Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'nostalgia' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 10 wyników

  1. Cierpienia Starego Wertera Opowiadanie (dla młodzieży od lat 18) Motto: Nadzieja nie umiera nigdy Niniejsze opowiadanie dedykuję wszystkim którzy stracili swoich bliskich w podobnych okolicznościach Józef Wierzbicki - 1 - Rozdział I - Dom- Czwartek- dzień pierwszy - Sławek Ja umieram - usłyszałem w słuchawce jej głos. Zadzwoniła jak zwykle rano i z niecierpliwością znowu pytała kiedy zrobią mi operację . - Już po operacji odpowiedziałem - ale chyba nie do końca się udała, mogą mnie jeszcze zatrzymać . - Ja umieram, ale Ty ...Ty będziesz żył długo , pochodzisz z długowiecznej rodziny - Znowu usłyszałem przyśpieszony oddech a potem potok słów który przechodził jak echo gdzieś obok mnie i i rozpływał się w oddali. Mówiła coraz szybciej. - Ja nie chcę bez Pikusia - Usłyszałem w końcu sam siebie. - Jak Mnie jutro nie wypiszą to wyjdę bez wypisu -dodałem. Przez jakiś czas leżałem na szpitalnej sali wśród ludzi z którymi nie utrzymywałem żadnego kontaktu i próbowałem zebrać myśli. Wiedziałem że muszę zaraz zadzwonić bo inaczej zadzwoni znowu, jeszcze bardziej roztrzęsiona. Wróciłem na korytarz. Upłynął dłuższy czas zanim odebrała telefon . Była już spokojniejsza – w odróżnieniu ode Mnie . - W domu będę jutro - najpóźniej w południe – wszystko będzie dobrze - mówiłem spokojnie jak przystało na głowę rodziny. - Jak będę wyjeżdżał to zadzwonię - wszystko będzie dobrze -powtórzyłem. Schludne utrzymany szpital urologiczny w Katowicach przyjął mnie kilka dni temu przed terminem . Mile zaskoczył hasłami o prawach pacjenta a nawet instrukcją gdzie mogę składać skargi na personel. O terminie zaś operacji powiadomiono mnie dwa dni wcześniej. Tak pozytywnie nastawiony doszedłem do wniosku że o operacji powiadomię swoją lepszą połowę dopiero po jej wykonaniu . Taka niespodzianka. Kiedy późnym wieczorem pielęgniarka zgasiła światło wróciłem myślami do rannej rozmowy żoną . Wszystko co mówiła wydało mi się jakąś wielką niedorzecznością spowodowaną zagrożeniem które niósł mój pobyt w szpitalu oraz jej impulsywny charakter. Mimo tak logicznego wytłumaczenia dalej miałem chaos w głowie. Wreszcie dotarło do mnie że mówiła o raku. „Mam raka” słyszałem teraz wyraźnie jej podniecony głos .Ale to również jakiś absurd .Przecież miesiąc temu temu lekarze rozpoznali u niej osteoporozę i na to się leczyła . Zanim poszedłem do szpitala kupiliśmy refundowany gorset a później ”balkonik” do chodzenia . Chociaż szok po rozmowie powoli mijał ja dalej nic nie rozumiałem. Nad ranem litościwy sen odstawił na bok cały wczorajszy dzień. Piątek - dzień drugi Panie Sławomirze,pobudka!Ktoś potrząsnął moim ramieniem. Ranny obchód . - 2 - Pielęgniarka zaczęła poprawiać pościel przy moim łóżku. W świetle porannego słońca spostrzegłem między łóżkami ordynatora,lekarzy prowadzących oraz towarzyszących im asystentów. Kiedy doszli do mnie- lekarz prowadzący coś mówił do ordynatora przeglądając moją kartę odpię- tą od oparcia łóżka. Dziś badanie kontrolne a jutro wypis - zawyrokował ordynator. Przeszedł do łóżka obok. Mimo woli usłyszałem jego rozmowę z sąsiadem która na moment odwróciła moją uwagę od własnych spraw. U Pana zdiagnozowaliśmy guza na nerce. Dopiero w czasie operacji podejmiemy decyzję czy nerkę będzie można zostawić czy trzeba będzie usunąć. Zaskoczyła mnie reakcja sąsiada - rosłego chłopa - który nagle się rozpłakał. Szybko wróciłem do własnych problemów .Wyszedłem na korytarz żeby zadzwonić do domu. Powoli wykręciłem numer. Odebrała od razu. Widać czekała na ten telefon. I co ? Przyjedziesz dzisiaj? Nie, przyjadę dopiero w sobotę - odparłem Była tak zawiedziona że moich wyjaśnień w ogóle nie przyjmowała do wiadomości. Przekonał ją dopiero argument że, odejście ze szpitala bez wypisu narazi Nas na zwrot kosztów mojego leczenia. Długo potem rozmawialiśmy jeszcze o dorosłych już synach unikając wczorajszego tematu. Po południu miałem badanie kontrolne które potwierdziło że, operacja się udała. Masz Pan teraz prostatę jak niemowlę - żadnych zastoin – stwierdził urolog. Zamiast ukojenia wiadomość ta przeniosła jedynie moją uwagę ponownie na wczorajszą rozmowę z żoną . Cofając się w czasie zacząłem szukać dowodów na potwierdzenie lub zaprzeczenie sensu tego co mówiła - ale to co w końcu znalazłem nie było pocieszające. Przypomniałem sobie dokładnie przebieg kłótni jaka wybuchła między nami rok a może półtora roku temu. Poszło o moją prostatę a właściwie o uciążliwość noszenia cewnika na co się poskarżyłem. Ponieważ w domu wszyscy mieli prawo chorować oprócz Mnie rozmowa szybko przerodziła się w kłótnie . Nagle usłyszałem jej wrzask „A ty wiesz na co ja jestem chora”. „Powiedzieć ci” . Ton w którym to wypowiedziała był tak dramatyczny że przez dłuższy czas milczałem nie mogąc zebrać myśli .Nie wytrzymałem dopiero kiedy zaczęła tłuc talerze. Zbierając z podłogi skorupy wraz z tym co pozostało z obiadu zacząłem wyzywać ją od „zbuka” i „bździbąka” - to ostatnie określenie sam wymyśliłem bo trafnie oddawało jej charakter. Nie pozostawała mi dłużna . Rozmyślając nad tą małżeńską sielanką zmęczony całym dniem w końcu usnąłem. Sobota - dzień trzeci Nie ruszając się z łóżka dzień rozpocząłem od wspomnień. Od epizodów których przedtem nie rozumiałem a które teraz nabierały znaczenia . Cofnąłem się w czasie prawie o rok . Pamiętam jak przez uchylone drzwi tarasu do dużego pokoju wchodziło mroźne powietrze zimowego poranka. . Żona często je uchylała ja zaś zamykałem skarżąc się na zimno. W miarę nowoczesny system okienny zapewniał mikro - wentylację jednak jak twierdziła pokój był mimo tego niedotleniony. Aby uniknąć kłótni dla „świętego spokoju” zamykałem więc uchylone okna lub drzwi kiedy już spała. Uchyl okno - usłyszałem którejś nocy. I tak coraz częściej aż w końcu nie było dnia ani nocy kiedy nie otwierał bym lub nie zamykał okna . Podział ról przy tym bezsensownym „dotlenianiu” uznałem jednak za sprawiedliwy gdyż mając założony cewnik spałem po „zewnętrznej”części wersalki. Wiosną problem sam się rozwiązał . - 3 - Zauważyłem też że żona wstaje z coraz większym trudem a kiedy zawitało lato to już nie było wstawanie ale „zwlekanie” . Nie oszczędzała się jednak i jeszcze dwa miesiące temu myła i plewiła chwasty wokół rodzinnego grobowca. Ten coroczny i rodzinny rytuał wiązał się z wyjazdem do sąsiedniego miasta . Mając prawo jazdy nigdy jednak nie prowadziła samochodu . To rezultat mojej niefortunnej kiedyś uwagi aby nie goniła samochodem rowerzysty (na szczęście rowerzyście udało się uciec). Swoje prawo jazdy żeby mnie ukarać dokładnie potargała . Akurat ten okruch wspólnego życia przywołałem z pamięci celowo gdyż mnie uspokajał i utwierdzał w przekonaniu że żona szybciej mówi niż myśli. Na początku czerwca kiedy Mój pogląd że , przyczyną jej kłopotów może być niewielka nadwaga okazał się nietrafny zdecydowaliśmy się pójść do Poradni. Wiesz - w naszym wieku wszyscy mają już reumatyzm a kobiety - „wdowi kark” - pocieszałem ją w drodze do lekarza . Po rutynowym badaniu dostała skierowanie do reumatologa który po tygodniu postawił diagnozę ; osteoporoza. Na początku założony zgodnie z zaleceniami lekarza gorset przez kilka dni przyniósł jej ulgę która jak się później okazało była jedynie efektem placebo. Kiedy środki przeciwbólowe oraz przepisane leki nie przynosiły żadnej poprawy reumatolog zlecił prześwietlenie . Wynik zaskoczył w większym stopniu Nas niż lekarzy. Żona miała pęknięte dwa żebra i uszkodzone kręgi lędźwiowe. O gorsecie oczywiście nie było już mowy natomiast najwidoczniej uznano że spustoszenia w układzie kostnym to efekt postępującego odwapnienia bo nadal kontynuowano dotychczasowe leczenie (ambulatoryjne) na ….osteoporozę . Zwiększono jej jedynie ilość środków przeciwbólowych. Kiedy gorset zastąpił „balkonik do chodzenia” - zrozumiałem że witaminy i leki przeciwbólowe jej nie wyleczą. Myśl że, jedynie tomograf jest w stanie określić stan zdrowia żony szybko przerodziła się w obsesję która towarzyszyła mi już przez cały okres oczekiwania na to badanie. Upalny czerwiec i część lipca spędziłem więc głównie na mozolnych próbach „przyśpieszenia” badań których termin wyznaczono dopiero za cztery miesiące. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od miejsca zamieszkania odwiedziłem wszystkie placówki zdrowia dysponujące tomografem gdzie, prosiłem a właściwie żebrałem o możliwość dokonania wcześniejszych badań. Daremnie. Te największe (uniwersyteckie) akurat były w remoncie pozostałe natomiast podawały termin badań za pół roku a nawet dłużej. Kiedy któregoś upalnego dnia zmęczony wróciłem z kolejnych bezowocnych poszukiwań zadzwonił telefon ze szpitala urologicznego że mam się stawić na operację .I to jeszcze dzisiaj. W pośpiechu zacząłem się golić - zaś uczepiona do balkonika żona pakowała konieczne do pobytu w szpitalu rzeczy. Widząc Mnie już ubranego w końcu nie wytrzymała i wybuchnęła płaczem. Tak się rozstaliśmy. Z tych niewesołych wspomnień wyrwał mnie głos pielęgniarki. Panie Sławomirze - proszę odebrać wypis. Będąc już w autobusie zacząłem układać plan działania na najbliższe dni i tygodnie . Z autobusu też zadzwoniłem do domu . Kiedy wysiadłem przed Szpitalem Wojewódzkim – rozpoczął się mój wyścig z czasem. Pierwsze kroki skierowałem do „Punktu świątecznej pomocy” - placówki położonej w wewnętrznej części szpitalnego dziedzińca.. Przez wiele lat z tego właśnie miejsca odbierałem żonę z nocnych dyżurów. Okazało się że placówka udziela pomocy tylko w przypadkach osobistych zgłoszeń i doraźnych niedyspozycji. Pracownik placówki zaczął je dokładnie wyliczać: bóle głowy ,żołądka, obstrukcja… ……...nie czekałem aż wymieni „złamanie paznokcia” tym bardziej że wściekle rozdzwonił się telefon. Dzwoniła żona. - 4 - Jeszcze jadę , są korki, - kłamałem Żeby dostać się do patomorfologii(tam pobierają wycinki tkanek rakowych) musiałem obejść cały budynek . Na drzwiach przeczytałem że histopatolog przyjmuje do czternastej trzydzieści , - na komórce było już po piętnastej. Jedyną więc możliwością przyjęcia żony na oddział było pogotowie ratunkowe. Z tym przeświadczeniem stanąłem w progu domu który o
  2. graphics CC0 - niektóre wiersze dają nam spokój rzucają cień jak drzewo gdy tekst dopada bierna dojrzałość wtedy – puszczam je przed siebie odchodzą z barankiem brzasku przygarbiona sylwetka naburmuszony kołnierz zaklęte w aromacie jesieni w kipieli zamieci kroczą naiwne – dalej a – oto idzie człowiek który przypadkiem – ich zakosztował okazjonalna cząstka zachwytu włóczy moim sumieniem nie znam człowieka – lecz zazdroszczę otacza się moim trudem i pączkuje – jak to drzewo rozstania... przeważnie wydarza się to późną jesienią pod chomątkiem latarni – rozproszone światło łypie nugatowym okiem wtedy trochę mi – żal wiersz odchodzi w dorosłość kolejne – pełnoletnie dziecko z mojej krwi zdumiony w podmiotowej asymetrii zakłada własną rodzinę gdy spotykamy czasem – mówimy sobie: – dzień dobry —
  3. Czas to iluzja trwania i czekania Która delikatnym aksamitem sensu Przykrywa wszystko wokół i usypia Nasze gołe i chude zmysły ludzkie Gdyby była tylko taka moc poza czasem Która zabrałaby nas z powrotem tam I powiesiła momenty jak miliony małych ramek Żebyśmy mogli zobaczyć je znowu jeszcze raz Oh, jakby to było! To trwało, trwa i trwać na zawsze będzie Ciągle, ciągle i bez przerwy! Trawa mokra i zieleń drzew boska Listki w swym powolnym locie pięknie wirujące Przypominają niestety, że kiedyś smutno spadną Przykryją nasze gole i chude zmysły ludzkie Gdyby była tylko taka moc poza czasem Która opowiedziała stare historie nam I pokazała ludzi jak za szafą zdjęcia zaginione Żebyśmy mogli usłyszeć ich znowu jeszcze raz Oh, jakby to było! To trwało, trwa i trwać na zawsze będzie Ciągle, ciągle i bez przerwy! Zatłoczone targi i pełne kolejki Z koszyczków złotych pomarańcze wypadające Upominają się o słodkości i gorycze tych dni Nie możemy poczuć już ich smaku Gdyby była tylko taka moc poza czasem Która przypominałaby nam kolory smaczne I ze skórki twardej obrała jeszcze raz usta nasze Żebyśmy mogli posmakować nas samych znowu jeszcze raz Oh, jakby to było!
  4. Choć tyle już minęło Ja wciąż czuję to samo Ten sam ból Ten sam ścisk Nawet słońce Tak samo nie świeci
  5. adamm1

    Nostalgia

    Po ulicach miasta błąka się pustą nocą Czasem zerka w obce okna, żeby poczuć trochę ciepła W domach ludzie właśnie zasiadają do kolacji Ona nie jada, do bytu nie potrzebna jej strawa Czasami krzyczy w okna i zaczepia przechodniów Faktycznie zawsze milczy tęsknotą głuchą Czasem w marzenia ucieka - wiecznie towarzyska Samotność wrosła we mnie niczym własne ciało Moja ręka, moja noga- moja samotność Zgniła nadzieja ma gorzki posmak, otwarta rana, duszy nowotwór Dziś sen nie przyszedł bo nie miał po co Z za rogu wyszły przeszłości demony W letnim powietrzu tańczy głucha na modły Przystrojona neonową nocą cicho szepce Że nie dla mnie anioły
  6. adamm1

    Wspomnienie

    Co podpalić, kiedy wszystko płonie Co ugasić, skoro wszystko zgasło Powiedziałaś mi, że to jest koniec Milczą usta, choć serce chcę wrzasnąć. Ulicami ciemnymi się błąkam Chłonę miejsca gdzie byliśmy razem Przy tej drodze jest przeklęta łąka Tam twe słowa odarły mnie z marzeń Co powitać by minęło stare Co pożegnać by nadeszło nowe Choćbym dobrze znał czary i magię Nie podzielę serca na połowę. Znów wspomnienia nie dają mi zasnąć W płucach ciągle tak jakby coś mrowi Chyba płomień, wciąż nie może zgasnąć, Tej miłości, co tak bardzo boli Co przeklinać a co błogosławić Co oszczędzać a co tracić wiecznie Oczy wyschły – nie mogą już łzawić. Czas obumiera, dławi powietrze. Byłaś obecna w każdym oddechu Byłaś polarną gwiazdą na niebie Dziś życie pędzi dalej w pośpiechu Niby tak samo, ale bez ciebie.
  7. Czy spotkam jeszcze kiedyś taki kolor, żeby go tak czuć i kochać Czy spotkam taką dobroć Co nie da się ukryć Czy odeszła na zawsze ta dłoń pracowita Co mnie w deszczu chwytała mocno i ocierała twarz Skąd wiedział ten piękny umysł Że łza na była kroplą deszczu Który brał wszystko Wszystko szare a ta szarość na bruk spływała Skąd wiedziały buty długo świat oglądające Kiedy zostać a kiedy odejść Ile tych godzin na słońcu i deszczu Ile zachodów, które chwytaliśmy Ile słów potrzebnych a ile zbędnych Ile wspólnych myśli Nie wiadomo I ostatnie tylko spotkanie błękitu Raz dobroć się ukryła Dłoń w kieszeni Kilka łez z deszczem pomylonych Buty nie wiedziały że teraz trzeba zostać najbardziej więc odeszły I nie wiadomo po co Całość wrażeń podzielona na dwie części Szarość raz ostatni nie spłynęła Została w środku gdzieś ukryta Czekając na błękit
  8. przyjdź przy kominku usiądziemy by kryształowy dzban wypełnić znowu zaczniemy zbierać chwile chociaż przed nami blask jesieni ten dzban już nie raz nam z rąk wypadł i na kawałki się rozleciał posklejaliśmy zrozumieniem by wejść w następny życia etap to fakt że nie da się napełnić gorącym płynem cichych pragnień lecz idealnie gra z półcieniem z rzeczy przyziemnych tych mniej ważnych przecież doń czułość można zbierać radości smutki wspólnej weny zwykłą miłością chociaż teraz ten kryształowy dzban wypełnić 2009
  9. I. Lwów 11 listopada (teraz) roku każdego Jak na szyderstwo rży nad ich spokojem banderowskie truchło Umiera z tęsknoty koronkowy Lwów i ja Nawet nie ma kościoła świętego Marcina a listopadowa martwota prowadzi donikąd Biało-Czerwonych wypucowanych upaińską cholewą II. Lwów. Powroty Tęsknota przychodzi ze snem i z przedwiośniem: jak na medalionie widok chromatyczny wypukłe pigmenty Sentymentalny pejzaż w odcieniu sepii z kasztanem na planie dalszym Tęsknota za miejscem na ziemi jedynym gdzie się nie było i w życiu więcej już nie zobaczy... Tlenu nostalgia wiatru ozonu i chlorofilu. Fiołków żałoba i cyklamenów. W podmuchu atłasie wielkanocny przepych hiacyntów. Tęsknota bzów na Wysokim Zamku i płacz majowych konwalii. Rozpacz utkana z woni akacji. Wanilii melancholia liliowej z bólu na Wałach Hetmańskich. Od Bernardynów smuga korzenna męczeńska słodycz letnich goździków. Groszków arktyczna świeżość. Na Rynku - tam - pod Neptunem gdy woda dzwoni i szumi - nieuchwytna storczyków seledynowa anemia namiętny dech uroczyska. I balsamiczna rezedy kropelka. Miłości chybotliwa tratwa do nurtu rozwidlenia - bieg rzeki - na przełaj w gorzkich jezioro łez - lecz duszny majak za drewnianym płotem odwróconej lornetce broni wejścia i oczom zapłakanym *wanilia = heliotrop. Szorstkolistna roślina ozdobna. Dawniej często sadzona na gazonach z uwagi na piękny (waniliowy) zapach swoich drobnych kwiatów.
  10. zamknięty w pracochłonnej muszelce bursztynowy ślimak z bursztynowym sercem pośród traw ze srebra i bixbitów ornamenty żęte rytem dawnych mitów czy mosiężne róże leżąc wśród kamienia płatki których chwila nie odmienia kolce zimne co nie kłuja wcale choć mijają nieskończenie najpierw wrześnie potem maje kłącza cisz gdzie daty mianem mogło przywrzeć warg spotkanie cielesności kruchość tętni wciąż czekając niecierpliwie księżycowej pełni
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności