Skocz do zawartości
  • Ogłoszenia

    • Mateusz

      Problemy techniczne   20.11.2017

      Z winy usługodawcy występują drobne problemy techniczne z serwerem (szybkość działania). Za utrudnienia przepraszamy.

JacaM

Wprawni poeci
  • Zawartość

    424
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Reputacja

0 Neutral
  1. glina

    obudzić się we śnie z jawą pod powiekami jak piaskiem w oczach ostatnim oddechem całując śmierć na śmierć zmartwychwstały odtwarzanym głosem przestrzeń ściśnięta dębiną pozbawiona czasu jest absolutnie niezmierna
  2. Bukowski na odwyku

    nie chcę już gadać dźwięk słów mnie męczy wszystkie moje muzy są jak wrzód na dupie macie rację dziwki i kochanki czas przeszły dokonany wspomnienia mieszają w muszli szykiem każdego z wierszy śmieję się z siebie przecież nie z was broń boże wróble pod czaszką świergoczą nie kocham bo nie piję
  3. joker

    przenoszę kamerton wszystkich oddechów sycę powietrze ciszą napiętą jak cięciwa wściekłość ze strachem bratają się w uścisku zimnem krusząc skały złaknieni bohaterstwa podnoszą kamienie by ukryć wątpliwości w chmurze odłamków choć jeszcze jej nie widać czerwona mgła czeka za złudnym zakrętem a słońce i tak świeci poprzez wszystkie cienie dla żywych i martwych
  4. bajeczka

    z willi po bohaterze wypełzł karaluch i chce być sędzią ostatecznym drabinką próbuje przeskoczyć historię śmiały dzisiaj gdy odwaga tania grzebiąc w grobach buduje wspólnotę robactwa pożegna go trzask chityny pod butem zmiany która wtedy stanie się dobra
  5. historyjka zimowa

    to są gwiazdy tak czy inaczej wracają odbite od skutych kałuż w połowie drogi światło z refleksem spotyka się jak wyobrażenie boga z istotą źródła w oczach ludzi grają jeszcze wodospady zamarzającymi kroplami na napiętych powiekach przez wystygłe kominy pustka wdziera się w chmury sadza czerni śnieg proroctwem zamknięte oczy widzą gwiazdy zakrzywione pryzmatem plejad lód na rzęsach zespala światło w niewidomą nadwzroczność ze świstem bata odejdą wierzący w równość wędrowcy strona knuta wybierze role spełniane przez pielgrzymów bezgwiezdnie zerwanymi powiekami
  6. misterium

    kukiełki z koszmaru szyją święto tradycja zespala łańcuchem owce w bezwolnym korowodzie przewodnik przywołuje gwiazdy kolędą na dziecięcym bębenku wataha idzie najwyższą granią związana tylko wspólnotą w zupełnej ciszy ślepiami odbija światło ostatniej gwiazdy wszystkie imiona boga krew ograniczona skórą czeka aż grzechy wypłyną brudną falą pielgrzymów utoczona z żył zmyje wszelkie jak jeden ukryte w duszach bez słów wilczym śladem pójdą tylko wykluczeni niosąc swoją samotność jak pochodnie zapalone od stosów straconej nadziei
  7. wróżenie z fusów

    światy zapisane statystyką ciał skrwawione zapomnieniem ukryte przed wzrokiem kamer zbyt ciężkie dla altruistów niedostępne współczuciu gęstym strachem śmierdzą w gorącym powietrzu prorocy anonsują bliskość zaduch sączy się pod progiem w kalekie dusze satrapów nie martwcie się lalkarze gdy ruszy lawina będziecie mogli bawić się zwłokami bez wykopywania z grobów inwokacja bębnów jak modlitwa na przekór wyznaniom mieszając w tyglu sprzeczności zrówna sporem o imię boga wszystkich anonimowych stamtąd tu tak daleko jak wskazówkom zegarów do poczucia straty oni nie muszą przyjść są w nas nieodwołalnie
  8. nie waż kość

    rytm wybijany nadmiarem światła na werblach źrenic napiętych powiekami słyszy ciemność jak obraz ciszy błogosławieni ślepcy o sokolim wzroku gubią istotę sensu w przesycie wizji wolni od szczegółów lecą w dół nie rozróżniając poziomu od pionu na obcym krzyżu zawisłe złudzenia zacierają granice objawień tak bardzo wszystkim wspólnych jak odmiennych dla każdego gdy z jednej kalki tysiące westchnień z wyrytym metrum na rewersie oczu bezkres pytań w jednej odpowiedzi gdy niewiedza jest oczywistą prawdą której szukanie zajmuje wszechświat choć wspólnie znana od urodzenia
  9. ciężar wspólnoty

    coś nad nami zawisło tak znajome jak zapomniane na skrzyżowaniach nerwów przeczucia plotą węzły krzyk wzbiera kamieniem pewnie wybuchnie za późno by ostrzec nas przed sobą zaplątani w milionach dróg szukaniem budujemy nowe oplatamy słowami przepaście mimo że nici nie uniosą kroków ze złudzeń stawiamy domy zastępując wnętrza murami muzyka z łupiny orzecha nie uwolni nikogo przed ziemią cmentarzy pięść świata zaciśnięta choć nas więcej i więcej to coraz mniej w sobie najgęstszy las z miliona pni jak jedno drzewo liśćmi igieł tnie do kości każdy pęd szukający własnego skrawka - słońca do pojedynczości daleko im bardziej jej pragniemy tym więcej się boimy stanąć samemu naprzeciw jakby był jakikolwiek - wybór
  10. pogłos

    jestem gotowy choć nie wiem na co wychowany w kulcie krzyży czekam na dżihad albo karuzelę kołysankę zaśpiewa anioł z iblisem jak duet psa z suką w miastach mieszają się strumienie marzę o końskim grzbiecie i wolności we włosach dawnej dziewczyny przy głównej ulicy starego miasta grzechoczą paciorki i korale na bębnach grają weterani bez rąk śmietniki miłosiernie wypluwają nadmiar żarcia na papierowe talerze obraz cywilizacji wyprasza z przedmieść wszystkich którym się wydaje że złapali pana boga za nogi nie martw się kochana pijacy różnią się od siebie jak pracownicy korporacji tylko czuć ich trochę inaczej jedni i drudzy wspominają nigdy nie widziane szklane góry ciemność najpiękniej łudzi wszystkimi kolorami w domyśle muszę nazwać sam siebie inaczej nie odpowiem kim jestem a księżyc zabierze wszystkie nici i zagubię się ostatecznie w każdej przestrzeni tylko jak nazwać nikogo uszytego przez niespełnione szanse ostatnim oddechem namaluję arcydzieło jeżeli nie puszczą zwieracze
  11. chronon

    nie ma już dotyków zamienione w wodę spłynęły po skórze poza pamięć i ciepło przelotnie słonym śladem nieciągłość zabiera pozory wnika przez wolne punkty uwiązane do strumienia a to ledwie mgnienia lub piasek przesypują się przez deszcz
  12. przestrzenie

    inteligentni głupcy kochają retorykę rozmieniają pył na drobne dzieląc włos w nieskończoność pogmatwanym nadmiarem zmieścić się w trzech słowach by wiersz żłobił jak łza prosty ślad na twarzy
  13. Ananke na rozdrożu

    niepewność jak szalony motocykl pochłania przestrzeń otuchy zaciera horyzont złotym kurzem gna przed siebie pozory a gdy deszcz ostudzi drżenie aureola rysowana bieżnikiem opony pochłania spaloną gumą własny ogon
  14. tu i teraz

    wiatr zaciera deszczem obraz potrzeb jak stracona kochanka miesza krople na twarzy pod zaciśnięte powieki wciska zbyte wizje zanim rozwieje prochy rozpali krew do popiołu bezimienny morderca stoi u drzwi czeka aż zgaśnie przedostatnia lampa w resztkach światła wypluje z siebie śmierć albo poczęcie nawiedzonych obrońców prosto pod kołdrę naciągniętą na głowę szczęście w nieszczęściu innych rozrywa na strzępy wahanie bez znaczenia kamienne tablice pięści nie czytają znaków
  15. Opadanie (blues)

    ref: ona ma wysokie obcasy i za krótką spódniczkę a ja jestem całkowicie pijany pewnie dla tego tak jej się podobam łaskocz moją pychę dziewczyno mój portfel to udźwignie tylko nie mów mi jak masz na imię mojej żony nie obchodzi dlaczego pije córka nie wie że sypiam z jej koleżankami żałosny stary satyr na równi pochyłej chcę uciec od siebie w siebie do takiego jakim kiedyś byłem ref: jak każdy bydlak bez skrupułów na słabszych wyżywam się z lubością jestem wielkim dyrektorem zupełnie od niczego oddaję głos w wyborach i płacę podatki nie słucham już Motorhead choć wódę ciągnę nie gorzej od Lemiego ref: wszystkie prawdy wyparowały z mojej głowy sprzedaję zbędne rzeczy tym których na nie nie-stać nie wiem czy jeszcze kiedyś zrobię coś dobrego tyle że ci wyżej są gorsi ode mnie ścieżka kariery jasna wszystko mam przede sobą w każdy piątek do dna w niebo i piekło ref: jeżeli święty Piotr wpuszcza najlepszych kuglarzy to mam raj gwarantowany potrafię sprzedać wszystko zawały i wylewy oczyszczają świat z takich jak ja i nawet chciałbym do piekła ale nikt mnie tam nie zaprosi bo pewnie grzeszę kiepsko oryginalny jak jeleń na rykowisku
×