Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Birczin

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    102
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Reputacja

1
  1. Birczin

    Hipoteza Bernarda

    @beta_bez_alfy Dziękuję! Bo cóż by wiersz znaczył bez cienia humora?
  2. @Wanda_Szczypiorska Dziękuję, z mojej strony miło się zrobiło :)
  3. Birczin

    Hipoteza Bernarda

    matematyk napisawszy wiersz wiesz taki wszech czasów gdzie oczywiście nieskończony wszechświat ma otwarte niestety tylko w poniedziałki środy i soboty przez resztę dni tygodnia ogranicza się niezdecydowaniem mimo to małpa przepisała już na maszynie wszystkie dzieła Szekspira a zgrabna postać systemu liczbowego ociera się o cień kuszący łonem wieczności liczb pierwszych kruszący wyobraźnię matematyka i wszystkie nietrywialnie zera tej funkcji był seks jest eks teraz potrzebował stabilizacji jak świeżej pieluchy i kobiety na gwałt czekała do przedwczoraj
  4. Ostatnio, po przebudzeniu, Cyprian miał pomysł na opowiadanie. Wszystko zaczęło się od tego, że w całym swoim bałaganie, próbował odnaleźć portfel z dokumentami, że niby pieniądz i tożsamość już od świtu są najważniejszymi wyznacznikami egzystencji - rzeczywiście, jeśli wyglądałoby się tak, jak on, to mogło mieć jakieś głębsze znaczenie. Cyprian miał twarz wiecznego studenta, zamkniętą kosmykiem białych niemalże włosów i grubymi, czarnymi oprawkami, które skrywały ten typ świdrujących oczu, co rentgenem, z miejsca, prześwietlały duszę. Nigdy się uśmiechał. Może dlatego, że nie miał do kogo się uśmiechać. Za to potrafił się jąkać. Gdy miał 13 lat, stwierdzono u niego antropofobię. Od niedawna był świeżo upieczonym architektem. Na ławie swojego czynszowego pokoiku, zaraz obok stołu kreślarskiego, w stercie zakurzonych płyt, pokreślonych rysunków, kalek, szkiców, flamastrów i ołówków, nieopodal ciasno napchanej kiepami popielniczki, w jednym z pięciu kubków po kawie, natknął się na podtopioną ćmę. To był ten kubek niedopity do połowy, z napisem: umarła Zmierzchnica trupia główka, wstawaj, szkoda dnia! Czy przesyt kofeiny przyprawił ją o zawał serca, czy też przesiąknięta nadmiarem pobudzającej substancji, zapadła na zawsze w narkotyczny sen, zachłysnęła się biedaczka i napięcie powierzchniowe cieczy przytknęło ją do czarnej, sprężystej, kawowej błony, nie pozwalając już odlecieć? Czy w ogóle ćmy mają serca? Ćmie serce, brzmi dziwacznie. Raczej przywodziło mu to na myśl jego problemy nikotynowe. Ryszard Ćmie Serce. Być może to był taki właśnie Ryszard. Ćma o imieniu Ryszard. Wyciągnął ją delikatnie za skrzydełko z kubka. Takiemu motylowi należy się godne odejście. Bo w końcu, była duża szansa na to, że gdyby Cyprian dopił wczoraj kawę, Ryszard jeszcze by żył. Poczucie winy rozpanoszyło się w nim jak larwa na liściu. Postanowił, że zwłoczki, zanim je pochowa, trafią do rodziców. Wysypał wszystkie zapałki z pudełka, do którego włożył mokrego jeszcze Ryszarda. Ubrał się naprędce i pospieszył do najbliższego drzewa. Cyprian nienawidził drzew, takie zboczenie zawodowe. Drzewa przeszkadzały mu w projektowaniu. Najchętniej zalałby wszystko betonem i szkłem. Elegancko i estetycznie. To był monumentalny platan. Stał zatopiony we własnym cieniu. Jako cieć parku, pilnował tu porządku flory. Ubrany w korę moro, łapczywie rozpościerał konary. Ważniak. Tak czysto zapowiadający się dzień eksponował, po drugiej stronie Parku Słowackiego, Muzeum Narodowe, toczące zajadłą bitwę z winobluszczem. Gdzieniegdzie panoszyli się już amatorzy miejskiej przyrody. Facet z psem właśnie patrzył, czy nikt nie patrzy, jak jego pies sra pod ławką. Gruba babka w legginsach ściemnia, że jogging. Żul niemrawo okrada teren z puszek. Jakiś mały śmundek odstawia sprayem kutasie hieroglify na koszu na śmieci. Cyprian delikatnie zapukał w korę platanu. Ze środka pnia dało się słyszeć jakieś szmery. - Czego?! - Spytało drzewo głucho i zdrewniale. - Dzzień ddobry, mmam ssssprawę ddo państwa Ćciem. - Ćmy, jakiś człowiek do was! - Ochryple zawołało drzewo, tym razem już wyraźniej. Z dziurki na wysokości jego twarzy, wygrzebała się maleńka postać w mechatym brązowożółtym szlafroczku. - Halo! Co jest?! Panie! Daj żyć, dopiero co w kokon walnąłem po nocnej robocie. - Odezwała się postać, nieco zaniepokojona nagłym najściem obcego, popiskując na wpół rozwiniętą trąbką. - Ppprzepraszam pppana, sssstała się rzecz ssstraszna. - Nawijaj pan. - Postać dla zachęty machnęła pierzastym czułkiem. - Tylko szybko, bo nie mam czasu, jak się jutro znów spóźnię do roboty, stara mnie zabije. - Oooostatnio ww nocy... - No, no, no, no, no? - Ponaglał włochaty. - Rrryszard...Tto zaznaczy... Czy zzna pan tttego osobnika? - Cyprian już nie mógł dłużej trzymać pudełka z Ryszardem w kieszeni płaszcza. Wyciągnął je niepewnie i wysunął palcem tekturkę, podstawiając dłoń do dziurki na mundurze ciecia. Ćma łypnęła tylko swoim złożonym okiem na ciało. - Hmm, momento! Teee, Hanka?! Facet przyniósł ci bratanka! Po chwili przyszła druga Ćma, niemalże identyczna jak ta pierwsza, ale nieco chudsza. - O cholera! Czekaj zawołam bratową...Lucyna! Jakiś facet ma twojego syna! - Coooo? - Dało się słyszeć stłumione pisknięcie z wnętrza pnia. - Facet przyniósł twojego syna! Martwy! Syn, nie facet! - Zanim Hanka powtórzyła, przyszła kolejna ćma, Lucyna. - To ci łapserdak! - Odezwała się przekornie. - A mówiłam mu tyle razy, żeby się po nocach nie szlajał! Nicpoń jeden, larwa przeklęta, zawsze kusił los. A jeszcze niedawno był taki malutki, pamiętam to jajeczko na pomidorze. Dobrze nie wyszedł z poczwarki, a już umiał się narazić jako Imago. Miał doskonałą mimikrę. Napadał na ule, ale nigdy nie dał się złapać, cwany był, uchodziło mu na sucho to podkradanie miodu. Tylko dlatego, że doskonale potrafił naśladować głos młodej królowej. Jego dwaj starsi bracia zginęli, przyłapani na gorącym uczynku. Robotnice zamurowały ich wewnątrz ula. Ale on! Potrafił zahipnotyzować pszczelą społeczność, wpraszając się na posiłek. Dziewczyny za nim szalały. I to nie tylko ze względu na rozmiary trąbki. - Lucyna się zamyśliła, spuściła na chwilę swoje smukłe czułki. Zaraz jednak zapytała.- Jak zginął? Tylko niech pan nie mówi, że utopił się w kawie? Miał dwie słabości, o jedną za dużo (jak powtarzała moja babcia Halina), kobiety i używki. - Tttak, utopił się w kkkubku pppo kkkawie. - Drań, a tak się zarzekał, że to ostatni raz... Mogłam się tego spodziewać. Kilka tygodni temu Roman wyłowił go z filiżanki. To było na stoliku, przy którejś kawiarni na rynku. Był tak pobudzony, że potem całą noc latał po parku, naśladując nietoperza. Wszystkie młode samice wprowadził w błąd. Przekonane o nadchodzącym niebezpieczeństwie, zastygały w bezruchu. On wtedy brał wszystkie, po kolei, jak leci. Ma za swoje hultaj jeden! Cyprian wciąż zastanawiał się, czy powiedzieć ćmom, o tym, że to była jego kawa. Że to przez niego Ryszard nie żyje. Z drugiej strony, przecież i tak źle o nim mówią. Ale wirowały w tych wspomnieniach pyłki tęsknoty. Zrobiło mu się piekielnie smutno. - Zanim pan go zabierze, bo ja wiem, że to pańska kawa, proszę się nie obwiniać. - Lucyna przerwała jego zamyślenie. - Pozwoli pan, że opowiem panu więcej. Wybrali się na pobliską ławkę. Ona przysiadła na wierzchu obsranego przez gołębie oparcia. On obok niej, podparł ręką głowę i zamienił się uważnie w słuch. - Legenda głosi, że dawno temu, po śmierci patrona lasów i pasterzy, - Zaczęła Lucyna - morze zapłakało, otwierając powieki ziemi, aż do królestwa podziemi - Hadesu. Otchłanie podziemi zachłysnęły się haustem świeżego powietrza. Aż zapach wolności zwabił świętego motyla - naszego potomka, który zerwał się z czoła drzemiącego Plutona i wyleciał na powierzchnię ziemi. Nim jednak odfrunął na dobre, w ostatniej chwili dostał pieczątkę pierścienia z godłem podziemi - trupią czaszką, odciśniętą na jego grzbiecie. Gdy skalna szczelina opadła, drogi powrotnej już nie było. Od tamtej pory latamy o zmierzchu i płaczemy z tęsknoty za podziemną ojczyzną. Dowiedział się też, że nocne motyle przekonują się o słodyczy i sile środków psychoaktywnych raz, nigdy dwa, ani trzy. Raz a porządnie. Ćma Ryszard był inny. Cyprian miał tego świadomość. Czuł się z nim związany. Gdy wszyscy śpią, ćmy podfruwają cicho, bezszelestnie, do porzuconych na stołach filiżanek i kubków. Rozwijają swoje trąbki i spijają domownikom kawę i słodkie alkohole. Kradną drobiny cukru z kuchennych blatów, zaglądają do apteczek, buszują po barkach i biblioteczkach, zaczytują się w poezji, by potem w ekstazie, na rauszu, móc odbyć ostatnią podróż w stronę światła. Ćmy umarłe odlatują do gwiazd. Tam popielą się na pył. Nie wiadomo czy Ryszard tylko przypadkowo zrealizował swój złoty strzał. Lucyna powiedziała w tajemnicy, że szukało go pszczele FBI. Był podejrzany o kradzież wielu baryłek. Po skończonej opowieści i pożegnaniu Lucyny, Cyprian wykopał dołek pod Panoramą Racławicką. Złożył w nim tekturowe pudełko po zapałkach, z Ryszardem w środku. W głębi duszy chciał być tak odważny, jak ta ćma. Móc swobodnie podchodzić do dziewcząt, odbywać z nimi stosunki. Rozmawiać. Mieć mnóstwo złota. Wracaj do domu, przyjacielu - rzekł, rzuciwszy grudy wilgotnej ziemi na kartonik i przyklepawszy je ręką. Odszedł w stronę kamienicy trochę przygnębiony. Nie napisał dziś żadnego opowiadania, wyczytał natomiast w jednej książce o owadach, że Zmierzchnica trupia główka zawdzięcza swoją nazwę trzeciej z Mojr, Atropos - nieodwracalnej.
  5. Dzięki, ja też miałem ubaw przy pisaniu, trochę się pogrzebało w piaskownicy wspomnień, dodało się szczyptę fikcji i opowiadanie gotowe ;) fajnie, że mogłem przypomnieć. Pozdrawiam!
  6. Dzięki! nie zawsze oczywiście słowa chcą ustawiać się lekko w odpowiednich rządkach, w tym wypadku rzeczywiście nie było z nimi problemu..
  7. O! Dziękuję, ostatnio rzadko tu zaglądam, i fajnie jest przeczytać miłe słowa na przywitanie... cieszy mnie , że wywołałem pozytywne emocje po drugiej stronie pikseli ;) Pozdrawiam!
  8. Birczin

    BŁĘKITNA

    I też na przestrzeni eonów jest migawką, jak to mawiał pewien klasyk, "życie to fragment".
  9. Mieszkałem wtedy na ulicy Szybowcowej. Jejku co za niesamowita nazwa, zwłaszcza, że przeprowadziliśmy się z Czajkowskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem nic o Czajkowskim, nawet, że Jezioro Łabędzie, czy coś. Za to Szybowcowa przywodziła mi na myśl podniebne ślizgawki i eskapady, sytuacje rozgrywające się wysoko w przestrzeni, obok ptaków, albo i wyżej, wolność. I to jeszcze w sąsiedztwie ulicy Kosmonautów, to już w ogóle, zupełnie czadersko. I że mieszkaliśmy na dziesiątym piętrze, i mieliśmy windę, balkon, z którego było widać pół dzielnicy, i inne bloki i plac zabaw, boisko, piaskownicę, i zaraz dalej górkę gruzu, ziemi i gliny, porośniętą krzakami. To wszystko było dla nas, tyle możliwości. W piaskownicy grało się w kapsle, w które wklejaliśmy flagi przeróżnych państw. - Co to za flaga? - Dżumala. - Taa, jasne, nie ma takiego kraju. - Jest, Dżumala, jest, no co ty w Związku Radzieckim, obok Kumbodzio, jest! - Nie, nie ma, - I Kumbodzio też nie ma, - No włacha. - Jest Kambodża. - Kretynie! - A chcesz w ryj? - No, chcę! - Ej, dobra, dobra, dawajcie chłopaki, grajmy, ustawcie się w starcie, bo niedługo będzie kompletnie ciemno. W kapsle, to wymyślaliśmy najróżniejsze trasy, z zakrętami, serpentynami o niezłych skarpach i odpowiednim nachyleniu. Robiliśmy mostki, tunele i pułapki. Jak ktoś wypadł z trasy, albo wpadł do dziury, to zaczynał od ostatniego checkpointa, miało się trzy życia. Na boisku łupaliśmy w gałę często, w deszczu, nawet wystarczyło, że we czterech i mogło być wieczorem, gdy już mamy z balkonów krzyczały na nas, że musimy iść do domów, bo kolacja, i to była prawdziwa frajda, targowanie o dziesięć minut dłużej. Był taki jeden, Maradona na niego wołaliśmy, bo bił rekordy w żonglerce, potrafił jak opętany chodzić cały czas z piłką przyrośniętą do kolan, odbijał, tak, że nigdy mu nie spadła, przynajmniej ja tego nie widziałem. I jak teraz na to patrzę, to myślę sobie, że na każdym osiedlu znalazłby się ktoś taki, jak on. I trzepak pamiętam, podwójne fikołki z górnego poziomu, kto je robił, ten był mistrz. A dziewczęta maziały kredą serca, kwiatki i klasy, albo skakały w gumie. Którejś zimy polazłem sam na górkę za moim blokiem, ciemno już jak w piwnicy, ze dwie godziny było do wieczorynki, śnieg skrzypiał niby jakaś tajemnica na strychu jeszcze z domu z Czajkowskiego. Miałem taką ruską zapalniczkę ojca, z której udawałem, że strzelam, że to pistolet, a ja taki agent specjalny do zadań specjalnych. I tak pstrykałem zapalniczką uśmiercając wymyślonych wrogów. I jak mnie zaraz ktoś nie obrócił, zachodząc od tyłu. I dostałem porządnie w nos, aż krew marzła mi na mrozie. I tak Daria została moją pierwszą dziewczyną. Bo to ona dała mi w nos, bo myślała, że ja tam jakiś zły typ jestem, stary ramol co straszy rozbłyskami dzieciaki. A ta Daria, to w ogóle cud, soczysta malina. Z włosami jak kasztany, prawdziwymi piegami i całymi tymi rumieńcami. Ale cios to miała pierwszorzędny, no i trafiła mnie z miejsca. Mieszkała w tym samym galeriowcu, tylko że po drugiej stronie, i pozwalała się dotykać. Chodź, coś Ci pokażę - powiedziała i zaprowadziła mnie na dach, tam gdzie wyłaziły te dziwne szyby wentylacyjne od zsypów, co wyglądały jakoś tak kosmicznie, niby części rakiety. No i mi pokazała, jak się całować. Nasze języki jak gromady dwóch galaktyk orbitujących wokół siebie i zmierzających ku jakiemuś upadkowi, zagładzie. Przez dwa dni nic nie jadłem. Później zabrał mi ją taki Bogdan, co to jarał pety, miał dzianych starych i strasznie przeklinał. To był kumpel brata, więc negocjowałem z nim, żeby powiedział mu, żeby mi ją oddał, ale nic z tego, nie miałem takiej rzeczy, która by go zadowoliła. Natomiast ona miała. Modliłem się, żeby zapalniczka mu rozwaliła ten jego pierdolony łeb. Żeby jakimś cudem zamieniła się w prawdziwy pistolet. Oddałbym w niego cały magazynek. A tak, oddałem bratankowi swoje wszystkie klocki lego, nawet helikopter technic z komunii, co go dostałem od kuzyna, plakaty New Kids on the Block zwinąłem ze ściany mojego pokoju, pojawiło się De Mono, i piosenka "znów jesteś ze mną". A Bogdanowi kiedyś, jak zgrzewał lufę na klatce schodowej, przegrzała się zapalniczka, i rzeczywiście mu wystrzeliła w ryju. Potem miał tak bardzo pokiereszowane czoło, jakby uciekał podczas krucjaty bez psiego kaptura ze średniowiecza w inną epokę, eksplozja urwała mu nawet kawałek lewego nozdrza. I może już wtedy nie byłem agentem specjalnym do zadań specjalnych, ale w końcu, kurczę, czułem, że mam te trzy życia. Ktoś zapukał nazajutrz do moich drzwi. - Chodź, coś Ci pokażę.
  10. Birczin

    Ballada

    Dla mnie bomba! Chociaż lekka jak bańka. A lekarz kazał myśleć pozytywnie... no cóż, nie przepadam za hip hopem, ale ten utwór ubóstwiam.
  11. Birczin

    Po słońce

    A co z lękami, i o której godzinie?
  12. Birczin

    dzikus

    Niby grzeczny taki ułożony dzikus...póki na smyczy. A wielkie litery na myśl mi przywodzą jedynie jakiegoś sms'a wysłanego po pijaku do przyjaciela, ze starej nokii, oczywiście. Mnie się podoba. Pozdrawiam
  13. A jeden potknął się wczoraj na schodach w centrum handlowym. I spada z nich do tej pory, bo schody jadą do góry. A drugi w Mc Donaldzie zamówił 6 hamburgerów. Zjadł wszystkie co do jednego i złożył reklamację, że brak w nich ogórków (ale nie rozpatrzono jej pozytywnie, bo zapomniał zdjąć czapkę przed posiłkiem i nie przedstawił się kierownikowi). Ten trzeci na jednym bilecie, tramwajami zjeździł miasto. A teraz nosi pod pachą encyklopedię mandatów. Czwarty rozgniótł na twarzy szklankę do piwa koledze. I miał do niego pretensje, czemu głowę trzymał w tym miejscu. Piąty studiował kiedyś zootechnikę, stoi teraz pod zoologicznym, ulotki studiuje. Rozdaje przechodniom, bo żenić mu się zachciało. Szóstego już dawno tu nie ma, utknął w przerwie pod płotem i z dachów zleciały się koty, bo miał jeszcze wątrobę. Był jeszcze gdzieś siódmy, chyba też umarł. Ze starości, czy w podróży. Pociągiem relacji: Wrocław - Oława (albo to było na dworcu, zaginął chodząc między peronami, bo nie wiedział z którego odjeżdża). Rozgrywki myśli, bawimy się decyzją, aż tu nagle okazuje się, że wolność to ten kanarek kupiony w sklepie zoologicznym na drodze kaprysu pewnej dziewczyny, która tylko chciała zaraz potem wypuścić go z klatki, by móc popatrzeć jak nadmiar przestrzeni go rozjeżdża. I to na serio bez różnicy czy kanarek jest stary, czy młody. Przydały by mu się te zapasowe ręce, mógłby wtedy jeszcze bardziej nic nie robić. Dajcie mu ten cholerny zastrzyk czegoś, czego jeszcze nie widział, w życiu, czego nie było w sieci, książce, ni w żadnym filmie, zaśpiewajcie mu tą piosenkę, na nieznanych nutach. I udowodnijcie mu, że świat nie jest tylko kwadraturą koła. I niech teraz naprawia te wiatraki, z którymi kiedyś toczył boje. Niech wszystko sobie naprawi. A przede wszystkim głowę. Młoda i kreatywna kobieta skończywszy chemię na politechnice, nie miała zamiaru wykładać chemii w supermarkecie, babrać swojego życia w próbówkach, zatem przekwalifikowała się do pracy w przedszkolu. Omija teraz rutynę i inne dziwne substancje, a jeśli już coś plecie, to tylko koszyki na Wielkanoc z małymi podopiecznymi. I chwała jej za to. Uśmiechnięty pan po czterdziestce, w czystym garniturze, z teczką w dłoni, wygląda jak każdy człowiek w tym wieku, mimo tego, że nie jest odpowiedzialny za swoją twarz. Nie wie co tu robi i jak się tu znalazł, a na nogach ma dwa lewe buty i kręci się w kółko. Chciałby coś powiedzieć, ale za każdym razem kiedy otwiera buzię, nadlatuje słowik i kradnie mu słowa. Uśmiechnięty pan ma pięć córek i wie, że wszechświat rozszerza się coraz szybciej, i że nigdy już nie ujrzy światła najodleglejszych galaktyk. Pewna starsza pani jest bardzo wyrozumiała. Zaprasza młodych mężczyzn na obiad, mile widziani Piotrusiowie Panowie i Narcyzi. I podczas posiłku, wcielając się w rolę matki, która nie zapomniała jeszcze o swoich obowiązkach, delikatnie obsypuje ich niewygodnymi pytaniami i stwierdzeniami w stylu: Kiedy się ożenisz? Przecież nie można tak żyć tylko dla siebie, nie można być takim egoistą. Ile ty masz lat? Ale chyba nie skrzywdzisz już kolejnej panny? A oni nie mają wyjścia. Grzecznie i wymijająco odpowiadają na pytania, próbując zjeść wszystko z talerza. Wszyscy coś robią, działają, gdzieś przynależą. Chcą czy nie, są częścią otoczenia. Tej wszechsubstancji relacji ludzkich zachowań, skupionej wokół potrzeby uznania. Sąsiad w ogrodzie przy 40 stopniowym upale urządza z siostrzeńcem trening wydolnościowy na słońcu. W ogóle babra się w tym sposobie na przedłużenie sobie życia. Specjalna dieta - jada o wyznaczonych porach, nie miesza białek z cukrami, cukrów z tłuszczami itd. Schudł, jest żylasty i przejęty swoją rolą w świecie. Nawet mu zazdroszczę niekiedy, przez jakiś czas próbowałem doścignąć jego osiągnięcia, być taki sam, bo zdrowie jest najważniejsze, jednak cynizm u mnie szybko zwyciężył, wolę się opierdalać przy piwie i kartach. Widziałem ludzi gorszej kategorii, pełno jest takich na warszawskiej Pradze, Starej i Nowej, we Wrocławiu na Księżu i Trójkącie - kobiety z naroślami na szyjach, bez oka, zataczające kręgi między monopolami, sztajmesi, których nawet ich własne psy nie chcą się słuchać, ich dzieci z wymalowaną na buziach patologią. Egzystują w tych swoich przedwojennych lub postkomunistycznych kwaterkach - komórkach chorej, wielkomiejskiej tkanki tego obrzydliwie rozlazłego tworu, jakim jest kraj w cieniu demokracji liberalnej. Jakby podążali od sklepu do mieszkania, od mieszkania na podwórze, z podwórza do sąsiada, kierowani jakimś impulsem nerwowym, narzuconym odgórnie motywem nie starania się być człowiekiem bardziej, bo wtedy mogliby odkryć prawa manipulacji stosowane przez rząd i tego typu instytucje, a przecież przy obecnym stanie rzeczy jest wygodnie, gdy to to "myśli" za nich. Taki zamknięty obieg, system, układ scalony. Raz na jakiś czas ktoś się wyrwie ze swojej roli, ocknie z marazmu, zostanie kimś sławnym i uznanym i wtedy to się nazywa postęp. Czy ktoś nas o to prosił? O takie życie? O patrzenie na takie życie? Abyśmy byli częścią tego przedstawienia? Nie sądzę. Mnie nikt nie pytał, czy szanowny pan B. ma ochotę w tym uczestniczyć. W dzień moich urodzin w wyrwie historii ten fragment życia pozostał bez znaczenia. Wypełniłem lukę we wszechświecie, depcząc po piętach przeznaczeniu. Czasoprzestrzeń skurczyła się i zwinęła ku pajęczynom gwiazd. A grawitacja przemknęła po nich jak czarna wdowa, pospiesznie ku świeżym, świetlistym muchom. I co dalej? Odwieczne pytanie, zaklejmy pustką z siebie tą różową jak mięso korozję historii dla przyszłych pokoleń.
  14. Jak by się nad tym zastanowić, to coś w tym jest. Pokrewieństwo z lotem, może dlatego że to był oddział dla samych mężczyzn, awanturników... Pozdrawiam!
  15. Birczin

    Słowa

    Dziękuję za słowa. :) Pozdrawiam!
×
×
  • Dodaj nową pozycję...