Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'dziennik' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 4 wyniki

  1. Raz. Oko, przerwa, oko prim – te otwieram. Usta – zamykam. Godzina piąta, minut czterdzieści pięć i sześć sekund. Setnych nie liczę, bo nie umiem. Nie umiem. A może umiem, ale wolę myśleć, że nie umiem. Zadaj mi pytanie: dlaczego wolisz myśleć, że nie umiesz? A ja ci odpowiem (o ile zapytasz): ze względu na zasadę banalną, pozwalającą zachować pozory zdrowia sfery psyche. Dla własnej higieny i spokoju – życie w absolutyzmie niewiedzy jest stężałe, gotowe do podania na stole pani/pana X. A ludzie naprawdę lubią galaretki. (tylko zadaj mi pytanie) Dwa. Mam pół godziny dla próżni zamkniętej we współczesnej enigmie. Ręka – szafka – przenośne urządzenie telefoniczno – multimedialne. 050399. Napisała, napisała, nie odpisała, zalała. Szkoda, że nie wylała, do wylewów mam szczególny respekt. Trzy – i na tym koniec, dalej już popłynę. Dbam o zdrowie. Nie mogę powiedzieć, że się ubieram długo, w skali światowej to czas średni. Z resztą – opcja lisie futro z poliestru versus futro - poliester z pandy to nie są jakieś wybory nieosiągalne, łatwość decyzji jest i była – ja wolę rude, temperamentne. Moja atencyjność w stanie dobrym, krzyczę. Dodaję fiołkową pomadkę ze złotą folią spożywczą, skład ma znośny. I wybiegam, bo już mi się nie chce tak siedzieć i tak myśleć jak teraz, w tym miejscu, w którym zawsze się myśli tak. A nie inaczej. Proszę, świadectwo dnia powszedniego - spacer pośród betonowych palm w otoczeniu tysiąca żuków. Ha, śmieszni ci oni, idą i się obijają o siebie, biegnąc do bistro po kolejne fekalia. Tak, oni zahaczają o margines przed którym tak bardzo się bronią. A ja maszeruję, wręcz środkiem, słyszę marsz i idealnie lecę w jego rytm – mi nie grają żałobnego, mi grają uwspółcześniony Bauhaus. I po prostu zmierzam, trochę prosto, trochę pod kątem, może czasem nawet pod prąd. Ale gdzieś mam cel, jakiś na pewno, więc jak dalej iść nie będę, to go nie znajdę. Nie umiem ukrywać, nie będę ukrywać. A może umiem. Ale na pewno nie będę. Bo znowu obiegnę planetę dookoła i tak biegając nabiorę rozpędu i przyjdzie taki moment. Przyjdzie taki moment, że się nie zatrzymam. Może warto się zatrzymać, zatrzymując maszynową krew, kartonowe życie. Albo jeszcze lepiej – po prostu się wykrwawić. Rozlać do szczytu piękna i obrzydliwości i wpaść w dół, a potem wykiełkować z siłą niepojętą, zburzyć betonowe palmy, zgnieść żuki. Nieustannie się rozrastać. Bo chciałabym być taką Demeter, płodzić urodzaj, rodzić naturalnie, bez cesarki. I przywrócić słodki porządek, słodki zapach. Zapach słodki to przykładowo zapach gnijącej padliny. Piękno to też ferment. I właśnie – to jest dowód, że nie błądzę, bo cel mam. Plan działania też, wyskrobany atramentem w kolorze żółtym na wycieraczce od strony wewnętrznej. Więc wracam, biegnę, chciałam złapać autobus, ale oczywiście ta małpa to sam w sobie malkontent. I już jestem tak blisko, jestem nawet dużo bliżej. I co? I ja widzę ich i oni mnie widzą. Tak samo jak wczoraj, widzę lampy, słyszę dźwięki aparatu. I koniec. Uspokój się, idź spać. Wstajesz po piątej.
  2. Drogi dzienniku! Poznań, 09.08.2017r. Przebudziłem się około godziny trzeciej nad ranem, obecnie mamy godzinę piątą, od tamtej pory nie śpię. Popijając kawę, doszedłem do wniosku iż mając taki ogrom wolnego czasu dzisiejszego, bardzo wcześnie zaczętego poranka, szkoda byłoby zmarnować, więc zabrałem się do pisania, które od pewnego czasu przychodzi mi z trudem. Słońce wzbiło się na uśpione ciągle niebo, kilkumiesięczne dziecko zdążyło już swoim płaczem wyrwać ze snu zmęczoną matkę, uliczny kot zaatakował wróbla, studenci wracający z imprezy zwymiotowali na chodnik, pracownicy korporacji odjechali w swych pięknych czterokołowych maszynach, pewien młody dziennikarz zdążył to wszystko zobaczyć. Podczas gdy inni dopiero układają się do snu, ja wręcz przeciwnie i pomimo delikatnego znużenia wciąż pozostało mi pół zawartości kubka. Bruno Clock Pierwsza część znajduje się w kategorii proza.
  3. Drogi dzienniku! Poznań, 09.08.2017r. Przebudziłem się około godziny trzeciej nad ranem, obecnie mamy godzinę piątą, od tamtej pory nie śpię. Popijając kawę, doszedłem do wniosku iż mając taki ogrom wolnego czasu dzisiejszego, bardzo wcześnie zaczętego poranka, szkoda byłoby zmarnować, więc zabrałem się do pisania, które od pewnego czasu przychodzi mi z trudem. Słońce wzbiło się na uśpione ciągle niebo, kilkumiesięczne dziecko zdążyło już swoim płaczem wyrwać ze snu zmęczoną matkę, uliczny kot zaatakował wróbla, studenci wracający z imprezy zwymiotowali na chodnik, pracownicy korporacji odjechali w swych pięknych czterokołowych maszynach, pewien młody dziennikarz zdążył to wszystko zobaczyć. Podczas gdy inni dopiero układają się do snu, ja wręcz przeciwnie i pomimo delikatnego znużenia wciąż pozostało mi pół zawartości kubka. Bruno Clock
  4. Drogi dzienniku! Poznań, 30.07.2017 r. Godzina 08.11, nie mogłem spać, wstałem więc, zrobiłem kawę, a następnie stworzyłem to: ""A czas biegnie nieubłaganie..." - zgasiła papierosa, wzięła ostatni łyk kawy, ale tej rozpuszczalnej z mlekiem i 1,5 łyżeczką cukru, wstała i wyszła. [...] Po ostatnim wywiadzie padała z nóg. Na przydrożnych zegarach wybiła godzina 20.00. Eryka przez okno autobusu z zaspanymi oczami wpatrywała się w prawie opustoszałe miasto. Deszcz padał niemiłosiernie, tylko słuchawki w jej drobnych uszach umilały tą dość szarą i beznadziejną chwilę. Autobus zatrzymał się na ul.Cybulskiego. Dziewczyna wysiadła i zarzucając kaptur pobiegła w stronę sklepu, uwielbiała go. Był bardzo malutki, ale wszystko się w nim mieściło, a szczególnie uwielbiała, kiedy rozmaite zioła wisiały pod sufitem, dzięki temu dokładnie było czuć ich aromat. Z boku, obok miniaturowego okienka z drewnianymi okiennicami stał stos garnków, nie były one na sprzedaż, znajdowały się tam głównie w celu dekoracyjnym. Drzwi były dość nowe i nie pasowały do tajemniczego wystroju tego miejsca, tuż koło nich swoje miejsce miały skrzynki z warzywami i owocami, a za nimi skromna, fiołkowa lada [...]. Szła z plastikową torbą, ze słuchawkami w uszach, patrząc przed siebie, na miasto, które nigdy nie zaśnie, które okrył deszcz." Naprawdę jestem ciekawy, ile litrów kofeiny dzisiaj dostarczę swojemu organizmowi. Bruno Clock
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności