Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Marcin Gałkowski

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    1212
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Reputacja

0
  1. coś mi świta, zdaje się, że kojarzę to z owej 'przeszłości' ale jak przez mgłę. cóż rzec, masz łatwość tworzenia wiarygodnych realiów. bardzo lubię taką dbałość o szczególiki. choćby ta rurka w tchawicy Pani L. dodaje całości... hmmm... uroku, jeżeli można tak to nazwać. ten świat jest mocno... słowiański. totalnie nie-zachodni. i bardzo dobrze. może przez to pobrzmiewa mi nieco gdzieniegdzie Hłaską ale tylko troszeczkę, na pewno nie jest to żadne naśladownictwo. ten świat jest zgrzebny i przybrudzony. i przez to prawdziwy. w dodatku podszyty czarnym humorem, dzięki czemu całość, przynajmniej dla mnie, nie jest stricte dołująca. jest po prostu naprawdę dobra. i jakkolwiek nie lubię radzieckich zakończeń, gdzie wszyscy giną, to tak, jak ów tekst podobał mi się kiedyś, tak podoba mi się i w takiej, odświeżonej wersji=) pozdrawiam G.
  2. Wiesz Hombre, co Ci powiem? za to całe gadanie o braku weny to masz w mordę. a potem wódkę. bo naprawdę walnąłeś świetny tekst=) uśmiechnąłem się parę razy. po prostu się mnie podoba i już. pozdro;) G.
  3. wow, dzięki wielkie za tak duże słowa, zwłaszcza, że pisałem to sterroryzowany nadchodzącym 'powrotem' z myślą, że muszę coś napisać, bo mnie Hombre każe rozstrzelać :D a co do krytyki - jak najbardziej, wal=) w wolnym czasie, którego ostatnio trochę jakby mało, wezmę się za poprawki i kolejny szlif, już tak na chłodno i każda uwaga będzie wtedy cenna=) pozdrawiam G.
  4. liczę na to ;P spaghetti czeka! buziak, Gała! :))) SPAGHETTI!! Dawaj! xD
  5. ano, święty spokój uber alles=) dzięki wielkie=) pisz tam wiesz co;) pozdrawiam G. =)
  6. Tak tak pamiętam, ale dyplomatycznie napiszę, że nie pamiętam na tyle, żeby ocenić które lepsze ;) A teraz co do tekstu... w skrócie cudownie obrazoburczy ;) Lekkie pióro + dobry pomysł = kapitalny efekt. Temat oklepany jak plecy gruźlika, ale przecież nie o to chodzi o czym się pisze tylko jak się pisze, a teraz błędy... coś tam wyszukałem, bo chyba nikomu się nie chciało, każdy się skupiał na treści ciekawej. Więc tak najpierw przecinki: "stoicie sobie w kolejce a tu nagle jakiś" "Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać" "ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju." "Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie." Wszędzie to nieszczęsne "a", ale to nie koniec ;) "Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie." nie jestem pewien, ale ja bym przesunął przecinek przed "acz" traktując to jak "ale" no lepiej zdanie brzmi po "sytuacji" nie ma potrzeby robić żadnej przerwy. "No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce" Chyba niepotrzebne to powtórzenie, wiem że to miała być narracja, takie gawędziarskie coś, ale to powtórzenie jednak mi zgrzyta. "W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady." tu sytuacja podobna to "no" niepotrzebne zupełnie "Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem." Ja bym napisał "Brzmiało to jak" choć rozumiem, że chodziło o to, że św. Piotr "brzmiał jak", ale że piszesz na końcu zdania o dźwięku nie o osobie więc, przychylałbym się do drugiej wersji. "krok sprężysty niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa" myślę, że bez tego "właśnie" całość by nie straciła na uroku, a zyskała na zgrabności. podobna sytuacja jak dwie poprzednie. i na koniec mała literówka "Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem." To by na tyle było, sam tekst zgrabny i naprawdę mnie Katolika poważnie traktującego te sprawy i osoby imiennika opisanego w tekście apostoła bardzo całość rozśmieszyła, więc zasługa tym większa, napisz jeszcze z 10 tego typu tekstów o życiu w zaświatach i będzie kapitalny zbiorek do wydania. pozdrawiam wiesz, to nie miało być z założenia obrazoburcze ani nic z tych rzeczy. po prostu myślę, że do wszystkiego trzeba mieć dystans, niezależnie od ideologii, religii etc. ze wszystkiego można się śmiać, niekoniecznie chcąc tym samym kogoś urazić=) a przecinki to o zawsze moja słaba strona;) no i dzięki za znalezienie literówki, w wolnej chwili się tym zajmę=) pozdry G.
  7. przyznam się bez bicia, że nie pamiętam tego tekstu, może go nie czytałem, więc czy fajniejsze to nie wiem. ale wierz mi - nie chciałbyś tego słuchać;) a z nawiasem pomyślę=) pozdrawiam G.
  8. jako, że Jayowi i Marcepanowi odpowiedziałem już wyżej, jesteś następna w kolejce;) cóż, no naoglądał się za młodu człowiek Nagiej Broni to i go skrzywiło na całe życie;) pozdr G.=)
  9. ach dziękuję matko za ciepłe słowa i w ogóle;) ale spadaniem to Ty mnie nie strasz bo Cię znajdę. wiem, gdzie mieszkasz, więc uważaj:D pozdr synek;) xD
  10. Ty tam bro uważaj z tą erekcją, to tak niepolitycznie=) no co ja mam powiedzieć - dzięki:D i wypraszam sobie 'poetę':D pozdry G.
  11. Marcepanie: studia, kapela, bez kultury, nie ma za bardzo kiedy pisać;)
  12. dzięki dzięki, dzięki:) Jay: miałem wątpliwości, nawet specjalnie spojrzałem w słownik: emanować=promieniować, wydzielać z siebie. więc chyba można emanować łagodnością:) pozdr! G
  13. - I co, - powiedział do mnie święty Piotr – łyso ci teraz? Nie bardzo wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Przesunąłem dłonią po lekko już przerzedzonej czuprynie i uśmiechnąłem się nieśmiało, niczym nudysta na zlocie harleyowców. Święty musiał chyba wyczuć moje zakłopotanie, bo nieco spuścił z tonu a twarz jego przybrała wyraz łagodny, by nie rzec – przyjazny. Odezwał się do mnie tymi słowy: - Nie mogę. Po prostu nie mogę... Bezradnie rozłożył ręce, ja jednak nie zamierzałem tak łatwo odpuścić. Za mną wciąż rosła kolejka potencjalnych zbawionych (bądź też nie) i zazwyczaj w takiej sytuacji zapewne zastanawiałbym się ile osób życzy mi właśnie śmierci. No bo, wyobraźcie sobie, stoicie sobie w kolejce i to nie byle jakiej, bo do samego Raju, bardzo, bardzo ale to bardzo długiej kolejce a tu nagle jakiś frajer przed wami wszczyna kłótnie ze świętym Piotrem, przez co wasze oczekiwanie przedłuża się w nieskończoność. Ja byłem w tym przypadku owym frajerem acz sytuacja, w jakiej się znalazłem, zdecydowanie usprawiedliwiała moje postępowanie. Taką przynajmniej miałem nadzieję. W końcu lubię ciepło, no ale bez przesady. - Posłuchaj mnie – kontynuował Święty. - Ja mam tu wyraźne instrukcje, sam zobacz. Wyciągnął spod blatu swojego biurka starą, zniszczoną, oprawioną w skórę broszurkę i zaczął czegoś w niej szukać. - Mam! - wykrzyknął w końcu. - Spragnionych... napoić... chorych nawiedzać... takie tam. Sam widzisz, takie są zasady. - Ale co mnie do tych zasad? Święty spurpurowiał. Musiałem niechący nadepnąć mu na odcisk czy coś. - Ugryzłeś własnego ojca! I spaliłeś dywan! Czcij ojca swego i matkę swoją! Czułem, że i mnie zaczynają powoli puszczać nerwy. Święty zaś krzyczał dalej, nie pozostało w nim już nic z początkowej łagodności, jaką emanował jeszcze przed chwilą. - Nikt, kto gryzie własnego starego, nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego! - Nie mów na mojego ojca "stary"! - nie wytrzymałem. - To moja sprawa jak na kogo mówię! - Nikt nie będzie nazywał mojego ojca "starym"! - A ty będziesz przez dwieście lat gnił w Czyśćcu! - A ty masz doklejaną brodę! To mówiąc, rzuciłem się na niego, chwytając go za rzeczoną brodę i szarpiąc ją na cztery strony świata. Święty Piotr darł się wniebogłosy i ze wszystkich sił starał uwolnić, broda jednak wciąż tkwiła na miejscu, nieźle ją przykleił nawiasem mówiąc. W końcu zdołał mnie odepchnąć. Momentalnie wyszarpnął z kieszeni łańcuch, do którego miał przytwierdzone klucze i wywijając nim niczym jakiś Bruce Lee, ruszył w moim kierunku, wydając z siebie przy tym bojowy okrzyk. Brzmiał jak krzyżówka słonia z trabantem. Stojący za nami kolejkowicze złapali go w ostatniej chwili. Dyszał ciężko, oczy niemal wyszły mu z orbit, żyły wystąpiły na skronie. Czerwona tarz nieprzyjemnie kontrastowała z białym wdziankiem. - Żądam widzenia z twoim szefem – wycedziłem. - Ja tu jestem szefem! - ryknął. - Daj mi kogoś wyżej od ciebie! Zawył, jednak nasi rozjemcy wciąż trzymali go mocno. Któryś z nich przyniósł mu nawet telefon. Święty nie wziął go jednak od razu, chwilę jeszcze posapał, by w końcu dać znak tym, którzy krępowali mu ruchy, że już nie zamierza być agresywny. Poprawił sobie zmierzwioną brodę. - Chłopie, - zaczął ze sporym wyrzutem w głosie – zwariowałeś? Co ty myślisz, żę ja jestem jakiś święty Mikołaj, czy co? To moja naturalna broda! Mój tatuś nosił brodę, mój dziadziuś nosił brodę... Spojrzałem na niego spode łba. - I przepraszam za tego "starego" – dodał. - Ale jak Ci mówię, że się nie da, to się nie da. - Ale dwieście lat? - To najniższy z możliwych wyroków, przykro mi. Zresztą, czym jest marne dwieście lat wobec wieczności? Spróbował się uśmiechnąć, chcąc mi najwyraźniej dodać tym otuchy. Nieszczególnie mu to wyszło. - Mimo wszystko, życzę sobie rozmawiać z twoim przełożonym – nie dawałem za wygraną. Święty Piotr westchnął ciężko – a wtórowali mu wszyscy wciąż czekający na swoją kolejkę – chwycił jednak za słuchawkę. Po chwili zjawił się Jezus. - No co tam? - błysnął w uśmiechu garniturem idealnie białych zębów. Następnie strząsnął z rękawa równie białej marynarki niewidzialny pyłek i mrugnął do mnie sponad wielkich, czarnych okularów. - No co tam? - ponowił pytanie, celując wzrokiem w świętego Piotra. - Ten tutaj – święty wskazał na mnie – nie zgadza się na Czyściec. - Jak to nie zgadza? - No normalnie. Nie zgadza się i już. Twarz Jezusa spochmurniała. Minę miał teraz poważną, podszytą smutkiem i ledwie zauważalnym rozczarowaniem. - Dlaczego? - pytanie skierowane było do mnie. - Dlaczego nie przyjmujesz Czyśćca? - Tak w ogóle – święty Piotr nie dał mi dojść do głosu – to napisałem do Kryszny. Kazał go zamienić w mrówkę. - Ej ej ej, ty, słuchaj, weź mu lepiej powiedz, żeby przestał w końcu wbijać na mój kwadrat, ok? - Tak jest, Panie... - Kto tu do diab... - urwał nagle i rozejrzał się nerwowo. - Znaczy, kto tu rządzi? Wiesz, czy mam Ci przypomnieć? Święty spuścił oczy nie odzywając się ni słowem, Jezus zaś kontynuował: - To jest dystrykt chrześcijański, prawda? Obaj, ze świętym Piotrem, pokiwaliśmy głowami. Nie chciałem Go irytować, choć sam fakt nierównego traktowania po śmierci nie do końca mi się podobał. No bo co, gdybym był Hindusem, to zamiast dwustu lat w smole spędziłbym jakieś dwa dni jako mrówka, zanim ktoś by mnie rozdeptał? Przyznacie chyba, że miałem prawo czuć się mocno zawiedziony. - Panie Jezu... - zacząłem nieśmiało. Uciszył mnie gestem. Poprawił marynarkę. Znowu się uśmiechał, odzyskując swój niedawny czar i urok. Podszedł do mnie krokiem sprężystym niczym zastygająca właśnie galaretka owocowa i, kładąc mi dłoń na ramieniu, rzekł: - Darujmy sobie te tytuły. Jezus jestem. - Marian, miło mi. - No, to teraz możemy rozmawiać. Klepnął mnie w plecy a trzeba przyznać, że krzepę w łapie to on miał. Kiedy przestałem się już krztusić, skinął na świętego Piotra, ten zaś podał mu telefon. - Co robisz, Jezusie? - zapytałem - Jezu. Kumple mówią mi Jezu – ponownie puścił do mnie oczko, błysnął zębami i wykręcił numer. - Ale co robisz? - Dzwonię do ojca, wiesz jak to jest z rodzicami. Stał tak przez chwilę trzymając słuchawkę, ja patrzyłem na niego, święty Piotr – na mnie a coraz bardziej zirytowany tłum wlepiał gały w zamkniętą bramę Raju. Nie śmieli jednak wyrażać swojego niezadowolenia w obecności Absolutu. W końcu nigdy nic nie wiadomo. Jezus rzucił słuchawką. - Do diab... Czy ja zawsze wszystko muszę robić sam?! Uśmiechnąłem się kwaśno. - Nie odbiera! Zawsze jak mi jest potrzebny to nie odbiera! - Pański Ojciec – nieśmiało wtrącił się święty Piotr – jest dzisiaj na bankiecie w dystrykcie muzułmańskim. Tak mi się przypomniało właśnie... Jezus zmęłł przekleństwo. Święty Piotr błyskawicznie skropił go święconą wodą. - No weź daj spokój... W końcu to ja to ustalałem. Dałem sobie teraz jednorazową dyspensę na przeklinanie. A Ojcu też nie musisz się chwalić. Jasne? - Jasne. Byliśmy znowu w punkcie wyjścia, staliśmy we trzech z rozsierdzonym tłumem za plecami i w zasadzie to nikt nie wiedział co robić. Święty Piotr bawił się kluczami a Jezus przesuwał ręką po brodzie. - Słuchaj mnie – zaczął w końcu. - Dlaczego nie chcesz iść do Czyśćca? - No bo... bo... bo mnie będzie boleć. - Ale potem pójdziesz do Raju no... zapamiętam cię, dostaniesz jakieś fajne lokum, co? Nawet sam ci urządzę parapetówkę. No proszę cię, Ojciec znowu będzie mi gadał... - Nie pójdę do Czyśćca. - Nie? - Nie. Byłem twardy. Musiałem być twardy. W końcu nie miałem nic do stracenia. - A chcesz dodatkowe tysiąc lat za sprzeciwanie się mojej woli? Pardon. Jak się okazało – i tutaj mogłem stracić. Starałem się jednak wybrnąć z całej sytuacji: - A nie mogę też dostać takiej jednej dyspensyjki malutkiej? Jezus, no... - No co Jezus, co Jezus... Nie Jezusaj mi tu, Ojciec łeb mi urwie jak Cię wpuszczę bez Czyśćca. Wyjał z kieszeni marynarki papierosa. - Elektroniczny, zdrowy – wyjaśnił szybko przerażonemu świętemu Piotrowi, który szykował właśnie wiadro święceonej wody. Wszystko było przegrane. Na nic moja walka, rozwiały się resztki nadziei. Ostatki wiary w przyspieszone zbawienie prysły jak mydlana bańka, padająca na czubek widelca. Nie wiem kto puszcza bańki przy obiedzie ale tak właśnie to wyglądało. Strach oblepiał mnie jak pianka do golenia. Syn Boży dostrzegł widocznie moją rezygnację, bo podszedł do mnie i znów po bratersku klepnął mnie w plecy, tym razem już nieco lżej niż rozpędzony Boeing 747. - Słuchaj, zrobimy tak. W końcu jestem Bogiem, nie? Masz jakąś kasę? - Kasę? - Nie nie, nie, – zaczerwienił się lekko – nie o to mi chodzi. Rzucimy monetą po prostu. Jeżeli wypadnie reszka – akceptujesz nasz wyrok. A jeżeli orzeł... - tu zawahał się na chwilę i wziął od świętego Piotra wspomniane już wiadro wody święconej – no to mam przesrane. Błyskawicznie zanurzył głowę w wiadrze, po czym kontynuował: - Innymi słowy jak będzie orzeł to wchodzisz. A skoro już i tak ma być gnój... - kolejna kąpiel w wiadrze – to nawet odpowiem na jedno twoje pytanie. Za straty moralne. Ok? - Ok. - Więc? Zadaj pytanie zanim rzucę monetą. - Jak zrozumieć kobietę? – wypaliłem bez zastanowienia. Jezus spojrzał na świętego Piotra, święty Piotr spojrzał na Jezusa po czym wybuchnęli gromkim śmiechem. Wyli obaj, święty Piotr trzymał się buirka, Jezus walił pięścią w blat, drugą ręką ocierając łazwiące ze śmiechu oczy. Po jakiejś minucie uspokoili się, spojrzeli na mnie, spojrzeli po sobie... i znowu ryknęli śmiechem. Muszę przyznać, że nigdy nie widziałem świętego, który tarzałby się po ziemi – czy tam chmurze – nie mogąc nabrać powietrza. - Dobra, – rzucił w końcu Syn Boży, prychając jeszcze lekko – to to jest twoje pytanie? - Tak. - Swoją drogą ciesz się, że nie trafiłeś do Mahometa. Po kolejnym ataku śmiechu jako pierwszy fason odzyskał święty Piotr: - Na pewno? - Tak, na pewno. Kiedy święty walił głową w swoje biurko parskając przy tym, dusząc się i rzężąc, rozmowę kontynuował Jezus: - Pamiętaj, że pytanie masz tylko jedno. - Pamiętam – wycedziłem, bo już zaczynali mnie szczerze wkurzać. Zwłaszcza, że nawet nie rzuciliśmy jeszcze monetą. - Więc, - ponagliłem Go - jak brzmi odpowiedź? - Otóż... - Jezus nabrał powietrza do płuc, wypuścił je, spojrzał na mnie wciąż z trudem hamując śmiech i powiedział w końcu: - Widziałeś kiedyś wielbłąda? - Nooo... tak. W ZOO. - Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielnie niż ktokolwiek zrozumie kobietę.
  14. UWAGA, UWAGA, ATTENZIONE itd. Zdecydowanie niekulturalny zin o kulturze ogłasza nabór tekstów do nowego numeru! Masz soczystą prozę? Krwistą publicystykę? Wiersze, bądź arty, które rwą papę z dachu? Prowadzisz jakikolwiek inny rodzaj działalności artystyczno-gospodarczej i chcesz się pokazać? Napisz do nas, pochwal się: bezkultury@gmail.com www.bez-kultury.pl
×
×
  • Dodaj nową pozycję...