Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'bóg' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 30 wyników

  1. *Akt ostatni* Narrator: - Biskupowi kutas stoi, Co niczego się nie boi! Twardy jak na zawołanie! Siada biskup na posłanie, Cudną kapą zaścielone W łożu - dziewczę podkulone Na nią płótno zarzucone. Główka dłońmi zasłonięta Drży dziewczyna. Jest napięta. Kapka - z płótna jedwabnego Prześwituje. Wielebnego Widok bardzo ten podnieca! Odlatuje na bok kieca! Wcześniej krzyża się pozbywa I różaniec z piersi zrywa! Pada w kąt Ukrzyżowany Chrystus! Znów sponiewierany! Koraliki podskakują I zdrowaśki recytują! Potem lecą kalesony Niechaj będzie pochwalony! Od samego czuł to rana Że będzie ta noc udana. Ściąga stringi i już nagi I radosny, bez powagi Która zwykle go przystraja, Podtrzymując sobie jaja, Pochyla się ku dziewicy Marząc o jej ciasnej picy! Lecz nim z cnotą się rozprawi Tak do siebie cicho prawi: Biskup, zdejmując z siebie szaty i bieliznę: - Dziewczę śliczne, takie hoże! Przeoryszy wynagrodzę! Za to cudo, me kochanie, Przeorysza coś dostanie! W porę wieści mi przysłała- Pominęła kardynała! Siada nagi na brzegu łoża, sunie dłonią po pościeli w stronę kobiecej sylwetki, wzdycha z upojeniem: - ….Ach, wnet zerwę kwiat niewinny! A nie ze sług bożych inny…! Jakaż rozkosz mnie tu czeka! Chodźże dziewko! Niebo czeka! Twa muszelka, wciąż zamknięta, Kutasem wciąż nie dotknięta Widać, że na mnie czekała! Popatrz! Jak mi sterczy pała, Jak się pręży, jak się jeży! Z twoją cipką chce się zmierzyć! Spójrz na niego, ma bogini, Bo nie mają tego inni! Popatrz! Jak się rwie do ciebie! Wie, że będzie mu jak w niebie Gdy w twą szparkę się zagłębi, Niczym w ciasny puch… gołębi! Chce zagłębić się głęboko W to prześliczne, czyste oko, Pójdą precz twe niepokoje Gdy poczujesz ciało moje Do twojego przyłożone Tak, jak mąż, gdy kocha żonę… Narrator: - To się dziewce raz przygląda, To na chuja znów spogląda. Biskup: - Patrz, jak pręży się, nagina, Jakby pytał: Gdzie dziewczyna? Gdzie ta szparka, ciasna, miła, Która by mnie otuliła Pulsującą nabrzmiałością, Mokrą, cudną namiętnością? W soczkach dziewiczych skąpaną! Och, zostańże moją panną! Na ten wieczór! Ba, na wieczność! Niech połączy się cielesność, Moja z twoją, niezbrukaną, Czystą i niepokalaną! Taką pragnę Cię ujeżdżać, I całować! I rozpieszczać! Bądźże moją przytulanką, I na zawsze mą kochanką! Zastanawia się: - Może … ? Wezmę cię za żonę? Choć… to będzie utajnione, Może mieć będziemy dzieci? Tak, jak księża… katecheci… Będzie cudnie, będzie ładnie… Niczego wam nie zabraknie W pałacu mym zamieszkacie I do Rzymu na wakacje Będziemy co rok jeździli A mieszkać będziemy w willi Którą rok temu kupiłem! Kasy sporo odłożyłem…. Narrator: - Tu uśmiecha się wesoło, Marszczy przy tym lekko czoło, Żartobliwie, błagać zda się, Skupiając się na kutasie: Biskup : - Popatrz tutaj, moja mała Chciałbym byś go podziwiała! Popatrz, jak on dzielnie stoi! Odwracać się nie przystoi! Narrator: - Sunie ku niej, całym ciałem, Dzierżąc w dłoni mocno pałę, Pragnie, by ją zobaczyła, By się, jak on, zachwyciła Tą prężnością, pulsującą, Prawie w nią już wstępującą! I gdy się już masturbuje Tak radośnie peroruje: Biskup: - Jakiż śliczny, gładki brzuszek… Pod nim skrył się … mój kwiatuszek… Taki szczelny, i zamknięty Niczym małża… Wciąż nietknięty, Patrz, rozchylę go ustami, Pobawię się płateczkami, Różowymi, nabrzmiałymi Tak prześlicznie złożonymi… Pyszne zwilżę ci usteczka, Aż popłynie… soczków rzeczka… Narrator: - Długo do niej tak przemawia I widokiem się napawa Boskich kształtów swej bogini Co go czyni wręcz bezsilnym! Sunie dłonią, lecz powoli, Jakby w zmysłów swych niewoli Pozostawał. By w rozkoszy Nic nie zepsuć. I nie spłoszyć Tej, co pierwszy raz pozwoli, By mężczyzną z nią swawolił. Stańczyk Zda mu się, że traci zmysły, I się lęka… by nie prysły Jego na tę noc nadzieje… Niech się staje, co się dzieje! Narrator: - Blisko… Czuje żar jej ciała… Jakżesz cudna jest ta mała! Już się zbiera… i szykuje! Ale… Coś go powstrzymuje…! Coś mu każe mówić znowa, Szeptać w uszka jej te słowa: Biskup: - Tyś bez grzechu jest dziewica, Twoje czyste piersi, lica, Twoje ciałko… tak wygięte… Czeka na mnie… wciąż nietknięte…. ….I to chcę, abyś wiedziała, Że potęga ma niemała Bowiem grzechu nie popełnisz Gdy się ze mną w Panu spełnisz, On ci, bowiem, mną kieruje, I przeze mnie, w cię, wstępuje, Przez sługę swego wiernego! On to wybrał mnie do tego! Narrator: - Na te słowa Lona siada W łożu. I tak mu powiada- Zasłaniając piersi płótnem- Głosem pewnym, rezolutnym: Lona: - Pan za siebie? Wybrał ciebie?! To dlaczego został w niebie? Czemu ja Go tu nie czuję? Pytam! Bo nic nie pojmuję. Narrator: - Biskup, w twarz jej zapatrzony, Słucha! Cały urzeczony, Słodkim brzmieniem służki głosu, Takim szczerym. Bez patosu. I to nagle, dziwnie, sprawia Że się żądza w nim pojawia Całkiem nowa. Nieznajoma. Chce jej całej! Duszy! Łona! Pragnie posiąść ją w całości, W ciele i… w duszy zagościć! Stańczyk: - Z drugiej strony - to go męczy! Sapie, poci się i jęczy, Nie wie, co jej odpowiedzieć? Czy jej kazać cicho siedzieć? I ją posiąść bez gadania, Bez zbędnego wyjaśniania? Narrator: - Więc do skoku się szykuje Dłoń ku piersiom jej kieruje I już prawie ich dotyka, Lecz na płótno napotyka, Szarpie zatem! I z niej zdziera, Lecz dziewczyna się zapiera, Rękę mocną powstrzymuje I z pościeli wyskakuje! Stańczyk: - Teraz stoi przed nim naga, I jest taka w niej powaga, Że się biskup kuli w sobie I drży! Jakby stał nad grobem. Narrator: - Lona cofa się, powoli, Trochę, jakby, wbrew swej woli, Lecz w jej twarzy nie ma lęku, Patrzy prosto, bez udręki, I bez strachu, bez obawy, Wręcz z pogardą. I tak prawi: Lona: - Pragniesz ciała? Najpierw duszę Swą ocalę! Potem zrzucę Ciało z okna wysokiego Do łoża kamienistego! Na dziedziniec, zimny, pusty Tam dokonasz swej rozpusty! I co zechcesz tam z nim zrobisz Z truchłem sobie wynagrodzisz! Narrator: - Słucha biskup oniemiały, Marszczy czoło i drży cały, Pot strugami go zalewa A żar wgryza mu się w trzewia. Stańczyk: - Lecz dziewczyna nie ustaje, I boginią mu się zdaje Która, miast mu rozkosz dawać, Jego trwogą się napawa! Dłoń ku niemu swą kieruje I palcem w niego celuje: Lona: - Pałace mi obiecujesz? Z każdą sobie tak żartujesz? Wiem, że wiele zapładniałeś Lecz o dzieci swe nie dbałeś! Ich kosteczki w glebie gniją, Boś nie ojcem jest! Lecz żmiją! Narrator: - To przybliża się, to cofa, Jakaś siła się w niej miota, Jakby coś ją z tyłu pchało, A coś z przodu - odpychało. Stańczyk: - Biskup rzęzi, jak duszony, Jej nagością urzeczony, Smukłą, gładką i dziewczęcą Ale, trochę, też chłopięcą! Tym go tak oczarowała, Postać jej, gdy nań spojrzała Gdy ją pierwszy raz zobaczył, Gdy przeora, jak na tacy, Służki mu prezentowała – Już mu wtedy drgnęła pała I żar poczuł w trzewiach żrący, Tak potężny i palący, Że ledwie się opanował I w kaplicy prędko schował. Stańczyk: - Żar ten tlił się, bez ustanku, Od wieczora do poranku, Tak ją sobie wyobrażał! Gdy przed lustrem się obnażał. Narrator: - A tu patrzcie! Jest jak zjawa, I do niego tak przemawia: Lona: - Teraz nagle to się zmieni? Bo chcesz wejść, tym tutaj, we mnie? Ach ty draniu! Sukinsynie! Niechaj imię twoje zginie! Ty się dzieci nie doczekasz Chociaż teraz się zarzekasz! Niechaj zwiędnie ci ta pała! Ja naiwną być przestałam! Narrator: - Tu zatacza się. I śmieje! Biskup krzyczy: - Co się dzieje?! Lona z góry nań spoziera I tak w twarz mu się wydziera: Lona: - Szybko! Na dół! Eminencjo! Tam mnie weźmiesz ekscelencjo! Narrator: - Biskup uszom nie dowierza Do czego ta mała zmierza?? Czyżby miała jakieś plany? Czyżby został oszukany?? W głowie szum i zamęt czuje- Czy przeora kombinuje? Czyżby jakiś układ miała O którym nie powiedziała? Stańczyk: - Patrzy na dół. To zniewaga! Jego kutas mu opada Ten, co sterczał, wypoczęty! Teraz jakiś mały jest! I zmięty! I jeśli mu znów nie stanie Diabli wezmą to ruchanie! Narrator: - Przytomnieje. Cóż to zmienia? To są małej urojenia Zaraz przyprze do ją ściany By poczuła, kto tu panem Jest! I zawsze dla niej będzie Bowiem on ma to narzędzie Które do nieba prowadzi Zaraz użyć, nie zawadzi! Bo ta dziwka, choć nierżnięta Jawi mu się jak przeklęta! Stańczyk: - Biskup wstaje, rozgniewany, Zda się, że już pozbierany, Że odzyskał rezon, władzę, I służkę zaraz ukarze. Narrator: - Wzrokiem patrzy na nią z góry Twardym, jak klasztorne mury, I wykrzywia usta w drwinie, Ona? Mu się nie wywinie! Biskup: - Ejże, czy ty jesteś Lona? Tak przez Matkę wychwalona?? Ciebie chyba pojebało? Masz tak cudne, zdrowe ciało! Komu chcesz je ofiarować? Chcesz ten boży dar zmarnować? Szatan chyba ciebie zwodzi Egzorcyzmy nie zaszkodzi… Narrator: - Lecz tu Lona mu przerywa I w pogardzie twarz wykrzywia: Lona: - Szatan ciebie ma na smyczy! Stąd twa dusza tak skowyczy, Tak się rzuca, podskakuje Diabeł widać nią kieruje! Wychyla się ku niemu, palcem celuje w jego przyrodzenie: - Jaki teraz jesteś śmieszny! Bez szat swoich! Ty! Obleśny! Jak żałosna twa postura! Jaja wiszą, jak u knura! Na chwilę milknie, zda się napawać upokorzeniem Biskupa. Potem kontynuuje: - Widzisz nędzny…? Ty… Złamasie! Co mi po takim kutasie Który ledwo, co ci staje? Do czegóż on się nadaje?? Narrator: - Biskup, jak gromem rażony, Broni się, mocno stropiony: Biskup: - Toć mi mówić nie wypada: Na Twój widok… mi… opada! Och… Ty mniszko popieprzona! Ja przez ciebie chyba skonam! Lona, z pogardą: - Konaj, konaj tu biskupie Bo ja mam to wszystko w dupie Konaj tu, wszawy potworze! Glebę z truchłem twym przyorze Grabarz, co twój grób wykopie, I na wieki cię zakopie! Narrator: - Na to biskup, przerażony, Rzuca klątwę w stronę Lony: Biskup: - Och, ty kurwo! Nie jebana! Takaś już jest wyuzdana? Czeka Cię ekskomunika, Za to, że mnie wciąż unikasz! Jesteś zali ty przytomna?? Miałaś cicha być! I skromna! Padaj tutaj na kolana! Suko! W dupę nie ruchana! Gdzie ty patrzysz? Tak wysoko!? W twarz mą patrzy twoje oko??! Opuść zaraz to spojrzenie! Bo utracisz swe zbawienie! Gdy ci grzechów nie odpuszczę Zaprzepaścisz swoją duszę!! Chcesz ty mieć zbawienie wieczne?! Lona, marszczy czoło, ździwiona: - Teraz? – To jest niedorzeczne! Potrząsa głową, z niedowierzaniem: - Myślałeś, że mnie wyzwolisz? Głupcze! Z trupem poswawolisz Sobie zaraz! Bo już gnije Moje ciało! Gdy twe żmije Od wewnątrz cię rozsadzają W trzewia twoje się wplatają Mózg twój już wyżarły cały I trucizną cię zalały! Histerycznie: - Spójrz na siebie! Ty nędzniku! Gdzie twe szaty? Na nocniku Tobie siedzieć przy swym łożu Nim do snu swe kości złożysz! Przenosi wzrok na przyrodzenie Biskupa: - Sam go sobie w dupę włożysz! Lecz na mnie się nie położysz! Rzuca się przez łoże, uderza biskupa w twarz otwartą dłonią. Cofa się raptownie i woła: - Masz! Ty gadzie! Ty niemiły Oby tobie jaja zgniły! Biskup wstrząśnięty, słania się, na pół zdziwiony, na pół nieprzytomny pyta: - Coś ty sobie umyśliła? Pana swego będziesz biła?? Jakież ty masz powołanie?? Czekaj…! Zaraz mi znów stanie! Wtedy przyprę cię do ściany I rachunki wyrównamy! Lona cofa się pod samo okno, otwiera je szeroko i ciska mściwie do biskupa: - Może zrobisz to! Lecz z inną! Bo ja zginę! I niewinną Duszę oddam Panu Bogu! Milczy chwilę, patrzy w dal, za okno. Potem mówi: - Ciało moje niech do grobu Złożą tam, gdzie pod murami Ziemia zasłana szczątkami Jest niewinnych dzieciąteczek Które nie miały mateczek Coby je do serc tuliły Bo szatańskie tutaj siły Wszystko to opanowały! Biskup: jakby nie słyszał, patrzy na swoje przyrodzenie i mówi cicho, ponaglająco: - Stawaj, stawaj mi, mój mały! Co się dzieje? Czy ty widzisz? Czy ty tego się nie wstydzisz? Tak bezradnie zwisasz sobie Jakbyś leżał już gdzieś…. w grobie…!!? Łapie się z głowę z przerażeniem, ciężko dyszy, spogląda na Ukrzyżowanego: - Chryste, co ja wygaduję? Już nad sobą nie panuję! Co ta dziwka mi zrobiła?? Czym mnie tak otumaniła? Czy Przeora mi dolała Do kielicha, gdy wstawała, Trucizny, czy coś innego? Co sprawiło, że ja tego Co się dzieje nie pojmuję! Patrzy znowu bezradnie na swoje przyrodzenie, przerażony pyta sam siebie: - Co się dzieje z moich chujem? Składa dłonie jak do pacierza, błagająco zwraca się w stronę Ukrzyżowanego: - Chryste! Ratuj mnie! O Boże! Któż prócz Ciebie mi pomoże?! Boże, Boże ukochany Za co jestem tak karany? Zawsze wiernie Ci służyłem I owczarnie prowadziłem Jak należy. Wiesz to przecie! Służyłem Ci na tym świecie Jako najwierniejszy sługa Zatem jakaś jest zasługa Moja w tym, że Twoja wiara Do tej pory się ostała! Więc dlaczego Ty pozwalasz I tak bardzo mnie zniewalasz? Żeby jakaś suka mała Tutaj mną poniewierała? Ja już nie chcę tej kobiety! Boże, zrób coś! Rety! Rety! Lona: śmieje się szyderczo, celując palcem w stronę przyrodzenia Biskupa: - Acha! Boisz się, złamasie? Cóż ci teraz po kutasie? Co ci zwisa jak ta glista Brzydka, cienka i obślizła? Taki już ci pozostanie! Nic ci nie da to błaganie! Nawet jakbym ciebie chciała Już nie stanie ci ta pała! Nigdy! To przekleństwo moje! Wpisz je w swe mózgowe zwoje! Choćbyś nie wiem jak się starał Nigdy nie stanie ci pała! Do twej śmierci, co za progiem Czeka na cię! Choćbyś Bogiem Się zasłaniał! Krzyżem padał! Ona tam się cicho skrada, Ta, co z życia nas okrada! Wnet dopadnie cię Biskupie! Lepiej powieś się na słupie! Śmiejąc się cały czas woła ponaglająco: - Szykuj powróz, bo już pora Byś zabił tego upiora Co wyżera twoją duszę On zadaje ci katusze! Śmierć nadchodzi! Bacz biskupie, Bo już marzy o twym trupie! Myślałeś, że ją przekupisz??? Że się w łaski Pana wkupisz ? I zasiądziesz w Jego Domu? - Przerywa na chwilę, patrzy zwycięskim wzrokiem na wystraszonego, skulonego Biskupa. Drwiąco woła dalej: - Choćbyś nawet po kryjomu Jakoś dostał się do nieba To i tak ci to nic nie da Bo tam wiedzą, żeś potworem! Biskupem- Uzurpatorem! Milknie. Uspakaja się, spogląda na Biskupa współczująco: - Tak, Biskupie. Nie z twej winy Tego tutaj są przyczyny Jest nad nami wyższa siła Ona to wszystko sprawiła… I choć wszystko to rozumiem To wybaczyć ci nie umiem… Patrzy na biskupa ze współczuciem: - Och, biskupie! Mój biskupie! Wkrótce larwy na twym trupie Będą, głodne, żerowały Nie pojmując twojej chwały! Po co zatem tu się srożysz? Że kutasa mi nie włożysz? Że mnie nigdy nie wyruchasz? To dla ciebie jest …. Pokuta! Okrąża łoże, zbliża się do biskupa, który cofa się przerażony pod ścianę. Przyparłszy go do muru, Lona zarzuca mu ramiona na szyję, przybliża swoją twarz do jego głowy i szepcze złowieszczo: - I to jeszcze, mój biskupie - Zostawię ci znamię trupie Od służki, co ci nie dała, I przysięgi dochowała! Zawsze mnie wspominać będziesz Tego już się nie pozbędziesz! Szarpie go ku sobie, ich nagie ciała przez chwilę przylegają do siebie i wtedy Lona chwyta oburącz jego głowę i wgryza się w jego prawe ucho. Biskup wyje z bólu, a ona odrywa się od niego i wypluwając z ust kawałek odgryzionego ucha, podbiega do okna. Tam, spiera dłonie na parapecie, i wychylając się na zewnątrz ostatni raz zwraca wzrok ku zakrwawionemu biskupowi: - Mój czas dobiegł właśnie końca! Nic nie czuję… Prócz gorąca… Co rozpala moje ciało… Jakby ono… żyć wciąż chciało…? Ale! Krótka chwila… Minie…! Już jej nie ma! I przeminie Każda inna. Na co czekać? Już nie będę dłużej zwlekać! Boże, przyjmij w swoje progi! Tę, co zniszczył świat złowrogi! Lona wskakuje na parapet i rzuca się w otchłań nocy. Narrator: I co dalej? W akcie trwogi Zbiega biskup, szybko nogi Go kierują na dziedziniec, Przez kaplicę, przez gościniec, Chciałby znaleźć tam dziewczynę I wyjaśnić wszem przyczynę Dla której z okna wypadła. Ale…! Widzi, że nie spadła! Nie ma śladu ciała, trupa! Gdzież zabrała ją kostucha? Nawet krew się nie ostała? Co zrobiła owa mała? Pojawia się Stańczyk, zwraca się do widowni: - I teraz, moi kochani, Do ziemskich spraw przywiązani Zapewne już dobrze wiecie Czemu nie ma jej na świecie… Potem, kiwając głową w zadumie zwraca się do zakonnic: - Co wspaniałe, bywa mierne! Wiedzcie o tym, służki wierne! Epilog: Stańczyk zasiada na krześle swoim i opowiada dalej: - Z tego oto wydarzenia Powstała na pokolenia Legenda o dziewce wiernej, Prostej, śmiałej, niepazernej, Która odmówiła ciała, Której groźba nie złamała Biskupa, co sobie roił Że bezkarnie będzie broił. Legenda ta powiadała Że Lona wszak ocalała, Że z boskiego polecenia Zdarzył się cud ocalenia. Że do innego klasztora Przeniosła ją ta Przeora, Która na gwałt ją wydała, Bo, widocznie, żałowała, Tego czynu. Lub Pan sprawił Że się w sercu jej pojawił I nakłonił do działania Według swojego nadania. Narrator: - Jeszcze inni powiadali, Że w męskie szaty ubrali Lonę dwaj miejscowi mnisi I że w nocnej, czarnej ciszy, Zaprzysiągłszy Panu Bogu Że zabiorą do swych grobów Sekret ocalenia Lony Zabrali ją po kryjomu I wśród braci zamieszkała Jako Leon. I tam cała Bogu siebie zawierzyła I tak wielka była siła Jej modlitwy i oddania Że w któryś dzień Zmartwychwstania Chrystus zabrał ją do nieba! Ale… Czy w to wierzyć trzeba? Stańczyk: - Jest też inne tłumaczenie Proste, ludzkie przypuszczenie Że to służki prędko zbiegły I wspólnie trupa zawlekły Tam, gdzie głaz przykrywa dziurę, Która wnętrze swe ponure, Co wchłonęło z kopca ziemię Skrywa przed ludzkim spojrzeniem. Ziemię straszną. I przeklętą. Krwią dzieciątek przesiąkniętą! Patrzeć tam się nawet bały I swe oczy odwracały Kiedy, bywa, przechodziły, Przez park, żeby nabrać siły. Głaz ogromny odchyliły, I jej ciało wgłąb spuściły, A, że wcześniej się naćpały, Nic nie czuły. Przysypały Ciało ziemią, ze szczątkami Niewiniątek, z ich kostkami, Które czasem się bielały Gdy je deszcze odsłaniały. Narrator: - Była także wiernych siła Która inaczej twierdziła I w swej nieugiętej wierze Wznosili do niej pacierze Prowadzeni przez pasterzy Z których każdy także wierzył Ze ta służka boża, Lona To Matka Boska wcielona! I we własnej swej postaci Zeszła między siostry, braci Po czym karę wymierzyła Temu, komu zawierzyła. Mówią, że biskup zwariował I w pustelni gdzieś się schował. Najpierw jednak udowodnił Że porzucił myśl o zbrodni I swe ciało okaleczył Tak, że już się nie zaleczy. By go chuć się nie imała By mu nie stawała pała, Odrąbał ją tym toporem Którym służki, co z uporem, Biskupom swym odmawiały, Ścinane niegdyś bywały. Stańczyk: - Ile prawdy, zapytacie, Jest w tym całym poemacie? - Prawda? Na to wam odpowiem, Czasem się nie mieści w głowie, Filozofów. I poetów. Licznych, marnych wierszokletów. Bowiem prawda nie istnieje, A spisane słowem dzieje Różnych z czasem nabierają Znaczeń, sensów, tych banałów Które karmią wyobraźnię I zmieniają życie… W kaźnię. *****koniec*****
  2. Gdy chodzi o mego psa odmówić potrafię mu ja to właśnie jest wyższość człowieka cnoty jak chlebek wypieka jednak gdy o mnie chodzi przeklęty bądź jakiś chyba diable bo tak jak była, tak nagle cudowna zdolność uchodzi
