Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki


Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'religia' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 10 wyników

  1. Kruszeją ściany, łaszą się ściany Do stóp, w bluszcze się odziewając, Ciemnieje Księżyc, w słońce przybrany, Obłoki z niebios spełzają I śliskie od deszczu, od płaczu śliskie Ich poszarzałe kończyny, Jakby opary nad uroczyskiem, Nie dar dla ludzkiej rodziny. Bukiecą się gwiazdy niedopłakane Gotowe zsiąść z firmamentu, Czyż to nie smutek, odległy Panie, Szloch zduszony w ręku? Czy to nie źrenic ślepych, złowróżbnych Toń czarna, chociaż nie wroga, Klnie skrzydła aniołów na wieki posłusznych Milczącym rozkazom Boga? Westchnieniem pieścim podnóża tronu Nie odnajdziem już domu Posoka spływa spomiędzy szponów Niemilim naprawdę nikomu Gdybyś, o Antaresie szalony Jak siostra Twa, Sol, nabrzmiał lśnieniem I chwałą swą oblał ziemskie kaniony I wyrwał z rąk starczych marzenie Szaleńca, co wszystko przećmiewa Sam przezrocza skrywając Dłonią, której nie znam Jednością wyście, skłóceni By krew spijać, co w gleby wsiąka Ty, strzegąc strwożonych źrenic, I Ty, co się po ziemi błąkasz Ten ledwie robactwem mnie nazwał, Już wysławia motyle, Ten ledwie kobiece dał łono, Już pyta prześmiewczo: Ile? Ten łka, aż się czerń zazieleni, Choć pewno nie ze smutku, Ten w sierpie księżyca utkwił swe zęby, Omgli mię pomalutku. Kimżeś był, z pyłów gwiezdnych Zrodzon, artysto światła? Enigmo, kto Twemu łonu Pocałunki skradał? Dlaczego, otworzywszy powieki, Zamknąłem się w Tobie na wieki? Ja, niewolnica, ja, w zastaw oddany Ja, gorszy od bomb, rozdygotany Ja, klątwa i błogosławieństwo zarazem Ja, źródło podłości, co niesie ekstazę Ja, który widzi tak wiele, że wcale Ja, tak samotny, że szepcę stale Ja, z cieniem walczę, przed blaskiem uciekam Ja, określ inaczej niźli człowieka. Na próżno wsparty rozumem, Ja, Boże, cię kochać nie umiem.
  2. Odkąd pamiętam, było ich siedem. Siedem dni tygodnia, siódemka w dacie urodzenia, i one, siedem dziewuszek pod oknem mojej zniszczonej kamienicy. Każda taka sama, a jednak inna od poprzedniej. Czarne sukienki, czerwone buciki, białe buźki. Bawią się, przerywając wcześniej splecione nici, a ich śmiech echem odbija się od nieszczelnych okien. Przyglądam się im, spojrzeć chcę w oczy. Wiem, że nie powinnam, jednak silnej woli nigdy nie miałam. Pierwsza z nich stała z daleka, odsunięta z głową dumnie ku górze zadartą. Na wieży z gruzu ułożonej, w dłoniach czerwone jabłko trzymała. Pulchna buzia, spojrzała w moją stronę, białe oczy wiercą dziurę w brzuchu, sine usta odsłaniają zgniłe zęby, znów słyszę ten nieznośny głos w głowie. „Jak one mogą na mnie patrzeć tym zachłannym wzrokiem? Przecież to ja na wieży stoję, to ja ponad bogiem jestem. Więc jak śmiesz patrzeć na mnie?” Podeszła do niej kolejna, wyrywając z jej pulchnych dłoni czerwone jabłko. „Czerwone jak krew, lśniące jak kamień najszlachetniejszy. Jak się o niego pokusić nie mogę, nie tylko ja się oprzeć nie mogę. Chce je mieć, nieważne, że nie moje.” Następna zagarnęła jabłko w swe dłonie, jednak przerażenia krzyk wydobył się z jej brudnych sinych ust. Czegoż się tak wystraszyła? Co wzbudził strach w tej maszkarze? „Czuję się taka brudna, taka nieczysta. Moje brudne myśli, w głowie mi szumią. A ja sama się ich wyzbyć nie mogę. Jak mam żyć w takim brudzie?” I tak kończąc monolog w mej głowie, jabłko trafiło do następnej. Ta z nienawiścią popatrzyła na resztę. Jej białe gałki jak małe lusterka odbijały pulchne twarze innych. „Każda z nich trzymać je mogła przede mną. Dlaczego dopiero jako czwarta trzymać je mogę? Wszak to ja prawdziwym stworzeniem ludzkości jestem. To ode mnie wszystko się zaczyna i na mnie się kończy.” Piąta z nich odebrała jej czerwony owoc a zgniła paszcza pochłonęła jego część. „Tak bardzo bym chciała je całe. Tak bardzo jestem głodna. Chce je zjeść w całości. Jak twoją drobną duszyczkę.” I szósta przechwyciła jabłko. Spojrzała na mnie, jednak w jej oczach nie było nic więcej, jak tylko gniew, srogi, wielki gniew. Ogień z jej dłoni zaczął bić, a usta krwią się zalały. I znów krzyk nieznośny w mojej głowie słyszę. Drzwi mojego pokoju otworzyły się gwałtownym hukiem. A ja będąc bez władzy, wiatrowi pozwoliłam się wynieść, wprost na podwórze. Prosto w ich zapleśniałe paszcze. Ich wzrok pożerał mnie. Chcę zawrócić, chcę znów być w mojej zniszczonej kamienicy. Co jeśli ją odbuduję? Czy one znikną? Czy zostawią mnie? Nie zdążyłam zrobić kroku w tył a zobaczyłam siódmą z nich. Leniwym, wolnym krokiem zmierzała ku mojej osobie. A moje oczy zaszły łzami, to ból nie do opisania. Tak strasznie boli, kiedy wiesz, że w oczy patrzeć nie możesz. „Przestań udawać. Twoja pracowitość nie istnieje. Ja tylko ważna jestem. Ja prawdziwe szczęście przynoszę. Ja dam ci wszystko. Tylko zostaw swoją kamienicę. Te cegły długo nie wytrzymają, ja wytrzymam dłużej. Więc zostaw to wszystko. Spójrz w me oczy.” Nie chcę patrzeć! Nie chcę dłużej słuchać! Ich głosy mieszają się. Ja się mieszam. Już nie wiem, kim jestem, nie wiem kim byłam. Chcę się cofnąć, chcę wrócić. Ratunek jeszcze jest. Ja nie chcę dłużej ślepo iść podążając zamglonym wzrokiem za nimi. Nie potrzebuję ich! Nie, nigdy więcej! Zrobiłam krok w tył. Wtedy poczułam pulchną dłoń, na moim poranionym nadgarstku. „Dobrze wiesz, że z nami ból znika. Więc nie bój się i spójrz w oczy” Podniosłam głowę, nieświadoma tego, co robię. Siedem par oczu wpatrzone we mnie. Oblizują swoje sine wargi, krwią ubrudzone. Ich oczy świecą jak małe perły. A z moich płyną szczere łzy. Tak bardzo siebie żałuję. Czuję jak małe rączki łapią każdy kawałek mojej skóry, rozrywają mnie na małe części. Czuję, jak każdy kawałek mnie ląduje w ich pełnych żołądkach. Czuję, jak moja kamienica rozpada się na cegiełki. Już jej nie odbuduję, już nie zasiądę przy oknie. Już żadna łza z tych oczu biednych nie popłynie. Z twoich też nie. Więc uważaj komu w oczy spoglądasz. Bo twój los, przesądzony zostanie. Nie pozwól sobie na spotkanie z nimi. Bo twoja dusza mleczną drogą nie popłynie. Autor: ViVia Lera
  3. Samotnikai

    Ecce Homo

    Gwiezdny Bracie śpiący na Wielkim Dachu Z kryształem w głowie i szmatą na ramieniu, Co mądrości w księgach nie szukasz, A w najzwyklejszym odnajdujesz kamieniu. Szepnij do wiatru świadomości, Niech zatrzęsie liśćmi mego ducha I rozwieje wszystko co dotąd Tak lekko trafiało do ucha. Niech kurz kłamstwa osiądzie Na tej korzennej cytadeli, Na kłódkę liter zamkniętej, Uwikłanej paragrafem topieli. I otworzę ołtarzom wrota, Kozioł tutaj mnie zastanie, Nim symbolami pluć pocznie, Zadam wtedy jemu pytanie: Kim jest? Jak nie pustką między cząsteczkami... Kim? Jeśli nie długiej ewolucji epokami... No kim? Jeżeli nie marnymi świata strzępkami... Pentagram krzyży mi rysujesz, Sam już nie wiesz, czy jesteś sobą! Stań się więc mną pasterzu, Jak ja już dawno stałem się Tobą. Kai, 2014 r.
  4. Pomoże trzecie oko złożyć trzy boki trójkąta? Igła w kółko się krząta; wskazał obłoki mój kompas? Pewnie to mrzonka, wszak przyciąga nas twardy grunt Biblia czy Darwin; nie chcemy być jak larwy tu Szukając między gwiazdy dróg ludzie się nie poddali Wciąż szukamy w oddali podwalin bo krain takich jak ta musi być przynajmniej garść Toczymy na Ziemi wojny, lecz nas nie przygarnie Mars Mamy marzenia, ale cechuje je przekora Nie trapi nas lepsze jutro- chcemy wspomnieć lepsze wczoraj Chcemy się nie przejmować, lecz jesteśmy zatroskani gdy najmniejsza bzdura urasta do makroskali Jednak nie wierzę, nie, że nie ma dla nas happy end'u Wyjdą pierwsi ślepi z błędu wprost z ciemności epicentrum Raz słońce raz deszcz tu; każdy wie o tym wzorcu znanym słońce przebija chmury, lecz są i na Słońcu plamy.. Słowo wyjaśnienia: Nie jestem poetą, w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jestem... *khe,khe* raperem *khe*. Przedstawiony "wiersz", jest właściwie ostatnią zwrotką utworu pt. "Między Wymiarami", mojego autorstwa. Wrzucam ją tutaj... z ciekawości :p Chętnie poznam opinię grona poetyckiego, ponieważ wszystko co napisałem, było związane z muzyką rap. Docenienę każdy feedback (światowe słowo nie?). Miłego!
  5. Konduita Pani rozmawiała z Panem o polityce – „obeznana” Z Państwem o seksie – „doświadczona” Z Paniami o religii – „wierząca” Z Panami o miłości – "kochanka" Z nimi wspólnie będąc w grupie, zamilkła.
  6. Szarość, codzienny, zwyczajny dzień. Ponowna katastrofa - podobno naturalna. Upadek wielkiej metropolii, wybuch wulkanu Żądzy i pragnień. Momentalnie zamknięty rozdział. Rozpoczęty nowy wśród jęku - gdzie Ty jesteś? Życie me zawierzone Tobie i skazane na pastwę Losu - czyżby tylko zwykłego bożka? Gdzie mój Anioł Stróż, który miał mnie ochraniać. Upadek tak wielki jak Niosącego Światło; Twe ukochane dziecko zasiadło na tronie Królestwa Ciemności - Ciemności Duszy. Sromotna klęska naśladowcy Sługi. Jaki jest sens Powstania - zaraz się stoczę Jak Syzyf ze swoim życiowym bagażem. Ale czuję - kładziesz swoją rękę na moim ramieniu. Cierpisz ze mną, gdy przykrywa mnie warstwa lawy. Nie rozumiem, nie widzę sensu. Czemu przybyłeś Do zdradliwego dziecka? Nie nauczyłeś się na swoich błędach. Wracaj skąd przyszedłeś, do swoich luksusów. Uciekaj stąd, nie chcę Ciebie w moich problemach. To moja decyzja, jestem tu dzięki sobie. Jestem dorosła, nie będziesz mnie oceniał. Słyszę Twój krzyk cierpienia, swojego już nie czuję. Jedynie Twój palec wskazujący na przebłysk Światła.
  7. BRONKU nasz, ktorys jest z nieba Ty wchodzisz w galdlo moje jako we dnie tak i w nocy Piwa naszego powszedniego daj nam dzisiaj Jedno marzenie BRONKU Wszechmocny ‘’zeby byl we wsi sklep ‘calonocny’ Bo nie pomoze nawet Maryja Kiedy jest susza z.. twarzy..:-) Mozesz sobie wyobrazic I nie wodz nas na abstynencje Ale nass zbaw od tego Prosimy w imie piwa jasnego Dzisusa krystalicznego I zaden z tych zwanych swietych Nie moze byc pominiety.. Zdrowie wasze.. Am men
  8. Wygodnie nam W domach Budujemy ołtarze Dla jezusa Dla buddy Dla szatana, hitlera Potem zakładamy garnitury Idziemy do pracy I podajemy sobie ręce Wspólnie klękamy przed najwyższym z bożków
  9. stonoga biegnie wzdłuż stu dróg, każdą nogą w innym kierunku. oto owadzia schizofrenia, jaźni rozdwojenie, rozsetnienie. cierniowa korona – a z niej sto cierni powbijanych w jezusową skroń; w głowie Pinokia zaś sto drzazg. obaj uczą się człowieczeństwa – – Bóg i Drewno. drewniane kościoły pachną pleśnią i zbawieniem. za dużo rozbieżności w tych moich słowach. obrazy nakładają się jeden na drugi, a jest ich w sumie setka. niełatwo przychodzi opisywanie stu dróg. a wszystkie prowadzą do Boga. trzeba uważać, żeby na bezdroże nie wstąpić; stamtąd rozpływają się drogowskazy, a pierwszy znika horyzont. człowiek ma tylko dwie nogi i dostępna jest mu tyko jedna droga spośród wszystkich stu – – bo drugą nogą zawsze może wejść na bezdroże. dalej: dwoje oczu, by wypatrywać straconych dróg linie. czasem tylko ślepnie… wtedy ratuje go sumienie, które prowadzi i niesie z powrotem. bezdroże jest studnią – – niejeden człowiek już setny dzień w niej spędza i nie ma siły, by demony od siebie wypędzać. cisza i pustka: i tak sobie myślę: stonogom najdalej jest od potępienia.
  10. Do: Przez deszcze jesień na zielonym rauszu - Jedynie spomarańczowiał mój ciepły szalik W: Patrzę na Matkę czarnolicą Królową skąd - dokądkolwiek gdziekolwiek waćpanna mądra znów płonę oliwnym kagankiem zawsze gdy jestem Jej potrzebna Patrzę na krzyż Słońce gwiazdy omdlewają przerażony (pół)księżyc Ciemnieje oblicze Skazańca - umiera Bóg Jeszcze broczy gula pod lewym okiem Płaczą rzewnie aniołowie - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - i ja Z: Igłami sosnowych borów świecąc - błękitnieje wiatr - wśród obłoków pożarem zachodu
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności