Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'dziecko'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Różne
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


Znaleziono 4 wyniki

  1. Justyna Adamczewska

    Ból

    Ból Matka przyszła wściekła do domu. Usiadła na zniszczonej, ponadpalanej papierosami kanapie i łyknęła z butelki porządną porcję wódki.Skrzywiła się. – Ale ohyda, jednak jest tak zimno na dworze, piję na rozgrzewkę, aby móc pracować i utrzymać Wojtka. – Oj, ilu on nakładów wymaga, szkoła, jedzenie, ubranie... Nagle spadła z hukiem na podłogę. – Ożeż, kurwa. - Szepnęła. Wgramoliła się na zmarnowane, tak, jak i ona posłanie, przykryła kocem, który kiedyś był niebieski, teraz szarobury i zasnęła. Nogi zwisały jak kłody. Kapcie spadły i przez dziury w rajstopach można było zobaczyć brudne, czarne pięty, palce. Spódnica się zadarła, kobieta nie miała majtek. Widok nie trącił seksem, choć jakby… z lekka? Mijały godziny, nadeszła północ, wtedy dopiero mały chłopiec wyszedł z szafy. Wiedział, że jeśli matka się wybudzi z letargu, to już będzie przetrzeźwiała i zacznie się awanturować, gotowa do wali z nadchodzącym kacem. Zrobił jej zatem herbatę, do której dolał trochę spirytusu – zawsze go chował w plecaku i miał pod ręką, gdy zaszła taka potrzeba. Dziś właśnie tak było. Okropnie bał się swej rodzicielki, gdy pijana wrzeszczała, nazywając swoje dziecko, nasieniem diabła. – Powinnam cię wydrapać z siebie i spuścić w sraczu, a nie łazisz i mnie niszczysz. Już, kiedy brzuch mi rósł, nie znosiłam cię. Zbrzydłam, Jacek mnie rzucił, zostawiając na twarzy siniaki, złamaną szczękę oraz nos. – Zmarnowałeś mi życie i w ogóle doprowadziłeś do nędzy. – Często dodawała. Te słowa chłopiec znał na pamięć. Utyskiwania starzejącej się rodzicielki ciągle błądziły w jego myślach. Nie można powiedzieć, że jej nie kochał, nie można też było rzec, że czuł nienawiść, ot miał w sobie jeden wielki ból. Taki ledwo do zniesienia. Ale znosił go już od dwunastu lat. Matka spojrzała na syna półprzytomnym wzrokiem. – Wojtek, daj mi butelkę. Podał. Ona, krztusząc się, zaczęła zachłannie opróżniać szkło. Po chwili znowu była pijana. Zamachnęła się i uderzyła syna w twarz . – Ty gnojku, ty bękarcie. W tej samej niemal chwili przyciągnęła go do siebie i przytuliła. Tego chłopak nie trawił, jak zepsutego jedzenia. Wolał być głodny matczynych pieszczot, niż czuć odór wódy, potu, widzieć czarne, zepsute zęby. Wyrwał się jej z ramion i uciekł znowu do szafy. Chciała go dogonić. Upadła jednak, uderzyła głową o kant szafki, tłukąc wazon ze sztucznymi kwiatami i szklankę pełną „mocnej” herbaty. Chwilę leżała. Wojtek obserwował za wstrętem własną matkę. - Ruszy się czy nie? Wstała cała pokrwawiona. Wciągnęła nosem ciemnoczerwoną wydzielinę, otarła z czoła pot, poprawiła umorusaną sukienkę i chwiejnym krokiem poszła do łazienki. Wymiotowała, bluźniła, słychać było, jak obija się o ściany. – To zaraz minie, to zaraz minie – mamrotał cicho chłopak. – Wyjdę wtedy na dwór i prześpię się w komórce. Rzeczywiście, matka uspokoiła się. Jej syn wybiegł szybko z nędznego mieszkania i ocierając łzy strachu, zbiegł po schodach. Otworzył ciężką bramę, powiało zimnem. Dobrze. – Nareszcie wolny! – Przemknęło mu przez myśl. Popatrzył na niebo, gwiazdy, księżyc. – Życie to piękna sprawa – powiedział i wszedł do drewnianego „domku”. Wtulił się w przyniesione tam pewnego razu poduszki i kołdrę. Zasnął. Jednak, co chwilę budził się, jego przerażone oczy błądziły w ciemności. Nie śmiał zapalać świeczki, bo a nuż… Wreszcie nadszedł blady, listopadowy poranek. Był dniem, kiedy to chodziło się na groby bliskich. Wojtek postanowił odwiedzić ukochaną babcię, która leżała w ziemi, przykryta ciężką płytą. Skostniały z zimna, głodny, brudny - nie miał pojęcia, jak dotrze na cmentarz. – A może jednak najpierw do domu? - Pomyślał. – Nie, idę popatrzeć na zapalone znicze, spokojnych, pełnych zadumy, ludzi. Pomodlę się. Może zmarła matka jego rodzicielki, zlituje się nad nim i pewną pijaczką, która dała mu nędzne życie? Ból w jego duszy rósł coraz bardziej, bardziej i bardziej… Justyna Adamczewska
  2. Tomasz Kucina

    Małe nieMadzie

    wiersz dedykowany wszystkim porzuconym dzieciom, I sumieniu ich rodziców losowe wyczyny ciężarnych nadużyć. zew krzywd. niepłodu których się dopuszczono w oknach życia. gdy szła do ludzi dokładnie wypucowana. schludna. i upuszczona w kocyk jej matka pielęgnowała marzenie. a potem mały. trybik wykruszył z sumienia decydując o szczęściu które odeszło i czas mijał. choć przetrwał w ośrodkach potrzeby serotoniny meduza czochrała włosy gdy z miśkiem córki tupali w monopolowy zodiak. tymczasem małej podano zamiar kaszka na mleku i list do preadopcji. był i protokół wszystko co ludzkie znaczy karmiące. z gołębich skrzydeł zero czczych pytań - sekt i bełkotu - rzeczników i detektywów tylko gołąbek siadał tam co dzień. w oknie wyrodnym sekretu dyplomatyczny ptak na receptę egzystencjalny patron kolokwium dziewiczy. bez zaliczenia
  3. Ach, żeby serce dziecka miał każdy dorosły! Prostolinijne, szczere, pozbawione fałszu w ustach zapach prawdy bez zbędnych przenośni na twarzy uczciwość, a w działaniu prawość. Wyobraź sobie taki stan, społeczeństwo, naród. I ziemię płynącą bez zgrzytów i wojen. Nienawiść odeszła, błękit nieba jasny szczęście zawitało na skrzydłach aniołów. Marzenia jak rosa o świcie błyszczące, a myśli w zachwycie muskają pragnienia, w zderzeniu z krawędzią Utopii Morusa cicho umierają bez hałasu cienia. Lecz wierzę! Niezłomnie nadzieję pokładam, że kiedyś w uchwytnym zasięgu istnienia w księżyca poświacie i słońca promieniach powstanie, narodzi się nowe, czyste życie. 27 lutego 2018 roku
  4. befana_di_campi

    Sen adwentowy

    Pani z lipcem dorodna niczym kłos dojrzała podała kukiełkę zawiniętą w tetrę. Po imieniu Maleństwo nazwała - a On oczkami patrzył zielonymi jak agrest i miedziane loczki ułożyły się w pierścień na zroszonym różowym czółku. Swoim ciepłem przeniknął w jej dłonie przytuliwszy do mokrych policzków dał się pieścić kołysać litanią czułych słów nostalgią nabrzmiałych - Srebrny sen chyżo umknął nad ranem po nim zapach dziecka - i rumianku z balsamem