  3. Akt V Lona Modli się, samotnie klęcząc w kaplicy. Oczy jej się żarzą, wpatruje się błagalnym wzrokiem w Ukrzyżowanego: - Jam jest służka Twoja, Lona Panu Bogu zaślubiona W czystości żyć przyrzekałam Przed krzyżem śluby składałam Teraz….Myśl ta mnie przeraża I słabość moją obnaża! Niczym Szatan, zwodzi, kwili! Prześladuje w każdej chwili! Jest jak straszny widok trupa! Ciebie zdradzę?! - Czy Biskupa?!!! Łka… Podnosi się, wstaje i patrzy prosto w zakrwawioną twarz Chrystusa: - Czyjej mam się poddać woli? Czy Twa wola jego woli Jest tożsama? Czy wiążąca Jest tak samo? O ja, drżąca Teraz, u stóp Twych skrwawionych Gwoździem rdzawym przyszpilonych Do krzyża, który dźwigałeś Na którym za nas konałeś, Ja, Twa nędzna służebnica Czuję, jak mi płoną lica Jak się ciało moje spala Jak wnętrzności me wypala Rosnące we mnie zwątpienie! Rozgląda się wokoło, jakby wyczuła czyjąś obecność. Składa dłonie i błagalnym głosem: - Jezu, Twoje pojawienie Bardzo by mnie umocniło! …..Jesteś tu? …. …. Czy mi się śniło….? Chwyta się za głowę, przerażona, jakby się budziła ze złego snu… Czemu mi się nie ukażesz? Żywy mi się nie pokażesz?! Teraz…! Jesteś mi potrzebny! Wnet zniewoli mnie… wielebny Sługa Twój…? O Panie, proszę Może… Wyrwę sobie włosy…? I oszpecę swoje ciało… ? Błagam! Czy to… jeszcze mało? Podchodzi do krzyża, obejmuje drzewce i tuli do niego policzek. Głosem pełnym udręki błaga: - Przytul mnie, oblubienicę! Wejrzyj w moje młode lice Weź me ciało! Ja je Tobie W Trójcy Świętej Twej osobie Oddam tylko! Złożę w darze! Wnet… Zakopią je grabarze! W grobie ciemnym… Grobie zimnym… Strasznym… ciasnym… niegościnnym! Niech tam leży! Niech TAM szczeźnie! Ale Biskup mnie nie weźmie!!! Wyciąga rękę w stronę okna, za którym, w rogu przy ścianie znajduje się usypany kopiec z ziemi: - Moje ciało, nie splamione! Niech ta ziemia! Tam! Pochłonie!! Roztrzęsiona, znowu z przerażeniem zwraca się ku Ukrzyżowanemu: - O mój Panie! O mój Zbawco! - Bogiem Tyś mi? Czy … ???… Oprawcą!!! Pada na posadzkę, kuli się, drży, po czym uspakaja się, siada w kucki na posadzce, unosi głowę i błagająco zawodzi: - Wybacz mi, o drogi Panie! To jest tylko narzekanie… Boję się o swoją duszę Stąd tak szlocham… i się krztuszę… Nagle powstaje, otrząsa się, jakby sobie coś przypomniała: - Ale…? Mam już zapewnienie! Że nie minie mnie zbawienie Czegoż, więc się, głupia boję?? Choćby nie wiem co, dostoję! Zwraca oczy w górę, podnosi dłonie ku niebu: Przy Twym tronie wieczność czeka! Więc dłużej już nie narzekam! W Twym blasku będę się nurzać! Pieśń Ci śpiewać! Żadna burza Nie zagłuszy pieśni mojej Śpiewanej dla chwały Twojej! Rozgląda się wokół, kieruje wzrok ku widowni, przed siebie: - To cóż więcej duszy trzeba? Tylko nieba! Tylko nieba! I to jest jedyna droga! Bym poznała Jego! - Boga! Zwraca się ponownie cała ku Ukrzyżowanemu, już spokojnie, stanowczo: - Precz przepadły te katusze! Jemu - ciało! - Tobie - duszę!
  4. Diabeł się kiedyś spotkał z aniołem, w dzieciństwie byli zespołem a teraz anioła piekło czeka, więc niech lepiej nie zwleka. Jednak umowę zawarli, ludzie na kolana padli. Dużo tutaj by mówić, ale w skrócie: Anioł musiał Boga namówić, żeby Diabeł aniołem stał się, i to jest historia właśnie. Żeby aniołem stał się diabeł stary, musiałyby pomóc tutaj jakieś czary. Piekło jednak diabła nie ominęło, i słonko się uśmiechnęło.
  5. Raz siedziała osoba młoda Myśli, modli się do Boga: "Wiele bym dała, bym starszą się stała", gdy to już się stało, młodości się zachciało
  6. Tomasz Kucina

    Bóg

    graphics CC0 - opowiem ci o moim prawdziwym Bogu ludzkim i nieskomplikowanym objawionym z poświaty przemienienia strumyka i kwiatka w szacie z blasku litości i Miłosierdzia taki godny i świadomy gdy przylgnął do Drzewa Zbawienia wieczny i cielesny po trzykroć upadał lecz zawsze podnosił hologram oddał w lniane płótno i chodził często po ścieżkach pseudooświeconych i opętanych wyżej chciał Go unieść szatan aż pod himalaje hipokryzji nic: żaden pokłon! przychodzili do Boga królowie i trędowaci nie pomógł im Empedokles i Pitagoras monizm Eleatów a On dał im wszystko przychodzą do dzisiaj niepewni - względni - intencjonalni klękają pochłaniają Wielką Moc a On spogląda weń i milczy wskazując na swoje Miłosierne Serce --
  7. Ciął Archanioła ognisty miecz. Przez nieszczęsnego Adama plecy. Wygnany z Ewą, z Raju. Swoim człowieczeństwem kalecy. Na cóż Ci to było, Ewo. Skuszona kłamstwami przez węża. Zjadłaś zakazany owoc. I poczęstowałaś nim męża. Kiedyś mieliście wszystko. Teraz walczycie o życie. W trudzie, krwi i pocie. I o powrocie do Raju marzycie. Nienawidzisz jej Adamie. Za to, czego się dopuściła. Ale jednak ją kochasz całkowicie. Mimo, że takie życie wam wyśniła.
  8. panmlody

    szklanki

    Tyle podziałówszklanki,kieliszkia jesteśmy szkłem.Służymy jakodumne naczyniado picia z nasprzez króla,stwórce.
  9. Witam, jestem ciekawa waszej interpretacji wiersza księdza Jana Twardowskiego,, Bóg czyta'' Bóg czyta wiersze na śmierć zapomniane od razu ważne nie prosząc nikogo jak bocian co wpadł na pomysł by pozostać sobą tak bliskie że nie drukowane takie co nie chciały podobać się sobie jak dziób co miał zapiać lecz schował się w rowie nie miały szczęścia ni siły przebicia umiały tylko kochać uciekając z życia niemodne jak Kopciuszek z poluchem w popiele to co nowe najszybciej się zawsze starzeje niewystrojone jak praszczur od święta tak zapomniane, że Pan Bóg pamięta
  10. Niby dlaczego Izraelitów na pustyni bajania Miałyby być lepsze od mojego, tutaj, gdybania? A moje gdybanie do tego się sprowadza, Że każdy może mieć swojego boga. I mesjasza. Mój bóg jest litościwy. Ma poczucie humoru, Mój bóg nie ma popierdzielonego, chorego honoru, Nie zakazuje mi wiary w innych bogów, i inne boginie, Mój bóg nie wysyła mnie piekła, jeśli coś przewinię. Mój bóg jest dobroduszny, bo sam go wymyśliłem I na swoje podobieństwo i modłę stworzyłem Dlatego, jeśli najdzie Was depresja, albo inna trwoga Zapraszam Was do poznania – mojego, osobistego boga.
  11. Panie Boże, czemu od czasu do czasu się nie pojawiasz? Czemu do nas, swoich stworzeń, nigdy nie przemawiasz? Wiesz, ilu z nas by się wówczas nawróciło? I ilu by w Ciebie, w końcu i na zawsze, szczerze uwierzyło? Gdy tak nalegałem, w końcu mruknął pod nosem: - Przecież cały czas do was, durnie, mówię! - Ale jak? - Kosmosem! …. A potem, gdy się już rozgadał, sypał przykładami: - Przemawiam ja do was wszystkimi rzeczami, Które widzicie, smakujecie, i które słyszycie, Które odkrywacie, niszczycie - albo sami tworzycie, Przemawiam do was na niebie gwiazdami, I czarnymi dziurami. I galaktykami. Ciemną energią i czarna materią, Waszym cierpieniem i waszą mizerią, Ale też szczęściem, którego doznajecie, A nawet tymi wierszami, które tu piszecie! ….. Zamilkłem. Prawdę mówiąc byłem zdumiony! Co On mi tu wciska takie farmazony? Ja konkretów potrzebuję, a nie filozofii, I następnych pouczeń. Jakbym nie był dorosły! Zatem głowę prosto do nieba kieruję I tak głośno jak mogę, Jemu peroruję: - Ja chcę od Ciebie, żebyś się objawił, Żebyś z nami usiadł, napił się i bawił, Zaśpiewał nam jakieś fajne, odlotowe piosenki Zagrał na gitarze, sprowadził boskie panienki, A dla dziewczyn boskich, cudo-archaniołów, Prawdziwe ciacha. A nie prostych matołów! I gdy tak, w błaganiach swoich nie ustaję On nagle mi przerywa: - PRZECIEŻ WAM TO DAJĘ! I jestem z wami. Zawsze i wszędzie! W każdym. W bogaczu i w każdym przybłędzie! …. Wyznam Wam: Na chwilę całkiem oniemiałem, Ale wkrótce się jakoś w sobie pozbierałem I wołam: - Czy ja dobrze , co mówisz, kapuję? Że część Ciebie we mnie także się znajduje??? I że w części ja sam jestem również Bogiem? I nie muszę szukać Ciebie gdzieś daleko, za progiem? …. I nim uleciało w niebiesia moje zapytanie, Dobiegło mnie z nich radosne, Jego, zawołanie: - Mój synu, nareszcie, nareszcie zrozumiałeś, Tak daleko szukałeś, a tak blisko miałeś!
  12. Do Mojej Przyjaciółki M. Minie minuta, i minie każda chwila, Jak godzina, w której cię matka zrodziła. ... I minie dzień. A jakże! Dzień także przeminie. I minie tydzień. I miesiąc. I wiosna po zimie. Po wszystkim tylko pozostanie wspomnienie, Rozmyte, niczym na ścianie – rzeczy ciemne cienie. ..... I wieczność. Właśnie! I wieczność przeminie; Lecz wcześniej ślad wszelki po wszystkim zaginie: Po wszystkim co widziałaś, po wszystkim czym byłaś, Co przeczytałaś, i w co, naiwnie, wierzyłaś. ...... Poznikają bogowie, w czasu otchłani, Wszyscy. Ci znienawidzeni, i ci - ukochani, Bo albo się ludzie nimi zbytnio znudzili Albo wymarli wszyscy kapłani, którzy o nich głosili. Gdyż, bez kapłanów, bogowie zwyczajnie nie bytują, To kapłani do istnienia bogów powołują; Gdyż ja, gdybym był bogiem, nie wyręczał bym się kapłanami Tym bardziej, że większość z nich jest nikczemnymi zbokami. Po jaką cholerę by mi byli tacy pośrednicy, Co nie mogą swych myśli oderwać od macicy? Albo od dupeńki ślicznego ministranta? Lub dziewczynki, którą sadzają sobie na kolankach? ...... Odpowiedz sobie szczerze na powyższe pytanie, Wtedy próżne się stanie moje tutaj gadanie, I rzeczy tłumaczenie, gdy o Boga pytasz, Bowiem prawdy, jak możesz, tak zawsze unikasz.
  13. Spoglądam z niebieskiego balkonu na tłum ludzi poniżej rodzą się kochają umierają czekam może ktoś spojrzy powyżej może przysiądzie obok dłoń moją uzna za własną I tak będziemy patrzeć to na świat to na siebie poza czasem aż do końca a gdy i koniec przeminie w proch się rozsypiemy z którego kiedyś razem udało nam się powstać i z tak zmieszanych prochów naszych ulepi Bóg stary nowy wszechświat
  14. Dyktat ślepej materii może zabić tęsknotę duszy, tak, jak piorun odbiera życie wysokiemu drzewu, ale jest coś, co przewyższa materię, - drzewo odrasta, dusza odzyskuje blask. Boga nie interesują nasze kości, dusza - tak! Zdaniem Szekspira - "Reszta jest milczeniem." Ale czy na pewno? To właśnie w tym miejscu Krzak Rozbłyska Płomieniem, człowiek jest, a jakby go nie było (chyba, że postanowił być), jego dusza góruje nad ciałem, nie ma już miejsca na fałsz, czas ma inny wymiar, znika horyzont, oczy widzą prawie wszystko, Pełnia staje się faktem.
  15. Spojrzałaś tak, jakby nieśmiało pytając o miłość. Cóż mogłem powiedzieć? - niepewność i lęk panowały nade mną. Twoje ciche słowa, jakby niechcący powiedziane, ożywiły moją duszę, zniknęła pustynia, otworzyłem dla ciebie moje ramiona. Niczym rajskie ptaki płyniemy po niebie, piękno naszych dusz koi ból, dosięga Boga, a On - nas, kolejny cud - tuż, tuż. Nowe życie, nowy czas - coraz mniej szarości, zniknęła mgła, dzień za krótki - tak mocno chce się żyć, i noc i Wszechświat - też dla nas. Każde słowo, każdy gest - cząstką obrazu naszych dni i lat, w jego tle - bawiące się dzieci, w jego głębi - bezkres nasz.
  16. Patrzysz Boże na me cierpienie, Bólu tyś mi nie oszczędzał. Gdzie Ty? Ty Wielmożny Boże, Ty dobry stwórco. Gdzieś ja zbłądziłam, że nie mogę znaleźć Twojej światłości.
  17. Spętany jestem sidłami, każ mi. Przewracam się, między krzewami. Nie ma Boga z nami, w pustce pozostawieni sobie sami. Kiedyś okryci nadzieją wielkimi płatami. Teraz marny koniec nasz, zbliża się. Wielkimi krokami. Poniewiera mnie wiatr, miotając w odmęty ciemni. Stojący obok ludzie jak pachołki, są bierni. Kończyny diabła przeszywają powoli. Bycie tak wyalienowanym, że brak światła we własnej melancholii. Skłaniam się ku śmierci, nogę brudzę w grobie. Myśli czarne jak smoła w mej pustej głowie. Na dziewiątym piętrze, stojąc przy oknie, wdycham ostatnie opary życia. Beztrosko spadając sobie. Był to czyn wielkiego kalibru. Teraz po mnie ani słychu, bardziej widu. Kilka metrów niżej, na chodniku. Jestem Bogiem własnego przybytku, w którym ludzie wyżynają się, jak świnie, po cichu. Będę rzucać ich, jak te kamienie na szaniec, głupku. Jestem tego pewny, jest to ostatnie skinięcie, więcej wierszy nie będzie. Już czas zacząć przedstawienie.
  18. dzień pogodny maluje się na niebie słońce wstało podąża hen zza horyzontu już wyjrzało w polu szumi złoty len gdy wiatr gałązką poruszy z lipy zlatuje liść na łące siano się suszy być może idzie na deszcz i tak w zachwycie płynie myśl o sierpniowej porze wznoszę oczy ku górze błękitu a usta szepczą kocham Cię Boże
  19. Moja dusza zagubiona w podróż życia się wybrała,na poszukiwanie Boga, prawdy którą w sobie miała.Jakże była zadziwiona obserwując swe istnienie,że ta cisza którą znała to było Boga westchnienie.Duszo piękna zagubiona spójrz, nie jesteś w życiu sama,podaj rękę , powędrujmy w ciszy blasku pojednania.
  20. adamm1

    Wyzwanie

    Do nas z piekła listy Szatan śle i z Nieba słowo też przypływa. Ciemności kuszą, chcą kupić mnie. Bóg – prosi, bym Go się nie wyparł. Tyle zakątków kryje nasz świat; przestrzeni i ślepych uliczek, że na poznanie najczystszych prawd, nie starczy jedno krótkie życie. A w labiryncie moralności tak bardzo trudno się odnaleźć Na skutek danej nam wolności, czujemy niespełnienie stale. Czasem, na drodze, dokucza lęk albo odwaga się odzywa: czart nakazuje zagubić sens, Bóg -by szukania nie przerywać. Kiedy widnokrąg zasłoni mgła, doczesnych spraw i chorych żądzy, wciąż chcemy wierzyć, że dobro trwa i szukać tego, co nas łączy. Nie można nigdy się zniechęcać, znajdzie Go ten, kto poszukuje. Jak cicha na ołtarzu świeca Jego latarnia drogę wskazuje. https://www.facebook.com/Boks-seks-i-poezja-156187015047959/
  21. Boże zachowaj od bólu, tli się moja wiara, często spadam, bo nie klękam na kolana, Szansy nie miałem poznać wcześniej Ciebie, bliżej z wiekiem, z każdym policzonym grzechem. Przebacz mi, zaklinam o wiarę, miłosierdzie; nienawiść toczy serce, szepczą zewsząd cienie, Jak ślepiec w celi na dobro zamkniętej, chcę więcej, furia miesza się z obłędem. Twego oblicza, tak nie jestem godzien grzeszna dusza, podobać się nie może. liczę Ojcze, że pomożesz, wybrać drogę bo za życia sam wyprawkę robię w grobie. Zaprawdę boskie jest usprawiedliwione, niegdyś nikczemne grzechom zaprzedałem się w niewolę, na Twój obraz z grzechu ulep mnie ponownie, uświęć to co chore, skuty wyrwać się nie mogę. Spokój w środku i na zawsze moją Mekką, paradoks między blichtrem a cnotą sprzeczność, spokój duszy cenę ma wymierną i wszelką, dwie strony rozchwytują mą duszę nieśmiertelną. Przyszedłem tu na moment, krótką chwilę, świata nie studiuje wzrokiem, duchem patrzę, w DNA kodzie świadomość mi wszczepiłeś, newralgicznie więcej czuje i o duszę walczę. Naturalne to we mnie i pamiętam od zawsze, sprawy doczesne spowijam dystansem, co więcej pogardzam tym światem, to wszystko namacalne, mdląco - szampańśkie, wiem bo zasmakowałem. Spokój cenę ma wymierną, okupywaną pewną ceną, gotuję się do walki, bitwę stoczę z wrogiem, jak Samuraj w swym Bushido, akceptuje drogi koniec, lecz nieprzyjaciel jest we mnie i nim płonę. Zawsze mnie dogonią, do nikąd uciekam przed sobą, toczy mnie wina, jak Wyklęty Żołnierz mam ogon, bies ręce zaciera, uśmiecha się szeroko, grzech jego kartą przetargową, nonszalancko puszczka oczko. Nie będę ofiarą, zmienisz mnie w łowcę, prosze ponad Szczerbiec Królów dałeś mi oręż, ponad wszystko nakazujesz głosić Prawdę przez Siebie, jako w niebie czyniąc czystym i niewinnym, jak niemowle. Prawda wszak oręż, poderznę czarnym marom gardła, wiją się w mej duszy, jak robactwo w padlinie, Resztki smutków, krzywdy biorą za pożywkę, jako tarczę kryją się pod mym egoizmem i wstydem. W posłuszeństwie tkwi wolność o Słodki Panie, ty mnie stworzyłeś i Ty wiesz co jest dobre, pragnę zaprosić Cię do swego serca, byś przez swoje pojednanie zamieszkał świątynię. W zamiarach poświęcę życię, mam alternatywę, klękać przed Tobą tylko, Tylko Ciebie się obawiać, wszystko jest kłamliwe, jak Ciebie w tym nie ma, odpuść mi winy, daj mi powszedniego chleba. Zapłacę mu prawdą a grzech prowadzi do świętosci cena bycia pomazanym, nie tylko idąc w stronę światła być naturalnym i prawdziwym, prawda częścią mojej tożsamości być uświęconym i świadomym, widzieć więcej, żyć w miłości. "Królestwo Niebieskie - to królestwo sumienia" - Autor nieznany
  22. stonoga biegnie wzdłuż stu dróg, każdą nogą w innym kierunku. oto owadzia schizofrenia, jaźni rozdwojenie, rozsetnienie. cierniowa korona – a z niej sto cierni powbijanych w jezusową skroń; w głowie Pinokia zaś sto drzazg. obaj uczą się człowieczeństwa – – Bóg i Drewno. drewniane kościoły pachną pleśnią i zbawieniem. za dużo rozbieżności w tych moich słowach. obrazy nakładają się jeden na drugi, a jest ich w sumie setka. niełatwo przychodzi opisywanie stu dróg. a wszystkie prowadzą do Boga. trzeba uważać, żeby na bezdroże nie wstąpić; stamtąd rozpływają się drogowskazy, a pierwszy znika horyzont. człowiek ma tylko dwie nogi i dostępna jest mu tyko jedna droga spośród wszystkich stu – – bo drugą nogą zawsze może wejść na bezdroże. dalej: dwoje oczu, by wypatrywać straconych dróg linie. czasem tylko ślepnie… wtedy ratuje go sumienie, które prowadzi i niesie z powrotem. bezdroże jest studnią – – niejeden człowiek już setny dzień w niej spędza i nie ma siły, by demony od siebie wypędzać. cisza i pustka: i tak sobie myślę: stonogom najdalej jest od potępienia.
  23. graphics CC0 całym sercem a może ostatnim żetonem duszy rzuconym w kasynie prosto pod dekolt słodkiej Ginger? życie za paskiem jak spluwa Nicky Santoro i kesz Las Vegas chcę całym sercem *rien ne va plus życia na czole po kole domkniętym na trzecim okrążeniu bieżni zbrukany puls nadżera wierne tętnice – a *w_koło ciebie zimno pozorny gen przetrwalnikowy *a brave face_ but life is passe ikono szoku co krukom otwiera oczy i kolką w boku przekrwioną na sól sumienia podrzucasz w górę żeton Arystotelesa co okpił prawdę przetrawił paradoks kłamcy bo nie ma definicji na osobliwość życia – istnieje tylko prawo Absolutu bezwzględna potrzeba ludzkiej miłości i wiecznego zbawienia -- przypis: *w_koło - w sensie na kole - ruletki, również wokół (dwuznaczność) *rien ne va plus -zn. więcej nie wolno obstawiać (fr.) przed puszczeniem kulki przez krupiera w ruletce *a brave face_ but life is passe - odważne oblicze (kamienna twarz), ale życie jest passe
  24. kto pokocha złożoną z części kreature nikt Bóg tylko w swej nieskończoności spojrzał na mnie co teraz szepnęłam
  25. graphics CC0 - skany nadziei jeżeli istnieją są identyczne - Boskie powielają w każdym człowieku rzemiosło cierpienia potwierdza regułę a niżej zarozumiała powtarzalność nagminnych par oczu - smaków - i ornamentów zdobiących temperament żywioł to Redwatch i Antifa w skórze poróżnienia inkrustuje zło oddziela jak z krwi osocze to wzory antyfiguralne - podpięte do epoki nie z tkanki - z kolorowych kamieni i złota powstaje obraz histeryczny uwikłanego człowieka a człowiek jest taki sam wciąż z ciała które spotkałbyś w teoretycznym średniowieczu na Osi Rzędnych i Odciętych --
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności