Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'galaktyka' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 2 wyniki

  1. Udałem się w galaktyki. W wędrówki dalekie. Odwiedziłem wszystkie mgławice Konstelacje i gwiazdozbiory I nie odnalazłem Siebie. Szukałem tutaj na ziemi Niewielkiej planecie w układzie słonecznym Pośród istot mi podobnych Wyruszałem na długie wyprawy Odwiedzałem rożne kraje I nie odnalazłem Siebie Poszukiwałem też w samochodzie Podobno najlepszym, jaki powstał w ciągu 13 miliardów Lat istnienia Wszechświata Jechałem w nim, było mi wygodnie na miękkim siedzeniu Dopasowanym do moich kształtów I słuchałem pięknej muzyki Wpatrując się tępym znudzonym wzrokiem W niekończący się beton i asfalt szosy Jechałem I widziałem jak mija wszystko Co się pojawi w zasięgu mojego spojrzenia I chciałem czuć się szczęśliwy Wmawiałem sobie, że jestem. I kiedy niemal już uwierzyłem Że odnalazłem siebie w swym szczęściu Musiałem gwałtownie zahamować By nie wpaść na wypalony wrak ciężarówki Tarasującej szosę. Kilku ludzi zginęło w wypadku. Zakończyli swoje istnienie Zapewne nie dowiedziawszy się nawet, kim byli. Mnie też to nie interesowało. Szukałem bowiem siebie. Tam, w tym samochodzie, nie odnalazłem siebie. Kupiłem więc piękny pałac Z osiemdziesięcioma pokojami I przez kilka miesięcy Przenosiłem się z jednego do następnego Szukając w nich siebie. Wpatrywałem się w piękne obrazy Boso stąpałem po puszystych dywanach I zadawałem sobie pytanie czy jestem już sobą I czy jestem szczęśliwy I kiedy niemal już uwierzyłem w swe szczęście Spadłem ze schodów i potłukłszy się niemiłosiernie Przeleżałem pół roku w szpitalu I sprzedałem swój pałac Bo nie był ani bezpieczny ani Nie odnalazłem w nim siebie Potem próbowałem jeszcze innych sztuczek Ubierałem się, na przykład, W kosztowne i piękne stroje I dumnie przechadzałem się miedzy ludźmi Żeby widzieli, jaki jestem bogaty i piękny I nabierałem zwolna pewności Że w tych szatach staję się sobą Upajałem się zazdrosnymi spojrzeniami Tych, których nie było stać Na takie bycie sobą. I codziennie w lustrze Po stokroć odnajdywałem siebie A kiedy prawie się odnalazłem Tam, po drugiej stronie lustra Pewnego ranka, niż stąd ni zowąd Pękło ono na moich oczach W chwili, gdy wpatrywałem się w siebie Piękniejszego niż byłem kiedykolwiek I rozleciało się na kawałki A razem z nim rozleciał się obraz Najwspanialszego mężczyzny Jakiego widziałem w swym życiu I zniknął ten obraz, a z nim ON zniknął On, który był mną I od tamtej pory boję się spojrzeć w lustro Żeby nie skazać na ból nieistnienia Siebie samego - po tamtej stronie. Zrzuciłem wiec szaty i Zrezygnowany Położyłem się na soczystej lace Z widokiem na rzekę Wijącą się przez krajobraz Usiany wzgórzami. Słońce świeciło mi prosto w oczy Więc je zamknąłem I wówczas poczułem oddech ziemi Na której leżałem I rześki zapach wiatru Który gładził moje nagie ciało I poczułem każde źdźbło trawy Gnące się pod moimi plecami Pod moim ciężarem. I usłyszałem dźwięki istnienia Szum drzew nadrzecznych Chylących się pod naporem powietrza Cudowne odgłosy ptasiej mowy I tupot wszystkich istot stąpających po ziemi. Zasłoniłem dłońmi przymknięte powieki By zobaczyć ciemność I ona tam była Z mojej woli Widziałem ciemność I przyglądałem się jej Mając nadzieję, że wypatrzę w niej siebie Zadawałem sobie w myślach pytanie: Gdzie ty jesteś, człowieku? Czy jesteś w stanie zobaczyć sam siebie? Czy jesteś tym ciałem leżącym na trawie? Ciałem czującym ciążenie i dotyk? Czy też może jesteś słuchem Który słucha dźwięków docierających do twoich uszu? A może jesteś węchem Który czuje zapach wiatru niosący woń łąki? A smakiem? Może jesteś smakiem Badającym spożywalność potraw Zasilających twe ciało w energię istnienia? A może wzrokiem jesteś? Przenoszącym obraz świata widzialnego Wprost do twojego mózgu? Nacisnąłem mocniej dłońmi Na swoje oczy, by ujrzeć jeszcze więcej ciemności I wówczas z tej ciemności wyłoniło się światło Białe i pulsujące, i pomyślałem Że może to moja jaźń właśnie Że może jestem tym światłem Elektrycznym impulsem biologicznej masy Mózgu umieszczonego w ciele, które tak podziwiałem W lustrze – nim się ono rozbiło. Przeraziłem się nie żarty I otworzyłem szeroko oczy Czyżby zatem tak rzeczy naprawdę się miały? Czy ja jestem tym, kogo nikt nie zobaczy? A wiec nie moje ciało? Nie moje szaty? Uszy, oczy i nos? I język i słowa i mowa którą się posługuję? To nie ja jestem? Lecz owo światełko widziane Tylko przeze mnie? Podniosłem się i Bogaty w tę nową wiedzę Nałożyłem na siebie proste ubranie I buty znoszone I udałem się w góry Żeby zmęczyć ciało wysiłkiem. Wyszedłem na połoniny Caryńską, Wetlińską, schodziłem W doliny tylko aby uzupełnić zapasy W siedliskach ludzkich I wracałem do swojej samotnej wędrówki Do swojej samotnej bytności Podziwiałem drzewa i krzewy Góry i knieje głębokie Soczyste łąki śródleśne I bezdenne jeziorka znane Jedynie zwierzynie tam się pojącej I mnie. Podziwiałem nie będąc podziwiany. Bowiem nie podziwiały mnie ani drzewa Ani góry, ani lasy Ani zwierzęta wolno żyjące Ani strumienie ani wody stojące. Ani ptaki I nie czułem potrzeby być podziwianym I nie szukałem już siebie Bo byłem Sobą. Czy teraz - przyłączysz się do mnie? Wkgn2003
  2. między słońcem a blaskiem księżyca płynie strumień nadziei gwiaździstej w nieboskłonie bez granic odbiciem Droga Mleczna prowadzi srebrzysta czy tą drogą jakiś człek podążał czy ta droga usłana barw tęczą wielobarwną poświatą tworzona Galaktyka spiralna z poprzeczką Kasjopei nadobne północy gwiazdy lśniące od zarania dziejów zakochały się w Krzyżu Południa i nie w głowie im szukać podbojów a gromady galaktyk wokoło świadkami gwiezdnej miłości konstalacja lat świetlnych nad nami są jej obce kosmosu ciemności może kiedyś w niedalekim bycie pasy światła błyszczące marzeniem zechcą w ludzkie serca zawitać spłyną tęczą z nieba na Ziemię 19.02.2018r.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności