Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki


Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'wspomnienia' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Haiku, fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy słowem
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o poezja.org
  • Różne
    • Test / śmietnik

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


About Me

Znaleziono 15 wyników

  1. Wspomnienia z czasem coraz bardziej owiane mgłą, kuszące głębię serca, wypalające ślad w pamięci, próbują zamazać teraźniejszość pchając się ku przodowi coraz uporczywiej, przewijają się niczym taśma filmowa, niestety już niedostępna, pozostawiając tylko pustkę.
  2. Słomiane rączki Słomiane nóżki Słomiana główka Słomiane usteczka Oczka z guziczka Ubranko z szaliczka Serduszko ze słodkiego pierniczka Duszyczka z różanego pamiętniczka Myśli zapomniane Marzenia schowane Uczucia zakopane A laleczka słomina w starej szafie, leży w kurzu pochowana
  3. Proponuję najpierw uruchomić melodię z adresu podanego pod tekstem, a dopiero wtedy wgłębić się w treść zapisaną poniżej .. ~~ Obrazy z odległych lat wypełniają moje sny, a w nich spraw dziecięcych świat, niesie z sobą moc szczęśliwych chwil .. Pośród lasu, skalnej ściany biel, w niej szczeliny skrywające mrok - a ten kusi, by wejść w jego cień. Kto odważny, stawia pierwszy krok .. Z kępy krzewów kryjących źródełko spływa strumyk, niosąc cenny dar, bez którego życie nie ma szans. Takim to wspominam rajski jar .. Sen niech wiecznie trwa - młodość wraca w nim, wśród radosnych chwil jestem tam obecny także ja .. Utracony raj w szczęśliwości dniach dziś przynosi łzy po postaciach, co nie wrócą już .. ~~ .
  4. Połamana jak po upadku z dziesiątego piętra Weteran wojny wewnętrznych światów Blizny zrostowe pokrywają moją wewnętrzna skórę Drapie w klatce piersiowej jak bym była wypchana papierem ściernym Ciała nie mam obleczonego aksamitem ani wnętrza wyściełanego welurem jak ci wszyscy w koło piękni ludzie lecz czuję choć często wolałabym mieć przytępione wszystkie zmysły
  5. Drogi dzienniku! Poznań, 09.08.2017r. Przebudziłem się około godziny trzeciej nad ranem, obecnie mamy godzinę piątą, od tamtej pory nie śpię. Popijając kawę, doszedłem do wniosku iż mając taki ogrom wolnego czasu dzisiejszego, bardzo wcześnie zaczętego poranka, szkoda byłoby zmarnować, więc zabrałem się do pisania, które od pewnego czasu przychodzi mi z trudem. Słońce wzbiło się na uśpione ciągle niebo, kilkumiesięczne dziecko zdążyło już swoim płaczem wyrwać ze snu zmęczoną matkę, uliczny kot zaatakował wróbla, studenci wracający z imprezy zwymiotowali na chodnik, pracownicy korporacji odjechali w swych pięknych czterokołowych maszynach, pewien młody dziennikarz zdążył to wszystko zobaczyć. Podczas gdy inni dopiero układają się do snu, ja wręcz przeciwnie i pomimo delikatnego znużenia wciąż pozostało mi pół zawartości kubka. Bruno Clock
  6. Jestem uwikłana we wspomnienia Zalewają mnie niczym fala suchy ląd Zatracam się w nich bez reszty Z trudem odnajdując się w rzeczywistości Nie wiem już kim jestem i dokąd zmierzam Zagubiłam się i błądzę po omacku Wciąż próbuję odnaleźć to co utraciłam Przeszukując zakamarki swej pamięci A jeśli szukam na próżno? Może nic nie utraciłam A jedynie zapomniałam kim jestem
  7. Czekam na Ciebie Na wietrze rozdmuchującym wspomnienia, Wsłuchany w szum fal zagłuszających bicie serca, Czekam. Okrutne mewy wrzeszczą by zapomnieć, Chcą tylko jeść i pójdą spać, Gdy przyjdzie wreszcie zachód słońca, Ukoi fale, stłumi wiatr, Przyjdziesz na plażę i spojrzysz na mnie, W ostatniej chwili, nim noc zgasi świat.
  8. Spirala szaleństwa powoli się rozkręca. Tłum Dziki bije do mojego umysłu pięściami Pokrytymi kłującymi ostami. Hałas strun Szaleńczo szarpanych szału szorstkimi szponami Rozrywa połączenia nerwowe. Pęknięte szkło Ukazuje miliony oczu wpatrzonych w głębię Swych odbić. Małe dziecko płaczem do matki rzekło: "Choć żyję i członki swe czuję, ona ozięble Swymi gałkami nerwowo się we mnie wpatruje. Przez to poczuwam się przez swoje istnienie błędem. Zatem jestem, nie ma mnie? Czego oczekuje? Jaki jest mój cel? Sama zniszczę się tym obłędem!"
  9. Pytasz, co zaprząta mi głowę. To tylko ten wieczór i ta noc wczorajsze w tej tak dziwnej melancholii zatopieni, ogarniają znużeniem tych chwil wspomnienie jak gdyby mgłą, którą łyżką kroić można a w ułamku sekundy tak wyraziste. Ot zaraz rozmyte odejdzie, po prostu spowije je ciemność bezkresna. Niestety o tym głośno jedynie w duszy mojej będzie, wargi tęskne o Nim zapomną a tak bliski miejscu między dwiema piersiami. Będę wdzięczna za każdą konstruktywną krytykę i każdą radę. :)
  10. Z dala od zgiełku i hałasów miasta - zapasy jadła na tydzień z okładem; a jam pośrodku bieszczadzkich połonin. Nikt mnie tu z czasem, terminem nie goni - żyć, nie umierać w takim to nastroju. Nad ogniem strawę sobie zagotuję, także herbatę z ziół rosnących dziko, czując przedziwną moc dawnych pokoleń. Zielonopłowe połonin bezkresy - wśród nich zapewne wilk, niedźwiedź też żyją, jam tu maleńki, ze stratą niczyją też chcę stanowić drobinkę natury. Obym mógł wrócić tutaj po raz wtóry w dalekie strony, skąd przecież wyrastam ... .
  11. Vatt

    Mali

    Mali kiedy byliśmy mali ponoć bawiliśmy się skacząc po jeziorach zimna woda opływała parujące stopy skóra nasiąkała kryształowym zimnem jeden z nas był tak silny że wyciągał światła rozpuszczone pod powierzchnią i skręcał z nich wianki czerwone od mrozu palce wiązały warkocze włókna miękko mruczały plotąc się ze sobą potem uśmiechał się i wkładał je nam na na głowy korony nieznanych królestw a my szliśmy dalej przez chłodną mgłę miękko stawiając kroki na ośnieżonych polach przynajmniej tak każe pamiętać zmęczona głowa na skroniach błyszczy tłusta nafta ostatnio wątpię czy mali chłopcy mogą zmieniać bieg promieni świetlnych może zgorzkniałem zbyt długo wdychałem oddechy ludzi którzy tego nie potrafią teraz myślę to musiała być prawda czemu? bo słyszałem że jest piękno na świecie
  12. dekret termita rausz i kir tu pełne szkła - tu gnije tył APERITIF … fino - uozo - wermut - gin tyle koktajli ile mil sens populacji pełno glin taki to młodych dzisiaj styl gdy w zapomnienie rygor dryl życie to jeden wielki cyrk APERITIF … ten jeden łyk zbawieniem był nosem po glebie smarkacz rył młodzi nie liczą lat i dni i pić i lżyć bo siła w nich życie nie boli życie mdli APERITIF … jedyny cel by wybić klin tysiące smaków wódek win i głowa szumi jak trakcja szyn złorzeczeń harem bluźni w rym miksturę znajdziesz na targu pchlim by nie był straszny ostatni czyn APERITIF … kieliszków pustych tu jak pind kumple na haju i babsztyl swing ogólnie życie - wulgarny krzyk powieka czasem lekko drży zapruty smarkacz pyta czy kosą przejechać rzekę żył? APERITIF ... i słychać zgrzyt czy warto było umrzeć by w niebycie gonić własny sznyt? w smarkacza pomnik wrosły bzy dziś już nieważne wisi mi… czy młodość łże czy młodość śpi jedno jest pewne - mówię Ci KOPIEC TERMITA ZEPCHNIE SPYCH... WIĘC W GÓRĘ SZKŁA... APERITIF! --
  13. . (...) muzyko duszy lat mojej młodości, co mi pobrzmiewasz we wspomnień klimatach, wiele mi jeszcze przynosisz radości, i nadal będziesz serce moje łatać ... ty, co na skrzydłach postrzępionych wiekiem wnosisz w me serce i oczy łez wiele pomnij, że jestem jedynie człowiekiem, kreślącym łzami swoje akwarele ... nadal jednak żyję i dopóki będę, słuchać zamierzam brzmień Beskidu taktów, by móc prowadzić tą swoją gawędę tu, pośród bliskich kolorytem aktów (...) ~~~~~
  14. Cygańskie - bo rzewne i rozbłękitnione. Tam gdzie styka się horyzont z ziemią, obie strefy grodzi świetliście kobaltowa i szafirowa kreska. W powietrzu i powietrzem porusza pomarańczowo złota, trudna do opisania i niemożliwa do zdefiniowania, sucha jak gaza, jak pierwszy zwiędły jesionowy liść - mgiełka. A przecież nadal oraz wciąż bardzo jest jasno: z niebieskim zielono i przeźroczyście; "transparentnie". Mimo że w mojej Gminie bezustannie umierają betonowane łąki, to jednak na przełomie lipca i sierpnia, zawsze pod lazurowo rozzłocony wieczór znów nimi w Mieście zapachnie. Zapachnie samo z siebie, gdyż - wspomagana nieodległym halnym - promieniście otwierająca się przestrzeń, zwróci niebawem woń wszystkich, kwitnących na żółto, lipcowo sierpniowych ziół połączonych z zapachem (złoto) owocujących sadów. Zaś jeszcze później, kiedy powolutku na nieboskłon wysunie się cieniutki i bledziutki nowik, dodatkowo zapachnie źródlanym zimnem i świeżym, studziennym chłodem, po tym jeszcze: rozgrzanym piaskiem i rozchodnikiem; nadto: mimozą, różowym makiem plus frezją z żonkilem (tak!). Bądź odwrotnie. Cygańskie lato powolutku pocznie rozwijać swoją wirtualną prędkość, mimo iż jego "wozy kolorowe" już od prawie półwiecza butwieją po różnych szopach i skansenach. Półmetek lat pięćdziesiątych: dzień i pogoda identyczne do powyższego opisu, z tym wszak wyjątkiem, że wtedy wokoło rozciągały się żółto-niebieskie od wrotyczów, rumianków bodziszków i nawłoci, łąki. A ja, lnianowłosa i cienkonoga dziewuszka bawię się w najlepsze przed jednym z najbardziej reprezentacyjnych, nazywanym willą, domów wielickich, dlatego że Rodzice wyprawili się po coś do odległego i wielkiego Krakowa, zostawiając mnie na przechowanie u życzliwych Znajomych - właścicieli owej baśniowej posesji. Zajadając prosto z krzaka białe i różowe porzeczki czuję się niewymownie błogo; Pani najładniejszego w Wieliczce domu, z sekatorem w spracowanej ręce, drepcze na swych kaczych nóżkach wokół jakichś uschłych gałęzi, zaś na z lekka zachwaszczonym przed willą klombie, obok samo wysianych kosmosów - ponętków zbity kłąb czerwonych niczym poduszkowy wsyp, kwiatów zebranych w rozpierzchłe wiechy zapachniał mi czymś i znajomym - i bliżej nieokreślonym. I oto zaraz na zakręcie tej na poły ogrodowej, na poły wiejskiej ulicy coś niespiesznie zaturkotało, zawiało końską wonią potu, nawozu oraz sików tożsamych z zapachem gryczanego miodu. I oto zza bardzo bliskiego horyzontu wysunęło się coś na kształt panoramicznego, malowanego pastelami obrazka, które żadną ilustracją nie było, ale jak najbardziej żywą oraz realną ludzką gromadą. Moja Opiekunka chwytając się wszystkimi rękami za przepaściste kieszenie roboczego fartucha surowo mi zakazała wychodzenia na ulicę, i w ogóle nie zwracania na "nich" żadnej uwagi. Może bym posłuchała, gdyby nie jeden szczegół: obok jednego z wozów taboru majestatycznie i niespiesznie maszerował wąsaty, niczym późniejszy Prezydent-elektryk RP, niski, śniady i baryłkowaty jegomość w kapeluszu. Dzierżąc, bardziej z przyzwyczajenia aniżeli z chęci batożenia swoich cierpiących na nadwagę, koników, zakończony czerwonym pomponem, bicz; w zębach natomiast ściskał krótką, zgrabną fajeczkę. Na obłym brzuchu Papy-Roma dyndał gruby, złoty łańcuch od kieszonkowego zegarka. Kiedy wieczorem relacjonowałam Rodzicom swoje spostrzeżenia, Tata od razu doszedł do nader konstruktywnego wniosku, że "Cygan pewnie musiał komuś gwizdnąć ten zegarek, może nawet naszym Znajomym?" [A ja w tej samej chwil widzę przeskakującego przez cokolwiek sfatygowane ogrodzenie najładniejszej wielickiej willi antałkowatego "Cygana", który - jakby nigdy nic - nie bacząc na nerwowe reakcje Gospodyni wchodzi bezceremonialnie przez otwarte okno do jednego z pokojów jedynie po to, by ściągnąć leżący na widocznym miejscu złoty zegarek z dewizką...] Mama (uprzednio postukawszy się wymownie w czoło) stwierdziła, iż z pewnością nie było to żadne prawdziwe złoto, ale double[1] . Było nie było, mimo to dodatkowo nadmieniłam o niezidentyfikowanym przeze mnie zapachu: kadzidlanie słodkawym, kwiatowo niebieskim oraz korzennie cierpkawym... Rodzice zgodnym duetem orzekli, że tak wieczorem pachnie tytoń. Do 11 lutego 2008 roku bardzo lubiłam zapach dobrego tytoniu, szczególnie intensywnie przypominającego się swoją (papierosową) wonią w porze schyłkowego lata. Broniłam palaczy z godną podziwu determinacją, zwłaszcza gdy co pewien czas z sercem rozpłakanym słuchałam ckliwo romantycznej piosenki Pani Hanki Ordonówny o - ulatniającej się niby dymek z papierosa - miłości. Do 11 lutego 2008 roku twierdziłam z całym przekonaniem, że palenie tytoniu nie musi od razu kojarzyć się ze smrodem machorki, emanowaniem rozgrzanych niemyciem ciał oraz parowaniem niepranych ubrań, także trupim zaduchem niewietrzonych pomieszczeń. Zresztą tabakową nutę posiadają pewne eleganckie męskie kosmetyki i wielce wytwornym jest też kolor tabaczkowy, czyli jasnobrązowy. Woń wykwintnych cygar albo błękitny fajkowy dymek (prawie identyczny z tym, jaki według mego rozeznania ulatniał się z fajki Roma) wnętrzom mieszkalnym przydają wiele ciepła, życia i subtelnego uroku. N. b. tytoń zawsze miał więcej wrogów niż przyjaciół, chociaż przez pewien czas uchodził za panaceum, co regularność stolca sprawuje, wysusza zbędne w organizmie wilgotności, kataru pozbawia i że go warto do rozmaitych celów przydawać, wyczytałam w jednym z osiemnastowiecznych poradników typu kalendarz gospodarstwa domowego. Inny z autorów tak zwanych przewodników gospodarskich, Jerzy z Bukowca Szlichtyng, w swoim wydanym w 1650 roku dziełku pt. "Nauka jako o dobrym także o złym używaniu proszku tabakowego" stwierdził, co następuje: "[przydatny w] boleści i ciekłości głowy (...) w kaduku[2] albo ciężkiej chorobie paraliżu, w apoplexiej albo w szlaku, in sapore[3], albo w twardym i ciężkim zaśnięciu, w zawrocie głowy, w katarze, rymie [?]" jednocześnie zalecając przy stosowaniu tegoż konsultacje z medykiem. Słynna była staropolska tabaka klasztorna, wśród nich doskonała "bernardynka" kowieńska czy wielce ceniona przez konsumentów tabaka wytwarzana u Ojców Paulinów na Jasnej Górze. Jednak w dobie panowania króla Augusta III Sasa wszystkich producentów tabaki zakasowała mieszkająca w Warszawie Włoszka nazywana Syrakuzaną, którą to tutejszy ludek przechrzcił na Srajkozinę; i ta właśnie Syrakuzana do handlu wprowadziła nowy rodzaj tabaki, a mianowicie: tabakę granulowaną lawendową i pergamutową [bergamotową] zaprawioną pomarańczowym olejkiem, informowali Ksiądz (pamiętnikarz) Jędrzej Kitowicz oraz znawca staropolszczyzny - Zygmunt Gloger. Podążając tropem enuncjacji tychże, po śmierci Srajkoziny jej obie córki zamężne za polskimi szlachcicami odsprzedały tytoniowy interes swoim dwom krajanom: Piotrowi Bizesti i Antoniemu Fontanie. Po krótkim okresie prosperity, informuje wielebny Kitowicz, parobek któregoś z wymienionych producentów - z powodów sobie wiadomych - doniósł komu (nie)trzeba, iż jego chlebodawcy "mieszają do niej popiół palony z trupich kości, włosy końskie drobno strzyżone, urynę ludzką i bobki końskie tudzież koperwas [szewskie czernidło]". Wręcz posądzeni o czary kupcy sporo się musieli nabiedzić zanim "wywiedli się oni z trupich kości, włosów i limonij [jabłek] końskich, iż takowych ingredyjencyj nigdy do tabaki nie potrzebowali". Inny ówczesny encyklopedysta - Ksiądz Benedykt Chmielowski[4] głosił w "Nowych Atenach", że ten sam tabak mózg chędoży, humory z ciała wyprowadza, Powoli suszy człowieka, od zarazy broni powietrznej, natomiast Jakub Kazimierz Haur w dziełku z 1693 roku przestrzegał i zalecał: "Tych czasów (...) różnego stanu ludzie zażywać chwycili się tabaki (...) który ten czyni i sprawuje skutek, że zbytnie wyciąga z głowy wilgotności (...) znacznie w człowieku wysusza i nasienie w nim niszczy i psuje, i niesposobną sprawuje potem w małżeństwie powinność (...) za czym nie rzecz i nieprzyzwoita tego małżonkom zażywać, chyba tym będzie potrzebniejsza, którzy się do czystości (...) obligowali, bowiem przez takową jakokolwiek uskromić się mogą prezerwatywę". Od 11 lutego 2008 roku z przyczyn Panu Bogu, mojemu Super_Aniołowi Stróżowi i jeszcze kilku drogim memu sercu Osobom, wiadomych, wraz z panami Janem Andrzejem hrabią Morsztynem i Jakubem Teodorem Trembeckim na biedną roślinę poczęłam spuszczać wszelkie mi dostępne słowotoki jadowite. Z uciechą wielką czytam jak np. w Imć Morsztynowej satyrze "Na tabak do Piotra" Poeta urąga: Smrodliwe ziele, o ziele śmiertelne, Tyś nad zaduchy szkodliwsze piekielne, Nad arszeniki, i twój dym szkarady Przechodzi zmyślnych aptek jady. O straszne głowy - nie głowy, lecz kadzi Szkockie, których ten zaduch nie rozsadzi! (...) I tobie, jeśli kiedy zechcesz, Pietrze, Lubo dymnego, lub co go Żyd zetrze, Niech ci dziewczyna luba przed tą wonią Umknie ust i twym zasłoni się dłonią, I w najgorętszej na łóżku potrzebie Leży z daleka i zadkiem do ciebie. Jaśniepańskie jazgoty hrabiego są jednak niczym wobec rozpaczliwych ujadań innego polskiego poety doby baroku w osobie Pana Jakuba Teodora Trembeckiego (1643 - ok. 1719 - 1720). Autor ów w nader zgrabnym poemaciku "Na tabakę wiersz od Polaka Polakom tylko ofiarowany"[5] tak rozhulał się w swoich inwektywach, że nie wszystkie z jego strof nadają się do dosłownego przytoczenia. Wedle opowieści Pana Trembeckiego, Pluton - władca inferna ogromnie cierpiał z powodu dusz zanieczyszczających mu (gdzie popadnie) jego dziedzinę. W końcu, po długich medytacjach wpadł na wielce desperacko-ryzykowny pomysł, by te (oczywiście dusze), naturalną przymuszone potrzebą, fizjologii czyniły zadość poza piekłem. A że tymczasem na zewnątrz, niemal na wprost hadesowych wrót, zamiast praktycznych łopianów wyrósł sobie tytoń, przeto co wieczór otoczone piekielnymi strażami: "Pod tym drzewem usiadłszy owe nędzne kupy Jego liściem zas...e ucierają d..y" by następnie (mniej więcej raz na sto lat) kiedy nieszczęsne dusze opuszczały siedzibę pokuty, aby rozpocząć na ziemi swój nowy żywot, wówczas cienie handlujących tytoniem Szkotów-domokrążców wspomniawszy sobie tę krzewinkę: "Chcąc, aby się czym światu z piekła przysłużyły, Srogą moc tego liścia w rury nakręciły I przezwały tabaką a dla lepszej chwały, Którym liściem swe zadki dusze ucierały, (...) I odtąd ten swój towar brzydki, lada jaki, Szkoci zwykli przedawać za przednie przysmaki, Jeszcze gdy jej nad zamiar w swoich budach mają, Żeby się zdała świeża zawsze na nią szczają I tak to sławne ziele z g....m pomieszane, Musi być jeszcze nadto szczyny odwilżane, (...) O brzydcy śmierdziuchowie, którzy takie smrody Zbywacie ludziom, godni śmierdzącej nagrody. Żeby was pod wychodki za nogi wieszano A jak wy na tabakę, tak też na was szczano I jak wasza tabaka ludziom czerni zęby, Że jak psu z kałamarza drugim śmierdzi z gęby..." Coś przypuszczalnie z ową uryną musiało być na rzeczy, skoro oskarżeni Bizesti i Fontana opowiedzieli sędziemu marszałkowskiemu o sposobie utrwalania tabakowej wilgoci. Niemniej zdaniem biegłych, owa "lipkość" ani ludzkim nosom, ani tym bardziej zdrowiu nie szkodziła. Wracając wszak do mego, wyżej opisanego spotkania z romantyką wozów cygańskich, to - zauważyłam (nie bez cichej satysfakcji) - iż wtedy prawidłowo wyłapałam ten zapach niby mi znajomy a w rzeczywistości nieznajomy. Unoszący się z fajki Papy-Roma dymek pachniał bowiem zielem cygańskim, czyli bieluniem dziędzierzawą, pospolitym ruderalnym chwastem, obecnie bardzo tępionym, ponieważ - analogicznie do botanicznej nazwy[6] - jest to roślina narkotyczna, dodawana do mieszanek przeciwastmatycznych, a także przerabiana kiedyś na papierosowy tytoń. To bardzo bliski krewny innej subtropikalnej datury[7] z identycznej rodziny psianek, czyli tej samej grupy, co kwitnąca na klombie świętej pamięci moich Znajomych, nikocjana, która wraz z maciejką, rezedą, floksami, georginiami (o cierpko gorzkiej woni i posmaku surowizny) z delikatną nasturcją i innymi roślinkami - rozkoszą nosa dla rozmaitych nocnych "marków"[8] pachniała tak jak w 1785 roku napisał Ksiądz Jan Krzysztof Kluk w "Botanice dla szkół narodowych": "Zapach roślin tężej słyszeć się daje czasu chłodno-wilgotnego, jako po rosie w wieczór..." PRZYPISY: [1] Tombak (przyp.aut.) [2] W opętaniu (przyp. aut.) [3] W sensie "wzmocnienia (lub podkreślenia) smaku" (przyp. aut.) [4] Benedykt Joachim Chmielowski herbu Nałęcz (ur. 20 marca 1700 w Łucku, zm. 7 kwietnia 1763 w Firlejowie) - polski ksiądz katolicki, kanonik kijowski, pisarz dewocyjny, autor Nowych Aten, pierwszej polskiej encyklopedii (1754-1764 (zob.: Wikipedia) [5] Zob.: "Wirydarz poetycki" z rękopisu wydał Aleksander Brueckner (Lwów 1910-1911) [6] Synonimy: "dędera", "diabelskie ziele", "pindyrynda", "świnia wsza", "świńska wsza", "tondera", "tyndera", "tondra" (przyp. aut.) [7] Łacińska nazwa bielunia-dziędzierzawy brzmi Datura stramonium [8] Słowo pochodzi od "mary", czyli zjawy, a nie imienia (przyp. aut.)
  15. W marcu 1999 roku młody oraz bardzo ambitny Krakowski Zespół Kameralny [pod kierunkiem Łukasza Mikołaja Mateji] m. in. nagrał na kasecie Koncert d-moll na obój i orkiestrę barokowego kompozytora weneckiego Benedetta [w rzeczywistości Alessandra] Marcellego. Słuchając tego, skądinąd mistrzowskiego wykonania, opisałam je jako „Horae [godziny], czyli Spektakl światła” opublikowane następnie w poetyckim zbiorku „Rodzima Wieliczka” (Kraków 2005): Andante (Impresje) Mieczyków szereg barwny na baczność stoi jak wojsko cierpkością wieje nasturcji w róż herbacianych krzakach. Spóźniony zakwitł wiciokrzew leżak rozkłada słonecznik w hamaku świetlistym i modrym śliwkowe opala się lato. * Upalny sierpnia finał miodnym oddycha skwarem trzmieli brzęk i granie pszczół wiechliny płowe kołyszą. Łąka kadzidłem faluje - nad nią nachyla się z ciszą smagły wiatr balsamiczny pod słońca palącym ciężarem... ** Jesienne lato słomą pachnie - blask południa ostrzem diamentowym kreśli znieruchomiało ciepło - i jak rtęć z wolna - srebrzyste opada powietrze. Bursztynem iglaki płaczą jantaru skroplonym ulepkiem kwitnie wrzos - żółtą bryczką jedzie uśmiechnięty wrzesień. Adagio (Kołysanka) Ziół spłowiałe pejzaże w kwiatach wirydarze pogłosem rosy odbija się śpiew - W wydmuszce makówki zeschłej w izdebce wieczoru niebieskiej pod lampą miesiąca jasną kometą srebrną choć straszną zachodu czerwoną latarnią zmierzchu ogarkiem szara dogasa godzina Wieczór przechodzi w noc płoną planet lichtarze kryształowe kandelabry gwiazd Presto (Pobudka) To ja promyk szyldkretowy najpierwszy brzask pukam nieśmiało do ufortyfikowanych bram nocy przepastnej Zaraz jutrzenka rozczesze światło jak sploty miękkie Niebo zalśni szafiru białego przestworzem Zapachnie mokro artezyjskim zdrojem – * W porze hejnałów złotych zegarów leniwych tętnach szelestów klepsydr liściastych przeciągów zielonych jak cisza okrągłych kwadransów pospiesznych Gnomon wskazówką furtki trzasnąwszy cieniem nagłym odsłonił tarczę spaloną słońcem! Co się od tego czasu zmieniło? Z wyjątkiem samej, złotej oraz modrej pogody, to bardzo wiele. Przede wszystkim został rozebrany baśniowy domeczek usytuowany na południowo-zachodnim stoku przy ulicy Słowackiego w solnym, powiatowym mieście Wieliczce: drewniany, pomalowany na ciemnozielono, z trzema oknami do frontu i śmiesznie sterczącą staroświecką radiową anteną na dachu. Znikły oraz zanikły tak szaleńczo niegdyś kwitnące nasturcje; wiciokrzew przechował się w rachitycznych resztkach i gdzieś pochowały słoneczniki. Także mieczyki, przekarmiane sztucznymi nawozami szybko umierają w szklanych wazonach. Umierają również łąki wypierane przez quasi włoskie ogrody, jedynie ów gnomon, czyli solarny zegar, stojący przed wielickim Urzędem Skarbowym [zresztą od niedawna] pokazuje wyłącznie słoneczne godziny. Nawet wtedy, kiedy pada delikatny deszcz. http://muzeum.wieliczka.pl/ogrod-zupny-4/
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności