Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'śmierć' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 81 wyników

  1. Wiatr rozrzuca naokoło zeschnięte liście w trupio-bladej poświacie księżycowej lampy. Stawiam wysoko kołnierz dziurawego płaszcza… Chrzęszczą mi między zębami ziarenka piasku… Stoję przed ogromnymi, drewnianymi drzwiami, jakby stworzonymi dla mitycznych olbrzymów… Muskam palcami zatarte przez czas wyrzeźbione litery… Czytane od góry do dołu ― tworzą słowo: B A E L* Poniżej, na wysokości oczu, jest sporych rozmiarów uchwyt, bądź kołatka. Wystaje z rozwartej i pełnej ostrych zębów paszczy jakiegoś drapieżnego zwierzęcia: lwa, tygrysa, pantery? Pociągam silnie zardzewiałe żelastwo… Trzeszczą przeraźliwie zawiasy rozwieranych ciężko podwoi… Falują od nagłego podmuchu zakurzone płótna pajęczyn… Uderza piwniczny chłód… Chłód ziemny, jesienny i zgniły… Spowity półmrokiem długi korytarz, rozświetlony jest tylko płomieniami pojedynczych pochodni… Zdejmuję drżącą ręką jedną z nich, omiatając rozkołysanym, żółtawym blaskiem rozwarte szeroko ramiona potwornego strachu… Łomot serca… Szum wzburzonej krwi… Idę pomiędzy kamiennymi maszkarami o wytrzeszczonych oczach i wyszczerzonych zębach… Wyobrażam sobie, że wyciągają swoje szpony, zaciskając je lodowatą, stalową obręczą wokół mojej szyi… Piskliwy szum rozsadza moją czaszkę... Dobiegają z oddali niewyraźne pogłosy, niby mniszej, szeptanej modlitwy ― zakłócane chrapliwymi, drwiącymi, szyderczymi śmiechami… Przepełnione gruźliczym oddechem basy i falsety… Kaszlące, obrzydliwe beknięcia wymiotujących… Jęki spółkujących dziwek i stękających buhajów… Ryki i warkoty drapieżników… Chropowate szumy, sprzężenia i modulowane piski, jakby stroił ktoś nieustannie radio… Słabnę. Coś wysysa ze mnie życiodajne soki i wypluwa, drwiąc przy tym i kpiąc. Przechodzi mi po całym ciele dreszcz jak u człowieka, którego toczy śmiertelna gorączka. Wydaje się, że wytrzeszczone oczy maszkar chcą mnie pożreć tym swoim przerażającym spojrzeniem… Rozsadza moje skronie pulsujący ból… Wszystkie te bezeceństwa przytłaczają mnie do ziemi… Upadam, rozbijając sobie nos i wybijając przednie zęby… Latają mi przed oczami eksplodujące gwiazdy... Gubię pochodnię… Podnoszę ją… Cieknie mi po brodzie struga krwawej, spienionej śliny… Charczę, rzężę… Słychać zewsząd coraz głośniejszy żabi rechot… Jakbym przechodził przez maszynkę do mielenia mięsa… Pełznę, całkowicie zmaltretowany, zbezczeszczony i zhańbiony! Coś przejmuję nade mną władzę… Mości się wewnątrz mojego mózgu obrzydliwy robak! Nie, nie, nieeee!... Ktoś, kto nie doznał patroszenia, nie wie, co to znaczy! Nie wie! JAM JEST KRÓLESTWO! Tak, JAM JEST… Oślizłe, pełzające glizdy, których jedynym celem jest przeżuwanie gówna albo swoich własnych, cuchnących resztek! Nawet nie wiecie, że żrecie siebie nawzajem! Jesteście niczym, niczym… niczyyymmm! Opluwam was cuchnącym szlamem! Spójrzcie! ― Potrafię kręcić głową dokoła szyi, i co? I nic! Jesteście bulgoczącą gnojówką! Ściągajcie portki! Jedynie seks i pieprzenie! Orgia na ołtarzu! Basowe dudnienie… Stukot diablich kopyt… Latam, latam… Laaataaammm bez skrzydeł! Hahahahaha! JAM JEST… Taak, o, taaaak… Rozwieram szeroko swoją paszczę, ukazując kły obwieszone przegniłymi fragmentami lśniących, ludzkich jelit, i których odór jest nie do wytrzymania! JAM JEST… Pieprze te wszystkie wasze wojny, zbrodnie, kłamstwa i cynizm, te wasze artystyczne dzieła… Hahahaha, bowiem to jest nie do pojęcia, kiedy żre gnijące ciało wszelkie robactwo! To jest nie do pojęcia! Alleluja, hosanna, hahahaha! Nie widać mnie w lustrze, nie widać! Hahahaha! Aaa, pissssk, przeraźliwy piiiisk, zgrzyyyyt!!! Przeciągam szponem po szkle, niczym diamentowym ostrzem! Czy potraficie wywrócić na drugą stronę swoje nędzne ciała, wywalając z obrzydliwym mlaśnięciem wszystkie wnętrzności? Kręcę głową dokoła szyi… Aaa, chrzanie was!!! Mogę latać, pełzać, wykręcać tym przejętym ciałem, aż do trzeszczenia rozciąganych ścięgien… O, taaaak, taaaaaaaak!!! Spójrzcie! JAM JEST KROLESTWO!!! Miotam się! Trzymają mnie straszliwe szpony! Tną ze świstem powietrze! Przecinają skórę… Wytryskuje krew… Wypływają wnętrzności! Rozszarpują moje sterroryzowane ciało ostre, ociekające jadem kły! Nieee! Wkładam palce do ust i wymiotuję… Bueeeee, bueeeeeueeeeuee! Wypełzający wąż wysuwa z sykiem rozwidlony język, szukając zapachowych cząstek… Węszy, węszy… Wciąż węszy… Wypada ze mnie do końca, rozchlapując po podłodze żołądkowe soki i roznosząc dławiący nozdrza odór żółci, ta lśniąca poczwara, ten maszkaron o pozlepianych włosach, ten zmieniający kształty pająkowaty stwór… Obejmuje mnie wieloma odnóżami i próbuje ukąsić, lecz ulega natychmiastowej metamorfozie, chcąc uchwycić szczypcami i ukłuć straszliwym jadowym kolcem… Walczę… Słychać kłapnięcia olbrzymich, podwójnych szczęk o ostrych jak u rekina haczykowatych siekaczach… Jakimś cudem odrzucam to coś od siebie… Pełznę, co sił, pełznę, ciągnąc za sobą wilgotną smugę… Nareszcie drzwi! Lecz klamka jest zbyt wysoko. Nie dostaję do niej! Nie dostaję! Stękam i jęczę. Błagam o litość. Słyszę, że to coś znowu nabiera rozpędu, unurzane w mieszaninie krwi, wymiocin i rzadkiego kału, jak ta drgająca spazmatycznie kupa gnijącego ścierwa… Nadludzkim wysiłkiem woli chwytam za klamkę, otwieram drzwi i wpadam do środka… Zatrzaskuję je za sobą… Słyszę jak to coś uderza od drugiej strony, wstrząsając nimi raz, drugi… trzeci… Odzyskuję powoli przytomność. Nie pamiętam za wiele. Co to za miejsce? Gdzie ja jestem, gdzie? Powoli wraca czucie rąk i nóg. Wraca ból złamanego nosa i wybitych zębów… Bolesne pulsowanie potylicy i skroni… ŁUP, ŁUP, ŁUP… ŁUP… Jakby ktoś uderzał mnie wielkim młotem… Siedzę na betonowej podłodze. Widzę ją wyraźnie w drgającym ogniu leżącej opodal pochodni. Widzę te pęknięcia i nierówności… Wstaję powoli, nasłuchując uważnie, lecz nie słyszę niczego innego, poza swoim przyśpieszonym, chrapliwym oddechem… Nawała dźwięku została za drzwiami… Tutaj ― króluje cisza… Przejmująca, grobowa cisza… Idę niepewnie, oszołomiony… Słyszę każdy swój wielokrotnie spotęgowany krok … W powietrzu czuć nikły zapach chemicznych, szpitalnych odczynników. Widzę przed sobą obskurny korytarz z odpadającą farbą czy tapetą, korytarz bez okien i drzwi… Po jego bokach zieją ciemnymi prostokątami jakieś opuszczone, otwarte pomieszczenia. Kiedy przechodzę obok nich, ogień pochodni oświetla przez chwilę porzucone tam sprzęty. Rozbłyskają ich metalowe lub szklane płaszczyzny, aby zgasnąć i znowu okryć się poza mną nieprzeniknionym mrokiem, jakby w milczących zaświatach. Mijam zdewastowaną salę operacyjną ze stojącym po środku zabiegowym stołem i wiszącą nad nim okrągłą, wielooką lampą. Chrzęści mi pod stopami rozbite szkło. Zawadzam, co chwila o jakieś poplątane kable… ― Wszędzie tylko gruz i biały pył… Wszystko pokryte pyłem… Na ścianach ― coś jak ślady ― rozmazanej krwi… Mijam kolejną salę… Odpadająca farba zwisa całymi płatami… Ciemnieją brunatne plamy zacieków… Łóżka na kółkach, nieużywane chyba od dziesięcioleci, pokrywają drobne kawałki tynku… Migają mi w drżącym płomieniu ich skorodowane sprężyny i obdrapane ramy. Na jednym z nich, po przeciwległej stronie, leży jakiś ciemny, podłużny kształt… Nie mogę stwierdzić czy to coś żyje, czy jest martwe od dawna. A może to jest… ― Nie, nie wiem, co, ale mam wrażenie, że jest nieruchome i zimne jak głaz… Czymkolwiek jest… Gdzieś w głębi mrocznego korytarza, trzaskają nagle drzwi, jakby od wielkiego przeciągu. I spada coś z żelaznym łoskotem i pogłosem echa… Spoglądam za siebie, ale nie dostrzegam niczego, poza rozedrganymi cieniami od poruszanego przeze mnie płomienia. A dalej? ― Nic... ― Naraz ― chwyta mnie coś za kark… ― Lodowaty dreszcz przechodzi przez moje ciało, niby prąd… Narasta tsunami obrzydliwych, mlaskających odgłosów, ochrypłych, pełnych szyderstwa i drwin śmiechów… Jest mi słabo… Podłoga ucieka mi spod nóg… Lecę przed siebie, uderzając głową o ścianę… Jęcząc, przywieram do niej, zdzierając palcami, rozbitym nosem i czołem odłażącą farbę… Wdycham jej zatęchły kurz i pył… ― I ten odór gnijącego ciała… ― Mojego? ― Nie-mojego? ― Dłużej tego nie wytrzymam. Chyba wkrótce umrę… Stąpam na czworakach przy ścianie jak jakiś bezpański pies, czując w podbrzuszu silne kopnięcia… ― Chyba wkrótce umrę… * Nieprzenikniona ciemność… Jest gdzieś tutaj, tak, gdzieś tutaj… Macam dłonią po omacku… Pochodnia wypaliła się już do cna. Kto tu jest? Czy ktoś tu jest? Wypełza skądś coś zimnego, ogromnego i wrogiego… W tej całkowitej czerni jestem zdany jedynie na słuch. Więc wytężam go, ile mogę… Łomocze mi serce… Chrapliwy oddech rozrywa płuca… Wiem, że jest już blisko… Słyszę, jak węszy… (Włodzimierz Zastawniak, październik, 2018) *) Bael (bądź: Baal) – w okultyzmie: demon, król piekła. Może się ukazywać pod różnymi postaciami. Jego znakiem rozpoznawczym jest chrapliwy głos.
  2. I Wog Marshall cierpiał przez całą noc. Przysypiał, to znowu wstrząsały nim chorobliwe dreszcze i przebudzenia. Miał koszmary, w których nawiedzała go jego ukochana żona, Ann. Jechali samochodem poza miasto, do nowego domu. Opowiadała mu najpierw jakąś zabawną historię ze szkolnych lat, potem mówiła coś o dziecięcym wózku, śpioszkach... Przeskakiwała dziwnie tematy. Była w siódmym miesiącu ciąży. Nie mogli się już doczekać tych narodzin, tym bardziej, że Ann poroniła dwa razy. Ale teraz, widział w jej oczach szczęście. Podobnie ― jak ona w jego. Ustalali szczegóły na temat mebli, koloru ścian, czy wyposażenia pokoju ich nienarodzonej jeszcze córeczki, Caroline… Snuli przyszłościowe plany… ― Nawet nie zauważyli rozpędzonej cysterny, która zmieniła nagle pas… Nastąpiło czołowe zderzenie… ― Wog zdążył jeszcze dostrzec błysk, usłyszeć ― przeraźliwy krzyk… II Przytomność odzyskał dopiero po trzech tygodniach w szpitalu. Powiedzieli mu, że cudem przeżył, natomiast jego żona nie miała szans. Samochód po stronie pasażera został całkowicie zmiażdżony. Ann zginęła od razu. Widział ― jak przez mgnienie ― nadjeżdżającego z naprzeciwka kolosa. Potem ― następował przytłaczający zgrzyt gniecionej, dartej blachy i… ― przerywany pisk. Ów pisk narastał coraz bardziej, aż zaczął świdrować w uszach. Męczył skołowany umysł… Otworzył nagle oczy, wydając krótki okrzyk przerażenia. Narastający, przerywany pisk dochodził od dobrych kilku minut z budzika, tuż obok łóżka. Nacisnął bez pośpiechu guzik. Piszczenie ustało. Krople potu zrosiły mu obficie czoło i skronie…Ten sam sen dręczył go od prawie ośmiu lat… Zamrugał powiekami, lustrując mętnym jeszcze, jakby zapiaszczonym wzrokiem pokój… W otwartym, balkonowym oknie powiewała bezgłośnie firanka… Promień słońca przecinał deski podłogi długą wstęgą ostrego blasku… Minęła ósma rano. Czuł bolesne pulsowanie w potylicy i ucisk w piersiach… Zwlókł swoje ciało, kaszląc przy tym i jęcząc… Usiadł ciężko na krześle przy okrytym kraciastą ceratą stole… Rozgryzł dwie tabletki aspiryny i popił przegotowaną wodą ze szklanki. Odczekał kilka minut, ale ból nie ustępował… Wziął kolejne dwie… Wyszedł na balkon, nabierając głęboko powietrze do płuc. Ostatni dzień lipca był niezwykle upalny i pachniał upojnym, słodkim aromatem przekwitających powoli kwiatów. Strzeliste topole szeleściły swoimi liśćmi w łagodnych powiewach wiatru, jakby oklaskiwały czyjeś przybycie albo odejście, opowiadając sobie nawzajem szeptane, tajemnicze historie… Ścisnął dłońmi nagrzaną, żelazną poręcz balustrady... Pomiędzy topolami falował ocean nieskoszonego jeszcze zboża, w którym mieszkał niewidzialny, chabrowy bóg… Szło stamtąd absolutne uspokojenie… Ptaki wyśpiewywały melancholię zmierzchającego lata… Obłoki sunęły w błękicie nieba, niczym galeony pod pełnymi, białymi żaglami… Nie zakłócały tej sielanki, nawet przejeżdżające drogą pojedyncze samochody i rozgwar rozbudzonego już miasteczka… Poczuł się trochę lepiej i nawet chciał coś zjeść, kiedy usłyszał pukanie. Przeszedł przez pokój, zabierając po drodze przerzucony przez oparcie krzesła szlafrok. Ubrał go w pośpiechu. Otworzył drzwi. To staruszka z parteru, pani Margaret, właścicielka tego domu, przyszła po comiesięczny czynsz. Nieco roztargniony, znalazł w końcu portfel i podał jej odliczoną kwotę. Pani Margaret, jak miała w zwyczaju, zapytała Wog`a czy ma ochotę zjeść u niej śniadanie. Stwierdził, że tak. Podziękowała za pieniądze i wyszła. Zamknął drzwi. Usiadł znowu przy stole, dopijając wodę. Następnie wstał, ogolił się i włożył przewiewne, lniane ubranie. Schodząc, poinformował starszą panią, że jednak zmienił zdanie. Po czym, wyszedł do miasta… III Na ustawionej po środku rynku scenie trwały próby mikrofonów. Podobno ― w ramach całodziennego festynu ― miała wystąpić wieczorem jakaś muzyczna gwiazda. Wog`a mało to wszystko interesowało. Jego myśli płynęły, gdzie indziej. Znowu czuł narastający ból głowy i ucisk za mostkiem. Skręcił w boczną, parkową alejkę, nad którą rozkładały swój cienisty baldachim rozłożyste drzewa. Usiadł na ławce wśród migoczących prześwitów i jął obserwować z oddali cały ten zgiełk. Dochodziły do niego przytłumione, piskliwe śmiechy biegających w tumulcie i gwarze pierzchających kroków dzieci… Trzymały w rączkach różnokolorowe baloniki i latawce. Widział kolejki do małych sklepików i rozmaitych kramów, gdzie sprzedawano pamiątki albo watę cukrową… Połyskiwały nad nimi jakieś lśniące girlandy, wstążki… ― Przez te wszystkie lata nie poznał innej kobiety. Zbyt mocno kochał Ann. Po jej stracie nie potrafił ułożyć sobie życia. Zmieniał miejsca zamieszkania. Brał różne posady: malarza pokojowego, ulicznego sprzedawcy hamburgerów... Było mu wszystko jedno… ― Wtem ― spostrzegł kontem oka uśmiechniętą, młodą kobietę z około 8-letnią dziewczynką. Szły spokojnie po żwirze alejki. Ich jasne i długie włosy falowały, mimo bezwietrznej, przedburzowej ciszy. Kobieta zaszeptała dziewczynce do ucha, wskazując w jego stronę ręką. Pociekły mu po twarzy łzy. Wyobraził sobie, że jest teraz z Ann, a Caroline miałaby już… ― Nagle, coś przykuło jego uwagę: „Nie! ― Przecież, to niemożliwe!” ― Przeszła mu przez głowę myśl z prędkością błyskawicy! ― „Ann?!”. ― Istotnie, ta kobieta wyglądała jak ona. Miała nawet tę samą zieloną sukienkę, kiedy poznał ją pierwszy raz! ― Stanęły tuż przed nim… ― Ten sam uśmiech! Te same oczy, skryte za okularami! Zacisnął mocno powieki, myśląc, że kiedy je otworzy zjawy znikną… ― Otworzył. Wciąż tu były… ― Walczył jeszcze przez chwilę, lecz widząc taką miłość w spojrzeniu tej kobiety, wykrztusił z siebie półgłosem: ― Ann? ― Chciał wstać, lecz zabrakło mu sił. Jego szept był chrapliwy i niewyraźny. ― Ale jakim cudem? Przecież ty nie żyjesz od ośmiu lat! ― Mówił ciężko, czując w piersiach narastający skurcz. ― To ja, kochanie. Przyszłyśmy po ciebie. Będziemy już razem i na zawsze… Poznaj swoją córkę, Caroline. ― Boże, córeczko moja… Jesteście snem, prawda? ― Nie, Wog. Jesteśmy tutaj naprawdę, ale tylko ty nas widzisz… Weź nas za ręce… Poprowadziły go przed siebie. Zobaczył, że przedmioty zaczęły lśnić niesamowitym blaskiem, jakby płonęły wewnątrz jakimś tajemniczym ogniem… Wchłaniało ich nieskazitelne światło… IV Pani Margaret szykowała obiad, słuchając przy tym programu nadawanego przez lokalną rozgłośnię radiową: „Przedstawiamy państwu najświeższe wiadomości” ― rozległ się głos spikera. ― „Niestety, zaczynamy nasz serwis informacyjny od przykrego zdarzenia. Otóż jakieś dwie godziny temu zostały znalezione w parku miejskim zwłoki mężczyzny. Z dokumentów, które miał przy sobie, można wywnioskować, że to 42-letni, Wog Marshall. Wezwany na miejsce lekarz stwierdził, że przyczyną zgonu był najprawdopodobniej rozległy zawał serca. A teraz dalsze informacje z kraju i z zagranicy…”. (Włodzimierz Zastawniak, luty, 2016)
  3. I Nazywam się Maksym Kriwonienko. Mam 35 lat i służę w tajnej jednostce wojskowej. Dokonujemy dekontaminacji terenów po testach jądrowych. Przekopujemy łopatami cały ten napromieniowany chłam, zdzierając wierzchnią, najbardziej skażoną, zeskorupiałą warstwę. Jej nieopatrzne dotknięcie gołą ręką ― grozi niechybną śmiercią. Wielu chłopaków już umarło, po tym, jak ponapychali sobie kieszenie odłupanymi, zielonkawymi kawałkami trynitytu, chcąc podarować je potem swoim kobietom. Nie zdążyli. Nie przypuszczali, że miały w sobie aż tak bardzo śmiertelną dawkę plutonu. Wydaje się, że ma to związek z próbą zacierania śladów dokonanego dopiero, co ― okrutnego przestępstwa. Mieszkam z żoną Marią, i naszą pięcioletnią córeczką Iriną, w polarnej mieścinie Biełuszja Guba, w obwodzie archangielskim na Nowej Ziemi, pomiędzy morzami: Barentsa i Karskim. Dodam, że wschodni brzeg tego arktycznego archipelagu wytycza umowną granicę Europy i Azji, rozciągniętą przez całą długość masywu Uralskiego, natomiast archipelag jest jego górzystym przedłużeniem. Oprócz pobliskiego, wojskowego lotniska Rogaczewo, z kilkunastoosobową obsługą oraz niewielkiej, rdzennej populacji Nieńców, prowadzącej w tej niegościnnej, okołobiegunowej krainie półkoczowniczy tryb życia ― jako myśliwi i rybacy ― nie ma tu nikogo więcej. Biełuszja Guba ― to niewielka osada typu miejskiego z około dwoma tysiącami mieszkańców, głównie personelem wojskowym i badawczym, i ich rodzinami. Założona w 1954 roku w związku z poligonami atomowymi: ― Czornaja Guba ― oddalonym 150 kilometrów na południe (Wyspa Południowa). I powstałym niedawno, wysuniętym z kolei 250 kilometrów na północ (Wyspa Północna) poligonem ― Suchoj Nos (nazwa półwyspu o charakterystycznym ostrym kształcie.) Obie wyspy przedziela wąska cieśnina Matoczkin Szar, a raczej fiord, który po prostu przeszedł przez całą szerokość wyspy. Mamy tutaj klimat biegunowy. Gdzie nie ma lodu ― występują jedynie: rośliny tundrowe i ― szaro-brunatne skały. W miasteczku dość częstymi gośćmi są niedźwiedzie polarne. Włażą wtedy z jakimś jęczącym rykiem do kubłów na odpadki, wystawiając swoje opasłe zady. Uciekają tak przed wybuchami nuklearnymi ― rozświetlającymi najczęściej jednolicie szare niebo. Dobiega koniec października 1959 roku i pada mokry śnieg. Za chwilę wpadniemy w bezlitosne objęcia mroźnej i długiej zimy. W ponury czas chmurnego nieba i zacinającego, gwiżdżącego wiatru. Dzisiaj mam ostatni dzień urlopu. Jutro wracam do jednostki. Wsiądę do ciężarówki i pojadę na północ. Do miejsca, w którym będę sprzątał razem z kolegami z jednostki po-atomowe odpady, gdzie znowu powstanie jakiś nowy ― trzystumetrowej średnicy krater. Amerykanie robią podobnie, więc ― musimy być od nich lepsi, bo człowiek radziecki jest zdolny do wszystkiego. Jeśli oni wyrąbią w ziemi krater o czterystumetrowej średnicy, to my ― pięćsetmetrowej itd. Robimy te dziury w imię pokoju, bo człowiek radziecki kocha pokój ponad wszystko i będzie o niego walczył do ostatniej kropli krwi. Mieszkamy z żoną w czteropiętrowym bloku. Jest ich tutaj sześć. Z lokalnego radiowęzła, nadającego przez uliczne głośniki, płyną na okrągło przemówienia członków jedynie słusznej partii. Nie można już tego słuchać. Nie mamy telewizji ani telefonu. Mają to podobno założyć w przyszłym roku, podobno. Ale mamy w mieszkaniu prąd, ciepłą wodę i gaz z butli. Wszelkie potrzebne rzeczy dowożone są tutaj statkami albo samolotami. Nie ma innej drogi. W miasteczku mamy cerkiew, szkołę podstawową, przedszkole, szpital wojskowy, zakład fryzjerski, studio fotograficzne i trzy sklepy spożywcze. W przyszłym roku mają zacząć budować kino i dwa hotele. Będzie dobrze. Musi być dobrze. Budzi nas o 7 rano mleczarz, zostawiając pod drzwiami butelkę mleka. Zawsze przychodzi do nas mleczarz i zawsze mamy na śniadanie mleko. Irina bardzo lubi mleko, takie gorące z dodatkiem margaryny. Bo u nas w miasteczku nie ma masła, jest tylko margaryna w takim opakowaniu z żółtym i uśmiechniętym słońcem i to chyba jest jedyny uśmiech w tym miejscu, bo wszystko jest wokół szare. Szare niebo, blokowce, szare ubrania ludzi (w większości są to mundury żołnierzy) i szare samochody ― terenowe łaziki ― należące do wojska. Nikt inny tutaj nie jeździ samochodem osobowym. Nie ma też autobusów, czy trolejbusów. Nasze miasteczko jest bardzo małe i nie potrzeba komunikacji miejskiej. W następnych latach ma być rozbudowywane. Ma być pięknie. Musi być pięknie. Jak każdego dnia o 8 rano wychodzimy z Marią, odprowadzając Irinę do przedszkola, a potem idziemy do zakładu fryzjerskiego, bo Maria pracuje jako fryzjerka. Maria przed wyjściem z domu miała bardzo smutne oczy, chyba płakała. Nie wie, co będzie dalej. Uspokajam ją, że będzie dobrze. Musi być dobrze. Pod zakładem fryzjerskim prosi mnie, abym kupił kilka podstawowych artykułów żywnościowych takich jak: ziemniaki, słonina i cebula. Bardzo lubimy ziemniaki ze słoniną i cebulą. Maria często robi z tego obiad. Czasami jemy kaszę, a czasami makaron. Ale najbardziej lubimy ziemniaki ze słoniną i cebulą, czasami z samą cebulą. Żegna mnie ze smutkiem w oczach. Maria pracuje do 17. Potem wychodzę po nią i idziemy po Irinę, do przedszkola. Idziemy wtedy, kiedy mam urlop, ale najczęściej Maria sama wychodzi po Irinę i robi zakupy. Wtedy, kiedy muszę być na północy i lać beton albo zbierać te cholerne po-atomowe odpady. Wyrzucamy je potem do pobliskiej zatoki. Od zeszłego lata nie pokazują się w niej, białuchy ― czyli gatunek ssaka blisko spokrewnionego z delfinowatymi o barwie arktycznego lodu. Zatoka jest chyba zatruta. Pewnie od tych odpadów. Ale musimy to robić dla światowego pokoju, bo Związek Radziecki przecież kocha pokój ponad wszystko. Nie to, co Amerykanie, oni by tylko niszczyli, a my ― musimy bronić świat przed zniszczeniem, nawet, jeśli padnie kilka białych waleni. Idę do sklepu spożywczego po ziemniaki, słoninę i cebulę. Kupię też margarynę ze słońcem. Bardzo lubię to słońce. Mija mnie po nieutwardzonej drodze kilka rozkołysanych, wojskowych ciężarówek ze spuszczonymi na pakach szaro-zielonymi, ubłoconymi brezentami. Wpadają, co jakiś czas w wypełnione brunatną breją koleiny, rozchlapując ją we wszystkie strony. Jadą na północ, zawsze tam jadą. Ja też tam pojadę. Idę główną ulicą, między blokowcami z wilgotnymi frontami i z gdzieniegdzie odpadającym tynkiem, pod którym widać czerwone cegły. Dawno ich nie remontowano. W przyszłym roku mają je załatać i odmalować, tak obiecał nam jeden z partyjnych notabli, który odwiedził nasze miasteczko miesiąc temu. Będzie ładnie. Musi być ładnie. Poza przejeżdżającymi od czasu do czasu terenowymi UAZ-ami i przemykającymi tu i ówdzie żołnierzami ― nie ma nikogo. Jest pusto, wietrznie i zimno. Pada coraz większy śnieg. Taki mokry śnieg. Lubię obserwować te płatki, jak wszystko równo pokrywają. Nieczęsto tu świeci słońce, więc idę do sklepu po margarynę, żeby zobaczyć ten uśmiech, jakże rzadki w naszym miasteczku. Wracam z zakupami do domu. Po drodze spotykam dwóch żołnierzy, których znam z widzenia. Mieszkają w bloku naprzeciwko. Stoją przy wejściu do klatki i palą papierosy. Machnęli mi na powitanie, zrobiłem to samo. Tutaj w zasadzie wszyscy jesteśmy kolegami, ale bez jakichś większych zażyłości. Każdy robi tylko to, co należy do jego obowiązków. Praca ― dom, praca ― dom… ― I tak w kółko. Czasami mam już tego wszystkiego dosyć. Marzę o ucieczce… Zbiec ― jak najdalej stąd… jak najdalej… Wchodzę do swojego bloku. Idę po schodach… Drugie piętro. ― Wyciągam z ociąganiem klucz z kieszeni i wsuwam do zamka. Nawet zgrzyt zasuwy brzmi jakoś bez przekonania. W przedpokoju odkładam torbę z zakupami. Zdejmuję płaszcz i zaczepiam o hak wieszaka. ― Spada. ― Niech leży. Czapkę i szalik rzucam obok niego. Biorę zakupy. Idę do kuchni. Wyjmuję z torby margarynę... Krążę chwilę palcem wokół słońca… Wstawiam wodę… ― Czekam, rozmyślając o jutrzejszym dniu… Głęboką apatię przerywa pisk czajnika. Wsypuję do szklanki herbatę i zalewam wrzącą wodą. Nie mamy w domu cukru. W sklepie też go nie mieli. Ale lubię herbatę bez cukru. Maria tak samo nie słodzi. Co innego, Irina. Dla niej jest specjalny przydział na cukier. Dzieci lubią cukier. Lubią słodycze. Idę z herbatą do pokoju i siadam przy stoliku w fotelu. Poczekam aż trochę ostygnie. Odchylam głowę, przylegając całym ciałem do głębokiego oparcia… Spoglądam w bok… Za szybą płyną szare chmury… Ciemnieje, ale nie chcę zapalać światła. Mam jeszcze kilka godzin, aby pójść do zakładu fryzjerskiego po Marię. Potem pójdziemy razem po Irinę. Zawsze tak robimy, jeśli mam tylko kilka wolnych dni, jeśli mam urlop. Pada mokry śnieg… Słychać, co chwila chlupiący szmer przejeżdżających pod oknami ciężarówek albo terenowych łazików. Wszystko powoli usypia… Wszystko zaczyna jakoś dziwnie majaczyć, nawet wzory tapety na ścianach... Jestem tak bardzo śpiący… Tak bardzo… Wyrywa mnie ze snu warkot przelatującego nisko śmigłowca. W pokoju jest już niemal całkowicie ciemno. Zapalam światło. Piję kilka łyków herbaty. Jest już zupełnie zimna. Pojedynczy gong ściennego zegara wybija 16.30. Muszę iść po Marię. Zakładam płaszcz, szalik i czapkę. Gaszę światło. Zamykam za sobą drzwi. Na dworze ogarnia mnie przejmujący chłód. Śnieg zdążył już wszystko przysypać i skrzypi teraz pod nogami. Stawiam wysoko kołnierz. Otacza mnie tuman gęstego mroku, tylko gdzieniegdzie rozjaśnianego przez słabe, uliczne latarnie. Maria już czeka przed zakładem. Upewnia się czy kupiłem ziemniaki, cebulę i słoninę. Uspokojona, bierze mnie pod rękę. Idziemy do przedszkola. Przebiegamy ulicę w żółtawych smugach samochodowych świateł. Jeszcze pięćdziesiąt metrów… Irina podbiega w holu do Marii, do mnie… Bierzemy ją za ręce… Wracamy przez coraz bardziej sypiący śnieg, przez coraz bardziej skrzypiący pod nogami mróz… W domu Maria szybko przygotowuje obiad. Jemy ziemniaki ze słoniną, popijając herbatą. Jemy w milczeniu. Tylko Irina trochę grymasi. Po obiedzie zmywam naczynia, a Maria czyta Irinie bajkę. Jeszcze trochę i pójdziemy spać. Wstajemy bardzo wcześnie. Ja, o trzeciej nad ranem, aby o czwartej być już w brudnej, ubłoconej ciężarówce z kompanijnymi kolegami. Maria przywiera do mnie. Ma w oczach przejmujący smutek. Dzień kończy powoli swój żywot. Za klika godzin znowu będziemy od siebie daleko. Tym razem ― aż na cały miesiąc. Ale musimy wytrzymać. Zawsze wytrzymywaliśmy, przynajmniej do tej pory. Wtulamy się w siebie jeszcze bardziej. Maria płacze. Ja też płaczę. Zmęczeni, zasypiamy w końcu w swoich ramionach. Budzik dzwoni od dobrych kilku minut, lecz dopiero teraz uświadamiam to sobie, przyduszając go ręką, aby zamilkł. Nie pamiętam, żebym miał sen. Obok leży Maria, skulona i okryta kołdrą po samą szyję. Nie będę jej budził, niech śpi. Idę do kuchni i robię sobie herbatę i kanapkę z uśmiechniętą margaryną. Słyszę, jak Maria mówi coś przez sen. Wywołuje moje imię i Iriny. Maria często mówi przez sen. Zawsze przed czymś ucieka, a potem szuka schronienia w moich ramionach. Jest wtedy taka bezbronna, rozedrgana, wystraszona. Zaglądam do pokoju Iriny. Przykrywam ją kołdrą. Całuję w policzek. Obserwuję przez dłuższą chwilę jej równy oddech… Dochodzi czwarta. Wkładam polowy mundur. Przeglądam dokładnie swój żołnierski ekwipunek. Zaraz przyjadą. Dopijam herbatę. Marię całuję delikatnie w spierzchnięte usta, gładzę po policzku… Już słyszę pod blokiem warkot silnika i pisk zjechanych hamulców oraz natarczywy, nieprzyjemny dźwięk klaksonu. Jeszcze jedno spojrzenie... ― Wychodzę, zamykając za sobą cicho drzwi. Witam chłopaków. Są jacyś niewyraźni, przygaszeni. Ruszamy. Rzuca nami, trzęsie…― I tak przez kilka godzin. Jedziemy na północ. Zawsze tam jedziemy… Mijamy blokowce, zakład fryzjerski, szpital i sklep. Jest cicho, biało i mroźnie. Wyjmuję z kieszeni zdjęcie Marii i Iriny. Wodzę palcem po ich twarzach. Wyjeżdżamy główną ulicą z miasta. Nikniemy powoli w sino-szarym mroku. Docieramy wreszcie do celu. Czuję pod stopami spaloną ziemię. Niczyją ziemię. Gdzie okiem sięgnąć, tylko bezkres i beznadziejność. Wszelkie wskaźniki wybiegają poza skalę. Wczoraj rano miał miejsce kolejny test nuklearny. Ponoć wg. najwyższych rangą oficjeli ― wypadł wyśmienicie. Cała wierchuszka piła z tego powodu do samego rana. I można się tylko domyślać: czy z powodu militarnego sukcesu, czy raczej mogłaby to być próba zakamuflowania winy, rozterek i czego tam jeszcze. Znowu będziemy zbierać te po-atomowe świństwa, mierzyć je, robić im zdjęcia. Jest tego wokół bez liku. Potem wrzucimy je do pobliskiej zatoki, aby jeszcze bardziej świeciła, choć i tak już świeci niczym latarnia morska. Inne zakopiemy i przykryjemy betonowymi płytami. Musimy przygotować umęczoną ziemię pod kolejny przecież test, ale przedtem trzeba to wszystko opisać i skatalogować. Dla dobra nauki… Dla dobra ― Związku Radzieckiego! Jednemu z nas prześwietlił się z powodu silnego promieniowania film w aparacie fotograficznym. Innemu stanęła kamera. Opadające powoli płatki śniegu połyskują wszystkimi minerałami, całą tablicą Mendelejewa. Słychać jedynie nasze kroki i przyśpieszone, chrapliwe oddechy. Blednący, pochmurny świt ukazuje stopniowo nas wszystkich, nas ― ze specjalnego oddziału czyścicieli. Idziemy tyralierą, my ― ludzie-duchy. Idziemy, stąpając wolno i ciężko, przytłoczeni ciężkimi ołowianymi osłonami antyradiacyjnymi, którymi opasaliśmy swoje szare i poprzecierane już żołnierskie uniformy. Milczymy. Każdy wie, co ma robić. A mroźny wiatr roznosi pył destrukcji coraz dalej i dalej… Mijamy po drodze powykręcane od nuklearnego żaru rozmaite stalowe konstrukcje, bądź poprzewracane i leżące w nieładzie fragmenty żelbetonowych schronów. Teraz już okryte białym pyłem. Im dalej, tym jest ich coraz mniej… Coraz mniej… Wchodzimy w obszar całkowicie wyjałowionej pustyni o niemal księżycowym charakterze. Ledwie widoczne linie, od podmuchu fali uderzeniowej, odchodzą symetrycznie od czarnych krawędzi ogromnego krateru. Leżąca na jego dnie cienka warstwa śniegu wygląda z tej wysokości jak jakaś szarawa pleśń. Niemalże półkilometrowa dziura o prawie sześćdziesięciu metrach głębokości ― rozwiera się lejowato ― tuż przed nami. Po co to wszystko? Jaki jest w tym wszystkim sens? I w tym właśnie momencie ziemia ucieka mi spod nóg. Słabnę. Boli mnie głowa i brzuch. Dostaję wymiotów i skrętu kiszek. Ktoś narzuca mi na głowę, jakby czarny całun. Zaczynam tracić orientację. Czuję, że odpływa ze mnie świadomość. Spadam w jakąś nieskończoną otchłań, mając w ustach kwaśny smak nuklearnego rozszczepienia. I niczym błyskawica ― przebiega jeszcze w moim mózgu ostatnia myśl: Czyżbym właśnie ― smakował śmierć? II Pokonuję niewyobrażalnie wielką przestrzeń, płynę... Jestem raczej tchnieniem, zagubionym i skłębionym obłokiem, wiatrem ― nie-wiatrem, mgłą bez określenia, molekularnym strumieniem… Mój pęd jest tajemnicą, tak jak wszelki ruch jest tajemnicą i tak jak tajemnicą jest doskonała czerń, bądź oślepiający błysk stworzenia. Na granicy widzialności i tuż przy mnie ― płoną ogromne gwiazdy, te pierwsze, powstałe zaraz po Wielkim Wybuchu, jakże jaśniejsze od swoich następczyń z drugiego, trzeciego czy czwartego pokolenia. Migoczące i drżące, spalające w ułamku sekundy miliardy ton wodoru. Eksplodowałyby w potoku światła, gdyby nie grawitacyjna siła, trzymająca je w straszliwym uścisku. Coś się ze mną dzieje dziwnego, ponieważ przyspieszam, to znowu zwalniam. Ciągnę za sobą warkocz skotłowanej kipieli, jakby to była wzruszana przez śruby oceanicznego statku niebieskawa toń. Następują przeskoki atomów, bozonów, kwarków i całej tej subatomowej, niepojętej menażerii. Będąc pomiędzy czymś a czymś, wytrącam ze swoich orbit połyskujące w nikłym świetle kryształy lodu, lub mknące w pierścieniach gazowych olbrzymów prawie niewidoczne bryły meteorów. Wystawiam ramiona, wirując dokoła własnej osi ― jak galaktyka, która otula spiralnie swoje pulsujące, rozpalone do białości wnętrze… Moje oddziaływanie sprawia, że spowalniają wskazówki i wahadła zegarów, zgrzytają zębate koła i przekładnie mechanizmów. Nachodzą na siebie enigmatyczne obrazy, półsenne, zatrzymane widma. Nie podlegam wpływowi czasu. Nie mam prawa istnieć, a jednak istnieję, mimo że przerażająco zimny, że gdyby być w moim pobliżu, to momentalnie zamarzłaby krew, a gałki oczne ― przybrałyby formę ostrych, ślepych kamieni. Ulegam wciąż metamorfozie, tak, jak pełgający cień, rzucany na ścianę przez oświetlany rozedrganym płomieniem świecy przedmiot i zarazem jak ― nie-cień, jak niewyraźne odbicie kształtu w popękanym, zaparowanym lustrze. Albo znowu jestem niewidzialny i martwy, jak coś, co chce dopiero być, albo coś, co już dawno było i rozpadło się z powrotem w nic. Już prawie rozumiem, lecz zostaję odrzucony w tył. Nie wiem, co to za miejsce, nie wiem, kim jestem albo, czym. Wokół ― jedynie skłębiony mrok… Stoję, leżę, przybieram jakąś formę embrionalną? Lewituję, nie znając pozycji… Żadnego punktu zaczepienia, absolutnie nic… Zmierzam do przodu, do tyłu, w bok, a może ciągle spadam? Totalna dezorientacja. Jakbym był zupełnie obcą i przedwieczną istotą, która trwa przyczajona w odmętach wszechświata. Nachodzi wyobrażenie jakiegoś czarnego ptaka z rozpostartymi, ogromnymi skrzydłami, który kołuje w głębinach nieba bardzo powoli, poszukując ofiar. Ale nie jestem ptakiem, raczej ― przed-materialną pustką… Co ma oznaczać to jaskrawe światło? Czy to nowy rodzaj życia? Jakiś rodzaj kontaktu istot wyższych z… ― no właśnie…, ― z kim? Światło rozsyła wokół jaskrawe igły. Dotyka mnie nimi w absolutnej ciszy. Wygląda to jak rodzaj jakiegoś bąbla z pomarańczowo-żółtymi ziarnami, ale nie jest to też wybuch. Zaczynam dostrzegać coraz więcej, rozróżniać poszczególne kształty, choć zamazane i mgliste. Ogromnieją, to znów nikną. Coś najwidoczniej zmienia swój stan materialnego skupienia. Powstaje nowa forma jakiegoś bytu na zupełnie odmiennych prawach fizyki ― albo, być może ― następuje w którymś miejscu nieoczekiwane zderzenie przeciwstawnych wszechświatów? Wizję chorobowo-narkotycznej maligny coraz bardziej przecinają ostre i wyraziste fragmenty, bądź enigmatyczne widma o rozmazanych konturach… I oto zaczynają się wyłaniać niezgłębione oczy obserwatorów. Spoglądają na mnie bez wyrazu. Niczego nie rozumiem, jestem zbyt otępiały. Obserwatorzy dziwnie zmieniają swoje ciała. Są niczym ameby, skłębione chmury. Wszystko ulega ciągłym zakłóceniom, wraca do poprzedniego stanu… Jakbym podpływał tuż pod rozświetloną słońcem powierzchnię wody i z powrotem spadał. Obserwatorzy znowu są blisko. Dotykają mnie swoimi wypustkami. Na ich końcach mają małe kulki, które roztaczają błękitne światła. Zaglądają mi do źrenic, nosa i ust. Nie mogę dłużej tego znieść, jestem już tak blisko zrozumienia! Postanawiam chwycić obserwatorów za maski, zedrzeć je z ich twarzy, nie-twarzy. Lecz zostaję ponownie odrzucony w tył… III Czuję, że świadomość powoli wraca. Mam zamknięte oczy. Nie wiem, gdzie jestem, ale słyszę przytłumione głosy i cichy kobiecy płacz. Coś nieustannie pika w pobliżu. Nie mogę rozewrzeć powiek. Mimo wysiłku, szczelnie do siebie przylegają. Odgłos płaczu zmienia naraz swoje miejsce. Jest bliżej. Coś ugniata moją rękę, sprawiając mi piekący ból. Przez wąskie szparki zaczyna wpadać blada poświata. W ustach czuję okropny kwaśno-żelazisty smak. Zaczynam rozróżniać przedmioty i kształty. Widzę teraz nad sobą biały sufit z dwiema nieświecącymi jarzeniówkami i połączony przewodami z moją klatką piersiową kardiomonitor. Przechylam z wysiłkiem głowę. Tuż przy mnie stoi biały metalowy stoliczek z butelką wody i kubkiem ze słomką. Ból prawej ręki wciąż narasta. Wodzę powoli oczami po pomieszczeniu. Ktoś siedzi na krzesełku obok… Poznaję! ― To Maria! ― Czule gładzi mnie po głowie. Nie mogę wydobyć z gardła niczego ― prócz charkotu pomieszanego z jękiem. ― Już dobrze, Maksym. Jestem przy tobie ― mówi ściszonym głosem. Po chwili dodaje nieco głośniej. ― Jesteś w szpitalu. Byłeś nieprzytomny trzy dni. ― Mario… ― szepczę, ale przychodzi mi to z wielkim trudem. ― Ciii. Nic nie mów. Musisz nabrać sił. ― Widzę, że oczy ma czerwone od płaczu. Jest blada. Na twarzy odmalowany wielki strach. Po chwili dodaje ― Iriny, niestety nie wpuścili na oddział. Jest on zamknięty. Ja dostałam pozwolenie dopiero po długiej batalii z dyrektorem szpitala. Ale jak mogłabym nie być przy tobie w takiej właśnie chwili. ― Chcę ją pocieszyć, ale straszliwy piekący ból powoduje, że zaczynam wyć, rzucać głową na boki. Spływają ze mnie strużki zimnego potu... Ból trochę ustaje. ― Zostałeś bardzo poważnie napromieniowany ― wypowiada te słowa przez łzy, niemal szlochając. ― Posłali was tam zbyt wcześnie. Po co to wszystko, po co! ― Płacze, padając twarzą na kołdrę. Jej jasne włosy rozrzucają się półokręgiem. Dłonie zaciska w pięści, aż bieleją jej kostki. Piekący ból znowu narasta. Maria wybiega z pokoju, wołając lekarza. Widzę potwornie obrzękniętą rękę aż po bark. W niektórych miejscach skóra jest popękana, jakby ją coś rozsadzało od wewnątrz. Widnieją w niej czarne, ropiejące bąble. Wychodzą z nich jakieś rurki. Spływa nimi do pojemnika obok łóżka czerwonawo-brunatna, cuchnąca ciecz. Prawa noga również jest potwornie nabrzmiała, ale jej kompletnie nie czuję. Naraz wpada do pokoju lekarz w białym, rozpiętym kitlu. Tuż za nim, Maria. Lekarz, jeszcze biegnąc, wciąga do strzykawki przezroczysty płyn z małej buteleczki. Po chwili wbija igłę w moją lewą, zdrową rękę. Prawie momentalnie odczuwam błogą senność i rozluźnienie. Ból powoli ustępuje. ― Zaraz powinien usnąć ― mówi półszeptem do Marii. Po chwili chwyta ją za ramię i wyprowadza na korytarz. Przez niedomknięte drzwi docierają do mnie jego przytłumione słowa. ― Niestety, pani mąż umiera. To nie potrwa długo. Może z godzinę, najwyżej dwie. Jego stan jest beznadziejny. Promieniowanie jonizujące zrobiło w jego organizmie zbyt wielkie spustoszenie. Środek, który mu wstrzyknąłem sprawi, że uśnie i nie będzie cierpiał. To wszystko, co mogę dla niego zrobić. Maria zarzuca się szlochem. Krzyczy: ― Wysłaliście ich na pewną śmierć! To się musi wreszcie skończyć. Te wasze zabawy w atom! Nienawidzę was! Nienawidzę!!! Ból całkowicie ustępuje. Widzę pod sobą studnię bez dna. Krzyk Marii powraca do mnie, niczym górskie echo.... IV Odzyskuję świadomość nie wiadomo, po jakim czasie. Spałem? Byłem nieprzytomny? Chcę otworzyć szerzej oczy, lecz powieki są pozlepiane jak u człowieka po długim i głębokim śnie. Przez nikłe szparki, widzę tylko ciemno-szary, zamglony obraz. Znowu nic nie rozumiem. Nie znam swojego położenia, ani miejsca. Pulsuje mi w głowie. Nie wiem, kim jestem. Usiłuję sobie przypomnieć cokolwiek. Nic. Czuję mrowienie w plecach. Prawa ręka jest całkowicie odrętwiała. Spoczywająca tuż obok ręka ― jest kompletnie bez czucia, jakby należała do kogoś innego. A więc paraliż? Co, u licha? Próbuję wykonać jakiś ruch. Nic. Próbuję jeszcze raz. Znowu nic. Totalna bezsilność. Mogę jedynie równomiernie oddychać. Pomimo trupiej, zatęchłej woni nabieram głęboko powietrze do płuc… Powoli go wypuszczam… Robię to jeszcze raz i jeszcze… ― I znowu… Słyszę w uszach pulsujący szum, podobny do szumu płynącej rzeki, która przyśpiesza w regularnych odstępach czasu, to znów zwalnia. Miliardy igieł nakłuwają moje ciało… Wydaję z siebie jedynie przepełniony bólem przeciągły jęk... Trwa to nie wiadomo jak długo. Niemiłosierne kłucie powoli ustępuje, a jego miejsce zastępuje stopniowo normalne czucie. Leżę na czymś twardym i zimnym. Nad sobą widzę szary, obdrapany sufit. Odnoszę wrażenie, że coś z niego miejscami zwisa, coś nieokreślonego… Próbuję poruszyć ręką, nogą… Odczekuję chwilę… ― i z wysiłkiem przekręcam się na bok, stękając przy tym i kaszląc. Latają mi przed oczami jakieś plamy, lecz mimo półmroku zaczynam rozróżniać coraz więcej szczegółów. Srebrna smuga światła rozświetla betonową posadzkę. Wirują powoli drobinki kurzu. Wystawiam w jej kierunku drżącą i słabą jeszcze rękę… ― o dziwo, nie jest już spuchnięta… Rzuca rozedrgany cień na zagraconą podłogę i przeciwległą, obdrapaną tak samo jak sufit ścianę. Zwisają zewsząd resztki obdartej tapety z falującymi w nikłym powiewie płótnami pajęczyn. W prostokątnym otworze o poszarpanych konturach jaśnieje w głębokościach rozgwieżdżonego nieba ogromny księżyc. Jest to prawdopodobnie okno albo raczej to, co po nim zostało. Futryny najwidoczniej wyrwano razem z kawałkami muru. Całe pomieszczenie zawalają resztki drewna, betonu i potłuczonego szkła. Wszystko zdążył już pokryć szary cementowy pył. Co to za przeklęte miejsce? Gdzie ja jestem, u licha? Przeszywa mnie chłód. Po długiej walce z niemocą ― staję w końcu na miękkich, niepewnych nogach. Jestem bardzo zmęczony, jakbym był po wielogodzinnym maratonie. Chwieję się jak pijany i lecę do przodu, amortyzując zderzenie ze ścianą rozwartymi dłońmi. Przywierając do niej rozbitym czołem, nie wykonuję chwilowo żadnego ruchu… Wdycham zatęchły, piwniczny zapach pyłu, kurzu i pleśni. Zamykam oczy, otwieram szeroko… i znowu… Po skroniach i karku ciekną mi zimne strużki potu… Liczę do dziesięciu… ― Robię kilka kroków w tył. Chrzęści mi pod stopami. W samym środku srebrnej poświaty rozkładam szeroko ramiona, aby złapać równowagę… Oświetla mnie ogromna, księżycowa twarz… Tylko ja i ona, i bezkresna pustka nieprzeniknionej nocy… Przekręcam głowę, nasłuchuję… Otaczają mnie ciche trzaski jakichś magnetycznych oddziaływań, ginące w milczeniu straszliwej samotności sprzężenia i szepty… Spoglądam za siebie… ― Na podłodze i ścianie ― czernieje wydłużony, cienisty krzyż. Pierwsze kroki są niepewne, chwiejne. Przywieram do ścian. Co jakiś czas trafiam dłonią w zwisające resztki, które spadają z cichym plaśnięciem. Podchodzę do prostokątnej okiennej pozostałości. Staję w niej, oparłszy ręce o jej powykruszane krawędzie. Owiewa mnie zimny wiatr. Głowa opada mi coraz bardziej z osłabienia. Podnoszę ją jednak ― i znowu patrzę prosto w ogromną tarczę księżyca. Jak okiem sięgnąć, tylko bezkresna równina… Majaczą niewyraźnie jakieś wyrastające z ziemnych nasypów konstrukcje. Nie są to budynki, raczej jakieś pościnane z jednej strony betonowe fragmenty murów, kominów albo kratownicowych wież. Wychylam się na zewnątrz i stwierdzam, że jestem na wysokości około 10 metrów. Dostrzegam wiele czarnych prostokątów nad sobą, po bokach i niżej. ― Budynek? Odnajduję w mroku pomieszczenia ledwie widoczny zarys drzwi… Ruszam ku nim, rozdeptując z chrzęstem resztki porozrzucanego szkła… Wchodzę do kolejnego... Z sufitu i ścian zwisają jakieś kable… Podłogę zawalają całe ich zwoje. W kącie stoi coś, jakby elektryczne urządzenie, mające ze trzy metry wysokości i metr szerokości, lecz wskazówki zegarów, które są rozmieszczone rzędami na przednim panelu, już od dawna niczego nie odmierzają. Krawędzie potłuczonych szybek połyskują nikłym, odbitym od czegoś blaskiem... Przechodzę wolno, niknąc w mrowiu szalejących, ciemnych pikseli… Jestem w długim korytarzu. Ledwie widzę. Idę przed siebie, niemal po omacku, nie wiedząc kompletnie, dokąd. Po wyczerpującym i długim marszu docieram wreszcie do celu. Ogarnia mnie powiew świeżego powietrza. Księżycowy blask przechodzi przez szczeliny ścian. Schodzę po kilku stopniach… Na zewnątrz spoglądam za siebie… Widzę teraz w całej krasie miejsce, w którym doznałem przebudzenia. W obdrapanym froncie zieją czarne, okienne prostokąty. Jakby to były patrzące na mnie puste oczodoły, tkwiące w czaszce jakiegoś martwego od milionów lat, wielookiego, prehistorycznego gada, co rozwiera na samym dole paszczę wejściowych drzwi… Ukośna smuga księżyca omiata ścianę, wpadając gdzieniegdzie do wnętrza... Migoczą nade mną ostre jak igły gwiazdy. Są ich miliardy… Obsypują sobą żałosne szczątki jakiegoś dawnego życia… Gdzie okiem sięgnąć, tylko nieskończona równina porośnięta rzadką trawą. Żadnych ludzkich głosów, szczekania psów czy śpiewu ptaków. Zamiast tego, tylko świstanie wiatru. I ten świst miesza się z szumem i dzwonieniem w moich uszach. Pulsuje mi w żyłach krew, rozsadza skronie na granicy bólu. Teraz już wiem, że jestem w miejscu, w którym mieszka jedynie ― śmierć. Dokąd mam iść? Jaki mam obrać kierunek? Wokół ― absolutnie nic, tylko resztki atomowych schronów i rozmaitych, poskręcanych od żaru nuklearnych eksplozji konstrukcji. Idę przed siebie, nie wiadomo jak długo; godzinę, tydzień, cały wiek? Dochodzę do ogromnego oka… W nieruchomej toni jeziora drga galaktyczny pył. Wygląda to tak, jakby przebił ktoś na wylot zawieszoną w czarnej przestrzeni wszechświata ziemię... Ruszam dalej, nie wiadomo, dokąd. Mijam kolejne oka, obramowane zeszklonym, zielonkawym piaskiem. Pustka i jałowość tego miejsca przyprawia mnie o zawrót głowy. Nawet trawa tutaj nie rośnie. Nic, absolutnie ― nic. Mam wrażenie, że widzę czasami mikroskopijne błyski, przelatujące przez moje ciało... Im bardziej podążam w dal, to płoną coraz intensywniej, migoczą coraz intensywniej, drżą… Epilog Co jest dalej? Co jest takiego w nicości? Wszystko się nieuchronnie rozpływa, rozprasza i zamazuje. Nie ma już wirujących w srebrnym blasku drobinek kurzu… Rozedrganego cienia wystawionej ręki i cienistego krzyża… Splątanych kabli… Obdrapanych ścian ze zwisającą tapetą… Pełnych kurzu pajęczynowych płacht… Zegarowej szafy z potłuczonymi szybkami, stojącej w kącie ciemnego pokoju… Ogromnego księżyca, którego światło padało pod kątem na frontową ścianę, wnikając nieśmiało do wnętrza... Świszczącego cicho wiatru… Drgających gwiazd… A on? ― Zniknął całkowicie... Lecz zanim to nastąpiło, miał przez chwilę wrażenie, że słyszy kogoś, kto wymawia szeptem jego imię... Ów szept przybliżał się, to znów oddalał. Ginął stopniowo, niczym echo, które odbija się od krawędzi księżycowych kraterów. (Włodzimierz Zastawniak, Lipiec, 1016)
  4. Szedł po równinie ― porośniętej kępami wysuszonych, ostrych traw. Słońce paliło niemiłosiernie... Miał ogromne pragnienie… Wypił parę łyków wody z blaszanego bidonu… Zwilżył sobie szyję i kark, po czym ― przesłaniając dłonią oczy ― jął lustrować nieskończoną monotonię krajobrazu… Otaczały go ― majaczące w oddali ― szaro-fioletowe wzgórza… Powietrze drżało od gorąca… Nic nie pamiętał… Nie wiedział, co to za miejsce, skąd przybył oraz jakie jest jego imię, ani ile ma lat… Odnosił wrażenie, jakby został uderzony w głowę i dopiero, co odzyskał świadomość… A może wpadł w kolejną, senną malignę? Dotknął ostrożnie potylicy, ale nie wyczuł bólu, czy opuchlizny… Obejrzał dokładnie swoje ubranie. Nic specjalnego: kraciasta, flanelowa koszula z podwiniętymi rękawami, dżinsy i wiązane za kostkę buty z solidną zelówką… Opróżniony do połowy bidon zaczepił o pasek spodni. Nie miał niczego więcej, żadnego dowodu tożsamości, nawet zegarka… Musiało być po południu, ponieważ kępy traw zaczęły już rzucać cienie… Usiadł na ziemi, obejmując rękami zgięte kolana… Słuchał z uwagą owadzich brzmień... Nie było żadnego, nawet najmniejszego przewiewu…. Otarł zroszone potem czoło i szczypiące od soli oczy… Spojrzał w górę… Kobaltowy błękit nieba przekreślało kilka kondensacyjnych smug, upodobnionych do białych, pierzastych węży... Gdy tak rozmyślał, nawiedził go nagle ― zapamiętany skądś sen: „Ma może 12 lat i jedzie z matką pociągiem. Poza nimi ― nie ma nikogo. Matka wpatruje się ze smutkiem w piaszczyste wydmy, które przemijają za oknem, niby falujące morze… Jest mu jej bardzo żal… Jadą tak przez pustynię, nie wiadomo jak długo, po zasypanych w połowie torach… Wszędzie, tylko pochmurna szarość, w której mżą mikroskopijne piksele samotności… ― I w tym momencie, pod dalekim wzniesieniem, eksploduje równocześnie kilka nuklearnych głowic, jakby w zwolnionym tempie… Oślepiający blask zalewa wszystko trupią poświatą… Powietrze rozdziera przeraźliwy krzyk… Zakrywa dłońmi twarz, dostrzegając ze zdumieniem wszystkie kości ― prześwietlanego promieniami Roentgena ciała… Kiedy odzyskuje wzrok, czarne obłoki suną w ich stronę, niczym upiorne, poszarpane zwidy…” Wybudził go z letargu huk przelatującego nisko wojskowego odrzutowca. Słońce powoli zachodziło w czerwonawej łunie nadciągającego zmierzchu. Przesycone chłodem powietrze już nie falowało i mógł przez to dostrzec więcej szczegółów… Jakieś sto metrów przed nim stał samotny, drewniany dom. Ruszył w jego kierunku… Frontowe ściany miał osmalone od niewyobrażalnego żaru eksplodującej kilka kilometrów dalej bomby. Zamiast okien i drzwi ― ziały puste, ciemne prostokąty… Obszedł go dookoła… Sprawiał bardzo przygnębiające wrażenie… Nie wiadomo, jakim cudem ― przetrwał potężną, destrukcyjną siłę… Wszedł do środka… Duży pokój był zawalony połamanymi deskami i gruzem… Na środku ― obsypane białym pyłem: kanapa, dwa fotele, stół i przewrócona „podłogowa” lampa z potłuczoną żarówką bez klosza… Przeszedł wolno po chrzęszczących pod butami kawałkach rozbitego szkła… W drugim pomieszczeniu ― pusto… Za niedomkniętymi drzwiami ― zejście do piwnicy… Schodząc po betonowych stopniach, czuł narastający coraz bardziej odór spalenizny i rozkładu… W nikłym świetle, padającym z małego okienka, natrafił po środku na sporych rozmiarów drewnianą skrzynię… Leżące w niej zdeformowane manekiny ― wyciągały ku niemu ręce... Pierwszy ― ubrany w czarny garnitur, białą koszulę i krawat, drugi ― w kolorową, częściowo spaloną sukienkę… Manekin dziecka ― miał stopioną twarz… Wszędzie wokół ― potłuczone talerze, jakieś porozwijane kable, zdemontowane radio… ― Telewizor z pękniętym kineskopem… Ray Charles ― spoglądał z wielkiego, pożółkłego ze starości plakatu ― swoimi niewidzącymi oczami, spoza ciemnych, jakby spawalniczych okularów… Odsłaniał w szerokim uśmiechu białe zęby… Coś zapiszczało w kącie... Między sprzętami mignął długi, szczurzy ogon… Wstrząsnął nim dreszcz… Wyszedł szybko na zewnątrz… Tuż za progiem padł na kolana i zwymiotował… Nie mógł patrzeć na śmierć, ani wdychać jej ohydnego smrodu! Podniósł się i zaczął biec… Upadł po raz drugi… Jego głowę opasywała boleśnie, jakby pulsująca obręcz… Usiłował wstać… Kilkadziesiąt metrów dalej wyrastały z ziemi betonowe filary wiaduktu... Dwa filary ― podpierające fragment żelaznej konstrukcji… Tory ― prowadzące znikąd ― donikąd… Poskręcane od piekielnego żaru ― zardzewiałe resztki… (Włodzimierz Zastawniak, Styczeń, 2016)
  5. Stoję na wprost falujących kłosów zboża. Niebo jest niepokojąco ciemne; nie wiadomo czy od burzowych chmur, czy za sprawą czerni bezgwiezdnej nocy. Kłosy zboża falują łagodnie, oświetlane z otwartych okien opuszczonego domu ― drżącymi płomieniami świec. Nie, to nie kłosy, tylko spalone kikuty drzew albo wyrastające z ziemi ubłocone ręce tysięcy martwych ludzi. Krople wosku ściekają na drewniane parapety. I ściekają dalej, zastygając w powietrzu niczym miniaturowe sople. To jest chyba dom moich umarłych przed dziesięcioleciami dziadków, których ciała już dawno zagrzebał czas. Nie wiem tego na pewno. W ogóle wszystko tutaj jest jakieś niepewne i dziwne. Raz coś jest, a za chwilę już tego nie ma. Mam wrażenie, że dostrzegam kątem oka nieznaczny ruch ― tuż obok, dalej i nigdzie, ruch raczej symboliczny, jakby zbłąkany duch chciał przemknąć w tajemnicy przed światem ― niezauważalnie i chyłkiem. Odwracam się, lecz nic, to tylko cienie majaczą na suficie i ścianach. Czuję ni to ciepły oddech lata, ni to tchnienie jesiennego rozkładu. Jest takie milczenie wokół. Nic, to tylko mój chrapliwy oddech przepływa po okolicy. Zatyka w piersiach, łomocze serce... Zimny dreszcz wstrząsa od nagłego przeciągu, ściska lodowaty, upiorny chłód… Jakiś podłużny przedmiot leży w progu otwartych drzwi, niczym porzucony w półcieniu szaro-brunatny, zwinięty worek. Podchodzę bliżej. Trącam niepewnie stopą, która niespodziewanie grzęźnie z trzaskiem w spróchniałym wnętrzu. Coś odskakuje… Sunie siłą rozpędu po deskach podłogi i staje przed wzruszonymi nagłym wtargnięciem płomieniami, rzucając ruchliwy cień na przeciwległą ścianę, jakby było żywe. Pochylam głowę… Niżej ― jeszcze niżej… Słyszę coraz intensywniej ten nieustanny szum zmieszany z piskiem. Bolesne pulsowanie trawiącej gorączki rozsadza mózg. Zimne krople ściekają po skroniach i karku… W chwiejnym, płochliwym świetle obserwują mnie czarne oczodoły rozsypującego się truchła ― mojego własnego truchła. Przerażenie i krzyk! Brzęk rozbijanego szkła… Leżę w swoim łóżku w pomiętej pościeli. Za oknem pulsuje szary świt. Jestem cały spocony, nieprzytomny, zaczadzony wciąż senną maligną. Dobiega skądś czyjś pijacki bełkot. Wstaję z wysiłkiem i człapię na bosaka do drugiego pokoju… Uderza mnie od razu ostra woń alkoholu i wymiocin. Ojciec półleży na rozchwianym krześle, oparty o blat stołu i z twarzą w zwróconej, żołądkowej treści. Przed nim stoi pusta butelka wódki i przewrócona szklanka. Pod nogami lśnią kawałki rozbitego szkła w ogromniejącej powoli plamie… Przysiadam w kucki, oparty plecami o ścianę, i patrzę na ojca, a raczej na jego wrak. Siedzi na tle odpadającej i brudnej tapety. Tuż nad nim, wśród falujących pajęczyn, zwisa na cienkim kablu goła żarówka, która roztacza wokół słabe, obskurne światło. Nie chcę jej wyłączyć, niech się wypali do końca. Odkąd pamiętam, to nikt prawie tu nie zaglądał, nikt, poza przychodzącymi od czasu do czasu żołnierzami, którzy informowali nas, abyśmy pozostawali w domu tego a tego dnia z powodu odbywających się ćwiczeń na pobliskim poligonie. Ojciec pił z nimi zawsze wódkę. Ostatni raz byli wczoraj, w ciemnozielonych mundurach o bufiastych na udach spodniach, opięci ciasno brązowymi pasami. Mieli też brązowe hełmy z czerwoną na przedzie gwiazdą, zabłocone brązowe buty z wąskimi cholewami do kolan i przewieszone przez plecy pepesze pod mokrymi od deszczu, szarymi pelerynami Nie wiedziałem, o co chodzi. Ale teraz już wiem. Z początku twierdzili, że to tajemnica, ale po kilku głębszych zaczęli mówić na temat jakiejś nowej bomby oraz to, że jutro rano o godzinie 9.54 będzie na poligonie tak gorąco jak wewnątrz słońca! Faktem jest, że od kilku tygodni przelatują nad naszym domem pomalowane na biało bombowce, robiąc tymi swoimi turbośmigłowymi silnikami mnóstwo basowego, dudniącego hałasu. Przelatują na niskim pułapie, tak, że można rozpoznać ich czarne numery. Zawsze, kiedy je słyszę, to wybiegam przed dom i patrzę na te lśniące w blasku wschodzącego słońca skrzydła. Ale dzisiaj jest niestety szaro i nie będzie lśnienia. Są blisko! Wybiegam przed dom. Nadlatują od wschodu i zaraz będą nade mną. Ale niczego nie widzę, poza nieprzeniknioną powłoką deszczowych chmur. Basowy odgłos silników przybiera na sile. Czuję wibrację. Szyby wchodzą w rezonans. Zaglądam przez nie w obskurne światło pokoju, widząc kompletnie zalanego ojca. Nie chcę jego przebudzenia. Nie chcę. Przewrócona szklanka spada na podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. Basowy odgłos stopniowo zanika… Zawsze leciały w kluczach po, trzy, ale dzisiaj był chyba jeden. Patrzę teraz na ten nasiąknięty wilgotną zgnilizną zielono-brunatny step, aż po zamglony horyzont. Dochodzą jeszcze z oddali jakieś pojedyncze, milknące dudnienia… Zapada cisza. Dobiega mnie z głębi domu pijacki bełkot ojca. Wyzywa kogoś przez sen, że ten zajął jego miejsce przy oknie i że nie będzie mógł przez to nic zobaczyć. Szarpie się, przeklina… Słyszę tępe uderzenie, jakby spadł na podłogę worek kartofli. Wbiegam do pokoju i widzę leżącego na niej ojca. Nie będę go wlókł do łóżka. Nie mam już sił. Niech leży. Zjem sobie na śniadanie suchy kawałek chleba, a potem popatrzę przez okno na zamglone pola w oparach alkoholowego smrodu. I będę patrzył tak długo, aż wytrzeźwieje. Będę patrzył tak długo, aż ujrzę te lśniące ptaki na tle błękitnego nieba. Potem wyjdę na zewnątrz, by im znowu pomachać, tak, jak to robi infantylne dziecko. Co będzie jutro? Jutro będzie to samo, co dziś i to, co było wczoraj i przedwczoraj. Ludzie mają racje, że tu nie zaglądają, nie licząc żołnierzy. Zresztą nawet jak i oni tu przychodzą, to cały czas siedzę u siebie w pokoju. Cóż takiego mogliby zobaczyć? Zobaczyliby jedynie moją odrażającą, zdeformowaną twarz. Wyglądam jak potwór, bo jestem potworem. Wiem, że ojciec się mnie wstydzi, dlatego pije na umór. Jestem jego ciężarem, jego niepełnosprawnym, niezdatnym do samodzielnego życia ciężarem, roznoszącym do tego nieznośny odór gnijącego mięsa. A matka? Odkąd pamiętam, to tylko byłem z ojcem. Ojciec nigdy mi nie opowiadał o matce. I odkąd pamiętam, tylko pił. Kolejny dzień otwiera przede mną bezsens i beznadziejność. Nie miałem tym razem snu. Patrzę na falujące, zwisające z sufitu płachty czarnych pajęczyn. Na ścianie wisi poplamiony kalendarz z wizerunkiem grającego na trąbce małego pioniera. Jest 14 września 1954 roku. Schodzę z trzeszczącego sprężynami, cuchnącego barłogu. Przez okno dostrzegam przygarbionego ojca w swoim jedynym garniturze. Idzie powoli piaszczystą drogą, utykając na lewą nogę. Dzisiaj był trzeźwy i nawet ogolony. Przed wyjściem obiecał mi, że nie będzie więcej pił. Obiecał, że wróci za kilka godzin. Ale ja wiem, że nie wróci. Wiem, że widzę go ostatni raz i że zaleje się tym razem na śmierć. Pochylony do przodu, jakby szedł pod wiatr, maleje coraz bardziej na tle horyzontu… Wreszcie znika za niedużym wzniesieniem, zostawiając mnie samego, całkowicie samego. Popatrzę sobie przez okno, niedługo powinny przelatywać moje lśniące samoloty. Dzisiaj jest pogodnie. Pomarańczowe słońce jest coraz wyżej. Jego ostre promienie wpadają ukośnie przez okno, tworząc na podłodze przekrzywione prostokąty. Wychodzę przed dom, chcąc poczuć na twarzy to kojące ciepło. Zamykam oczy i rozkładam szeroko ręce. Stoję nieruchomo, jak posąg. Łagodny wiatr rozwiewa mi włosy. Jest absolutna cisza. Słyszę tylko swój świszczący oddech i bicie mojego serca. Niedługo powinienem je usłyszeć. Za parę chwil. Za chwilę… Tak! ― Słyszę w oddali narastający, znajomy dźwięk! Żołnierze mówili, żeby na czas testu nie wychodzić dzisiaj z domu. Basowy odgłos coraz bardziej nabrzmiewa. Czuję go już w kościach. Czuję go już całym sobą. Wiem, że ojciec zostawił mnie na pastwę losu. Opuścił zawczasu zagrożony teren i sprawił, że jestem jedynym świadkiem nadciągającej śmierci! ― Cóż za widok! Widzę ją jak pędzi na lśniących skrzydłach, jak lśni w blasku wschodzącego słońca! Basowe dudnienie przeistacza się w warkot, choć samolot jest na zdecydowanie wyższym pułapie niż zazwyczaj. Lśniąca na pomarańczowo śmierć przelatuje właśnie nade mną, ciągnąc za sobą białe smugi kondensacyjne. Zmierza powoli na zachód… Za pięć minut ma nastąpić detonacja czegoś potwornego. Pamiętam, jak mówili o tym żołnierze. Mówili, żeby nie patrzeć w stronę poligonu, bo oślepniemy… Jeszcze tylko cztery minuty… Słyszę tykanie ściennego zegara, coraz głośniejsze odmierzanie czasu. Basowy warkot silników nieco przycichł. Zegar tyka coraz głośniej… Jeszcze tylko trzy minuty… Czuję na twarzy ciepły powiew pogodnego poranka. Już niedługo… Już tylko dwie minuty… Widzę teraz w wyobraźni uśmiechniętego ojca, jak mi macha na pożegnanie i znika za wzniesieniem z uniesioną ręką… Jeszcze tylko minuta… Cóż jeszcze można wspomnieć przez minutę? Przez sześćdziesiąt sekund? Już tylko pięćdziesiąt dziewięć, pięćdziesiąt osiem… Wskazówki biegną z coraz głośniejszym tykaniem, jakby to były wskazówki jakiegoś gigantycznego zegara… TIK-TOK, TIK-TOK, TIK-TOK… Słychać jakieś żelazne uderzenia z pogłosem echa, ale skąd zegar? ― Nie, to przecież nie zegar, to woda kapie z nieszczelnego kranu do pokrytego rdzawym nalotem zlewu… pięćdziesiąt jeden, pięćdziesiąt, czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem, czterdzieści siedem…, co właściwie zapamiętałem z życia? Brunatno-zielony step widziany prze okno? Pijanego wiecznie ojca? Falujące pajęczyny za suficie i ścianach? Przychodzących czasami żołnierzy?... czterdzieści, trzydzieści dziewięć, trzydzieści osiem, trzydzieści siedem, trzydzieści sześć, trzydzieści pięć… Jest cicho, jak przed burzą… trzydzieści, dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia osiem, dwadzieścia siedem… Jest mi dobrze. Wiem, że tam jest wieczne lato i płonące słonecznym blaskiem ptaki. Czego chcieć więcej?… dwadzieścia, dziewiętnaście, osiemnaście, siedemnaście, szesnaście, piętnaście… Patrzę teraz na płynące pojedyncze obłoki, na te zmienne kształty… dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć… Spoglądam po raz ostatni na piaszczystą drogę i na płaski jak stół trawiasty krajobraz, tam, gdzie poleciał mój lśniący ptak… trzy, dwa, jeden… ― Nieee! ― Moje oczy! Momentalnie ślepnę. Słyszę narastający grom, jakby tysiąc odrzutowców runęło do frontalnego ataku na niskim pułapie. Ziemia ucieka mi spod nóg. Tracąc orientację, zakrywam dłońmi płonące oczy. Czuję, że to samo dzieje się z włosami i skórą. Trzask dewastowanego domu ginie w huku potwornej, uderzeniowej fali, która uderza we mnie ― z siłą rozpędzonego pociągu. (Włodzimierz Zastawniak, lipiec, 2017)
  6. Arsis

    Bikini

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** … jaskrawe prześwity na mojej spalonej twarzy… Chwieją się w łagodnym wietrze liście … … kokosu… Wychodzę z cienistej smugi… … wchodzę w kobaltowy błękit nieba… … rozgorzałe słońce… Rozkołysane, oceaniczne … sanktuarium… … Spienione fale obmywają moją twarz, kiedy padam na kolana ze złączonymi dłońmi w gorączkowym, piskliwym szumie dokonującego się misterium czasu i oczyszczenia… … Otaczają mnie w tej pustce niewyraźne szepty, jakby modły klasztornych mnichów… Nabrzmiałe, sine usta… Poruszające się w swojej nagiej martwości… … zamglone oczy nieboszczyków… … Nabieram do płuc powietrze, te mikroskopijne, promieniotwórcze ziarenka, które od dziesiątków lat zmieniają ryby w niepodobne do samych siebie, pełne blasku ― groteskowe formy… …, które od dziesiątków lat… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-04-09) Bikini – atol na Oceanie Spokojnym, w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1946-1958 był wykorzystywany przez Stany Zjednoczone, jako poligon do testowania broni jądrowej.
  7. Arsis

    Malden

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Nie słyszę ptaków… Zagłuszane ― przez powtarzający się w regularnych odstępach czasu huk nacierających fal ― szybują … bezgłośnie… Gnana przez wiatr ciemna, pokreślona białymi kreskami nawała ― spiętrza się na brzegu… … obmywa moje stopy i dłonie… … znowu się cofa, odsłaniając … … błyszczące muszle, kamienie… Łykam chciwie kęsy słonego powietrza… … wypuszczam je powoli… Szarpią moją koszulą strumienie atmosfer, uderzają w twarz… Na horyzoncie wszystko się ze sobą łączy i jest nie do odróżnienia, uśpione snem wiekuistym… … nadciąga świt… … Mżą przytłumionym blaskiem cząsteczki tajemnicy, wypromieniowując z siebie resztki … … czasu… W powolnym przepływie obłoków zawarta jest jakaś niejasność… … w rozchwianej, wątłej trawie… … Pradawne mury, naznaczone przed laty niewyobrażalnym żarem nuklearnego spięcia ― wydzielają chemiczną, śmiertelną woń rozpadu… … muskam dłonią te szczątki, całuję, jakby to były zimne usta martwej … … kochanki… … do tej pory przeszywają mnie rozpalone igły morderczego promieniowania… Boję się wschodu słońca… Boję się, że wzejdzie tak, jak wtedy ― spopielając ziemię… … zagotowując ocean, rozpalając niebo… (Włodzimierz Zastawniak, 2017-03-25) Malden – niewielka, bezludna wyspa w archipelagu Line Islands, na środkowym Pacyfiku, wchodząca obecnie w skład Republiki Kiribati. W latach 50-tych XX w. Wielka Brytania przeprowadzała w jej pobliżu (oraz w pobliżu sąsiedniej wyspy Kiritimati) testy z bronią termojądrową w ramach operacji Grapple. Na wyspie tej znajdują się również ruiny tajemniczych megalitycznych budowli sprzed około tysiąca lat.
  8. Arsis

    Mururoa

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Spieniona nawała naciera na … ląd... Przemyka po wilgotnych, gładkich kamieniach słońce i zsuwa się w daleki odmęt zarys … białego obłoku… Chłodny wiatr na twarzy, w rozwianych włosach… W nozdrzach intensywny … zapach soli… … nieskończone falowanie ginie w kobaltowym błękicie nieba… Zamyka się we mnie, tworząc jakąś nową rzeczywistość, nowe widzenie w migocie jaskrawych refleksów… … poza mną ― krajobraz skurczył się i poszarzał… … Jeszcze do tej pory wyczuwam ten ruch cząstek, to wirowanie atomów, których blask tak bardzo oślepiał i palił… … wwiercał się do mózgu… Czuję wciąż ten ból, odnajdując trop swojego dawnego wcielenia. … … zmieszane epoki, przeskakujące daty… Gładzę palcami zdeformowane przedmioty, popękane ściany betonowych bunkrów z rdzawymi, pionowymi smugami… … ciemno-brunatne bąble ― piętno nuklearnego piekła… Poskręcane, … … zbrojeniowe pręty… … Zatykam instynktownie uszy, lecz ― to tylko huk pędzących fal, które załamują się na opuszczonym, nasiąkniętym radiacją nabrzeżu… Wszystko umarło, zapadło w sen wiekuisty. Stało się przystanią dla zagubionych duchów, przepadających w dziwnej substancji czasu. Więc i ja ― nie mogę być żywy. … od dawna ― … … nie jestem żywy. (Włodzimierz Zastawniak, 2017-03-18) Mururoa – atol na Oceanie Spokojnym, wchodzący w skład Polinezji Francuskiej, w archipelagu Taumotu. W latach 1966–1996 był wykorzystywany przez Francję, jako poligon do testowania broni jądrowej.
  9. Arsis

    Eniwetok

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Inspiracją do napisania niniejszego tekstu było dla mnie opowiadanie pt. „Ostatnia Plaża”, J. G. Ballarda *** Uderzają mnie w twarz jaskrawe prześwity słońca, które wytryskują spomiędzy kołyszących się, palmowych liści… … drgają i migoczą… tworzą efekt stroboskopu… (Musiałem chyba dostać ataku epilepsji… Odzyskuję przytomność, ale w zupełnie innym miejscu i czasie) … Stąpam ciężko po rozgrzanej plaży… Tafla laguny jest tak przejrzysta, że widać najmniejszą muszlę, wygładzony weń kamień… … nie wiem, jak długo idę… Jarzy się w oceanie jakiś daleki odblask natury… Dostrzegam … coraz więcej… … nie wiem, jak długo idę… Otwiera się nade mną głęboki błękit, którego nie mąci nawet przepływ obłoku… … Widzę przed sobą osmalone konstrukcje z betonu i stali... Dawne ślady jakichś ciężkich, gąsienicowych pojazdów ― skamieniały już przez te wszystkie epoki i lata… Żelbetonowe bunkry z pionowymi, rdzawymi smugami na ścianach… … setki manekinów w wielkim basenie bez … … wody… Wyciągają rozpaczliwie ręce, spoglądając na mnie pustymi, czarnymi oczodołami… … zdeformowane, nadpalone postacie z sennego koszmaru… tłum bezdomnych, porzuconych ślepców! … Coś się błyszczy w oddaleniu, jakby kawałek szkła, na który pada słoneczny promień… … Radosne śmiechy mojej żony, naszej małej córeczki… Pogłosy echa na betonowej, pustej plaży… … zabawa w berka… Spostrzegają mnie, poważnieją… … stają w milczeniu… Przyśpieszam kroku... Biegnę, wykrzykując ich imiona! … Wtapiają się w coraz bardziej nieostre tło… Pozostawiają po sobie pustkę, tę właśnie pustkę, którą rozsadza od wewnątrz nieustanny pisk w moich uszach… …huk … … nacierających fal… (Włodzimierz Zastawniak, 2016-09-26) Eniwetok – atol ma Oceanie Spokojnym w archipelagu Wysp Marshalla. W latach 1948–1958 był wykorzystywany przez Stany Zjednoczone, jako poligon do testowania broni jądrowej.
  10. odchodząc zanucę twoją ulubioną melodię, zaparzę nasze ulubione cappuccino, ubiorę najładniejszą sukienkę jaką mam odchodząc postawie kwiaty na stole, przygotuję najlepsze danie, zostawię kartkę na pożegnanie odchodząc napiszę list tak piękny, że nawet największy poeta padłby z zazdrości odchodząc zapalę ostatniego papierosa, zaczerpnę ostatni raz powietrza, zadbam byś miał jak ze snu życie odchodząc zamknę powieki po tym jak tylko dusza zostanie na wieżowca szczycie ciało upadnie tak jak upadałam ja przez ostatni czas odchodząc wyszeptam twoje imię cicho powiem ,,przepraszam" krzyknę z miłości do ciebie i opuszczając ten świat imię twoje będę ciągle powtarzać
  11. przechodziła obok w milczeniu omiatając mnie przez chwilę melancholią spojrzenia narastał mrok przechodziła pod naporem mrozu który sypał w twarz ostrymi jak nóż kryształkami lodu brnęła po kolana w śnieżnych zaspach w tym bezkresie pól jej przyprószoną sukienkę rozrywał wiatr rozwiewał włosy tuliła się do powietrza nie mającego w sobie już nic z błękitu atmosfer widziałem odsłonięte ramię bose stopy i ten krok za krokiem w coraz niższym pochyleniu miała przed sobą wieczność całą i za sobą ją miała przechodziła obok niosąc skostniały zarys swojej śmiertelności tak bardzo martwa od zawsze martwa (Włodzimierz Zastawniak, 2015-10-11)
  12. Jak Łazarz z grobu wstajesz z głębi ziemi wychodzisz posłusznie pokornie pokonujesz ciemności ręce twe i nogi skrępowane twarz chustą zakryta z grobu z ciemności ku światłu niezdarnie podążasz bałeś się śmierci głowę na jej widok odwracałeś śmierć ma wiele twarzy śmierć niekiedy do śmierci niekiedy do życia prowadzi umierasz wiele razy każda twoja śmierć zabija ciemność w tobie rodzisz się na nowo rozpętujesz swe ręce i nogi chustę z twarzy zdejmujesz jak Łazarz z grobu wstajesz by żyć na nowo 29.03.2020
  13. A gdybym Cię pokochał znów, po lasach Twe imię wykrzyczał, czy wtedy wyjdziesz z moich snów, bym dotknąć mógł Twego oblicza? Gorący pot zrasza mi czoło, gdy słońce wpełza w cienie wzgórz.. Noc czarną krwią pulsuje wkoło. Jesteś! Z bukietem zwiędłych róż. Wdzierasz się w powiek mych osnowę, jak nóż w miąższ chleba. Tniesz na pół. Krzyczę. A echo odpowiada: kop sobie dół, kop sobie dół! Kostnieją piersi, ginie dźwięk, strzęp serca bije miast budzika. W grymas wykrzywiasz łuki szczęk i jesteś wciąż, gdy ja już znikam. A gdybym Cię zapomniał znów, Twe imię zataił przed światem, czy wtedy znikniesz z moich snów, bym mógł się nacieszyć latem?
  14. jjerzy

    *** Mówisz

    Mówisz że to najgorszy czas że siedzisz sama a co z najgorszym czasem tamtych? co z walczącymi o przeżycie po ostatnim wdechu? co z sąsiadem, któremu odcięli nogę? co z pielęgniarką zamkniętą w domu rozedrganym od umierania? co z milionami kurczaków mielonymi żywcem? co z dzieckiem, w które szaleniec wbija nóż? co z toczonym przez raka jeszcze człowiekiem gnijącym we własnych odchodach? co z dziewczyną, której rytualnie obcinają łechtaczkę? co z dziećmi z nabrzmiałymi od głodu brzuszkami? co z psem, którego przybijają do drzewa dla uciechy? co z matką, której odrąbują głowę na oczach jej dzieci? co z ich samotnością? Mówisz że to Twój najgorszy czas że siedzisz sama przed czterdziestocalowym telewizorem w wełnistych bamboszach z kubkiem pachnącej kawy A ja słucham
  15. O Rzeczy Pewnej Zabiorę wszystkich was w pewne i ciche miejsce I skończy się wasz trud I skończy się on wreszcie Zgromadzony złoty proch Rozwieje wieczny wiatr Pozostanie tylko myśl Tą myślą będę ja Dostrzegasz nagie ciało Czy widzisz coś jeszcze? Przegapiony duszy blask Niweczy ludzkie szczęście Śledząc cudze mapy Gubisz własną drogę Pędząc ku gorącym gwiazdom W obcym świetle spłoniesz Zabiorę wszystkich was W pewne i ciche miejsce I skończy się wasz trud I skończy się on wreszcie Zgromadzony złoty proch Rozwieje wieczny wiatr Pozostanie tylko myśl Tą myślą będę ja Niczego ci nie życzę Obraz twój własną ręką kreślony Nie masz więcej tajemnicy Kurtyna opada odsłania granicę Czemu się dziwisz? Nie tego szukałeś? Tak! to ty! A ja jestem tobą i tym co zastałeś Zabiorę wszystkich was W pewne i ciche miejsce I skończy się wasz trud I skończy się on wreszcie Zgromadzony złoty proch Rozwieje wieczny wiatr Pozostanie tylko myśl Tą myślą będę ja Obraz: "Eternal Wind" Rita K. https://www.youtube.com/channel/UCVWCJlRqkwMzHkBT6LqNzpA
  16. Jechaliśmy już cztery godziny wzdłuż ciągnącego się niemal w nieskończoność ogrodzenia z kolczastego drutu. Wszędzie, tylko pochmurna szarość i płaski, porośnięty zielonożółtą wilgotną trawą step… Terenowy UAZ grzązł, co jakiś czas w brunatnej mazi, rozkołysany na wybojach… Jedyną tutaj drogę wyznaczały koleiny wyżłobione przez lata kołami wojskowych ciężarówek, teraz rozmokłe, pełne błotnistej brei. Wokół nikogo i nic, tylko niewysoka trawa, przygładzana, co pewien czas przez chłodny jesienny wiatr… Jechaliśmy w milczeniu, ja ― i mój kierowca-przewodnik, Wiktor. Monotonia krajobrazu sprawiała, że oparłszy głowę o zagłówek fotela, zapadałem w jakiś dziwny półsen, to znowu odzyskiwałem świadomość, kiedy wstrząsało, co bardziej łazikiem. Usiłowałem studiować wówczas w pochyleniu rozłożoną na kolanach mapę, próbując zlokalizować nasze położenie. Wodziłem po niej bezsensownie palcem, ponieważ Poligon i przyległe do niego miejscowości ― nie były w ogóle zaznaczone… Przypominające przekreślenia linie przeszywały ogromne, puste przestrzenie… Wiktor patrzył tym swoim posępnym wzrokiem przez przednią szybę, z której spływały, co jakiś czas strużki przelotnego deszczu. I wtedy ― z cichym popiskiwaniem ― zgarniała je wycieraczka, pozostawiając półkoliste smugi… I znowu… Znowu… Po niebie sunęły, niczym podarte łachmany, ciemnoszare chmury… Płynęły donikąd ― na sam skraj ukrytego we mgle widnokręgu… Łazik trząsł niemiłosiernie leżącym na tylnym siedzeniu naukowym ekwipunkiem. Wiktor ściskał kurczowo kierownicę, trzymając jednocześnie dwoma palcami prawej dłoni zapalonego papierosa. Wkładał go, co jakiś czas do ust, wypuszczając kłęby gryzącego dymu. Był pochylony do przodu, wypatrując uparcie jakiegokolwiek znaku na tym pustkowiu, niby tropiciel w dżungli, szukający z najwyższym skupieniu złamanej gałązki lub przygniecionego stopą źdźbła trawy… Łzawiły mi oczy, piekło w gardle… Dreszcz przechodził po plecach od tego upiornego krajobrazu i przenikającego na wskroś lodowatego zimna… Poligon był od dawna opuszczony. Druty ogrodzenia między szarymi betonowymi słupami, pozrywane w niektórych miejscach, głaskały kępy traw, niczym gałęzie płaczącej wierzby… Wiszące w kilkunastometrowych odstępach ostrzegawcze tablice z symbolem promieniowania radioaktywnego i z napisem: „Teren wojskowy! Nieupoważnionym wstęp surowo wzbroniony”, były zardzewiałymi, bezużytecznymi kawałkami blachy, które postukiwały smętnie w podmuchach, podkreślając jeszcze bardziej ruinę tego i tak zdewastowanego do szczętu miejsca… Wiktor wyrzucił przez uchyloną szybę tlący się jeszcze niedopałek, oznajmiając ochrypłym głosem, że dojeżdżamy. Spojrzałem przed siebie. Istotnie, w odległości około kilometra majaczyły we mgle niewyraźne jeszcze zabudowania ewakuowanej ponoć przed laty wsi Asanowo. Wiktor skręcił i wjechał na drewnianą, przerzuconą przez niedużą rzeczkę kładkę. Mignęła nam przed oczami przymocowana do metalowego, przekrzywionego słupka blaszana, skorodowana tabliczka z zatartym w połowie żółtym symbolem promieniowania radioaktywnego i napisem: „Rzeka Tiecza”. Rzeka, a w zasadzie zielono-brunatny, spieniony, cuchnący chemicznie ściek, wyglądał, jakby płynęła nim mieszanina chyba wszystkich trucizn całego świata… Po drugiej stronie ― wpadliśmy w głęboki, błotnisty dół. Wiktor zaklął dosadnie pod nosem, uderzywszy nim uprzednio o kierownicę, ja ― przygryzłem sobie boleśnie język, a przednia szyba UAZ-a pękła w dwóch miejscach. Rozbryznęła się na niej kleksowato brunatna breja… Stanęliśmy przed pierwszą z chałup. Wysiedliśmy... Ściany z ciemnobrązowych desek… Dach pokryty zardzewiałą blachą… Brudne, małe okna… Wiktor, masując obolały jeszcze nos, zastukał w drzwi z na wpół przegniłej i wypaczonej dykty… Żadnego odzewu… Zastukał drugi raz… Cisza… Zlustrowałem ponurym spojrzeniem okolicę, wyczuwając w ustach posmak krwi... Przez środek wsi biegła, znikając w zamglonej dali, jedyna tutaj błotnista droga z drewnianymi, przekrzywionymi słupami w kształcie litery „T”. Z ceramicznych grzybków zwisały, rozkołysane na wietrze, pozrywane przewody elektryczne. Wszystkie zabudowania były drewniane i parterowe. I wszystkie były identyczne. Miały blaszane, zardzewiałe dachy, o które postukiwały czasami przelotne krople deszczu. Brudne, małe okna. I wszystko straszliwie ubłocone. Błoto było tutaj w zasadzie wszędzie. Gdzie nie spojrzeć, błoto… Ciemnobrązowa, radioaktywna breja, w której o mało nie pogubiliśmy naszych butów. Spojrzałem w niebo, na ten powolny przepływ ciemnoszarych chmur. Miałem nieodparte wrażenie, że słońce nigdy tutaj nie świeciło, że niebo od zawsze było zasnute ciężkimi, grubymi zasłonami i że, poza nami ― nie może być tutaj jakiejkolwiek żywej istoty… Coś zabrzęczało, gdzieś z boku… Chudy, pokryty straszliwymi naroślami kot, oparty z osłabienia o blaszaną, zardzewiałą konewkę, jakby miał za chwilę upaść. Otworzył pyszczek, ale nie wydał z siebie miauknięcia czy jakiegokolwiek innego dźwięku. Ukazał tylko bezzębny, czarny otwór. Włosy stanęły na mi głowie. Zacisnąłem mocno powieki, otworzyłem…, lecz kota już nie było. Zniknął jak duch. Usłyszałem za to zachrypnięty, szepczący głos Wiktora: „Witamy w piekle”. Chciał zastukać w drzwi trzeci raz, ale w tym momencie otworzył je chyba stuletni, pomarszczony jak suszona śliwka starzec o brązowej skórze i w ubłoconym granatowym drelichu. ― Czego chcecie ― wyszeptał. ― Jesteśmy z Instytutu ― odparł Wiktor, okazując mu identyfikator. Chcieliśmy wynająć na jedną noc kwaterę. ― A, znowu Instytut ― wyszeptał starzec po raz wtóry. ― Który to już raz? Przyjeżdżacie w kółko i nie dajecie nam spokoju. ― Ale otworzył szerzej drzwi i wykonał ręką przesadnie głęboki, zapraszający gest, jakby zamiatał nią podłogę. Weszliśmy do sieni. Od razu poczułem nikły zapach zgnilizny, medykamentów i jeszcze czegoś nieokreślonego. Starzec był niemalże całkowicie łysy, jedynie z tyłu głowy zwisały mu rzadkie, siwe kosmyki. W pokoju usiedliśmy na drewnianych krzesłach przy stole okrytym kraciastą i poplamioną ceratą. Panował tutaj półmrok, oraz totalny rozkład i beznadzieja. Na podłodze stały w rzędzie jakieś buteleczki, niektóre z nich były nadtłuczone. Wionęło od nich nieprzyjemnym, chemicznym zapachem… Na zapleśniałych i naddartych tapetach zwisały pajęczyny… Sufit ubarwiały zestarzałe, brązowe plamy zacieków... W świetlistej smudze szarego światła, która wpadała przez małe okno, wirowały drobinki kurzu… Gdzieś coś zatrzeszczało… Z kranu nad zlewem kapała nieustannie woda… Ścienny zegar wystukiwał ruchami wahadła sekundy… ― Tak, jak powiedział wcześniej kolega, chcieliśmy wynająć u pana kwaterę na jedną noc ― odparłem po chwili kłopotliwego milczenia. ― Jak panowie widzą, warunki są u mnie marne. ― Nic nie szkodzi ― odparłem. Głos mi drżał. Coś stuknęło i zaszurało za drzwiami do drugiego pokoju. Zatrzeszczały zawiasy otwieranych drzwi. W progu stanął człowiek, a raczej to, co z niego zostało. Potwornie zdeformowany, zgarbiony i przechylony na jedną stronę. Zamiast twarzy miał ogromną czarną narośl. Zresztą cały był nimi pokryty. Człowiek ów wychylił się nieco przez próg i coś niezrozumiale zamruczał. Uderzył nas w nozdrza, niby młotem, przejmujący odór zgnilizny. Myślałem, że zaraz zemdleję… „To mój młodszy brat, Serioża” ― odparł wreszcie starzec. Serioża zamruczał coś jeszcze i zniknął z powrotem w swoim pokoju, zamykając za sobą drzwi. Odór stopniowo zanikał, choć w powietrzu czuć jeszcze było jego przytłaczający ciężar. Wiktor masował palcami swoje skronie, oparty łokciami o stół. Nie spoglądał na nikogo. Sprawiał wrażenie, jakby studiował uważnie kraciasty wzór ceraty. Zelżało na, tyle, że mogłem wreszcie swobodniej odetchnąć. ― Widzicie, co z nami zrobili! ― odparł znienacka starzec, widząc naszą męczarnię. ― To wszystko wina Poligonu i rzeki. Ludzie chorowali już jak byłem jeszcze dzieckiem. Pamiętam te straszliwe rozbłyski na horyzoncie. Na początku nie wiedziałem, co to takiego, ale rodzice powiedzieli mi potem, że to wybuchają bomby nuklearne. To było straszne i zarazem niezwykle fascynujące ― zacharczał, ale zaczął mówić dalej. ― Najpierw pojawiał się trupio-blady błysk, tak straszliwy, że jeśli ktoś na niego spojrzał, niemalże tracił wzrok. Popatrzcie na moje oczy… Pokrywa je atomowa katarakta. Ledwie widzę. To światło przewyższało swoim natężeniem jasność elektrycznego łuku! Przewiercało wszystko na wylot, przeszywało dłonie zasłaniające twarz, tak, że można było zobaczyć w nich wszystkie kosteczki, jak na rentgenowskim zdjęciu! Pewnie chcecie wiedzieć ile mam lat, co? Dobrze, powiem wam, mam czterdzieści lat, a Sierioża trzydzieści. Osłupieliśmy, ponieważ starzec wyglądał na dziewięćdziesiąt kilka. Kaszlnął i ciągnął dalej swój wywód: ― Potem ta straszliwa jaskrawość łagodniała, przechodząc w żółć, jaką ma rozżarzona stal w hutniczym piecu, w czerwoną kipiel z odcieniami karmazynu i ciemnego bordo, aż po upiorną granatowo-czarną chmurę, która szła powoli w górę, zasysając pod sobą wirujący słup ziemi, piasku i kurzu, dopóki nie rozwiał jej wiatr. Problem polega na tym, że ten wiatr często wiał w naszą stronę. To wszystko wina tych przeklętych testów. W tej wiosce mieszkało 150 osób, a zostało przy życiu zaledwie 15! Lecz są w nie lepszym stanie! Pożera nas powoli nienasycona, drwiąca ze wszystkiego śmierć! Po pierwszych testach wojsko zakazało nam opuszczać wieś. Powiedzieli, że jak będziemy pić wódkę, to nic nam nie będzie. Przyjeżdżali po każdym teście i przeprowadzali jakieś badania medyczne. Teraz wiem, że byliśmy ich królikami doświadczalnymi! Kilkadziesiąt lat temu wojsko opuściło Poligon, zostawiając nas na pastwę losu. W tej chwili nie ma już znaczenia czy tu zostaniemy, czy wyjedziemy. My umieramy, słyszycie? Umieramy! W zasadzie już nie żyjemy… ― Znowu zacharczał, aż oczy wyszły mu niemalże z orbit. Coś w jego wnętrzu zabulgotało. Przytknął do ust chustkę i ciężko zakaszlał. Kiedy ją odsunął od twarzy, zobaczyliśmy na niej krew. Z ust ściekała mu czerwonawa piana. Starł ją, odetchnął głębiej i po chwili znowu kontynuował, choć z pewnym już wysiłkiem. ― I wtedy się zaczęło ― powiedział to z tym ciągłym bulgotaniem w środku. ― Co się zaczęło? ― zapytałem go, robiąc wielkie oczy. ― Mniej więcej rok po opuszczeniu Poligonu przez wojsko. Nie wiem, jakby to wam, panowie, powiedzieć ― pomilczał przez chwilę. ― Hm, jakby to… ― Niech pan mówi ― chciałem mu dodać otuchy, ujmując lekko jego kościstą, pokrytą brązowymi plamami dłoń. ― Wtedy Poligon… zaczął „płakać” ― powiedział to z takim jakimś dziwnym, nieludzkim i charczącym szeptem. ― Jak to, płakać? ― zauważyłem, że Wiktor patrzy na starca z jeszcze większym niedowierzaniem, niż ja. ― No, zaczął „płakać”. I trwa to do dziś. To taki przeciągły kobiecy lament, kobiecy płacz. Jakby płacz matki, która utraciła swoje jedyne, ukochane dziecko. Ale przecież wiem, że to niemożliwe, ponieważ nic nie może żyć na Poligonie. Panuje tam straszliwe promieniowanie. Wystarczy, że człowiek wejdzie na kilometr w głąb w zwykłym cywilnym ubraniu, aby umarł w ciągu kilku godzin w niewyobrażalnych męczarniach. Było kilku śmiałków, którzy, pomimo ostrzeżeń, weszli na jego teren, licząc na znalezienie jakichś pozostawionych przez wojsko przydatnych przedmiotów. Ale już z niego nie wrócili. Ich truchła prawdopodobnie rozpuściły się w tym błocie bez śladu. Ten Poligon to królestwo śmierci! Przeszedł mi po plecach dreszcz. ― Ale najgorzej jest w nocy. Ten lament przepływa falami z pogłosem echa i tylko w czasie deszczu. Czasami widać w nocy tańczące na niebie, niebieskawe kule światła. Nie mam pojęcia, co to może być. Moja teoria jest taka, że być może powstała tam, w tej brunatnej kloace totalnego rozkładu ― jakaś forma życia, której my, ludzie, nie jesteśmy w stanie pojąć. Chodziły słuchy, że przeprowadzano tam nie tylko testy z bombami, ale jeszcze jakieś inne. Czort wie, co przez te wszystkie lata mogło tam wyewoluować. Albo może te testy… otworzyły portal… ― Portal? Jaki portal? ― zachrypiał nad moim uchem Wiktor. ― Do piekła! ― syknął starzec. ― Pan chyba… ― nie skończyłem, ponieważ straszliwy chłód targnął moim sercem. Miałem wrażenie, że ziemia ucieka mi spod nóg. Znowu coś zaszurało za drzwiami... Zaskrzypiało… Ucichło. ― Panowie, muszę iść do mojego Serioży. Pokój macie po drugiej stronie. Dobranoc. ― Dobranoc ― odpowiedzieliśmy równocześnie. Wstał z trudem i pokuśtykał w kierunku drzwi. Otworzył je cicho i wchodząc do środka tak samo cicho je za sobą zamknął. Znowu poczuliśmy ten ohydny odór gnijącego mięsa, lecz teraz był jakby trochę słabszy. Wstaliśmy i w ponurych nastrojach poszliśmy nieco chwiejnym krokiem do wskazanego przez starca pokoju. Były tu dwa łóżka z poplamionymi materacami, drewniany stół i dwa krzesła. Automatycznie nacisnąłem kontakt, lecz światła nie było. „No tak” ― pomyślałem. ― „Przecież tu nie ma prądu!” Jedyne okno wychodziło na Poligon. Gęstniał mrok. ― Co o tym wszystkim myślisz? ― zachrypiał znienacka Wiktor, przetrząsając jednocześnie kieszenie swojej kurtki. ― Masz na myśli brak światła? ― wysiliłem się na słaby żart i na jeszcze słabszy uśmiech. ― Przestań. Mam na myśli to, co opowiadał ten staruch. ― Nie wiem. Naprawdę nie wiem ― odparłem wzruszając ramionami. ― Myślisz, że ten pokręcony facet zmyśla? ― Wiktor niemalże przewiercał mnie na wylot tym swoim spojrzeniem jasnoniebieskich, wodnistych oczu. ― Sprawdzimy to w czasie najbliższego deszczu. Zgodnie z prognozą pogody ma w nocy padać. Ma również padać przez cały jutrzejszy dzień. Wiktor przysiadł na parapecie z paczką papierosów i pudełkiem zapałek w dłoni. Ja, usiadłem na łóżku. Skrzypnęły pode mną sprężyny. Ściągnąłem z obrzydzeniem buty, pokryte toną zeschniętego już, cuchnącego błota. Zdjąłem z siebie wilgotną kurtkę. Zwinąłem ją i podłożyłem sobie pod głowę… Leżałem na wznak, obserwując falujące, pachnące pleśnią i wilgocią czarne płótna pajęczyn na wybrzuszonym, popękanym suficie... Usłyszałem cichy trzask. W dłoniach Wiktora rozgorzał płomień zapałki. Zapalił papierosa… I po chwili ― napełniał już swoje rakowate płuca gryzącym, błękitnawym dymem, zapatrzony przez szybę w czarną już jak smoła noc… Zasnąłem. Obudził mnie dziwny odgłos, podobny do przeciągłego lamentu albo płaczu. Momentalnie usiadłem na łóżku, choć jeszcze półprzytomny. Wiktor stał w otwartym oknie, jakby w ogóle nie spał. O blaszany parapet stukały krople deszczu… ― Wiktor, słyszałeś? ― zapytałem go mętnym jeszcze głosem. ― Tak. Gość jednak nie kłamał. Słychać to od jakiejś godziny. Nie potrafię namierzyć źródła tego dźwięku. Jakby napływało z każdej strony jednocześnie, zupełnie jak fale na brzeg. Nie mam, u licha, pojęcia, co to takiego. Wstałem i stanąłem obok niego. Nasłuchiwałem, lecz nie słyszałem niczego, oprócz szumu rzęsistego deszczu i przyśpieszonego, chrypiącego oddechu Wiktora… ― Słuchaj, Wiktor, a może… ― Cicho! Coś słyszę. To idzie stamtąd ― i wskazał dłonią wschód. ― Nie, znowu zmienia kierunek i nadciąga z zachodu. Co to jest, u licha!? ― zakasłał obrzydliwie, wypluwając na podłogę brunatną flegmę. Istotnie, usłyszałem ten szloch, a raczej przejmujący kobiecy płacz! Usłyszałem go nagle tuż obok mnie, aż wstrząsnął mną dreszcz… ― Wkładaj łachy! ― orzekł impertynencko-rozkazującym tonem Wiktor. ― Wyruszamy? ― Tak! Założyłem z obrzydzeniem, pokryte skorupą błota buty. Włożyłem kurtkę. Wyszliśmy z pokoju. Było pusto. Spojrzałem na drzwi, które zamknął wczoraj za sobą starzec. Wiktor położył na stole odliczoną kwotę za nocleg i wyszliśmy za zewnątrz… Lało jak z cebra. Podbiegliśmy do UAZ-a, cmokając w błotnistej brei… W środku, mimo ciasnoty, zmieniliśmy szybko buty na te z ołowianymi wkładkami, nałożyliśmy na siebie ciężkie, anty-radiacyjne kamizelki. Na głowy wsunęliśmy coś, co przypominało białe kąpielowe czepki, a twarze okryliśmy cienkimi, zielonkawymi, jakby chirurgicznymi maskami. ― Te tabliczki będą wskazywały ilość wchłoniętej dawki promieniowania ― rzucił przez ramię nieco przytłumionym głosem Wiktor, podając mi jedną, a drugą przypinając sobie do wypustki po lewej stronie kamizelki. ― Mamy tylko dwie godziny. Jak zmienią kolor na czarny, to koniec z nami. Usiadł za kierownicą. Ja, obok niego. Koła zabuksowały w miejscu… Trysnęły spod nich strumienie błota… Wiktor zaklął po nosem. Nacisnął jeszcze raz gaz i jeszcze… Już myślałem, że trzeba będzie tę przerdzewiałą landarę pchać, brnąc niemalże po kolana w tym ohydnym błocie albo szukać jakichś gałęzi, aby je podłożyć pod tylne koła… Jednakże po kilku szarpnięciach i zgrzytach skrzyni biegów ruszyliśmy powoli w kierunku otwartej bramy Poligonu. Na bramie stukała w porywach wiatru, smagana rzęsistą ulewą, zardzewiała tabliczka z symbolem promieniowania radioaktywnego i trupią czaszką ze skrzyżowanymi pod nią piszczelami. Ostrzegała ponuro przed wstąpieniem na skażony teren. Minęliśmy ją, wjeżdżając do zamglonego królestwa śmierci… Z początku nic nie było widać poza płaskim jak stół trawiastym stepem… Dopiero po około kwadransie dostrzegliśmy pierwsze betonowe konstrukcje wież obserwacyjnych i bunkrów z rdzawymi pionowymi smugami… Im dalej, tym więcej było oznak zniszczenia… Jakieś nadpalone resztki… Czarne plamy od straszliwego żaru, który naruszył żelbetonową ścianę stanowiska obserwacyjnego… Wystające z betonowych podpór pręty zbrojenia, niczym rozczapierzone palce olbrzymiej, upiornej dłoni… Jakiś samotny, stalowy pręt ― wyrwany skądś i rozgrzany niegdyś do czerwoności przez wybuch, jakby go wypluła przed laty paszcza martenowskiego pieca ― leżał zastygły i powyginany na kształt surrealistycznej rzeźby… A dalej ― całkowicie wyjałowiona, pozbawiona trawy ziemia, połyskująca zielonkawą skamieliną trynitytu *… Jeszcze dalej ― przerażająco czarne i ostre jak nóż brzegi nuklearnego krateru… I znowu ― ten płacz, straszliwy lament, jakby wzmocniony, nadciągający z każdej strony jednocześnie… Nie, to nie lament, tylko demoniczne westchnienie, aż włosy stawały na głowie… Jakaś armia upiorów… Widma popalonych ludzi wyciągały ręce… I patrzyły tymi swoimi trupimi, niewidzącymi oczami… Ludzie bez twarzy, bez policzków, z zębami na wierzchu… Ludzie bez oczu, z czarnymi oczodołami… Matki ze zwęglonymi resztkami swoich dzieci na rękach… Straszliwe maszkary, przybyłe prosto z piekła… Sługusy samego Lucyfera, pana pożogi, pana śmierci, pana zniszczenia… I oto ― wyłonił się ― cały w płomieniach… Rogaty demon potworności… Falujący i dziwnie zmieniający swoje kształty, niczym fatamorgana w drgającym powietrzu nad rozpalonym piaskiem pustyni… I patrzył tymi swoimi oczami… O mój, Boże ― jak patrzył! (Włodzimierz Zastawniak, luty 2018) Trynityt – nazwa zielonkawego szkliwa powstałego z ziaren piasku stopionych podczas wysokoenergetycznych eksplozji, których temperatura może osiągać nawet dziesiątki milionów stopni C º, np. podczas uderzenia asteroidy czy wybuchu nuklearnego. Nazwa "trynityt" utworzona została od kryptonimu pierwszego testowego wybuchu atomowego – Trinity (Trójca) – przeprowadzonego w Stanach Zjednoczonych (na pustyni w stanie Nowy Meksyk nieopodal miasta Alamogordo) w ramach Projektu Manhattan, 16 lipca 1945 roku. Wszystkie teksty są mojego autorstwa. Publikuję również na: http://wiersze.kobieta.pl/, jako Arsis, i na swoim autorskim blogu: https://wlodzimierzzastawniak.wordpress.com/
  17. Można się z Ciebie wyleczyć Nacinając starannie każdą z żył I wtedy już nie przyjdziesz we śnie Blada jak śnieg. Czasem chce tylko Zasnąć nago w tym śniegu Krew mam wrzącą Nie zamarznie we mnie Ale niech wsiąknie w śnieg Zwabi ptactwo Niech wydziobie mi serce Słyszysz...? Jak pękają moje kości Wygłodzone i wycieńczone Od noszenia na barkach całego świata Wiedząc, że Cię na nim już nie ma.
  18. Zasypiam, otwórz balkon Nie potrzeba nam zasłon Bóg i tak wszystko wybacza Majaczę, muszę stąd wyjść W głowie samotna myśl Na zewnątrz też samotny Chłońmy świeże powietrze Gdy już nas stąd zedrze Niech zostanie tylko krew Zajrzyjmy razem na dół Czy to miłość na zabój Musimy się przekonać Zasypiam, krwawy balkon Już nie potrzeba zasłon Miałem być tuż za tobą
  19. Światło pada na scenę, wkracza czarny łabędź Bladą zwierze ma cerę, przekraczając bramę Pióra niczym czarna stal, przebija światłość Spogląda on dumnie w dal, a tam tylko szarość Wnet wyciąga swe skrzydła, na lewo i prawo Okala wielką scenę, jak demon piekielny A widownia w zachwycie, niby jedną zjawą On zaczyna swój taniec, samotny, śmiertelny Miliony mętnych oczu, wszystkie niepatrzące Trawa jak czarne deski, od tańca skwierczące On walczy wewnątrz siebie, na śmierć i na życie Cierpi, płacze i krzyczy, samotnie i skrycie Ostatni jego występ, już nigdy tu znowu Lecz nikt nie ujrzy piękna, artysty i zgonu...
  20. wkręć mi się żywym mięsem w kanał o wąskim świetle zanim się w nim rozsmakują blade tłuściutkie czerwie a potem ja w otwór ci wbiję czerwoną strzałkę ze śliną i ciepłem wilgotnym rozpuszczę to co na zębach ostygło
  21. zbyt mocno czuję zbyt szybko spalam się w sobie samej cisza i nic więcej dotyk niewidzialnej ręki na moim ramieniu mówią do mnie usta nie idź tam w tę pustą i zimną - - idę za nią zawsze bezwiednie nie słyszę wołam krzyk dusi mnie ohydnymi rękoma zapalają się latarnie i wiem że to koniec powiedz że to początek że nic za mną nie ma nie będzie nie istnieje
  22. Spóźniony człowiek. Nie wiem, dlaczego akurat te słowa wydostają się przez spierzchnięte wargi. Powtarzam je bardziej myślą niż głosem, który nikomu nie jest potrzebny, a mnie w szczególności. Język bywa zdrajcą, o czym właśnie przekonywałem się na własnej skórze. To on wpakował mnie w tarapaty, odkrył tajemnicę, której w świecie Klonów nie należało wyjawiać. Jestem człowiekiem, zwykłym człowiekiem, który spóźnił się na statek, przyznałem w nadziei ocalenia, ale to był błąd. Jestem człowiekiem, może jednym z ostatnich i powinienem bardziej uważać. Od czasów Wymiany nikt nie odkrywał przed Regulatorami swojej czystości krwi, a przynajmniej nie robił tego w megapolis, gdzie Klony już dawno dokonały naszej eksterminacji. Spóźniony człowiek. W ciemności nawet szept myśli wydaje się krzykiem, który rozsadza od środka czaszkę. Dwa słowa tłuką się w niej jak ptaki, schwytane w sidła i chyba niewiele się od nich różnią. Spóźniłem się na jeden z ostatnich statków, jakim nowa rada Syndykatu zezwoliła powrócić na Ziemię. Spóźniłem się, chociaż dotarcie na czas zmieniłoby równie niewiele. Ziemia nie dojdzie do siebie przez najbliższe kilka tysiącleci. Przypomina pustynię, skażoną przez radioaktywny pył i ciemność. Wojny, katastrofy, ocieplenie klimatu, wybuchy wulkanów, no i przede wszystkim człowiek zamieniły ją w dość nieprzyjazne miejsce. Być może dlatego moi rodzice dołączyli do wyprawy, jaka skolonizowała Marsa. Czerwona planeta miała być naszym nowym domem, naszym edenem, w którym unikniemy błędów człowieka. Spóźniony, tak bardzo spóźniony. Niemal wyszeptałem te słowa, chociaż wiem jak czuły słuch mają Klony. Nasze lepsze, pozbawione wad odbicia. Kopie doskonałe, jak sądzili przywódcy Ocalenia. Aby uniknąć problemów aklimatyzacji w, bądź co bądź, dość ciężkich warunkach, rozwojem ludzkich koloni miały zająć się nasze duplikaty. Ich śmierć nie była przecież niczym ważnym. Klon to nie człowiek – głosiło hasło Roslin Syndicate, organizacji, która zajęła się projektem, czerpiąc swą nazwę od instytutu, który niegdyś stworzył jedynie owieczkę. Syndykat Roslin miał o wiele bardziej donioślejsze plany. Przypisał sobie rolę kreatora, boską rękę, dzięki której ludzkość miała przetrwać pierwszą z marsjańskich zim. Spóźniony, spóźniony, spóźniony. Dziwne echo odbija się od ścian umęczonej czaszki. Wiem, że jestem spóźniony, do cholery. Wiedziałem o tym od samego urodzenia, gdy Klon położył mnie w dłoniach martwej matki. Dziwna sprawa. Ludziom udało się podbić Marsa, dzięki pracy Klonów powstały ogromne miasta, kolebki dzisiejszych megapolis, ale nie uchroniliśmy się od błędów. Rasa Supremacyjna, bo takie w pierwszej euforii nadaliśmy sobie miano, zaczęła zapadać na chorobę kesonową. Okazało się, że marsjańskie powietrze, uzyskane przy pomocy sklonowanych z Ziemi drzew, zawiera zbyt wiele azotu, co nie pozwalało oddychać nim dłużej niż kilka minut. Zwykły człowiek mógł przebywać na powierzchni jedynie przez chwilę, potem jego płuca zamieniały się w balon, napuchnięty krwią i ostatnim pragnieniem życia. Spóźniliśmy się, jak zwykle. Ludzie nie odrobili pracy domowej, a może tylko ją zlekceważyli, wkrótce nic nie miało znaczenia. Oddaliśmy władzę Klonom, naszym udoskonalonym reprodukcjom, sami siebie skazując na życie w pałacach ze szkła i kryształów. Tam powietrze nie zabijało, zabić miały nas Klony, ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy. Ludzkość spóźniła się z oceną zagrożenia, jakim okazała się dowolność reprodukcji i powielania własnych zarodków. Modyfikacje genetyczne, które miały uczynić Klony silniejszymi, bardziej odpornymi i lepszymi kolonizatorami, uczyniły z nich również rywali do życia na Marsie. Czerwona planeta okazała się dość ciasnym miejscem dla dwóch ludzkich ras, tej, naznaczonej genem autodestrukcji i tej, ulepszonej wersji samej siebie, która bez żadnego wyraźnego powodu pewnego dnia postanowiła pozbyć się ojców założycieli. I po co ci to wszystko spóźniony człowieku? Twoja historia jest zaledwie ziarnem, które zniknie wkrótce wśród marsjańskiego pyłu. Czerwona mgła przesłania horyzont, za którym podobno jest jeszcze nadzieja. Idę tam, ścigany przez samego siebie, przez Khazadorów, czyli moich braci krwi, bo Klony mają specyficzne poczucie humoru. Polowaniem na ostatnich ludzi zajmują się ich własne odbicia. Ścigam się zatem sam ze sobą. Uciekam przed śmiercią, której lustrzane odbicie potwierdzi tylko moje spóźnienie. Zbyt późno pojawiłem się na tym świecie i zbyt późno z niego odejdę. Urodziłem się, gdy ludzkość zaczynała przegrywać walkę, o której nie miała nawet pojęcia. Umrę, gdy ta walka kończy się nieodwołalną przegraną. Klęska Ostatnich, jak nazwano próbę nieudanego powstania, przyspieszyła decyzję Klonów o zakończeniu Wymiany. Już nie pozwalano na odlot ziemskich promów. Ludzie, którzy przez przypadek, lub umyślnie, pozostali na Marsie, mieli przewidziany tylko jeden koniec. Śmierć z rąk Khazadorów, Łowców noszących ich własne twarze. Są niedaleko i raczej się nie spóźnią. Wypuścili mnie, łudząc nadzieją ucieczki, ale ja wiem, że nie zdołam im umknąć. Za horyzontem nie czeka wybawienie, nie ma żadnego statku, ani bezpiecznej przystani. Wiatr unosi krwawy pył, który dławi oddech i wyciska z oczu ostatnie ślady wilgoci. Nikt nie potrzebuje tych łez, nikt się nimi nie przejmie. Klony, aby pracować lepiej na potrzeby Rasy Supremacyjnej, pozbawiono uczuć. Ludzie nie potrzebowali kopii z problemami i rozterkami. Klony miały jedynie usługiwać nam, najwyższej z kast, której ślepota równała się chyba tylko z głupotą. „... jest we mnie miłość... całe mnóstwo... ale jest i gniew... nie uwierzyłbyś, gdybym ci powiedział ile gniewu... daj mi miłość, albo nie będę dłużej tłumił tego gniewu...”, tak mówił Frankenstein, człowiek ożywiony piórem Mary Shelley. My nie daliśmy naszym Klonom niczego, oprócz pogardy i tylko tyle uzyskaliśmy, gdy nadszedł czas. Mój czas się już skończył. Spóźniłem się i nic tego nie zmieni. Już są przy mnie, kilka kroków, kilka niezdarnych oddechów. Widzę ich twarze, moje wierne oblicza, znamię, która pozostawiła wietrzna ospa na jednym z policzków. Genom doskonały, nawet jego uśmiech budzi w moim sercu dziwną radość. - Miałem dostać całą noc – szepczę do siebie i widzę, że kiwam głową. - Noc już minęła, spóźniony człowieku. Dotykam swojej twarzy drżącą ręką. Szukam śladu, niewidocznego potwierdzenia spóźnionego, tak bardzo spóźnionego człowieczeństwa. - Jeszcze nie, jeszcze mam trochę czasu. Dochodzi do mnie głuchy odgłos i po chwili już wiem, że zacząłem się śmiać. Moi Łowcy i ja, wszyscy śmiejemy się razem. Jesteśmy w końcu tym samym, czymś więcej niż rodziną. Jesteśmy jednością i już za chwilę staniemy się nią na wieczność. - Przybyłeś zbyt późno, człowieku – mówię, zaciskając na swojej szyi przeraźliwie zimne palce. - Już nie ma tutaj dla ciebie miejsca.
  23. Sekret życia utkwiony w trupim ciele Chłodne i sine rozpala rumiane poszycie Ożywia zmysły i Kremasza młode działania Leży śmierdząco na stole jak książka otwarty Usta ciche a jednak mówią wiele Oczy pół otwarte zamykają się na słabych Dłonie zaciśnięte jakby do walki czy tańca zwarte Ciało ociężałe życiem całym teraz takie gładkie Palił, lubił trunki popić, nogi krzywe - długo stały Doktor dziw nie nowy, ciekaw śmierci znowy Życia i śmierci spragniony stoi obok prawy Tylko jeden z nich prawdziwie umarły
  24. W zarośniętym polu szczerym, Kruk i Róża On na drzewie, Ona obok gąszczu Kochał ją Kruk, latał nad nią bacznie Róża przy nim, płatki w czerwień bardziej Kochali się oboje, lecz miłość ich w słoje Ona Róża, a on Kruk - płatki młode i stos piór Nie ćwierkał jej, ona płatków nie puszczała Miłość gorąca jak wiatry lata - milczała Żyli wśród mchów, nie znali burz Lecz srogi los, okrutna śmierć im przypadła Kruka, pola właściciel utłukł myśląc, że po ziarna Róża od zimna sama, zwiędła marna
  25. Kolejny dzień, dzień jak co dzień. Znowu wsiadam do tego samego zatłoczonego tramwaju,a wraz ze mną tłum. Tłum, który mnie przeraża. I stoję, stoję sam po środku zatłoczonego tramwaju. Z każdym zakrętem czuję się coraz gorzej. Mam ochotę wysiąść i nigdy więcej już nie wsiadać. Ale jadę, jadę dalej. Czuje się jak chwast na łące pełnej kwiatów. Patrzę przez okno, patrzę w ziemie. Robię wszystko, aby tylko nie patrzeć na tłum. Gdy tylko złapie z kimś kontakt wzrokowy czuję wstyd. Mam wrażenie, że wnikam do jego środka. Przebijam się przez tą cienką powłokę i maskę, którą każdy z nas wkłada. Jest mi wstyd, jest mi ogromnie wstyd odrazu odwracam wzrok. Czuje, że ludzie również mnie obserwują. Ich oczy są dla mnie jak ściany. Cztery ściany, które ściskają mnie i moje myśli. Czuję, że zaraz mnie zgniotą. Na szczęście wysiadam. Wysiadam i oddycham. Wreszcie mogę odetchnąć. Ściany się ode mnie oddalają. Było już blisko. Najgorsze w tym wszystkim jest to,że jutro ściany znowu się zacisną. I będą się tak zaciskać przez kolejne dni. Boję się, że w końcu zacisną się tak,że nie będę w stanie z nich wyjść. I utknę pośród czterech ścian. Ściśnięty jak tłum w tramwaju.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności