Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki


Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'współczesność' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 6 wyników

  1. Dzisiaj, powiadacie, że to cud że nowych wynalazków w bród że współczesność jest piękna i technologia wielka Ale co wam z tego wszystkiego? to cena świata pustego puści są ludzie dzisiaj To się w głowie nie mieści że takie smutne wieści ale to prawda niestety płaczą me wersety Czemuż to muszę żyć w świecie, gdzie współczesność to czarność gdzie wszyscy ludzie reprezentują marność
  2. Dziwnie wygląda burza nad miastem Nie pasuje do neonów konkurencja piorunów Nie widać strachu w oczach ludzi Chowa się w głębi źrenic - antropologiczny, pierwotny, stłamszony wstydem Biją jednostajnie serca tłumów Jak stukanie obcasów na mokrym chodniku Furkoczą poły płaszczy jak tysiące ptasich skrzydeł poderwanych do lotu Tylko w ciemnej jaskini samochodu błyskają białka oczu Cień zawisł nad Warszawą Droga jawi się rzeką lśniącą i bezładną Wijącą się i głęboką, czarną wstęgą Przeciętą na pół białą granicą życia Bieleją kości na autostradzie Warczą silniki jak wilki Trzeba jechać, zdławić chwilową niepewność zatonąć w noc Bo na końcu drogi ktoś czeka, zabijając senność Wysoko rozciągają się dachy najeżone rzędem piorunochronów skrzą się deszczem, jak ogniem, niebo spłynęło krwią Ponad głowami filistrów rozgrywa się piekło Cywilizacyjno-naturalny odwieczny konflikt racji Dmą surmy klaksonów, dymią pochodnie kominów I tylko gdzieś w ciepłych trzewiach autobusu ktoś zdejmuje słuchawki i wsłuchuje się w grzmot Odmieniec - samotny w populacji ślepych ryb, co pływają po dnie Zwraca wzrok ku górze i wzdycha Ten ostatni z żołnierzy szczęśliwych na wojnie
  3. Raz. Oko, przerwa, oko prim – te otwieram. Usta – zamykam. Godzina piąta, minut czterdzieści pięć i sześć sekund. Setnych nie liczę, bo nie umiem. Nie umiem. A może umiem, ale wolę myśleć, że nie umiem. Zadaj mi pytanie: dlaczego wolisz myśleć, że nie umiesz? A ja ci odpowiem (o ile zapytasz): ze względu na zasadę banalną, pozwalającą zachować pozory zdrowia sfery psyche. Dla własnej higieny i spokoju – życie w absolutyzmie niewiedzy jest stężałe, gotowe do podania na stole pani/pana X. A ludzie naprawdę lubią galaretki. (tylko zadaj mi pytanie) Dwa. Mam pół godziny dla próżni zamkniętej we współczesnej enigmie. Ręka – szafka – przenośne urządzenie telefoniczno – multimedialne. 050399. Napisała, napisała, nie odpisała, zalała. Szkoda, że nie wylała, do wylewów mam szczególny respekt. Trzy – i na tym koniec, dalej już popłynę. Dbam o zdrowie. Nie mogę powiedzieć, że się ubieram długo, w skali światowej to czas średni. Z resztą – opcja lisie futro z poliestru versus futro - poliester z pandy to nie są jakieś wybory nieosiągalne, łatwość decyzji jest i była – ja wolę rude, temperamentne. Moja atencyjność w stanie dobrym, krzyczę. Dodaję fiołkową pomadkę ze złotą folią spożywczą, skład ma znośny. I wybiegam, bo już mi się nie chce tak siedzieć i tak myśleć jak teraz, w tym miejscu, w którym zawsze się myśli tak. A nie inaczej. Proszę, świadectwo dnia powszedniego - spacer pośród betonowych palm w otoczeniu tysiąca żuków. Ha, śmieszni ci oni, idą i się obijają o siebie, biegnąc do bistro po kolejne fekalia. Tak, oni zahaczają o margines przed którym tak bardzo się bronią. A ja maszeruję, wręcz środkiem, słyszę marsz i idealnie lecę w jego rytm – mi nie grają żałobnego, mi grają uwspółcześniony Bauhaus. I po prostu zmierzam, trochę prosto, trochę pod kątem, może czasem nawet pod prąd. Ale gdzieś mam cel, jakiś na pewno, więc jak dalej iść nie będę, to go nie znajdę. Nie umiem ukrywać, nie będę ukrywać. A może umiem. Ale na pewno nie będę. Bo znowu obiegnę planetę dookoła i tak biegając nabiorę rozpędu i przyjdzie taki moment. Przyjdzie taki moment, że się nie zatrzymam. Może warto się zatrzymać, zatrzymując maszynową krew, kartonowe życie. Albo jeszcze lepiej – po prostu się wykrwawić. Rozlać do szczytu piękna i obrzydliwości i wpaść w dół, a potem wykiełkować z siłą niepojętą, zburzyć betonowe palmy, zgnieść żuki. Nieustannie się rozrastać. Bo chciałabym być taką Demeter, płodzić urodzaj, rodzić naturalnie, bez cesarki. I przywrócić słodki porządek, słodki zapach. Zapach słodki to przykładowo zapach gnijącej padliny. Piękno to też ferment. I właśnie – to jest dowód, że nie błądzę, bo cel mam. Plan działania też, wyskrobany atramentem w kolorze żółtym na wycieraczce od strony wewnętrznej. Więc wracam, biegnę, chciałam złapać autobus, ale oczywiście ta małpa to sam w sobie malkontent. I już jestem tak blisko, jestem nawet dużo bliżej. I co? I ja widzę ich i oni mnie widzą. Tak samo jak wczoraj, widzę lampy, słyszę dźwięki aparatu. I koniec. Uspokój się, idź spać. Wstajesz po piątej.
  4. Wygodnie nam W domach Budujemy ołtarze Dla jezusa Dla buddy Dla szatana, hitlera Potem zakładamy garnitury Idziemy do pracy I podajemy sobie ręce Wspólnie klękamy przed najwyższym z bożków
  5. I. Z Księgi Hioba w świetle hagady rozumianej Na przełomie sierpnia i września, czyli w szóstym miesiącu kalendarza żydowskiego dla Izraelitów rozpoczynają się ich najważniejsze święta. Otwiera je żydowski Nowy Rok (Rosz ha-Szana), gdzie w jego drugim dniu, po przedwieczornych odprawionych w bóżnicy modłach, wierni wylegają nad wodę, aby tam – nadal się modląc - wytrząsać z załomków oraz kieszeni swych ubrań wszelkie nagromadzone w nich śmieci oraz paprochy, poniekąd plastycznie dokumentując profetyczną zapowiedź proroka Micheasza (7,19): Znowu zmiłuje się nad nami, zmyje nasze winy, do głębin morskich wrzuci wszystkie nasze grzechy… Z kolei w wigilię Jom Kippur (Święta Przebłagania) w synagogach modli się słowami Kol-Nidre, co znaczy: czyje imię nie zostało zapisane w Księdze Życia lub Śmierci podczas Rosz ha-Szana, ten spotka się ze srogim wyrokiem w Jom Kippur, więc i też tego wieczoru głośno wyznaje się swoje grzechy, żałuje za nie, trwożnie oczekując na miłosierną sprawiedliwość Pana. W Biblii Rosz ha-Szana określane jest mianem Święta Trąbek, bowiem dęcie w szofar (róg barani) pobożni Żydzi utożsamiają z przyzywaniem Bożego Miłosierdzia, albowiem tuż po Żydowskim Nowym Roku następują Straszne, gdyż Sądne Dni Pokuty, które łączą Nowy Rok ze Świętem Ekspiacji. I w te „Przedsądne Dni” jakimś osobliwym zrządzeniem, identyfikowanej z symbolem Oka, Bożej Opatrzności rozgrywały się kolejne, z wielu po sobie następujących, epizodów holokaustu. Oto na przykład w mojej rodzimej Wieliczce, 27 sierpnia 1942 roku, jedenaście tysięcy osób spędzono na tutejszy dworzec kolejowy, ów swoisty Umschlagsplatz, w jaki zamieniły się mikroskopijne perony miejscowej stacji. Ciż pokornie stanęli w tasiemcowym szeregu wzdłuż dawnej ulicy Krzyszkowskiej, starsi i chorzy pousiadali wokół cegielnianej glinianki oraz na pobliskich boguckich łąkach niczym w sidła spętane ptaki. Następni wciąż jeszcze dochodzili. Według beznamiętnej relacji historyka z Muzeum Żup Krakowskich: każda taka akcja zaplanowaną została zgodnie z uprzednio (i precyzyjnie) opracowanym planem, dlatego nieistotnym jest, gdzie oraz w którym mieście i kraju miała ona miejsce; zastanawiającym jest tylko fakt, że naziści niemal zawsze wybierali sobie czas w (przed)okresie największych żydowskich świąt. Czas zagłady dla Żydów wielickich (i w ogóle Żydów małopolskich) był czasem sygnowanym przesuszonym, przepalonym latem; sezonem gęstym od spływającego z niebios żaru, tego oka słonecznego barwy miodu i żywicy, źrenicy beznamiętnie bezdusznej obojętnie spoglądającej i na prześladowców, i prześladowanych. Oka, dodajmy, które na pewno nie było dobrotliwym okiem Bożej Opatrzności, ale ciekłą magmą, szklistą monstrualną gałą, lustrującą chociażby przemieniających się w kamienie i w kamienie przeobrażanych, kochanków, jak przedstawił urodzony w Czerniowcach, niemieckojęzyczny oraz kultowy poeta żydowskiego pochodzenia: Żyjesz obok mnie, jak ja: niczym kamień w zapadniętym policzku nocy. Kochana, to usypisko po którym my, obracając się i tocząc my kamienie, Od łożyska do strugi. Coraz krąglejsi. Bardziej podobni. Bardziej obcy. O, oko nieprzytomne, które wokół jak my się błąka i nas niekiedy zdumione w jedności ogląda. (Paul Celan [1920-1970]: „Usypisko” (Die Halde); tłum. własne)) Na pewno los samych Ofiar był losem zbiorowym biblijnego Hioba, który jest w chrześcijaństwie uosobieniem niewinnie cierpiącego Chrystusa, niemniej w judaizmie „Hiob znaczy Hiob”, czyli odpowiada on symbolowi cierpienia i zła; zła, dodajmy, niezbadanego bezdennego, okrutnego, niby tamto rozżarzone słoneczne oko Shoah; zła przypisanego każdej jednostce ludzkiej, bądź odrzucającej ją od Boga, bądź przynaglającej do wpadnięcia w Jego ramiona, napisał w 1980 roku w przedmowie do „Księgi Hioba”( przekład: Czesław Miłosz) Ksiądz Józef Sadzik. Na potwierdzenie powyższych słów posłużę się tutaj trzema, w jakimś sensie zatrącającymi o legendę, przykładami, a mianowicie: w samo Święto Dnia Pierwszych Owoców (naszych Zielonych Świąt) kiedy nie jest odmawiana Modlitwa za Zmarłych (kadisz), naprzeciw Starej Bóżnicy na krakowskim Kazimierzu, w samo południe usłyszeć można rozpaczliwy lament jakby żywcem pogrzebanych. Za to w oktawie Zaduszek, i znowu, w tym samym, samiuteńkim miejscu i o tej samej porze, w powietrzu zaczyna wirować zmaltretowany przymrozkiem liść, który w momencie, gdy opadnie na ziemię zamienia się w stareńką, krasnalkowej postury, kobiecinkę. Jej pomarszczona, podobna do pestki moreli twarzyczka spogląda ślepymi źrenicami; patyczkowate rączyny owijają się szczelnie, przypominającymi zetlałą ścierkę, łachmanami, natomiast z wąskiej, na kształt ust, kreseczki, wydobywa się suchy, rozpaczliwy szloch: „Znikąd pomocy, znikąd pomocy, znikąd pomocy…” Lecz Sądne Dni także niosą ogromną, bo nie potrafiącą nikogo zawieść Nadzieję, ponieważ współczująco solidarny (ze swym wciąż wybranym Narodem) Bóg wciąż mu (Ludowi) okazuje swoje rozjaśnione i jaśniejące Oblicze, jak to uczynił piszącej niniejsze słowa 5 października 2003 roku w samo Święto Jom Kippur.[1] A zaczęło się bardzo prozaicznie: po bezskutecznym ratowaniu „przeplombowanego” zęba, cierpiąca, pomimo Świętej Niedzieli, udałam się do dentysty na ul. Augustiańską. Wysiadłszy z busa na Starowiślnej, przejść musiałam przez Kazimierz. Szłam tak pustymi ulicami, między jednym a drugim deszczem, bezwiednie ewokując ironię zdarzeń, gdy obserwowałam krzątających się wokół swoich, przeważnie z chińską tandetą, sklepików nader zapobiegliwych i równocześnie z siebie niezadowolonych goimów! I wtedy niespodziewanie na zupełnie pustej ulicy spotkałam Rebe. Szedł naprzeciw mnie – niczym wyrosły spod ziemi - wysoki i smukły, około trzydziestoletni, wyjątkowej urody Pan, nader wytworny w tym swoim czarnym, z najprzedniejszego materiału uszytym palcie; wokół szyi zamotany śnieżnie biały jedwabny szal, zaś w lewej ręce – rzecz wyjątkowo charakterystyczna – trzymał nie księgę, ale ZWÓJ. Choć początkowo w majestatycznym Przechodniu dopatrzyłam się turystycznego pątnika, to momentalnie pomyślałam sobie też o Nim jako personifikacji zapowiedzi Proroka Izajasza: Duch Pański spoczywa na mnie / ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, / abym ubogim niósł Dobrą Nowinę, / więźniom głosił wolność, / a niewidomym przejrzenie; (…) abym obwoływał rok łaski od Pana. Wówczas spotkały się nasze oczy. Natomiast kiedy ON prześwietlił do głębi moje jestestwo swymi świetlanie szarobłękitnymi źrenicami i jednocześnie prawą (szczupłą i delikatną) dłonią lekko uniósł rondo swojego cylindra w geście pełnego szacunku, pozdrowienia, znieruchomiałam. Myśl pierwsza: pomylił z którąś ze swych znajomych; myśl druga - TO przecież ON: PAN MÓJ I BÓG, Tożsamy oraz solidarny z WYBRANYM przez Siebie NARODEM, który Go nie przyjął. Mimo to wpierw należy Mu się najpiękniej odkłonić! Nie odkłoniłam (właściwie powinnam była upaść przed Nim na kolana) gdyż pusta i mokra ulica odpowiedziała mi tylko echem mych własnych kroków. Nikt mnie nie mijał, nie nadchodził, nie przeszedł ani nie przechodził. W domu spojrzawszy na Oblicze Człowieka z Całunu Turyńskiego, upewniłam się KOGO podczas Dnia Pojednania spotkałam w prastarej żydowskiej dzielnicy Kazimierz królewskiego Miasta Krakowa. I znowu przypomniały mi się już nie tyle słowa Micheasza, co słowa Jana Pawła II, wypowiedziane jesienią 1980 roku w Moguncji podczas papieskiej pielgrzymki do Republiki Federalnej Niemiec: „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm”: Szema Israel, Adonaj Elochenu, Adonaj Ehad! II. Czaszka Znaleziono ją podczas remontu jednego z bloków na wielickim osiedlu Boża Wola, pierwotnie imienia Aleksandra Zawadzkiego[2] jako że pobudowano je w dobie radośnie realnego socjalizmu, aby dopiero po roku 1990 powrócić do wcześniejszej nazwy ulicy i tym samym do miana, zwanego osiedlem, zespołu siedmiu jednopiętrowych domów wielorodzinnych sąsiadujących czy nawet stojących w pobliżu byłego szybu o identycznej, co dawniej ulica, nazwie. Gdyby nie nadmierne zagęszczenie mieszkań można by określić je „elitarnym”. Położone w tarasowato wznoszącej się kotlinie, zewsząd otulone zielenią jeszcze do tej pory przypomina nieco zapomniane miasteczko z pogodnych snów, w których zawsze z wielką radością spotyka się naszych wszystkich drogich Zmarłych... Lecz idylliczność opisanego miejsca bynajmniej nie szła w parze z panującą tam atmosferą sąsiedzkich kontaktów. Zwłaszcza pod tym numerem, gdzie natrafiono na nią podczas osuszania permanentnie zalewanych piwnic. Relacjonujący to zdarzenie, Administrator wymienionego osiedla niemal rwał sobie resztki ze swej i tak nader mizernej czupryny. Bo oto w związku z tym makabrycznym odkryciem, prawie pod koniec bardzo mokrego listopada, wciąż fundamenty odsłonięte oraz awanturujący się ze wszystkimi i o wszystko lokatorzy, na korytarzach wszechobecny mokry brud i wreszcie ta - zatrącająca o kryminał – niespodzianka. Kiedy jako członek Zarządu mojej Wspólnoty Mieszkaniowej wysłuchawszy tego, co miał mi do zakomunikowania Pan Administrator (przy okazji podpisywania mu naszych wszystkich koniecznych do realizacji świstków i czeków) i równocześnie pomna na własną dziennikarsko publicystyczną przeszłość, postawiłam Panu inżynierowi parę – już po trosze przeze mnie zapomnianych - reporterskich pytań typu: położenia czaszki, bo jeżeli zwrócona oczodołami do fasady, czyli umownego wejścia do domostwa, to nie może być mowy o jakimś zatajonym morderstwie, ale posiada ścisły związek z czarną magią. Po drugie: czy przypadkiem w pechowym bloku nie wybuchają ni stąd ni zowąd karczemne kłótnie lub inne konflikty? Pytanie trzecie dotyczyło zdrowotności mieszkańców feralnego budynku oraz częstotliwości i rodzajów śmierci byłych (pod)najemców. Żeby wszak oszczędzić Panu Administratorowi niepotrzebnego wytrzeszczu oczu (ze zdumienia i niedowierzania) jako że on z Wieliczki nie pochodzi, opowiedziałam mu pokrótce historię jego seryjnego miejsca pracy. „Bolszewickim” względnie „(zd)radzieckim” określał mój Tata „Zawadzkiego”. I to „Zawadzkiego” naprawdę, ponieważ całkiem niedawno na tym około szybowym siedlisku kołysało się zboże i jedynie wznosząca się pod górkę (na poły wiejska) ulica wzięła swoją nazwę od nieczynnego szybu „Boża Wola”. Budowane osiedle dopiero czekało na patrona. Niemniej, gdyby status owego honorowego (zależy dla kogo) opiekuna starać się przełożyć na przekonania jego mieszkańców, to towarzysz Zawadzki przynajmniej połowę z nich zaraz by zesłał na resocjalizację. Tata jednak o tym wówczas nie wiedział. Oczywiście oprócz wymienionych lokatorów o nie zawsze prostych i bezpiecznych życiorysach, znaleźli się też inni, gminno-miejskiej proweniencji politrucy, przed którymi należało mieć się na baczności. I to przypuszczalnie przez któregoś z nich, ktoś mściwie złośliwy zakopał pod stojącym na mokrzyźnie blokiem tę nieszczęsną czaszkę. Bo gdy odwołamy się do staropolskich przesądów i zabobonów, to wśród nich znanym powszechnie było zadawanie czarów polegające na przykład na tym, że pod progami domów inkryminowanych osób zakopywano rozmaite paskudztwa[3]. Zdarzało się wszak, iż zeznania torturowanych czarownic nie były jedynie czystą fantazją: protokolant skrzętnie notował, iż zgodnie ze wskazówkami urocznej baby, pod rozgrzebaną ziemię znajdowano czary, z których środkiem najstraszliwszym był tak zwany kobyli łeb (czaszka końska) czasem cielaka[4]. Z pewnością w sytuacjach ówczesnych ludzka czaszka stanowiła skarb nie do ocenienia, zaś dla erygowanego osiedla im. Aleksandra Zawadzkiego przedmiot ów, mało że (bez)cenny, to dodatkowo był wtedy stosunkowo łatwy do pozyskania. Łatwy dlatego, gdyż niedaleko szybu Boża Wola, wzdłuż ulicy Sandrowskiej znajdowało się tak zwane getto, informowała w 1992 roku Pani Celina Tadanier uściślając topografię moich cyklicznie sennych koszmarów[5]. A że czaszka nie bibelot, więc i ten do kogo ona należała miał pełne prawo by domagać się od następnych pokoleń modlitewnej (dla siebie) pamięci. Zwłaszcza od (przypadkowych) znalazców swego cielesnego szczątka. Wobec niniejszego, po długiej oraz nieprzespanej nocy, w dniu następnym pomaszerowałam do mojego Księdza Proboszcza. Opowiedziałam co miałam do opowiedzenia, po czym zapytałam Monsignore jak należy sformułować mszalną intencję. W 36 godzin po odprawionej za niego wieczornej Mszy Świętej w parafialnym kościele św. Klemensa Papieża i Męczennika, nad ranem przystanął przede mną z lękliwie nieśmiałym uśmiechem. I stał tak przez chwilę w trudnym do opisania perłowo srebrnym, emanującym łagodnym ciepłem Świetle. Za nim – niczym promienna fototapeta – ściana migotliwie liściastej zieleni. Ubrany w jasno popielate ubranie z jedwabistej popeliny, przez prawe ramię przerzucona marynarka, u idealnie białej koszuli podwinięte rękawy. Leciutki zapach wody kolońskiej No 4711. Krępy. Przysadziście niskawy. Miły ryżawy blondas o różowej karnacji prosiaczka z cukru. Powiedział, że jest lekarzem (dokładniej: „doktorem [zapewne wszech]nauk medycznych”). Mieszkał na Podgórzu, w narożnej kamienicy u zbiegu ulic Limanowskiego i Lwowskiej. Pojawił się w Wieliczce z początkiem lipca 1942, bowiem – podobnie jak inni jego towarzysze współniedoli - naiwnie sądził, że tu może być ciut bezpieczniej.[6] Zastrzelił go bez powodu wychodzący z budynku Straży Pożarnej esesman w pochmurnie ciepłe lipcowe, niedzielne przedpołudnie. Doktor w chwili śmierci liczył lat 45. Konwojowana przez Policję - błogosławionej (czy może bardziej, gdyż za staraniem wierzącej i praktykującej katoliczki - świętej pamięci) czaszka Doktora znalazła się w Zakładzie Medycyny Sądowej krakowskiej Akademii Medycznej. Po przeprowadzeniu stosownych analiz ustalono, iż pochodzi ona z okresu drugiej wojny światowej i należy do mężczyzny w średnim wieku. Szczęśliwie też zakończył się remont w pechowym bloku. Nawet uspokoili się swarliwi sąsiedzi. [1] Powyższą historię, jedynie w nieco zmienionej wersji opisałam – w wysłanym do „Dziennika Polskiego – wspomnieniu 3 maja 2009 roku. Treść wszelako pozostaje ta sama, zaś wspomnienie nosi tytuł „Najważniejszy dzień w moim życiu”. [2] Lata życia: 1899-1964; działacz komunistyczny. W PRL-u wpierw wicepremier, później (do śmierci) Przewodniczący Rady Państwa. [3] Zob.: Bohdan Baranowski: Życie codzienne małego miasteczka w XVII i XVIII wieku. Warszawa 1975. – s. 230 - 231 [4] j.w. [5] A. Birecka: „Druga jesień” – Refleksje o pamiętnym 27 sierpnia Anno Domini 1942w dawnym galicyjskim mieście Wieliczce… W: „Echo Krakowa” nr 176 z 8. 09. 1992. – s. 9 [6] Pisze Stanisław Gawęda w artykule „Wieliczka pod okupacją niemiecką” (W: „Wieliczka – dzieje miasta”). Kraków 1990. – s.257: „Od końca 1940 roku zaczęli przybywać do Wieliczki masowo Żydzi z Krakowa, by nie dostać się do organizowanego tam getta, w związku z czym liczba ich stale wzrastała, przekraczając w lipcu 1942 r. 8000 osób”.
  6. Hej, mam pytanie i w zasadzie prośbę. Czy wie ktoś co Różewicz pisał o codzienności w swoich wierszach? Na razie wiem tylko, że "Walentynki" odnoszą się do codzienności współczesnej, ale jakieś inne wiersze o codzienności? Z czasu wojny, po wojnie, w XX wieku? Błagam o pomoc.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności