Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'śmierć' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

  1. dmnkgl

    Teraz

    Weź teraz oddech i wyciągnij ręce- Pewne, spokojne, posłuszne ci w pełni. Co im rozkażesz to ich ruch wypełni. Spójrz na te dłonie. Czy trzeba ci więcej? Następny oddech. Słyszałeś w piosence Parę słów rzewnych o minionych latach O czasach przyszłych, wieczystych zaświatach. Masz dzień dzisiejszy. Czy trzeba ci więcej? Wydech i oddech, lecz zawsze w udręce Zawsze w obawie topora nad głową Gasnącej świecy nad mogiłą nową! Wszak teraz żyjesz. Czy trzeba ci więcej? Z oddechu w oddech. Z przeszłości uciekasz, Zmi
  2. bez niczyjej winy padł od heroiny, lat osiemnaście miał, już dorosły, więc ćpał. Godzinę temu dostałem telefon z tą wiadomością. Żal:(
  3. Wyrwałem się śmierci, trzymała za klamkę, śledzi kościotrupim wzrokiem Herodota. Zapatrzona w nicość piszczelą klekota, wyznała mi miłość - wniebowzięta całkiem. Rypnąłem jak długi gnatem o róg stołu, zerka i się dziwi, truchło nie zadrgało. Amorek piekielnik przyładował strzałą, można by... no właśnie - myśli nie przywołuj. Tuliła kochanka nockę prawie całą, patrzyła w oczęta całkiem trupio-blade. Najlepsze co też ma, kostki mu pokaże, tylko czy nie zrazi ich kompletna białość. Jak w każdym finale cyklu umierania, karawan
  4. Zaszedłem na koniec, nigdzie żadnej ścieżki, podarte buciory, oddech ledwo syty. Człowiek już zmęczony, serce chce uciszyć, ściana niezdobyta na przedmurzu klęknij. Wołać - lecz do kogo, ciszą jakby zasiał, sam człecze zostałeś, kruków słychać śpiewy. Czekają na truchło, czas z lekka przyspieszy, stoi przed oczyma przystrojony w waciak. Czy Bóg mnie oświeci, na cud bym nie liczył, pomaga spełnionym - zasługa jak znalazł. W mniemaniu psychiki, zatańczyła szala, a gdzieś tam na krańcu, zawsze jesteś... nikim. Zazgrzyta dystymia, część skoczy z wieżowca, ktoś po
  5. Gwiazda ginie w milczeniu, choć lśniła eony. Nabrzmiała i rozlazła zapada się tusza. Ostatni oddech gwiazdy z jej piersi wydusza... Wtem anioł śmierci pada na twarz oślepiony. Tak tańczą walc ostatni światła oceany Nim rozproszą się w różę tęczową i jasną. Nim zbywając ciążenie ostatecznie zgasną Pozostawią i zapach, i owoc różany. Owoc dotąd tętniący życiem w naszych żyłach, Ukryty w czarnym prochu i Mariańskim Rowie, W kołdrze liści jesiennych, granitowych bryłach. Tak się rodzi pytanie w czuwającej głowie Gdy kurtyna zakrywa gwiazd teatr
  6. fregamo

    Ciało

    posiąść czyjeś ciało pożyczyć tchnienie zacisnąć dłonie na ustach udusić milczeniem później spenetrować przebijając wzrokiem rentgena posmakować krwi, potu by mieć odniesień wszechświat na końcu pokochać jak siebie, ciebie, nas ułożyć w łóżku przeznaczenia przyszłych dni blask gdy zgaśnie gwiazda zasnąć z mrugnięciem być chociaż raz pierwszym przywitać i pożegnać
  7. Zwilżyłem usta prastarą trucizną, zapachem greki, smakiem umierania. Śmierć choć przebrzydła jakaż ona tania, czuć już ofiarę, przez życie wyplutą. Od Sokratesa aż po teraźniejszość, "brud" usuwają, szumią odkurzacze. Bona czy Mieszko, przeszkadza - wytracę, ubywa sumień... kiedy oni przejrzą? Bolesław Śmiały, jutro Napoleon, łykają chciwie, a żem dzisiaj głodny. Spróbuj kucharzu - przypadek przesądzi, zaprzęgnij może historię do złego. Georgi Markow, czy też Litwinienko, najdłuższa ręka przeohydnej zbrodni. Wyniszczą sprytem jak szakale łowni, dziu
  8. … chmury płyną w oddali, jakby napędzał je jakiś odmęt milczącego żywiołu… Coś się wydarza wewnątrz tych skłębień i ginie zarazem ― w palącym blasku zeszklonych od mrozu źrenic. Spadam w pod-śnieżną przepaść, w grobową wnękę… ― Wyszarpuję siłą… Na próżno! ― gasnę… Brakuje tchu w zmiażdżonym sercu. Wszechświat mieni się w kryształach lodu ― na moich dłoniach, popękanej twarzy… Słońce zachodzi… … zastygam … … na wieczność… (Włodzimierz Zastawniak, 2015-03-07)
  9. Siedziałem w przedziale pociągu, obserwując beznamiętnie rozpędzoną za oknem monotonię krajobrazu… Sady, pola, łąki… Lśniące stawy… Poprzetykane żółtymi kwiatami gęste kępy traw… Woń letniego powiewu… Po łagodnych, zalesionych zboczach wspinał się razem z cieniem giętki bluszcz, goniąc umykającą wciąż linię horyzontu… Ważyły swoje skrzydła płonące ptaki… Promieniowały tą jasnością niemą, której wtórowały kryształowe rozbłyski szemrzących strumieni… Pulsowały mi skronie od dudniących pod żelaznymi kołami drewnianych mostów, przerzuconych nad lśniącymi wstęgami ziemskiego krwiobiegu, niczym wiel
  10. „Niektóre słowa to muszle w czasie, być może kryje się w nich wspomnienie o tobie” Jon Kalman Stefansson: „Smutek aniołów” *** Słońce zagląda przez kwadraty szyb, zalewając milczący, pusty pokój potokiem światła… Przywieram do ich gładkich płaszczyzn dłońmi i czołem… Widzę na zewnątrz drzewo ― wyrosłe u źródeł początku ― szumiące listowiem ― w pomarszczonej skórze kory… … zazieleniło się… … Wstrząsa mną gong… Zgrzyt zegarowego mechanizmu… I znowu:
  11. Wiatr rozrzuca naokoło zeschnięte liście w trupio-bladej poświacie księżycowej lampy. Stawiam wysoko kołnierz dziurawego płaszcza… Chrzęszczą mi między zębami ziarenka piasku… Stoję przed ogromnymi, drewnianymi drzwiami, jakby stworzonymi dla mitycznych olbrzymów… Muskam palcami zatarte przez czas wyrzeźbione litery… Czytane od góry do dołu ― tworzą słowo: B A E L* Poniżej, na wysokości oczu, jest sporych rozmiarów uchwyt, bądź kołatka. Wystaje z rozwartej i pełnej ostrych zębów paszczy jakiegoś drapieżnego zwierzęcia: lwa, tygrysa, pantery? Pociągam siln
  12. I Wog Marshall cierpiał całą noc. Przysypiał, to znowu wstrząsały nim chorobliwe dreszcze, gwałtowne przebudzenia… Miał koszmary… Nawiedzała go jego ukochana żona, Anne. Jechali samochodem poza miasto, do nowego domu. Opowiadała mu najpierw jakąś zabawną historię ze szkolnych lat, potem mówiła coś o dziecięcym wózku, śpioszkach... Przeskakiwała dziwnie tematy. Była w siódmym miesiącu ciąży. Nie mogli się już doczekać tych narodzin, tym bardziej, że Anne poroniła wcześniej dwa razy. Ale teraz, widział w jej oczach szczęście. Ustalali szczegóły koloru ścian, czy wyposażenia pokoju ic
  13. I Nazywam się Maksym Kriwonienko. Mam 35 lat i służę w tajnej jednostce wojskowej. Dokonujemy dekontaminacji terenów po testach jądrowych. Przekopujemy łopatami cały ten napromieniowany chłam, zdzierając wierzchnią, najbardziej skażoną, zeskorupiałą warstwę. Jej nieopatrzne dotknięcie gołą ręką ― grozi niechybną śmiercią. Wielu chłopaków już umarło, po tym, jak ponapychali sobie kieszenie odłupanymi, zielonkawymi kawałkami trynitytu, chcąc podarować je potem swoim kobietom. Nie zdążyli. Nie przypuszczali, że miały w sobie aż tak bardzo śmiertelną dawkę plutonu. Wydaje się, że ma to
  14. A kiedy mnie położą w kołyskę dębową, Przykryją kołdrą piasku i postawią znicze, Niech zagrają mi raczej piosenki słowicze, I zatańczą oberka miast łkać nad mą głową. Nie dość, że raz się wyśpię, jak zawsze marzyłem, To nie będę się martwił o strawę i wodę. Aż otrzymam nareszcie nowe ciało młode, Bowiem Pan nie dopuści bym pozostał pyłem. Jeśli prostym uśmiechem można wzniecić radość, Jeżeli dobrym słowem można dźwignąć kogo, To jak będzie na nowej świętej ziemi błogo Kiedy Stwórca uczyni swemu słowu zadość. Jeśli w drobne uczynki jest wielkość wpisana, Jeżeli choć zepsuty człek świętym być
  15. Szedł po równinie ― porośniętej niewielkimi kaktusami i rzadkimi kępami wysuszonych, ostrych traw. Słońce paliło niemiłosiernie. Miał ogromne pragnienie… Wypiwszy parę łyków wody z blaszanego bidonu ― jął lustrować nieskończoną monotonię krajobrazu, przesłaniając dłonią oczy od nadmiaru światła… Majaczyły dokoła szaro-fioletowe, dalekie wzgórza… Drżało gorące powietrze… Nic nie pamiętał… Nie wiedział, co to za miejsce, skąd przybył oraz jakie jest jego imię, ani ile ma lat… Odniósł wrażenie, jakby został ogłuszony i dopiero, co odzyskał świadomość… A może majaczy? Dotknął ostrożnie potylicy, a
  16. Stoję na wprost falujących kłosów zboża. Niebo jest niepokojąco ciemne; nie wiadomo czy od burzowych chmur, czy za sprawą czerni bezgwiezdnej nocy. Kłosy zboża falują łagodnie, oświetlane z otwartych okien opuszczonego domu ― drżącymi płomieniami świec. Nie, to nie kłosy, tylko spalone kikuty drzew albo wyrastające z ziemi ubłocone ręce tysięcy martwych ludzi. Krople wosku ściekają na drewniane parapety. I ściekają dalej, zastygając w powietrzu niczym miniaturowe sople. To jest chyba dom moich umarłych przed dziesięcioleciami dziadków, których ciała już dawno zagrzebał czas. Nie wiem tego na p
  17. Arsis

    Bikini

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** … jaskrawe prześwity na mojej spalonej twarzy… Chwieją się w łagodnym wietrze liście … … kokosu… Wychodzę z cienistej smugi… … wchodzę w kobaltowy błękit nieba… … rozgorzałe słońce… Rozkołysane, oceaniczne … sanktuarium… … Spienione fale obmywają moją twarz, kiedy padam na kolana ze złączonymi dłońmi w gorączkowym, piskliwym szumie dokonującego się misterium czasu i oczyszczenia… …
  18. Arsis

    Malden

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Nie słyszę ptaków… Zagłuszane ― przez powtarzający się w regularnych odstępach czasu huk nacierających fal ― szybują … bezgłośnie… Gnana przez wiatr ciemna, pokreślona białymi kreskami nawała ― spiętrza się na brzegu… … obmywa moje stopy i dłonie… … znowu się cofa, odsłaniając … … błyszczące muszle, kamienie… Łykam chciwie kęsy słonego powietrza… … wypuszczam je powoli… Szarpią moją koszulą strumienie atmosfer,
  19. Arsis

    Mururoa

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Spieniona nawała naciera na … ląd... Przemyka po wilgotnych, gładkich kamieniach słońce i zsuwa się w daleki odmęt zarys … białego obłoku… Chłodny wiatr na twarzy, w rozwianych włosach… W nozdrzach intensywny … zapach soli… … nieskończone falowanie ginie w kobaltowym błękicie nieba… Zamyka się we mnie, tworząc jakąś nową rzeczywistość, nowe widzenie w migocie jaskrawych refleksów… … poza mną ― krajobraz skurczył się
  20. Arsis

    Eniwetok

    (Z cyklu: Pacyfik – sen wiekuisty) *** Inspiracją do napisania niniejszego tekstu było dla mnie opowiadanie pt. „Ostatnia Plaża”, J. G. Ballarda *** Uderzają mnie w twarz jaskrawe prześwity słońca, które wytryskują spomiędzy kołyszących się, palmowych liści… … drgają i migoczą… tworzą efekt stroboskopu… (Musiałem chyba dostać ataku epilepsji… Odzyskuję przytomność, ale w zupełnie innym miejscu i czasie) … Stąpam ciężko po rozgrzanej plaży… Tafla laguny jest tak przej
  21. odchodząc zanucę twoją ulubioną melodię, zaparzę nasze ulubione cappuccino, ubiorę najładniejszą sukienkę jaką mam odchodząc postawie kwiaty na stole, przygotuję najlepsze danie, zostawię kartkę na pożegnanie odchodząc napiszę list tak piękny, że nawet największy poeta padłby z zazdrości odchodząc zapalę ostatniego papierosa, zaczerpnę ostatni raz powietrza, zadbam byś miał jak ze snu życie odchodząc zamknę powieki po tym jak tylko dusza zostanie na wieżowca szczycie ciało upadnie tak jak upadałam ja przez os
  22. przechodziła obok w milczeniu omiatając mnie przez chwilę melancholią spojrzenia narastał mrok przechodziła pod naporem mrozu który sypał w twarz ostrymi jak nóż kryształkami lodu brnęła po kolana w śnieżnych zaspach w tym bezkresie pól jej przyprószoną sukienkę rozrywał wiatr rozwiewał włosy tuliła się do powietrza nie mającego w sobie już nic z błękitu atmosfer widziałem odsłonięte ramię bose stopy i ten krok za krokiem w coraz niższym pochyleniu miała przed sobą wieczność całą i za sobą ją miała przechodził
  23. Jak Łazarz z grobu wstajesz z głębi ziemi wychodzisz posłusznie pokornie pokonujesz ciemności ręce twe i nogi skrępowane twarz chustą zakryta z grobu z ciemności ku światłu niezdarnie podążasz bałeś się śmierci głowę na jej widok odwracałeś śmierć ma wiele twarzy śmierć niekiedy do śmierci niekiedy do życia prowadzi umierasz wiele razy każda twoja śmierć zabija ciemność w tobie rodzisz się na nowo rozpętujesz swe ręce i nogi chustę z twarz
  24. A gdybym Cię pokochał znów, po lasach Twe imię wykrzyczał, czy wtedy wyjdziesz z moich snów, bym dotknąć mógł Twego oblicza? Gorący pot zrasza mi czoło, gdy słońce wpełza w cienie wzgórz.. Noc czarną krwią pulsuje wkoło. Jesteś! Z bukietem zwiędłych róż. Wdzierasz się w powiek mych osnowę, jak nóż w miąższ chleba. Tniesz na pół. Krzyczę. A echo odpowiada: kop sobie dół, kop sobie dół! Kostnieją piersi, ginie dźwięk, strzęp serca bije miast budzika. W grymas wykrzywiasz łuki szczęk i jesteś wciąż, gdy ja już znikam. A gdyby
  25. jjerzy

    *** Mówisz

    Mówisz że to najgorszy czas że siedzisz sama a co z najgorszym czasem tamtych? co z walczącymi o przeżycie po ostatnim wdechu? co z sąsiadem, któremu odcięli nogę? co z pielęgniarką zamkniętą w domu rozedrganym od umierania? co z milionami kurczaków mielonymi żywcem? co z dzieckiem, w które szaleniec wbija nóż? co z toczonym przez raka jeszcze człowiekiem gnijącym we własnych odchodach? co z dziewczyną, której rytualnie obcinają łechtaczkę? co z dziećmi z nabrzmiałymi od głodu brzuszkami? co z psem, któreg
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności