziaren piasku stopionych podczas wysokoenergetycznych eksplozji, których temperatura może osiągać nawet dziesiątki milionów stopni C º, np. podczas uderzenia asteroidy czy wybuchu nuklearnego. Nazwa "trynityt" utworzona została od kryptonimu pierwszego testowego wybuchu atomowego – Trinity (Trójca) – przeprowadzonego w Stanach Zjednoczonych (na pustyni w stanie Nowy Meksyk nieopodal miasta Alamogordo) w ramach Projektu Manhattan, 16 lipca 1945 roku. Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  16. Arsis

    Potwór

    Nieskończona równina, szarozielony step. Niespokojne podmuchy wiatru, świst astmatycznego oddechu ziemi, co wydobywa się gdzieś z głębi, nie wiadomo skąd. Jam samotny świadek powolnego przepływu pęków atmosfer, które przekształcają się nad horyzontem w nasiąknięte deszczem, ciężkie, surrealistyczne formy. Dreszcz przechodzi mi po plecach od zimna i samotności. Wyczuwam do bólu obrzydliwą wilgoć jesiennej zgnilizny, kiedy stąpam bosymi stopami –– po martwej trawie. Mijam poskręcane od nuklearnego żaru stalowe konstrukcje, naznaczone rdzawymi smugami samotne, betonowe ściany... Opuszczony bunkier –– mój dom. Kurz, pajęczyny i gruz. Słychać chrzęst rozbitego szkła, kiedy następuję zranionymi, obrzmiałymi stopami. Wchodzę w mrok, obijając się o ściany wąskiego korytarza. Wchodzę w mrok, z szarości wchodzę. Pomimo upływu lat, rozpalone strugi przeszywają wciąż –– moje straszliwie zniekształcone ciało. Odór rozkładu równoważy się z mdlącym zapachem radiacji. Muskam śliniącymi się ustami napromieniowane przedmioty, muskam je dłońmi, pośród charczenia i jęków. W kawałku rozbitego lustra dostrzegam ogromne oko, które wpatruje się we mnie, nie we mnie. (Włodzimierz Zastawniak, 2017-09-15) Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  17. Przedzieram się przez kurz i pajęczyny, przytłoczony niewyobrażalnym ciężarem żelbetonowej skorupy. Dzwoni mi w uszach wiatr, co się wślizguje do wnętrza tego przeciw-atomowego bunkra. W pękniętych ścianach drga błękitne światło i otacza mnie zimnem, kiedy wkraczam w świt i klękam jak do modlitwy, kładąc swoją zniekształconą głowę na kamieniu. Obejmuję go i gładzę. Wyczuwam dłońmi jego naświetloną strukturę. Poczerniałą. To jest mój dom – samotny świadek eksplodującego przed dziesięcioleciami słońca. Przygnębiająca resztka z brunatnymi bąblami od straszliwego żaru i rdzawymi smugami od promieniotwórczych deszczów. Potykam się o poskręcane, rozgrzane kiedyś do czerwoności stalowe pręty zbrojenia, które zastygły, nachylone od podmuchu. Dokąd teraz? Nie wiem. Może popłynę jak obłok? Jak duch nad spaloną ziemią? (Włodzimierz Zastawniak, 2017-07-31) *** Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  18. ...wieczny pokój już z sobą zawarli...
  19. Przyszedł drań... Piękne stadniny obrócił w pył. Araby w szkapiny zamienił. Tylko na rzeź w bydlęcych wagonach wieźć. Drań na dzikości lasów się wyżył. Dęby stare jak świat znieważył. Tylko na cześć w ropie pływające rany wleźć. Nim ucieknie dalej będzie gryzł. Obrazek z sieci. Justyna Adamczewska, marzec 2018 r.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności