Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'opuszczenie' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 2 wyniki

  1. Opieram głowę na oparciu siedzenia, ściskając w dłoniach pożółkły ze starości list. Za oknem ogrom błękitnego nieba i zielone równiny z czarną kreską dalekiego lasu. Ostre promienie słońca wpadają pod kątem do pustego przedziału rozkołysanego wagonu, tworząc na jego podłodze przekrzywiony prostokąt. Na tle nieruchomych, białych obłoków uciekają coraz szybciej pobliskie drzewa, trakcyjne słupy… Jednostajny stukot kół: tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk… –– bijące, żelazne serce, upływający czas… Trzymam wciąż na kolanach list. Został nadany sześćdziesiąt cztery lata temu, teraz ― w poplamionej i podeptanej przez ludzi kopercie, z odklejonym częściowo znaczkiem z wizerunkiem stojącego pioniera. Podparty pod bok, dmie dumnie w uniesioną wysoko złotą trąbkę z czerwonym proporcem. Drżą mi za każdym razem palce, kiedy delikatnie rozwijam złożony na czworo, poprzecierany papier, aby odczytać po raz kolejny końcowe, napisane cyrylicą słowa: Twoja na zawsze, Nadieżda Leningrad, 18 września, 1954 roku Nie ma nikogo. Migają słoneczne refleksy… W cichym furkocie powiewających zasłon trzaskają nieustannie drzwi, jakby robiły to widma umarłych dawno ludzi o zatartych, zapomnianych już twarzach, które wychodząc z nicości, przechodzą nieświadomie przez świat żywych, by znowu rozpłynąć się w nieistnieniu… Dobiegające z pokładów przeszłości pogwary rozmów, dziecięce śmiechy i uprzejmy głos proszącego o okazanie biletów starszego konduktora, giną wówczas w szumie zapętlonego dziwnie czasu… Pulsuje mi w uszach krew. Gdzie ja jestem? Nie wiem. Jestem sam… Za oknem monotonia pędzącego krajobrazu. Jaskrawe promienie słońca padają z ukosa. Na rozległych, falujących trawach cienie pojedynczych chmur… Wybudza mnie z odrętwienia cichy brzęk toczącej się po korytarzu pustej butelki po alkoholu. Nieruchomieje… Wraca… Padający na nią jaskrawy refleks rozświetla gładką powierzchnię, nadaje blasku i lśni… Jestem sam w tej ciszy, w której znowu słychać niewyraźne, dobiegające z głębokiej otchłani głosy i szepty uśmiechniętych ludzi, i ― przygaszony, kobiecy płacz… Zamykam senne powieki… Widzę rozfalowaną powierzchnię Newy, stado białych, krzyczących przejmująco mew, lecących za płynącym powoli rybackim kutrem… Poprawiasz w jesiennym wietrze wełniany szal i szarą chustkę na głowie. Wychylona w kierunku wody i oparta o żelazną balustradę, chcesz coś jakby koniecznie dostrzec, coś, co zdążyło już odpłynąć, znikając w srebrzystym, wezbranym nurcie… Samotna, z rękami w kieszeniach czarnego płaszcza, wśród szeleszczących, opadłych liści… Opuchniętymi, zaczerwienionymi od płaczu oczami spoglądasz w spieniony odmęt płynącej wody, lecz ― nie ronisz już łez. Zachodzące słońce przenika nieśmiało przez szczeliny sinych obłoków. Odchodzisz powoli, przesuwając dłonią po chłodnej poręczy. Nikniesz w przymglonym półmroku nadchodzącego zmierzchu… Czy ciebie zastanę w tym samym miejscu po tylu latach? Jestem u kresu podróży. Słońce coraz bardziej chyli się ku zachodowi. Drzewa wydłużają swoje cienie… Pusta butelka po alkoholu…, która to już? ― nie wiem… Nadciąga mrok, niepewność i strach, jesienny chłód sunących po nieboskłonie obłoków z obrzmiałymi, sinymi wargami. Poruszają nimi, coś do mnie mówią, coś szepczą, jednak nie słyszę zbyt wiele, ponieważ zagłusza je narastający pisk hamowania i szmer ostrych, gorączkowych majaków… Gwiazdy drgają i migoczą, nikną w grubej otulinie chmur, by wystrzelić w jakiejś szczelinie i znowu, i znowu, i wciąż… Nie ― to nie gwiazdy, to wirują przede mną drobinki kurzu, wzruszane niespokojnym oddechem i podmuchem poruszanych nerwowo rąk, którymi odganiam coraz bardziej złowieszcze, nacierające zewsząd, jak czarne, natrętne muchy ― zwidy i mary… Coraz bardziej gęstnieje mrok. W gasnących resztkach zachodzącego słońca odbija się w szybie moja zniszczona twarz. Uchylam okno, wpuszczając zapach kolejowych podkładów i apteczną woń dalekich, wilgotnych pól… Już blisko… Metaliczny zgrzyt rozjazdów, krótkie szarpnięcie… Pustka dworcowej hali… Staję na peronie ze ściśniętym w dłoni, pożółkłym ze starości listem… Jestem… (Włodzimierz Zastawniak, czerwiec 2018)
  2. Wziąłem karabin do ręki Wsłuchując się w swoją duszę Martwych ludzi słyszałem jęki Widziałem tych ludzi katusze Dzisiaj po twojej śmierci Katusze cierpię za ciebie Myślałem, że dozyjesz stuleci A płaczę na twoim pogrzebie Jak mam się podnieść po tobie Przecież dzięki tobie się podniosłem Mam ogromny mętlik w głowie Znów się gubię pod spalonym mostem
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności