Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'opowiadanie' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 11 wyników

  1. Już po pierwszych, charakterystycznych dźwiękach gitary, z łatwością można rozpoznać wykonawcę oraz tytuł tego utworu. Słynne "Daj mi siłę" rozbrzmiewa właśnie z niewielkiego radio-budzika marki Thomson, przybrudzonego lekko, z białym plastrem przyklejonym w miejscu, gdzie wychodzi kabel. Stacja radiowa External zwykła nadawać po północy na przemian to polskie, to zagraniczne kawałki, przy czym skupia się na repertuarze z lat 80. i wczesnych lat 90. Przez rytmiczne takty piosenki przebija się uporczywe brzęczenie lampy, która jako jedyna rozjaśnia pomieszczenie. Podłączona do tego samego gniazdka co radio, daje szeroki, mleczny strumień światła, wystarczający do oświetlenia nas obu. Siedzimy en face - on w obszernym, zielonym fotelu, ustawionym przy ścianie naprzeciwko okna, ja na drewnianym krześle z niewygodnym oparciem, którego materiałowe obicie, nosi ślady przypalenia papierosami. Obrazu wnętrza pokoju dopełnia łóżko, ustawiony na małej półeczce pod sufitem telewizor, szafa na ubrania, oraz niewielki stół, usytuowany teraz między nami. W pokoju jest też przyciasna łazienka ze standardowym wyposażeniem. Aleks, mój gość, przez całe swoje życie przywykł zapewne do bardziej ekskluzywnych hoteli niż ten, w którym obecnie się znajdujemy. Przywykł też do bardziej zacnego towarzystwa, aniżeli moja osoba. Niemniej, nie widać jak na razie po nim żadnych oznak zniechęcenia. Poznaliśmy się w wieku siedmiu lat w szkole podstawowej, gdzie Aleks i ja rozpoczęliśmy naukę w równoległych klasach. Po paru miesiącach reprezentowaliśmy już barwy tego samego klubu, choć właściwie była to szkółka tenisa ziemnego, bez zawodników w kategorii wiekowej seniorów. Osiem lat później udało nam się pomyślnie przebrnąć przez egzaminy wstępne do jedynego liceum o profilu sportowym w Gorzowie, skazując się w ten sposób na kolejne cztery lata przebywania ze sobą - do późnych godzin popołudniowych w gmachu szkoły, wieczorami na treningach w klubie TS Sokół, który był kolejnym przystankiem w naszych kwitnących karierach sportowców, po okresie terminowania w wyżej wymienionej szkółce. Do tego wszystkiego należy dodać również wspólne egzystowanie na zgrupowaniach młodzieżowych reprezentacji województwa, a następnie wyjazdy zagraniczne z juniorskimi reprezentacjami Polski. Wszystkie zdjęcia z tego okresu, na których jestem ja, a nie ma na nich Aleksa, należą do zdecydowanej mniejszości. Drzemie teraz, rozpostarty w fotelu. Jego głowa przechylona lekko na prawą stronę. Z ust cieknie mu cienka strużka śliny, oddycha głośno przez nos. Nie będę go jeszcze budził. Niech poleci jeszcze jedna piosenka, może dwie. Dzisiejszego wieczora spotkaliśmy się pierwszy raz po ponad siedmiu latach braku jakiekolwiek kontaktu i być może nie będzie nam to już dane. Ale zdążę mu jeszcze wszystko powiedzieć, na pewno cierpliwie mnie wysłucha. Do pewnego momentu w życiu szliśmy, jak to się mówi, "łeb w łeb". Osiągaliśmy wyniki sportowe na podobnym poziomie, podrywaliśmy równie atrakcyjne dziewczyny, mierzyliśmy się z tymi samymi problemami, przerabialiśmy identyczne mody i pasje. Po pewnym czasie zaczęło się to wszystko jakoś rozjeżdżać. Aleks coraz bardziej przyśpieszał, a ja zostawałem w tyle. Z perspektywy lat zastanawiam się czy, ten nasz początkowo równy bieg przez życie, nie był tylko ułudą. Czyż od samego początku nie byłem skazany na to, że nie będę w stanie dotrzymać kroku tej rozpędzonej ludzkiej maszynie? On, jedynak, urodzony w zamożnej rodzinie ze znanym powszechnie nazwiskiem, dorastał w tradycji wygrywania i zdobywania. Od najmłodszych lat, z wrodzonym poczuciem własnej wartości, a chwilami wręcz bezczelności, pokonywał kolejne przeszkody, nie pocąc się przy tym zanadto. Wygląda jak zwykle świetnie. Ubrany w markowy, cienki błękitny sweter, dopasowany idealnie do jego umięśnionej sylwetki. Do tego modne, obcisłe jeansowe spodnie 7/8 i zamszowe półbuty w jasno-brązowym kolorze. Na lewej ręce zegarek Tissot, z czarnym skórzanym paskiem i kopertą ze stali szlachetnej. Ten styl do niego pasuje, wszystko tu ze sobą współgra. Na stoliku widać jeszcze parę kropel whisky, którą Aleks niezdarnie rozlewał do szklanek podczas dzisiejszego wieczoru. Zawsze miał mocną głowę, lecz dzisiaj ululał się do snu szybciej, niż się tego spodziewałem. Śpi już tutaj ponad dwie godziny. Cóż, trochę mu w tym pomogłem. Przez te wszystkie lata, odkąd nasze drogi się rozeszły, śledziłem na bieżąco w prasie i w sieci artykuły na temat Aleksa, czytałem udzielone przez niego wywiady, oglądałem w telewizji reklamy i programy rozrywkowe z jego udziałem. Obserwowałem też większość transmisji z jego meczów, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, bym mu kibicował. Ma status gwiazdy, potrafił się w tym świecie doskonale odnaleźć, choć naturalnie naszym rodzimym tuzom show-biznesu daleko jest do światowych sław. I wygląda jak gwiazda. Czy to na wątpliwej jakości fotkach z okresu lat szkolnych, czy na upozowanych zdjęciach z okładki "Vivy", czy uwieczniony przez fotoreportera podczas walki sportowej, prezentuje się doprawdy imponująco. Kiedy akurat jest gładko ogolony, uwydatnia to jego uroczy dla kobiet dołek w brodzie i kości policzkowe jak u modela. Parodniowy zarost dodaje mu jeszcze większego seksapilu. Miał czas, gdy zapuścił dłuższą brodę. Nie każdy może sobie na nią pozwolić - zbyt rzadka szczecina lub niekorzystny kształt twarzy wywołują efekt odwrotny do zamierzonego. Aleks, swoim bujnym owłosieniem twarzy, zadawał szyku. Żadnych oznak łysienia, idealna linia włosów na czole, kształtna czaszka, sprzyjały mu w wyborze z całej palety fryzur. Zarówno równo przycięte, ułożone z pieczołowitością, jak i pozostawione same sobie, z punkową niedbałością, gęste włosy Aleksa, olśniłyby zapewne każde audytorium. Do tego gładka, zawsze opalona skóra, na której nie uświadczysz nigdy żadnych pryszczy, blizn ani egzem. Bez dwóch zdań - nawet po paru nieprzespanych nocach, naznaczonych walką z jakąś okrutną chorobą, Aleks nadal zachowałby swój unikalny urok. Czuję lekki głód. Może powinienem jeszcze coś zjeść, zanim go obudzę. Został mi, co prawda, jeszcze solidny kawał chleba i paczka kabanosów. Niestety, w tym podłym sopockim hoteliku, pokoje nie są wyposażone w lodówkę, więc trzymam żarcie w szufladzie szafy. Teraz więc, perspektywa pochłaniania pewnie już obślizgłych, leżących tu półtora dnia kabanosów, nie wydaje mi się zachęcająca. Trudno, wytrzymam. Zawsze był o parę długości przed innymi. Rozliczne biznesy jego ojca prosperowały dobrze, a więc warunki w jakich dojrzewał Aleks, były niewspółmiernie lepsze, aniżeli lwiej części jego rówieśników. W pierwszej połowie lat 90 luksusy, będące już normą na zachodzie, dopiero się u nas upowszechniały. Kto jako pierwszy w szkole miał komputer z najnowszymi i najlepszymi grami?, kto miał najwięcej modeli klocków Lego?, kto zainicjował na przerwach zwyczaj chodzenia w słuchawkach, z walkmanem w kieszeni spodni? W kolejnych latach szkolnych, jego lepsza sytuacja materialna, akcentowana była poprzez markowe ubrania, coraz to nowsze elektroniczne gadżety a przede wszystkim przez czerwone Audi, które posiadł na rok przed maturą. Był już wtedy bardzo obyty w świecie. Każde niemal wakacje spędzał na zagranicznych wojażach z rodzicami. Nie mam też wątpliwości, że duże pieniądze, łożone na prywatne lekcje tenisa udzielane mu przez renomowanych trenerów, miały decydujący wpływ na pasmo jego sportowych sukcesów. Czerwone cyfry na ekraniku radio-budzika wskazują osiem minut po drugiej. W masywnej butelce Jacka Danielsa zostało trochę złocistego płynu, w sam raz na jeszcze jedną kolejkę dla nas obu. Szkoda, że skończyły się już orzeszki. Pójdę jeszcze się odlać i chyba najwyższy czas zaczynać już to przedstawienie. Spektakl odbędzie się za zasłoniętą kurtyną, bez udziału publiczności i bez pomocy suflera. Zastanawiałem się czy tego nie nagrywać, miałem nawet zamiar tym celu kupić statyw pod moją kamerę, ale w końcu zarzuciłem ten pomysł. Zrobię mu tylko jedno zdjęcie, zanim rozpoczniemy zabawę. Sznur jest mocno zawiązany - sprawdzałem już dwa razy, narzędzia ułożone na stoliku, papierowe ręczniki, dwie ścierki, taśma klejąca, bandaże, gumowe rękawiczki. Wszystko gotowe. Długo pisałem ten scenariusz, ileż to razy wizualizowałem go sobie klatka po klatce, nie pomijając żadnego, nawet najdrobniejszego szczegółu. Wyłączę tylko muzykę, żeby nic nam nie przeszkadzało. Tenisem zainteresował mnie mój ojciec. Był on wielkim fanem tego sportu, choć sam nigdy nie był profesjonalnym graczem. Nie brał nawet udziału w turniejach amatorskich, a na kort wychodził może dwa razy do roku. Do dziś pamiętam, jak podczas wspólnie oglądanych transmisji na kanale Eurosport, objaśniał mi niemalże każde zagranie, wprowadzając mnie w arkana tego pięknego sportu. Ściany mojego pokoju w rodzinnym domu, całe wytapetowane były plakatami przedstawiającymi Pete'a Samprasa, Andre Agassiego, Borisa Beckera i innych czołowych graczy z tamtych czasów, a szuflady mojego biurka wypełnione były zeszytami, w których notowałem drobiazgowo wyniki najważniejszych turniejów rankingowych oraz biogramy moich sportowych idoli. Naturalnym krokiem było więc rozpoczęcie przeze mnie treningów. Przez te wszystkie lata rozegrałem setki meczów - zarówno w singlu jak i w deblu (najczęściej w parze z Aleksem); na kortach trawiastych, ziemnych oraz syntetycznych; w turniejach krajowych oraz międzynarodowych; w rozgrywkach dziecięcych, młodzieżowych i seniorskich. Pokonywałem kolejne schodki na drodze do panteonu tenisowych sław, realizowałem, jeden po drugim, wszystkie cele stawiane mi przez trenerów, a także te, które sam sobie wyznaczałem. Moja kariera rozwijała się niezwykle harmonijnie. Zastój, a następnie regres, zaczął się u mnie niedługo przed dziewiętnastymi urodzinami. Coraz więcej porażek, coraz to częstsze problemy z kontuzjami, a nade wszystko, brak polotu i lekkości w grze - to wszystko sprawiało, że prasa nie wzmiankowała już o "dwójce złotych chłopców z Gorzowa". Od tamtego czasu istniało już tylko jedno "cudowne dziecko polskiego tenisa", czyli Aleks. Nie mogłem przeżyć tego, że wszystko przychodziło mu tak łatwo. Ja - wylewający hektolitry potu na treningach, rozkładający na czynniki pierwsze wszystkie mecze, żyjący "białym sportem" dwadzieścia cztery godziny na dobę, on - robiący to wszystko od niechcenia; po zakończonym treningu czy meczu tenis przestawał dla niego nie istnieć, nie kochał, tak jak ja, tej dyscypliny sportu. Tenis nigdy nie oddał mi tego, co mu ofiarowałem. Osuwałem się stopniowo w dół w międzynarodowym oraz krajowym rankingu, skończyły się też powołania do reprezentacji. Byłem już za słaby na to, by występować w grach deblowych w parze z Aleksem, a turnieje w których grałem, były coraz mniej prestiżowe i kasowe. Pieniądze, które zarabiałem na grze, starczyły ledwo na pokrycie kosztów rehabilitacji, po licznych kontuzjach, których doznawałem tamtym okresie. W schyłkowym momencie mojej przygody z zawodowym tenisem, więcej czasu spędzałem w gabinetach fizjoterapeutów, niż na kortach. Poddałem się w wieku dwudziestu czterech lat. Nie było sensu tego tak dalej ciągnąć - żyć na utrzymaniu rodziców, żywiąc się fałszywą nadzieją na powrót do wielkiej formy. Robiłem wszystko aby zostać przy tenisie w innej roli: a to jako trener, a to jako współwłaściciel szkoły tenisa, jak również byłem dystrybutorem sprzętu sportowego. Wszystkie te przedsięwzięcia umierały jednakże, prędzej czy później, śmiercią naturalną. Próbowałem też swoich sił jako dziennikarz sportowy, niestety moje sążniste teksty nie wzbudziły powszechnego zachwytu, a większość pozostała bez odzewu ze strony redakcji branżowych pism. Cóż było czynić? Imałem się potem różnych, nie związanych już z tenisem, gorzej lub lepiej płatnych, zajęć, które nie sprawiały mi zawodowej satysfakcji, a jedynie pozwalały przeżyć kolejny miesiąc. Ożeniłem się koleżanką z call-center, po roku urodziła się nam córka, ale jednak zadra w sercu pozostała. Myśl o tym kiełkowała we mnie niemalże od roku. Czekałem tylko na dogodny czas i miejsce. W końcu nadarzyła się okazja. Aleks, jak w każdym sezonie, po serii występów w zagranicznych turniejach, przyjeżdżał w lipcu do Sopotu na "Polish Sea Open", czyli najbardziej renomowane rozgrywki tenisowe, jakie odbywają się w naszym kraju. Postanowiłem, że to tam właśnie wymierzę mu karę. Przyjechałem do Sopotu na dwa dni przed rozpoczęciem turnieju. Zatrzymałem się w skromnym hotelu na uboczu miasta, nie wzbudzającym, mimo okresu wakacyjnego, dużego zainteresowania turystów. Stołowałem się w hotelowej restauracji a większość część dni spędzałem na trybunach głównej areny turnieju, śledząc zmagania bardziej lub mniej renomowanych zawodników. Aleks jako zawodnik rozstawiony, nie uczestniczył oczywiście w rundach wstępnych rozgrywek. Swój udział w turnieju zaczął dopiero czwartego dnia zawodów. Obejrzałem oczywiście na żywo jego pierwsze starcie, usadowiony na najwyższym punkcie trybuny. Założyłem na wszelki wypadek ciemne okulary oraz czapkę z daszkiem. Zgodnie z przewidywaniami rozstrzygnął mecz na swoją korzyść bez większych problemów, wygrywając dość szybko w trzech setach. Drabinka turnieju jasno wskazywała, że w następnej rundzie, czeka na niego kolejny mało wymagający przeciwnik. Znam bardzo dobrze zwyczaje Aleksa - jest bardzo przesądny. Po każdym kolejnym wygranym meczu ma zwyczaju wstępować do tego samego klubu w danym mieście. Pamiętam to jeszcze czasów, gdy wspólnie przemierzaliśmy świat przy okazji turniejów: w Paryżu był to Sommier, w Nowym Jorku Stacey's Garden, w Budapeszcie Kercakcoss, a w Gorzowie Corona. Od razu po pierwszym meczu Aleksa wsiadłem w taksówkę i udałem się do klubu Korba, bo tam zwykł wypełniać swój pomeczowy rytuał, grając w sopockim turnieju. Spotkać się z nim planowałem dopiero po kolejnym jego meczu, a teraz chciałem się tylko upewnić, że będzie właśnie w tym klubie. Usiadłem więc w najbardziej zaciemnionym miejscu na sali i sącząc powoli drinki obserwowałem całe pomieszczenie. Zjawił się po niecałych dwóch godzinach, a ja uzyskawszy już potwierdzenie swoich przypuszczeń, wymknąłem się szybko z lokalu. Klepnąłem go parę razy lekko w policzek, już zaczyna się przebudzać, dochodzi do siebie. Mam nadzieję, że trochę przetrzeźwiał, chcę żeby był wszystkiego świadomy. Lancet powinien wejść gładko. - Aleks, chłopie, pobudka. Hej, słyszysz mnie, chlejusie? - mówię do niego cały czas potrząsając nim - Dawaj, dawaj nie śpij. - Co... no przecież... kurwa, co wstawaj... weź no - biadoli z półotwartymi oczyma. - Budź się, do chuja! Uderzam go z całej siły otwartą dłonią po twarzy. Jego głowa zwrócona teraz na bok, oparta na prawym ramieniu, na jego obliczu wyraz zaskoczenia. Szeroko otwarte usta i wybałuszone oczy, oddycha głęboko łapiąc duże hausty powietrza. Powoli podnosi głowę i zdezorientowany spogląda na mnie. Uśmiecham się lekko patrząc mu prosto w oczy. Żałośnie wyglądasz, Aleks. Tego dnia zjawiłem się w Korbie parę minut przed dwudziestą. Usadowiłem się na stołku przy barze i zamówiłem słabe piwo. Tym razem nie oglądałem meczu Aleksa na żywo a zadowoliłem się śledzeniem wyniku w internecie. Po raz kolejny nie było niespodzianki - faworyt wygrał zdecydowanie, kontynuując swój marsz ku spodziewanej, końcowej wiktorii w całym turnieju. Czekałem więc spokojnie na przybycie Aleksa popijając kolejne piwa. Po jakimś czasie ujrzałem w końcu dumną, wyprostowaną sylwetkę mojego byłego partnera deblowego i momentalnie odwróciłem wzrok w drugą stronę, pragnąc udawać zaskoczonego tym "przypadkowym" spotkaniem, gdy mnie rozpozna i podejdzie się przywitać. Tak też było. Aleks, niczego nie podejrzewając, przywitał się ze mną wylewnie, zamówił drinki i zaproponował przejście do zarezerwowanego specjalnie dla niego stolika. Czas szybko nam płynął na rozmowie, przy czym to głównie on mówił a ja słuchałem. Wlewając w siebie kolejne porcje whisky nakręcał się coraz bardziej, opowiadając o chciwych agentach, wrednych kobietach, durnych sponsorach, niesprawiedliwych podatkach czy o zgniłych układach panujących w świecie tenisa. Ja starałem się utrzymać trzeźwość umysłu, więc rozsądnie dozowałem ilość przyjmowanego przez siebie alkoholu. Gdy rozmowa zaczęła schodzić na temat mojej osoby, zaproponowałem przeniesienie się do mego lokum. Aleks po paru minutach namów z mojej strony zgodził się w końcu, więc udaliśmy się taksówką do hotelu i tam kontynuowaliśmy nasze spotkanie. Jak się teraz czuje, skulony na fotelu, pozbawiony swego blasku, przyparty do muru? Kieruję na niego światło lampy. Chcę widzieć dokładnie każdą reakcję jego organizmu. Gdybym palił, dmuchałbym mu teraz dymem z papierosa prosto w twarz. - Spróbuj tylko zacząć drzeć mordę, a wbiję ci to prosto w szyję - mówiąc to przykładam mu skalpel do krtani. Kiwa potakująco głową, stara się nie patrzyć na mnie, wbija wzrok w sufit. - Możemy w końcu uczciwie porozmawiać, panie Aleks. Wiesz, czekałem na to kilka, może nawet kilkanaście lat. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, to pewne. Nie masz pojęcia... O niczym. Zresztą wy wszyscy nie macie. - Czekaj, proszę.. mogę coś powiedzieć? Grzesiek, co się dzieje? O co chodzi? - mówi, starając się wyregulować oddech - Nie wiem... coś się stało... czemu tak? - Boże, przestań! - Ok, spokojnie. Co chcesz zrobić? Nikomu nie powiem... - Zamknij się, powiedziałem. - nachylam się nad nim, kładę mu palec na ustach - Zamknij się na razie. Prostuję się, obchodzę dookoła fotel na którym siedzi, cały czas trzymając w ręku skalpel. - Czy uważasz, że to wszystko było uczciwe? - pytam - Czy szanse na samym starcie były wyrównane? Czy los postąpił z nami sprawiedliwie? Czy oddał nam dokładnie to, co włożyliśmy? - Co masz na myśli? - po chwili ciszy odezwał się Alex. - Ano, to gdzie zaszedłeś ty, a gdzie ja? Jak potoczyły się nasze losy. Czy nie zastanawiałeś się nad tym? - Chodzi ci o karierę? O kasę? Nie ma problemu. O docenienie? Mogłeś z tym wcześniej do mnie przyjść. Przecież zawsze mogłem ci coś załatwić. Mów, cokolwiek byś... - Nie, nie, nie... nie jesteś w stanie pojąć tych rzeczy chyba. - Mów, ile chcesz? Poważnie, nic nikomu o tym nie powiem. Kasa nie jest problemem. - Zamilcz. - mówię - Nie robię tego z powodów materialnych. To właśnie jesteś ty i twoje postrzeganie świata. Znam to i nie jestem zaskoczony. - Co mam zrobić? - pyta. - Siedź i słuchaj. - cedzę przez zęby, zdenerwowany coraz bardziej - Znasz mnie, wiesz czym dla mnie był tenis. Jaki byłem zaangażowany, oddany. Kochałem ten sport. Jak ciężko pracowałem. Te wszystkie lata na treningach, dążenie do perfekcji, podporządkowanie wszystkiego tylko temu. Kurwa, czy miałem mniejszy talent niż ty? Pomyśl, czy byłem w czymś od ciebie gorszy? - A myślisz, że mi przyszło wszystko ot tak? Ja nie zasuwałem na treningach? Wylałem co najmniej tyle samo potu co ty. - Daj spokój, to bzdura. Miałeś to w dupie, tylko odbębnić trening i wio!, oby dalej od kortu. Nawet nie oglądałeś meczów, turniejów, nie analizowałeś - czy kiedykolwiek potrafiłeś wymienić pierwszą dziesiątkę ATP? W życiu. Rodzice posłali cię na treningi, to grałeś. Kiwa przecząco głową z ironicznym wyrazem twarzy, ale nic nie mówi. - Tak to było. - kontynuuję - Miałeś opłaconych lepszych trenerów, lepszy sprzęt i medykamenty. Znane nazwisko ojca zawsze otwierało ci drzwi na salony. Jak miałem dotrzymać ci kroku? W dodatku te cholerne kontuzje. - Zaraz, zaraz... zatrzymaj się na chwilę. Wiesz przecież dobrze, że tenis od zawsze był sportem elitarnym. Popatrz na gwiazdy kortu, oni w większości mają bogatych starych. To nie jest piłka nożna, gdzie najlepsi Brazylijczycy wychowali się w slumsach. Mam się za to winić? A co do kontuzji, czy jesteś jedynym człowiekiem na świecie, którego dobrze zapowiadającą się karierę sportową przerwała kontuzja? Otóż nie, ale ludzie mają plan B. - Nie bądź bezczelny. Całe lata obserwowałem cię. Nie chodzi o zazdrość, o te wszystkie zaszczyty. Ale czułem taką niemoc... wszystko przyszło ci tak łatwo. Zero przeszkód, zero komplikacji. Może masz talent, na pewno... ale nie zasłużyłeś na to wszystko. Biorę do ręki taśmę klejącą. - Czekaj, nie rób nic, błagam! - krzycząc zaczyna się szarpać, ale jest mocno związany sznurem. Nie wywinie się. - Widzisz te skalpele. Potnę ci tę piękną buźkę tak, że nie zagrasz już w żadnej reklamie. Potem zajmę się twoimi ścięgnami, a więc zapamiętaj dobrze dzisiejszy mecz, bo był to ostatni mecz w twojej karierze. Ale nie bój się - przeżyjesz. Tylko będziesz musiał uruchomić swój plan B, chyba go masz...? Telefon zaczyna wibrować na stoliku, następnie zaczyna płynąć z niego znajoma melodia. - Dobra koniec sesji. Rozwiązuj mnie szybko, bo muszę odebrać. Mam następnego klienta za niecałą godzinę, to pewnie on dzwoni. - mówi, wiercąc się niecierpliwie na fotelu - Szykuj kasę, sto pięćdziesiąt złoty, jak zawsze. Odkładam skalpel oraz taśmę i zaczynam rozwiązywać chłopaka. Uwalniam mu szybko jedną rękę, podaję mu telefon. - Znowu nie wyłączyłeś, prosiłem cię - mówię do niego z wyrzutem. On nie zwracając na mnie uwagi bierze telefon i ustala coś głośno z klientem swoim piskliwym głosem. Idę do łazienki, obmywam porządnie ręce używając mydła w płynie o drażliwym, mocnym zapachu. Przemywam też twarz. Patrzę w lustro opierając się o umywalkę i czekam aż przestanie w końcu trajkotać. - Hej, odwiąż mnie do końca. - słyszę jego wołanie z pokoju. Podchodzę do niego, sznur nie są już tak mocno zawiązany, spokojnie by sobie poradził. - Nie wiem czy przyjdę za tydzień. - mówiąc to wstaje i wyciąga portfel - Zaczynam się już obawiać. Pewnego razu coś ci się przestawi i naprawdę mnie potniesz. Człowieku, gdybyś widział swój wyraz twarzy. Daję mu pieniądze. Chowa je szybko do portfela, który pakuje do kieszeni swoich obcisłych spodni. Do drugiej kieszeni chowa swój telefon. - Miałem już różnych dziwnych klientów, spełniałem ich różne zachcianki, ale to?... Jezu. Swoją drogą, ten twój kumpel, Aleks, masz z nim jeszcze kontakt? Obraca się w show-buisnessie, ma na pewno koneksje, może by mnie gdzieś wkręcił jakbyś mu szepnął dobre słówko o mnie. To, że jestem męską dziwką, nie oznacza, że nie mam ambicji. Zdawałem, co prawda bezskutecznie, dwa razy do szkoły aktorskiej, ale czasem załapuję się gdzieś jako model albo statysta. - Nie, to raczej niemożliwe. - odpowiadam - Przykro mi, ale naprawdę nasz kontakt się urwał. Zresztą, duma mi na to nie pozwala. - Nie, to nie. - mówiąc to zapala cienkiego papierosa, po czym ubiera kurtkę - Dziwię się tobie. Jesteś na pewno strasznie nieszczęśliwym człowiekiem. Ta twoja zawiść, nie rozumiem. Gościowi się udało, w dodatku twojemu najlepszemu przyjacielowi. A to, że nie każdy jest dopuszczony do stołu? Życie. No nic. Zadzwoń, ale nie wiem czy za tydzień znowu odegramy tą scenkę. Na razie. Wychodzi. Zamykam za nim drzwi i siadam w fotelu. Zaczyna boleć mnie głowa. Nie mam ochoty włączać radia ani telewizora. Sto pięćdziesiąt złotych dla chłopaka, osiemdziesiąt za pokój, za dwa dni alimenty na Anitkę. Zostanę tu do rana, może uda się przespać parę godzin. Nie wziąłem szczoteczki do zębów ani ciuchów na zmianę, nie ważne. Rano zarezerwuję pokój na następny weekend.
  2. graphics CC0 - W Argos panował Akrizjos Nie był to dobry król Miał śliczną córkę Danae Kochał ją cały dwór Król nie był jednak szczęśliwy Bo – bał się o swój byt Gdyż mu wróżyła wyrocznia Że wnuk mu wejdzie – w szyk Kiedy Danae dojrzała Wypełnił się wróżby mit Obmyta wszak złotym deszczem Zeusa wybrana Miss Aż w końcu powiła syna Śliczny był bobas ów Dano mu imię Perseusz A król ze złości – spuchł Więc uknuł pomysł szatański By się ich pozbyć – stąd Zamknął ich w wielkiej skrzyni I w morza rzucił – toń Płynęła skrzynia po wodzie Był taki bogów plan Żal im było – tych dwojga Więc dołożyli fal Kufer dopłynął do wyspy Co się Serifos zwie I tam znaleźli swe miejsce Matka i syn – już wiesz Szły lata dni i miesiące Perseusz dojrzał w mig Ach – wszystko byłoby dobrze Gdyby nie – uczuć plik W Serifos król Polidekes Już popadł prawie w szał Szukał na gwałt małżonki Czas – lata batem gnał Na złość ci poznał przypadkiem Śliczną Danae – gdzieś Zauroczony w dzierlatce Już – nie mógł spać – i jeść Pragnął ją pojąć za żonę (pewnie – by rzekła – tak) Ale Perseusz zaborczy Nie chciał ojczyma – znać Toć Polidekes zawodził Na cóż mu było żyć Skoro ta piękna Danae Nie miała – jego – być? Więc zmyślił genialny fortel Udał – że inną chce A była to Hipodamia Ojnomaosa gen Królewna z wyspy Elidy Z nią ślub się odbyć – miał I Polidekes głosił Że wkrótce nie będzie sam Więc wszyscy jego dworzanie Wołali – wiwat król! I szykowali prezenty Co młodym dać – na ślub? O – jeden tylko Perseusz Siedział skromnie i zmilkł Bo nie miał nic szczególnego Co by królowi zbyć Myślał – i myślał – bez przerwy Toż króla trzeba czcić A prezent musi być godny By nie znieważył – czci Gdy przyszła na niego kolej To przyrzekł wobec i wszem Że skręci głowę Meduzie Oj – nie zawaha się! Na to czekał monarcha Wyzwaniu poklask dał Pochwalił ci Perseusza Lecz fortel – za tym stał Mniemał iż młody pyszałek Szybko poniesie śmierć Meduza – najmłodsza z Gorgon Nie da – pokonać się Perseusz wyruszył w drogę Lecz – dokąd było iść? Atena mu doradziła By Starek spytał złych Starki zwane Grajami Wzute w jaskini pleśń Siwiutkie od urodzenia Żałobną ciągły pieśń Te wiedźmy o jednym oku I zębie jednym – też Którego sobie w dodatku Poży-czały – by jeść I dostał od nich hełm złoty Niewidzialności cud Buty skrzydlate – by latać Wśród Gorgon – świńskich kłów A z Gorgon były – trzy siostry z rąk brązowych ćmił blask Włosy z wężów uwite I skrzydeł złotych – las Najmłodsza była Meduza W jej wzroku wił się syk I w kamień – ten się przemieniał Kto – zerknął w trupi sznyt Te wampy spały nad morzem Koszmarne miały sny Perseusz stanął doń tyłem By nie oglądać – ich I widział w lustrze odbicie Gdy – ciął Meduzie łeb Sierpem co dał mu go – Hermes Złodziei bóg i kiep Z rozciętej szyi Meduzy Skrzydlaty skoczył koń I tak narodził się – Pegaz Sklepień niebieskich – dron Gdy się zbudziły dwie siostry Za późno było już Odleciał Perseusz w butach Skrzydlatych – w nieba róż Nie mogły go – też zobaczyć Na głowie miał złoty hełm Stał się więc niewidzialny Jak nieuchwytny – cel Gdy pruł nad klifem Etiopii To spostrzegł nagą gicz A była to Andromeda Słodka jak wina – kiść Ledwo oddana Smokowi Co pustoszył ten kraj Cielesna niewinna ofiara Wotywny – ludu – dar Uwolnił – ją – więc Perseusz I zabił smoka w mig A potem z nią się ożenił Ich miłość jak morza wir W końcu – powrócił do matki Przedstawił żonę – jej A wszyscy tacy szczęśliwi (To na uwadze – miej) Zaś żądny król Polidekes Pod nieobecność syna Chciał się ożenić z Danae I taki – miał być finał Lecz – koniec wszelkich nadużyć Perseusz skarcił – go Pokazał głowę Meduzy Zmieniając w kamień tron I całe odtąd królestwo Wyspa Serifos – też Okrzepła białym marmurem Los czasem – straszny jest Później Perseusz i matka Do Argos wzięli kurs Wraz z nimi Andromeda Przy mężu – to nie mus I wtedy się dopełniło to – co miało się stać A wszystko przez te – igrzyska (Na cztery lata – raz) Ach – mnóstwo stanęło śmiałków W szranki – by zdobyć laur I całe pytało Argos Kto dyskiem rzuca – w dal? Do boju stanął Perseusz Gdy puścił w niebo dysk Ten – z dłoni mu – wyśliznął I trafił dziadka w pysk! Tak przewidziała wyrocznia Taki tu miał być finał „Akrizjos utraci życie A wnuka – to będzie wina” Dziś w Argos nowego króla Wybrano skoro czas I został nim sam Perseusz & Andromeda – z gwiazd I żyli odtąd szczęśliwi A razem z nimi lud Bogowie pili ambrozję Zaś ludzie – słodki miód A ściętą głowę Meduzy Atenie dano – raz Ta – wpięła ją w swoją tarczę By wrogów zmieniać – w głaz! —
  3. Zdała sobie sprawę, że nie czas jeszcze na świętowanie. Kilka dni temu dostała wiadomość, że córka przyjedzie pociągiem. Od tygodnia wychodzi rano z domu, siada w przydworcowym barze i popijając herbatę parzoną z torebki patrzy na peron. Czeka. Dzisiaj to jedna z wielu wsi na Zamojszczyźnie. Ładna, zadbana. Ogródki z małymi domkami wzdłuż głównej drogi. Niektóre z nich pamiętają tamte mroczne czasy. Przymrużyła zmęczone oczy. Lekki dreszcz przebiegł po jej ciele. Serce ścisnął niepokój. Czy zdąży, czy dożyje tej chwili, czy pozna. Minęło tak wiele lat. Tyle starań, ogłoszeń, nadziei i zwątpień. Czy córka żyje, czy pamięta. Była przecież małą dziewczynką kiedy to się stało. Teraz została sama na tym świecie. Przygarbione plecy, drżące ręce i zapadłe policzki pokryte wyżłobionymi przez łzy i czas bruzdami. Nigdy nie zapomniała tamtego widoku. Często budziła się z krzykiem. Nic nie zapowiadało wtedy tragedii. Co prawda była okupacja ale nie mogła przecież wiedzieć, że Hitler już dawno zaplanował wysiedlenie mieszkańców tych terenów aby zdobyć nową przestrzeń życiową dla Niemców na wschodzie Europy. Wprawdzie rok wcześniej dokonali próbnych wysiedleń z kilku wsi wokół Zamościa. Wywieźli wtedy około tysiąca Polaków do powiatu hrubieszowskiego. Niektórzy próbowali nawet wrócić ale na ich ziemi już gospodarowali niemieccy osadnicy, mieszkali w ich domach. Niemcy wpadali czasem do wsi ale zabrali już wszystko co było do zabrania: krowy, konie, świnie, zboże... Została koza, mała, chuda. Widocznie się nie spodobała. Dwie kury udało się schować w stodole. Tego dnia świeciło słońce. Wstała rano, wydoiła kozę, przyniosła jajko, które zniosła jedna z kur. Uśmiechnęła się gorzko. - Będzie dla Basi na śniadanie. Sami z mężem już dawno nie jedli śniadań. Na obiad ugotuje zupę z kapusty. Schowała kilka główek w komorze. Muszą wystarczyć na całą zimę. Gehenna zaczęła się następnego dnia nad ranem 28 listopada 1942 roku. Na czarno ubrani gestapowcy i żandarmi w granatowych mundurach otoczyli wieś. Wpadli do domu, dali kilka minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy: trochę żywności, naczyń do jedzenia, wierzchniego ubrania oraz 20 zł na osobę. Wypędzili na drogę całą wieś wrzeszcząc i popychając kolbami karabinów. Trzymali ich cały dzień bez jedzenia i picia. Tu zrobili wstępną segregację. Oddzielali mężczyzn od kobiet i osób starszych. Inwalidów i chorych zabijali na miejscu. Do osób, które próbowały uciekać lub stawiać opór też strzelali. Wszystko wśród rozpaczliwych krzyków kobiet i dzieci. Jej rodziców i dziadków wraz z innymi starymi i chorymi oraz z duchownymi wywieziono, jak się później dowiedziała, do Auschwitz. Tam zginęli w komorze śmierci. Ją, wraz z innymi kobietami i dziećmi, mężczyznami i chłopcami powyżej 14-go roku życia zdolnych do pracy, przewieziono samochodami pod eskortą do obozu w Zamościu. Tu był przedsionek piekła. Obóz był otoczony drutem kolczastym. Składał się z kilkunastu baraków. Warunki były straszne, brak higieny, bez pieców, bez wody, więźniowie spali na gołej ziemi, a temperatury w nocy spadały poniżej zera. Wyżywienie na cały dzień to zupa z brukwi, kromka chleba, gorzka kawa. A do tego bicie, szczucie psami... Tu następowała kolejna segregacja. Wszyscy przechodzili badania lekarskie. Nadających się do ponownego zniemczenia (potomków osadników niemieckich z XVIII) oznaczano symbolem WE w kartotece. Ją i męża - AA - do zatrudnienia w Rzeszy. Ciotka, która w obozie podupadła na zdrowiu dostała kategorię KL - do Brzezinki. A Basia? Dzieci, które spełniały wymagania rasy nordyckiej (wygląd zewnętrzny, budowa czaszki, kolor włosów i oczu) przeznaczono do germanizacji. Odrywano je na siłę od matek, bijąc a nawet mordując. - Basia była taka ładna, aniołek z jasnymi loczkami wokół buzi, niebieskie, duże oczy - uśmiechnęła się do tej myśli. - To ją chwilowo uratowało od śmierci ale wtedy kurczowo trzymała się mojej ręki, płakała - wspomina. A łzy same napłynęły do oczu. Córeczka miała przecież tylko cztery latka. Niemiec brutalnie wyrwał ją z objęć matki a ją samą uderzył kolbą karabinu. Nie mogła się nawet pożegnać. Basię wywieźli wraz z innymi dziećmi w nieznanym kierunku. A jej serce pękało z bólu, nie mogła pomóc. Czuła, że zawiodła swoje dziecko. -Moja Basia, moja Basia - łkała. Co z nią będzie, czy ją jeszcze zobaczę? Wraz z mężem została wywieziona do Niemiec ale zostali rozdzieleni. Po wielu latach dowiedziała się, że został zastrzelony podczas ucieczki z transportu. Była młoda i silna. Została przydzielona do pracy w polu. U bauera*, do którego trafiła, pracowali już Polacy ale byli to robotnicy, którzy przyjechali dobrowolnie do pracy jeszcze przed pierwszą wojną światową. Wraz z nią przyjechały jeszcze dwie młode dziewczyny. Najmłodsza, szesnastoletnia, miała pomagać w domu. Myślała, że lepiej trafiła. A harowała po kilkanaście godzin, tak samo jak reszta. Była bita przez gospodynię gdy padała ze zmęczenia. Ona wraz z drugą kobietą pracowały od świtu do zmierzchu w polu, w oborze. Mieszkały w nieogrzanej komórce. Niewiele dostawały jedzenia. Były bite po twarzy pod byle pretekstem. Były niewolnicami, nie miały żadnych praw. Po wojnie powróciła do Polski. Zamieszkała u brata w sąsiedniej wsi. Teraz i on nie żyje. Zmarł przed kilkoma tygodniami.Została sama. Od samego początku wraz z innymi, którzy przeżyli wojnę, zaczęła szukać swojej córki. Nie było to proste. Dużo było wiadomości o ludziach, dzieciach wywiezionych do obozów zagłady. Natomiast nie znaleziono żadnych dokumentów, ani w Polsce ani w Niemczech, które by potwierdzały wywóz dzieci w celu germanizacji. Niemcy zacierali swoje zbrodnie, zwłaszcza tę. Dzięki pomocy dobrych ludzi, którzy wiadomości o wywożonych dzieciach zdobywali m.in. z relacji kolejarzy raportujących do Polskiego Państwa Podziemnego dowiedziała się, że transport z tego dnia, kiedy wywieziono Basię, skierowano do Warszawy a później część do Rzeszy a część na Pomorze Wschodnie. Były przeznaczone do niemieckich rodzin. Ale nie wszystkie dzieci znosiły trudy tej podróży. Wiezione w bydlęcych wagonach w zimie, miały odmrożenia kończyn, nosów, uszu. Były zabiedzone i głodne, masowo chorowały a bez opieki i lekarstw umierały. Dokumenty mówią o setkach dzieci zmarłych w czasie tych transportów. I jak tu po takich wiadomościach mieć choć cień nadziei? Po pierwszych wywózkach dzieci z Zamojszczyzny organizacje charytatywne takie jak Polski Czerwony Krzyż oraz społeczeństwo organizowały pomoc. Kolejarze i mieszkańcy, korzystając z postoju pociągów, wykupowali od Niemców albo wykradali dzieci. Ukrywali je potem w ochronkach lub we własnych domach. - Może i Basię ktoś uratował, może jej ktoś pomógł? Kurczowo trzymała się tej iskry nadziei. W sercu nosiła ją całe lata Ale jak trafić na ślad czteroletniego dziecka, które najprawdopodobniej nie pamiętało swojego nazwiska. Czy opiekunowie mają interes przyznać się, że wychowywali polskie dziecko? A jeśli trafiła do niemieckiej rodziny to na pewno nie mówi nawet po polsku. Takie rozterki targały duszą tej kobiety. Aż któregoś dnia, kiedy nadzieja już gasła, przyszła dobra wiadomość. Ktoś z Nadrenii zobaczył w polskiej prasie wychodzącej w Niemczech ogłoszenie o zaginionych dzieciach. Wiedział. że z Prus Wschodnich po wojnie wrócili tu przesiedleńcy. Wśród nich było dużo małych dzieci. Czy wszystkie były niemieckie? Ten nowy ślad uruchomił działania Polskiego Czerwonego Krzyża. Ale żadne dokumenty nie potwierdzały podejrzeń. Nieoficjalnie wiadomo było, że przywiezione wtedy dzieci miały oryginalne dokumenty niemieckie. Jakże mogło być inaczej. Polacy, nawet będąc pod okupacją, wyrabiali uratowanym dzieciom metryki chrztu, nawet żydowskim. Znowu ból beznadziei. Takich momentów zawodu w ciągu jej długiego życia było dużo. I nagle, chyba cud jakiś. Przyszła wiadomość z Czerwonego Krzyża, że to ona jest poszukiwana przez jakąś kobietę z Saksonii. Przecież tam była na robotach! Kto może ją szukać? I po co? Nie miała tam żadnej rodziny, znajomych... Okazało się, że poszukiwała ją kobieta, która od swojego niemieckiego "ojca", będącego na łożu śmierci, dowiedziała się, że jest polskim dzieckiem. Na dowód tego wcisnął jej w dłoń mały szkaplerzyk na zwykłym sznurku, który miała przy sobie pewnegogrudniowego dnia kiedy przybyła z transportem. "Chore i wycieńczone dziecko uratował od niechybnej śmierci. Traktował ją jak własną córkę, dał wykształcenie. Po wojnie wraz z falą przesiedleńców trafił do Saksonii". Tyle miał na swoją obronę. Ale zabrał jej tożsamość. Był winny jako Niemiec. - Wpadłem w tryby machiny wojennej. z której nie umiałem się wydostać - tłumaczył się. A może nie chciał się wydostać? Teraz ruszyło go sumienie... Nowa nadzieja wstąpiła w to znękane serce. Pamięta, że jej Basia dostała od chrzestnego szkaplerzyk na chrzcie. Czy to może być jej Basia? Czy zobaczy swoją córkę zanim zamknie oczy? Tyle już przeżyła nadziei i rozczarowań. Długo jeszcze trwały formalności ale wreszcie nastąpi ta wyczekiwana całe lata chwila. Dostała wiadomość, że przyjedzie pociągiem, jedynym, jaki zatrzymywał się na tej niewielkiej stacji. Dziennikarz powiatowej gazety chciał zrobić z nią wywiad ale co miała mu powiedzieć? Że ma nadzieję a jednocześnie jej nie ma? Wiele sygnałów było mylnych. Że boi się tego spotkania? Bo jak można poznać kogoś po pięćdziesięciu latach? Basia była jak wiele innych dzieci, nie miała znaków szczególnych. A szkaplerzyk? Pewnie nie jedno dziecko go miało, taki był zwyczaj w chrześcijańskich rodzinach.A opowiadać o swoim życiu nie chciała. Czekał przez kilka dni razem z nią na stacji. Basia nie nadjeżdżała. W końcu pojechał do swoich innych ważnych spraw. Ona się nie poddawała. Czekała. Tego pamiętnego dnia pociąg zatrzymał się na pustej stacji. - Pewnie jeszcze nie dzisiaj - pomyślała - jeszcze nie dzisiaj. Ostatnie dni nadwątliły znowu jej wiarę w odzyskanie córki. Z wagonu wysiadła młoda kobieta. Spojrzała w jej kierunku. Blond loki wokół ładnej buzi. -Jak moja Basia ale to nie ona, ta przecież jest taka młoda. - Jeszcze nie dzisiaj - spuściła smutno głowę i już miała iść do domu. Przyjezdna energicznie szła w jej kierunku, podeszła... - Leokadia Susz?- spytała. Na dźwięk swojego imienia podniosła gwałtownie głowę. Te same oczy jak jej maleńka Basia. Usta jej drżały, nie mogła wymówić słowa. Zamknęła oczy, chyba śni. I znowu to wspomnienie, jak żandarm niemiecki wyrywa płaczącą Basię z jej rąk. Zaczęła szlochać. Młoda kobieta wzięła jej spracowane ręce w swoje dłonie. - Jestem Hilda, córka Emmy, to znaczy Basi. Nie mogła przyjechać, nie doczekała. Chorowała na serce. Zmarła dwa tygodnie temu. Głos jej się załamał, popłynęły łzy. Objęła starą kobietę, - Teraz mam tylko Ciebie, Babciu. ----------------- * bogaty chłop niemiecki
  4. Styczniowy poranek, słońce było jeszcze nisko. Na Pasażu Wiecha gra światła i cieni, feeria barw odbić lustrzanych ścian Warsa i Sawy. Cień przykrywał jeszcze psie freski na ścianach i słupach, artystyczne tagi oraz pewną ilość ptasiego łajna, stałych bywalców skrzyżowania pasażu z Chmielną. W przejściu obok stał Ślepy. Ksywkę zawdzięczał głupiemu odruchowi, z którym nigdy nie wygrał. Zamykał oczy przed oddaniem ciosu, co znacząco wpływało na bilans potyczek. Obserwował osrane ławki, na których siedział Franek, mamrotał pod nosem. Nie słyszał co, był za daleko. Ślepy nie miał dobrego poranka, obudził się koło cieciówki na parkingu, chciał zapić kaca klinem, ale ktoś mu go wypił. Cytrynowa małpka zabrakła do pełni szczęścia. Cieć widząc co się szykuje wskazał od razu winnego, opis pasował do Franka. A teraz tam siedzi i gada coś do siebie. Ruszył w jego kierunku. Prawie wpadł na dwie dziewczyny, które przecięły mu drogę, odprowadził je wzrokiem i ruszył dalej. Podszedł, usiadł przodem do niego. Gdzie moja małpka? – zapytał. Co zrobiłem źle? Przecież podlewałem? – Franek nie zwrócił na niego uwagi. Gdzie moja małpka! – podniósł głos Ślepy. Nawóz dałem, może za często lałem? – Franek był w transie. Ślepy zdenerwował się jeszcze bardziej, zacisnął pięść, i uderzył. Stracił równowagę, gdy przeciął powietrze. Upadając walnął się głową o ławkę. Zobaczył nogi odchodzącego w kierunku śmietnika Franka. Nie wszystko stracone! Walka trwa!– krzyknął Franek.
  5. To był ładny, majowy dzień. W powietrzu czuć było jeszcze lekki chłód, lecz słońce świeciło jasno na błękitnym niebie. Edyta postanowiła więc wybrać się ze swoim chłopakiem – Jackiem- na spacer. Zmierzali nad łąkę. Szli powoli trzymając się kurczowo lewej strony szosy, by następnie skręcić w opadającą stromo, piaszczystą drogę otoczoną chłodnym, przesyconym wilgocią gąszczem drzew.Wejście tam mogło więc stanowić pewnego rodzaju szok, wziąwszy pod uwagę, iż wcześniej oboje byli wyeksponowani na działanie oślepiającego i piekącego słońca. I właśnie takiego doznania doświadczyła Edyta. Straciła z oczu Jacka. Została sama w gęstym, ciemnym i cichym olsie. Poważnie zaniepokojona zaczęła więc szukać kontaktu ze swoim towarzyszem. - Jacek! Jacek! Gdzie ty jesteś do cholery? Coś się stało? Jacek, odezwij się!- Raptem nagle poczuła, jak ktoś krzyżuje ręce na jej brzuchu w niespodziewanym uścisku i delikatnie szczypie ustami płatek jej ucha. –Czyś ty zgłupiał?! – Tak, szaleję na twoim punkcie. – Odrzekł Jacek opierając brodę na ramieniu dziewczyny i spoglądając w dół uśmiechnął się lekko w rozmarzeniu. –Bardzo śmieszne! – Odpowiedziała ciągle poirytowana Edyta, rozłączając obejmujące ją ręce. - Wiesz, że nie mamy zbyt wiele czasu, chciałam nazbierać kwiatów jeszcze pod południem i pójść na cmentarz. Chodźmy wreszcie na tę łąkę. -Ok, ok. Przepraszam. Kiedy wreszcie przebyli gęsty ols i doszli do nadrzecznych łąk, do których zmierzali, Edyta zaczęła zbierać pierwsze, polne, majowe kwiatki, jakie zdołały przetrwać przymrozki. Nie było ich zbyt wiele o tej porze roku, ale Edyta zawsze czuła się w obowiązku ułożyć chociaż drobny bukiecik idąc na grób ukochanej babci, w rocznicę jej śmierci. Jacek w tym czasie przesiadywał nad brzegiem Wisły wpatrując się w śpiewające ptaki siedzące na starej wierzbie. Lecz w pewnym momencie odwrócił się i spojrzał na schylającą się dziewczynę. Opętany podnieceniem rzucił się i przycisnął ją do drewnianego płotu pobliskiej chałupy. Zaczął zrywać z niej ubranie. Gryzł i drapał, wykręcał ręce, którymi próbowała go od siebie odepchnąć. Broniła się, lecz w końcu wszedł w nią i silnie przycisnął jej ciało do sztachet. Teraz już nie mogła mu się przeciwstawić. Czuła, że mechaniczny suw bioder ją odczłowieczał. Gorący oddech muskający szyję wywoływał u niej obrzydzenie. Łzy szlifowały jej policzki. Nic już nie mogła zrobić. Kiedy wreszcie skończył, upadła wycieńczona pod płotem, kuląc się. On podciągnął tylko spodnie i powiedział - Muszę się odlać. Gdy odszedł, uciekła. W podartej sukience, roztarganych włosach, ze zdartym naskórkiem na rękach- biegła. Ile tylko mogła. Zatrzymała się dopiero w pamiętnym, ciemnym olsie. Wilgoć i ciemność nadrzecznego lasu pchały się do jej wnętrza wszystkimi drogami, jak gdyby wstrętne, gliniaste powietrze chciało ją przekonać, że nie warto już żyć. Brzydziła się sobą i tym,co ją spotkało. Olsowa, czarna zgnilizna ściągnęła ją w rozmiękczone błoto, kładąc bezwładnie. Bezradną, pozostawioną samej sobie. Ale to przecież nic nowego…
  6. Drogi dzienniku! Poznań, 30.07.2017 r. Godzina 08.11, nie mogłem spać, wstałem więc, zrobiłem kawę, a następnie stworzyłem to: ""A czas biegnie nieubłaganie..." - zgasiła papierosa, wzięła ostatni łyk kawy, ale tej rozpuszczalnej z mlekiem i 1,5 łyżeczką cukru, wstała i wyszła. [...] Po ostatnim wywiadzie padała z nóg. Na przydrożnych zegarach wybiła godzina 20.00. Eryka przez okno autobusu z zaspanymi oczami wpatrywała się w prawie opustoszałe miasto. Deszcz padał niemiłosiernie, tylko słuchawki w jej drobnych uszach umilały tą dość szarą i beznadziejną chwilę. Autobus zatrzymał się na ul.Cybulskiego. Dziewczyna wysiadła i zarzucając kaptur pobiegła w stronę sklepu, uwielbiała go. Był bardzo malutki, ale wszystko się w nim mieściło, a szczególnie uwielbiała, kiedy rozmaite zioła wisiały pod sufitem, dzięki temu dokładnie było czuć ich aromat. Z boku, obok miniaturowego okienka z drewnianymi okiennicami stał stos garnków, nie były one na sprzedaż, znajdowały się tam głównie w celu dekoracyjnym. Drzwi były dość nowe i nie pasowały do tajemniczego wystroju tego miejsca, tuż koło nich swoje miejsce miały skrzynki z warzywami i owocami, a za nimi skromna, fiołkowa lada [...]. Szła z plastikową torbą, ze słuchawkami w uszach, patrząc przed siebie, na miasto, które nigdy nie zaśnie, które okrył deszcz." Naprawdę jestem ciekawy, ile litrów kofeiny dzisiaj dostarczę swojemu organizmowi. Bruno Clock
  7. Ze Stargardu do Szczecina Dąbia pociąg jedzie około 25 minut – jest to jakieś dwanaście rozgrzewających stron Pamiętnika Fanny Hill – stron - znacznie też przyśpieszających bieg pociągu, bo nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się w Dąbiu i dało się słyszeć odgłosy wchodzących do wagonu ludzi. Naraz otworzyły się drzwi do przedziału i zobaczyłem stojącą w nich piękną kobietę o szlachetnych rysach. Popatrzyła mi w oczy - najwyraźniej szykując się do zapytania o wolne miejsce. Ale zanim wypowiedziała pierwsze słowo, rzuciła spojrzenie na moje stopy – i wtem jej nieskazitelnie gładka twarz wykrzywiła się niczym rozchodzące się fale na tafli wody, w którą ktoś cisnął kamieniem. Z tą wielce zniesmaczoną miną zrobiła krok do tyłu. Z łomotem zasunęła drzwi, i zniknęła. Poczułem się jak zbity pies. Podkuliłem nogi pod siebie i skręcony na jeden bok siedziałem w ten sposób jeszcze przez kilkanaście minut - próbując czytać. Potem pojawiło się delikatne kłucie w okolicach biodra, które stało się pretekstem, by pomyśleć, iż mam w dupie to, czy ponownie kogoś zgorszę. Werbalizując pod nosem ową myśl - wysunąłem nogi spod tyłka i wygodnie ułożyłem na siedzeniu naprzeciwko. Cała podróż ze Stargardu do Wolina powinna była zająć półtorej godziny. Niestety zajęła prawie dwie i pół godziny. Pociąg utknął w Goleniowie z powodu awarii jakiegoś pantografu. Tym samym, Goleniów po raz drugi okazał się dla mnie pechowy. Pierwszego razu nie pamiętam, ale skądinąd doskonale znam datę: 23 września 1969 roku. To właśnie tego dnia, w tym mieście, narządy rodne mojej matki wydaliły mnie na ten pieprzony świat.
  8. Za domem pewnego handlarza, obok stodoły parszywego Wilkomira, naprzeciwko zakonu karmelistów, którzy zabłądzili w poszukiwaniach góry Karmel, mieszkała osoba o niebywałej zasobności sakiewki, a wieści o nim rozchodziły się w zawrotnym tempie. Był znany w miastach, wsiach, południowej i północnej części królestwa. Był rycerzem z nieskazitelnie czystym dorobkiem zasług. Najbardziej sławił się z niewielkich potyczek na terenach brudnych. Walczył z mieszkańcami, którzy wokół rozłożonego antracytu, wzniecali ogień za pomocą bubli. Zawsze kiedy wykonywali tą czynność, nad miastem pojawiała się szara smuga kształtująca się w postać smoka. Pewnego razu dostał list informujący go o zaobserwowaniu smoka w wiosce nieopodal. Usiadł z zadumy, stawiając na wygrawerowanym drewnie beczkę okowity, którą dostał od zaprzyjaźnionego handlarza. Szybko okazało się, że była to gołda, która w jego umyśle sprawiła wiele nowych możliwości poradzenia sobie z wieśniakami. Hamując swoją powściągliwość do wstania z krzesła, udał się w stronę drzwi. Wychodząc, nałożył na siebie zbroję płytową, kryjąc w jej zakamarku piersiówkę. Dosiadł krzepkiego wierzchowca i odjechał na nim ku walce z nieodpowiedzialnym zachowaniem smoczych figlarzy. Wjeżdżając do lasu zszedł z konia, zostawił go i usiadł na jednym z wystających pni pokrytych mchem. Wyjął spod zbroi piersiówkę i umoczył dziób. Minęło pare godzin, a rycerz moczygęba zasnął, budząc się co chwile. Nie miał sił by wstać, więc dalej trwał w niespokojnym śnie. Pomimo tego, że był postrzegany za idealnego rycerza, miewał chwile słabości. Kiedy zostawał sam zawsze miał ochotę, żeby sobie golnąć. Nawet podczas swoich wypraw w celu uratowania czystego powietrza lubił pociągnąć. Nastała noc. Rycerz spostrzegł, że tej jesiennej nocy księżyc oślepiał swoim blaskiem. Liście niesione lekkim powiewem spadały na ziemię. Z oddali słychać było niosący się wyraźny wyk. Lekka mżawka opatuliła cieniem strzygi. Mokra ziemia zmieszana z błotem przylgnęła do jego obuwia. Dostrzegł postać patrzącą się wprost na niego. Była to piękna kobieta o kruczych włosach i śniadej cerze. Mrugnąwszy, zauważył, że już jej nie ma. Dostrzegł ją jak biegnąc, znika za drzewem. Pobiegł za nią. Gubiąc ubrania, zaczęła głośno się śmiać. Biegnąc przed siebie wyglądał za nią kątem oka. Kiedy wydawało mu się, że jest już blisko niego, oddalała się, jakby przeskakując na drugi koniec zasięgu jego wzroku. Dotarł do końca lasu, wyszedł z niego, nie widząc już uciekającej przed nim postaci. Myślał przez chwilę kim mogła być dziewczyna z lasu i jak mogła po prostu zniknąć. Jednakże spostrzegł, że znalazł się we wiosce, do której podążał. Bez hełmu, konia, piersiówki i dobrego nastroju. Zostawił w lesie wszystko co wziął ze sobą, włącznie z mieczem i listem, którymi zazwyczaj straszy wieśniaków. Idąc po wiosce, zauważył karczmę. Wstąpił tam, lecz szybko został wygoniony. Nie miał przecież sakiewki ze złotem. Kiedy został wyrzucony na zbity pysk, ogarnęło go zdziwienie. Stała przed nim kobieta z lasu, która nagle zaczęła uciekać. Rycerz zmęczony i zdyszany, dreptał za nią ospałym ruchem. Zatrzymywała się co chwile, by znów zacząć biec. Mogła w tym czasie odpocząć, nabrać oddechu. On biegł. Nawet nie zorientował się kiedy poraz kolejny znaleźli się w lesie. Dziewczyna tym razem usiadła na pniu. Tym samym pniu, na którym wcześniej siedział opilec. Wzięła do ręki jego rzeczy i cisnęła nimi jak najdalej była w stanie. Zostawiła jedynie miecz, którego dobyła. Zdezorientowany rycerz nie wiedział co zrobić. Usiadł obok niej i powiedział, że jest najpiękniejszą damą jaką widział w okolicy. Odcięła mu głowę. - Zapewne mówisz to każdej napotkanej kobiecie. - powiedziała z niesmakiem. Za to mój mąż od dzisiaj zostanie rycerzem, który poradzi sobie lepiej z ochroną powietrza - dodała. Wzięła jego rzeczy, ściągnęła z niego zbroję i zostawiła prawie całkiem nagiego pośrodku lasu. Z pewnością zbroja nie była mu już potrzebna.
  9. graphics CC0 humani – humani… to wszystko dla Pani Petrarka Cellini Da Vinci El Greco… poezje liryczne – Zbiory Canzoniere po nocach pisane – Sonety do Laury i rzeźby złocone ukute na czyny Cellini w mozole Żywota własnego do Pani się ślini Rzym – Paryż – i Madryt sekrety w mimice lica Mony Lizy i wąsik łasiczki… obrazy Kobieto… pochłaniasz łapczywie wzrokiem fanatyczki Orgaza & Pogrzeb hrabiego – El Greco humani – humani… Lescot wyuzdany fasada Luwru jakże Panią dręczy Zamek Wawelski – Franciszek Florentczyk Madonna Sykstyńska z mocy Rafaela – która na Panią oczyma spoziera aż cera Pani kraśnieje spod pudru… czyżby renesans Panią onieśmielał? a jeszcze dalej – Straż nocna – Rembrandta opada na dół rzęs gęstych firanka tu ciało zmarłe się nagle otwiera… to będzie – Lekcja anatomii – teraz humani – humani… Rubens lgnie do Damy Sądem Parysa – Krajobrazem z tęczą nie śmiem już dalej – Pani Cię zadręczać skręćmy tu obok jest zaraz Kafejka… a w niej portrety – samego Van Dycka [deika] -- przypis – humani – neologizm; hum z ang. szum, warkot, gwar, buczenie Ania – imię. W znaczeniu: bucząca Anna, rozgniewana, apodyktyczna, głośna kobieta o imieniu Anna. Znajomość z „realu”.
  10. Konwicki był cholernym kociarzem, kot Iwan ma nawet konto na facebooku Szymborska pewnie rzekłaby: „umrzeć, tego się nie robi kotu” a jednak odeszli, przekraczając granicę własnej rzeczywistości wkroczyli do wszechświata „gdzie koty mają wielkie wpływy i kolosalną pozycję” może ten najsłynniejszy kot PRL-u jest teraz lwem poezji, bywalcem salonowym tam, za wymiarem literatur gdzie pulchny Putto zakrada do baroku z zamkniętą księgą w ręku niczym motyw dekoracyjny z pomnika Nepomucena w krainie lirycznych mikrofonów na powrót pan Tadeusz udziela wywiadów, nikt o rodzinę, znajomych, i twórczość wszyscy anieli pytają tylko o kota nie tego z Cheshire, od Alicji i czarów którego uśmiech „trwał jeszcze przez pewien czas, gdy reszta już dawno zniknęła” czworonóg kapryśny i bezczelny, z podniesionym wąsem opowiada świętym bajki, jak sam Krasicki o swoich kotach w „Myszeidos” ma własne poglądy na życie, heroikomiczny, drugi kot Mruczysław wróg prawdziwej religii, nauki, i sztuki naturom bliższy Behemotowi, u Bułhakowa zyskał alchemiczne uznanie Julia Hartwig wyzwała go wczoraj od „gangsterów, oszustów i wyłudzaczy” bo wielka w niej demoluje „potrzeba kochania” wśród „szklanek i kieliszków” ustawionych na chmurce podniebnego landszaftu u Porazińskiej wchodził po drabinie na ostatnim szczebelku, stwierdził: „lepiej wróbel w garści niż gołąb na dachu”, pan Perrault spadł w butach z kotem, z kalenicy, ile było krzyku prawo musicalu, gdy w teatrze Roma Eliot sprzedał”Koty”. --
  11. graphics CC0 myśl autora: moda na podbój kosmosu, realizuje się dokładnie w praktyce poniżania Ziemi. podważenie Marsa. (nie)polityczne w Arabii Saudyjskiej nie ma ani jednej rzeki w suchym korycie Muhammad ibs Salman zakopuje riale i rośnie pkb w przeliczeniu na osobę tak na Marsie nie ma jeszcze ludzi. to kwestia czasu o sol'e mio. gdybyś był rzekł o moje słońce przysmalaj jak w Neapolu pospołu skazaniśmy na siebie strażnico dwóch świątyń. kulo monarchii absolutnej kiedyś hen na Marsa eksportują owce. nam się nie śpieszy. baranki pokoju w kanionie Valles Marineris zeżrą kamienie. przylecą z Falklandów. tyle ich za dużo na mieszkańca przypada aż dwieście merynosów. szanowny Marsie. wiedz nam nie podskoczysz. na Malediwach najniższa góra na ziemi ma zaledwie pięć metrów nad poziomem morza którego i tak nie masz. czekan z podnóżka prosto w szczyt więc gdzie tam twój Olympus Mons? maszkara gigantyzmu. małe jest piękne a gwiazdy twej elektrownia nie grzeje jak wody Norwegii ze źródeł odnawialnych z Prudhoe Bay na Alasce do Ushuaia w Argentynie okrążę cały twój równik mamy tu Kraków. w kaplicy Św. Gereona fikcyjny bóg Sziwa podrzucił magiczny kamień i boska energia uzdrawia ludzi za darmo przez czakram wawelski w Karpaczu na ulicy Strażackiej przy potoku Łomnica szwankuje grawitacja samochody na luzie wtaczają pod górę. woda płynie na sztorc. wertykalnie daleko ci Masie do naszej Ziemi? i brak ci oddechu. (poczekaj)...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności