Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Seweryn Muszkowski

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    986
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Reputacja

0

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. "a przede wszystkim – od żony" Bez "-". Byłem tylko ja i natura. Był czas Zamieniłbym na: "Byłem tylko ja i natura. Papieroski, piwko, telewizję bez ograniczeń, ciągłej walki o pilota." "Te moje wakacje spędzałem na Mazurach." Dziwne zdanie. "Spałem sobie tam spokojnie w domku kempingowym. Żonie powiedziałem, że wyjeżdzam (bo przecież jak jej mówiłeś, to jeszcze nie wyjechałeś) na delegację. " Bez tego "aby się nie czepiała. "Tak więc, robiłem co chciałem. Gdy chciałem zapalić, paliłem bez marudzenia, że dym przeszkadza. Gdy chciało mi się szczać, to szczałem i nie widziałem wiecznej kolejki do łazienki." Gdy "szczałeś" nie widziałeś kolejki? ...... ...... ...... Nie dotrwałem do końca, nie dałem rady. Stylistycznie: koszmarek. seweryn
  2. Przynajmniej obejrzał i...zastanowił się, A : Mój kolega, nieważne kto, za to Nie ma podejścia naukowego, nie oglądał Matrixa a wie, "że matrix to brednie", Ciarki przechodzą, gdy słucham takiego! seweryn
  3. Żył raz na świecie jeden władca Co lubił pić kawę i tylko z garnka, Nic nie zajadał, Na wojnach lud padał, Nie wiedział, że głód to zły doradca.
  4. Seweryn Muszkowski

    [limeryk]

    fajny :) seweryn
  5. szaty inspicjenta przy myślach suflera gdzieś Bóg; życie to teatr. nic nie wymyślimy nowego, wszystko już było siłą rzeczy jesteśmy plagiatorami..... ładne, ładne, daje do myślenia, ALE TO JUŻ BYŁO (sufler - podpowiada) i nawet ta egoistyczna granica nie jest prawdziwa, bo wtrącona i nijaka taka. seweryn
  6. Pfff. A co ja Ci będę odbierać piękno interpretacji. Spadaj. :-) seweryn
  7. Czy celowa? Trudno mi mówić o jakiejkolwiek celowości w tym utworze - jeżeli chodzi o te ..nyś, ..yśna, ..eź, ..uśta. Chyba przez przypadek ? Nie zwróciłem uwagi. Co do A-4.. to takie są recepty teraz chyba? Tak się na nie mówi "A-cztery" :-) Nie, nie tabletka uśmiechnięta. Zwróć, prosze, uwagę, że jest tam kropka. Dopiero w nowym wersie jest "za dwa dni się uśmiecha" (w domyśle podmiot - ona).
  8. On nie miał wybić, tylko zastopować na chwilę, zmienić rytm. Nie lubię zgrzytów w poezji. Jestem zwolennikiem "pływających wersów". Cóż, nie udało się. To niedopuszczalne, żeby ta zwrotka kogokolwiek wybijała z czegokolwiek. :-)) Pomyślę nad zmianą. Dzięki. A mi również miło. Coś mnie ominęło? :-) seweryn
  9. Dziękuję wszystkim za komentarze. Uwagi cenię i postaram się poprawić swój tekst. Cieszę się, że podoba się Wam. Natalio, narazie powstrzymam się z odpowiedzią. :-) Nie chodzi o to, że jej nie znam, tj. odpowiedzi, ale chcę to wszystko wyjaśnić w ostatnim już rozdziale tego opowiadania. Poza tym czuję, że dzisiaj jeszcze nie czas na pisanie dłuższego komentarza :(. Próbuję się znowu obudzić. Wiesz, w poezji, prozie... komentarzach. Pozdrawiam serdecznie! seweryn muszkowski
  10. Smutnyś? - bo jesień kapryśna. Nie daj się. Magnez weź. On zawsze ducha rozhuśta. Aaaapsik! - to na pewno grypa. Wystarczy na A-cztery napisać, I za trzy dni wstać z łóżka. A cóż to? Uch, depresja? Mój miły - tu jest tabletka. Za dwa dni się uśmiecha. I gdyby tak poszukać, Na tę miłość by się znalazła recepta. Nikt nie szuka. Widać tak delikatna i krucha, Można wyleczyć w domowych warunkach, Babcinym sposobem - kochać i rzucać.
  11. Takie mocne i ciężkie słowa, Agnieszko. widzę tu pokutę i chęć poprawy, ucieczkę zarazem, nadziei skrawek - bo przecież "dzień dobry" jutro nowy dzień wstaje ...lecz każda moneta ma dwie strony.. czy robaki nie boją się nocy?? seweryn
  12. Przedostatni rodział, Nie mów nikomu, że jesteś nieszczęśliwa, gdyż Ci nie uwierzą, gdy tak będzie istotnie. (Toruń, 2004) Leniwie zwisające sopelki z ziewających dachów przypominiały mi winorośla opadające do stóp w deszczowy letni poranek, spowity kropelkami wesołej mgły przez które przebijają się nurkujące wróbelki, aby wzbić się z równą łatwością w przestworza. Były może mniej kolorowe, bardziej kamieniste, zakorzenione, ale zaśnieżone uliczki Poznania poskramniały je z każdym krokiem. Budziły się małe dzieci, które najwyraźniej dosyć już miały jesiennych deszczy, i jak co roku ukryte w barytowych schronach obrzucały się nawzajem białymi pigułkami. Wtedy, Mój Boże - prawie na początku tej opowieści, wszystko wydawało się tak nieskomplikowane i możliwe. Mieszkałem u babci w Bobrownikach. Jest tam stary zamek krzyżacki, który od lat przegląda się w lusterku Wisły. Tu i ówdzie sad, ze słodkimi jabłuszkami, wcale zakryty trawiastym płotem. Górka, z której widać całe miasteczko, często gościła mnie. Lubiłem siadać na samym szczycie i wpatrywać się w kolorowe rolety pól na horyzoncie. Wyśmienitą ucztą myśli było żegnać tam słońce, wdzięcznym tematem dla fotografa witać dzień, niezmierzoną wspaniałością podziwiać połyskujące rzeki zza chmur.. Nie płacz tato. Usłyszałam potężny huk i zrobiło mi się całkiem przyjemnie. Jakby ktoś zasłonił kotary i włączył projektor. Rozumiesz, prawda? Cały świat opada gdzieś w mrok, a ty idziesz oglądać jakiś film. Do tego czujesz się tak, jakby zamiast krzesła, ktoś dał ci skrzydła. Pragniesz tylko dowiedzieć się, co tu się dzieje. Wszystko inne, nie ma większego znaczenia. To był dziwny film. Nigdy przedtem czegoś takiego nie widziałam. Dookoła panował przenikliwy półmrok, a przede mną tkwiły uśmiechnięte twarze nieznanych mi ludzi. Wszyscy wyciągali do mnie rękę, jak gdyby chcieli, żebym dołączyła do nich. Mówiłam coś, ale nie słyszałam własnego głosu. Zaczęłam iść w kierunku tajemniczego obrazu, przyspieszyłam ... szybciej i szybciej, aż biegłam co tchu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie poruszyłam się ani o krok. Przeraziło mnie to. Dziewczyna z obrazu zmieniła się. Teraz była smutna. Chłopak, który stał tuż obok, śmiał się. Dwaj bliżniacy w tle byli złączeni ustami, poruszali dłońmi. Gdzieś na górze pojawiła się sylwetka gołego anioła, który - jak w teatrze lalek - miał doczepione do ciała setki sznureczków. Postacie nagle zniknęły. Ja, półmrok i biało-śnieżny kwadrat przede mną. Pomyślałam wtedy o moim przyjeździe do domu i wtem, na ekranie ukazała się moja siostra, chowająca się w jakiejś szafie z pistoletem w dłoni. Wyglądała, jak zwykle zresztą, na strasznie podekscytowaną. Boże. To mój dom. Drzwi otworzyły się. Stanęłam w progu. Pamiętam! Pamiętam! To było... to było... kilka ... kilka sekund temu? Co tu się dzieje? Wiem co nastąpi. Wiem!! Zaraz wyskoczy z szafy moja siostra i chyba mnie nastraszy i znajdę się ... gdzie znajdę się??? Może zamknęli mnie tutaj? Taka kara! Ale skąd ten huk! Zaraz... zaraz się dowiem... Tak. Kurtka na wieszak i teraz otworzysz drzwi. Ooo tak właśnie! I.. teraz.. nie, jeszcze nie... jak będę próbowała zdjąć buty. Mama... ona zauważy to. Jest i mama! I ... i... teraz! Siostra... - Zabiję Cię! Zabiję Cię! - N...i...eeee! Paaaaf!!! Boże. Ona wzięła ojca kolta. To ja? Tooooo... ja? Pełno krwi. Moje włosy... moja głowa! Boże! Coś ty idiotko zrobiła!!! Tato! Tato nie płacz! Pogotowie wezwił...wezwij ze mną wszystko w porządku. Tato!!! Obraz znikł. ( II ) Było już dobrze po pietnastej, kiedy niziutka, o czarnych włosach i przyzwoitym kroku dziewczyna zbliżyła się do mnie. Była wyraźnie zmieszana. Zaczerwienione oczy zdradzały jej myśli. Stanęła na przeciw mnie, schyliła głowę. Patrząc na nią, wydawało mi się, że ściska w sercu jakiś ciężar. Jej dłonie, blade jak u trupa, trzęsły się z zimna. W ogóle jej ciało sprawiało wrażenie, że za chwilę bezwiednie opadnie na chodnik otulony śnieżnym kubraczkiem. - Kim jesteś? - zapytałem pełen niepewności i zaskoczenia. - Mam na imię Monika... - odparła zrównując swoją twarz z moją. - Każdy ma jakoś na imię i co z tego? .. przepraszam.. - zrozumiałem, że przemawiając tym tonem niczego nie osiągnę. Było mi strasznie zimno. Głód dokuczał z każdą sekundą. Nie miałem ani złotówki i z nienawiścią patrzyłem, od czasu do czasu, na piekarnię obok kamienicy Oli. - W porządku - wciągając nosem katar wbiła swoje spojrzenie w moje bezbronne i bezsilne oczy - może usiądziemy na ławce? - zaproponowała. - Ale co ty tutaj robisz? Co chcesz ode mnie?! - powoli przestawałem panować nad sobą. - Nie denerwuj się. Jestem siostrą Oli - przerwała. Wzięła mocny wdech i spojrzała prosto w czarne, kłębiące się na niebie chmury. Po chwili ciągnęła dalej - zrobiłam coś strasznego. Nigdy sobie nie wybaczę - jej oczy zrobiły się szkliste, pełne życia i tańca. Doprawdy partnerem, w tym szale uczuć, były chyba najszczersze łzy jakie widziałem w swoim krótkim życiu - tata kazał mi tu przyjść i powiedzieć Ci, że Ola umarła wczoraj... ( III ) Tak zaczęła się moja przygoda w tajemniczym miejscu. Każda moje wspomnienie natychmiast pokazywało się na ekranie. Wystarczyło trochę pomarzyć, aby zmienić bieg wydarzeń. Podobało mi się to. Pewnego razu przypomniałam sobie cudowną noc z Michałem. Wtedy, w rzeczywistości, nie doszło "do czegoś więcej", chociaż bardzo tego pragnęłam. Tutaj, nie tylko mogłam dowolnie ingerować myślami w pokazywany świat, ale także, jeżeli mocno skupiłam się, poczuć esencję każdej chwili. Kochaliśmy się przez całą noc. Innym razem, chciałam zobaczyć, co by było, gdybym nie poznała Michała i Seweryna. Skromnie umeblowane mieszkanie w jakimś bloku. Moje dzieci. Cudowne dwie dziewczynki. Mąż - wysoki, przystojny. Później znienawidziłam to wszystko. Mogłam tylko oglądać. Całymi godzinami, na przedziwnym ekranie, układałam sobie włosy, gdyż zupełnie nic innego nie przychodziło mi do głowy. Byłam zła, następnie szczęśliwa, aby z kolei za jakiś czas, być smutna. Kompletnie straciłam poczucie czasu. Zdawało mi się, że tkwię tam wieczność. Bałam się, że nigdy się stamtąd nie wydostanę. Bawiłam się. Jednym razem byłam lekarzem i jeździłam leczyć chorych. Później inżynierem, który buduje wysokie bloki. Jak Bóg mi świadkiem, o ile On tam w ogóle zagląda, przejrzałam swoje życie pod kątem chyba wszystkich zawodów na świecie. Doprawdy, nawet kurwą byłam i wcale podobało mi się to zajęcie. Zresztą chyba żadne nie dawało mi satysfakcji. Nie czułam się dobrze ani jako lekarz, ani mechanik, ani jako zakonnica. W tym świecie nie mogłam spać. Ale nikt nie zabronił mi pomarzyć o śnie. Gdy tylko wyspałam się na przedziwnym obrazie, czułam się, jakby rzeczywiście tak było. Czasami słyszałam jakieś głosy. Śmiałam się w duchu, że do końca zglupieję w tym miejscu. "Jesteśmy przy Tobie", "jesteśmy przy Tobie", "jesteśmy...". Kim są "jesteśmy" ? Obraz milczał. Pytałam się "Czy istnieje Bóg". Nic. "Co ja tutaj robię". Nic. Mógł mi tylko pokazać to, co przeżyłam. I to mnie chyba najbardziej wkurzało. ( IV ) Siedziałem na ławce z otwartą buzią i bezsensownie gapiłem się w jakiś punkt, słuchając przerażającej relacji. - Jak to kazał mi powiedzieć... - przełykając ślinę - że Słońce nie żyje?! Miałaś tu przyjść i powiedzieć mi to? Coś ty jej zrobiła??? - Ona żyje... - mówiąc to, aż podskoczyła - żyje! - Muszę do niej iść - wstałem. - Stój! - złapała mnie za rękę - Nie możesz. Ojciec zabije Cię. - Trudno, muszę... - zwróciłem się do niej - zrozum. - Ona jest w śpiączce.. - Coooo? Dlaczego? Jak?? - zaskoczony odparłem. - W śpiączce. Leży na łóżku szpitalnym, oddycha, wszystko okej.. ale śpi. Jest w śpiączce - pówtórzyła. - Tak miałaś mi powiedzieć??? Ale dlaczego Ola... - Nieee... - przerwała - to znaczy tak. Poczekaj. - czarnowłosa dziewczyna była wyraźnie zmieszana - Miałam ci powiedzieć, że Ola umarła. To jakiś detektyw. Ten Wojciechowski, tak tacie podpowiedział. Oni boją się... bardzo boją się was. Mają jakieś zdjęcia. Coś mówili o narkotykach, o bezdomnych chłopakach.. A to, że jest w śpiączce... jak Bóg mi świadkiem - jej oczy o mało nie wyskoczyły z orbit - przyrzekam: to prawda. Ja... ja nie chciałam. Nie wiedziałam.. - Co nie wiedziałaś? Jaki detektyw? O czym ty mówisz?? Dlaczego Ola jest w śpiączce? - No bo ty przychodzisz wciąż pod nasz dom i chcesz widzieć się z Olą... - A wy nawet nie otworzycie mi drzwi! - Odparłem złośliwie. W końcu mogłem wyrzucić to z siebie. - Bo ten Wojciechowski, detektyw, tata wynajął... - jęknęła - on dowiedział się o was sporo. Tata wie o narkotykach, o dzielnicy prostytutek w Niemczech, o tym gangsterze ... podsłuchiwałam... on wie wszystko! ... - Musisz mi zaraz wszystko opowiedzieć. Ale nie tutaj - rozejrzałem się dookoła. - ten szurnięty detektyw może nas śledzić. Poza tym jest zimno. Pójdziemy przez park do hotelu "U Bartka". Tam zatrzymałem się na kilka dni. Nie przeszkadza ci to?? Tylko nic nie mam forsy... - posmutniałem. - Nie, w porządku. Jest okej... ale nie będzie tam tego drugiego chłopaka? - Czemu pytasz o Michała? I powiedz mi w końcu co z Olą! - Michał ma na imię ... pytam ponieważ, z tego co słyszałam, kawał z niego drania. Trochę się go boję. - Michała boiiiiszzzz siiiię??? - On jest gorszy od tego gangstera co załatwiliście w Niemczech! Widziałam jego zdjęcie u Oli... jest nawet przystojny.. ale na zdjęciu policyjnym wygląda naprawdę brzydko. - Jakim zdjęciu policyjnym??? - sprawiałem wrażenie, że nic już mnie nie zaskoczy. - To nie wiesz? Michała od 2 lat poszukuje policja. ( V ) - Proszę mi wybaczyć, to Pana córka, prawda? Nic nie przypominało ojca Oli. Jeszcze niedawno starszy mężczyzna, z wyrazem radości na twarzy, sennym spojrzeniu, muskularny, z lekko protekcjonalnym uśmieszkiem, dziś... Gdy wszedł do sali numer 312, Oddziału Intensywnej Opieki Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu, sprawiał wrażenie, jakby ktoś wypąpował z niego całe powietrze wraz z krwią. Flegmatycznie ukłonił się starszej Pani, która leżała na łóżku tuż obok umywalki i spokojnie przeszedł do łóżka numer 3, gdzie od trzech miesięcy bez skrzydeł życia, tkwiła jego córka. Przysunął do siebie krzesło, które, mimo że wyraźnie szurało po posadce, nie wydało z siebie ani jednego dźwięku. Serce nie kołatało mu jak kiedyś. Był spokojny. Jego rysy twarzy dopiero teraz zrzuciły z siebie skupienie. Położył dłoń na rękę Oli i przez jakiś czas wpatrywał się w jej przpiękną, młodą twarz. Znowu dobiegła go myśl, że mógł ją stracić raz na zawsze. Przypominał sobie chwile, jak razem grali w piłkę w parku. Jak zabierał ją nad staw, aby połowić ryby. Szczerze uśmiechnął się. Ona to uwielbiała. Gdy tylko ojciec wspomniał coś o grzybobraniu czy o pojechaniu na wieś, budziła się drugiego dnia wcześnie rano i czekała niecierpliwie, aż wszyscy wstaną i w końcu będą gotowi do nowej przygody. - Przepraszam... - kobieta szepnęła i skuliła wzrok na dziewczynie. - Coooo? Co? Odwrócil się. - Dzień dobry - odrzekł - prze ... przepraszam, nie zauważyłem Pani. - w jego głosie słychać było znużenie. - Doprawdy, nic się nie stało. Nie... nie jestem osobą, która lubi wtrącać się w nieswoje sprawy, ale ta dziewczynka... ona... ona jest taka młoda. - Ma szesnaście lat - Karol odrzekł ucinająco. - Rozumiem. Odwrócił się do Oli. - Przepraszam, nie chciałam Panu przeszkadzać. Karol zmusił się na lekki uśmiech. - Nie przeszkadza Pani... - Miałam kiedyś syna w jej wieku. To było dawno temu. Zginął w obozie koncentracyjnym... - kończąc żałowała tego wybuchu szczerości. - Współczuję Pani. To były straszne czasy... - Tak proszę Pana. Pocieszam się tylko myślą, że zginął szybko. Spojrzał podobno na jakiegoś niemieckiego żołnierza i temu nie spodobało się to. Taaak. Jedyna pocieszająca myśl. - Ja...ja o mały włos nie straciłem swojej córki - jego głos przybrał barwę goryczy - ..a i teraz nawet nie wiem, czy kiedykolwiek wyzdrowieje - zakrył twarz dłonią, jak gdyby chciał ukryć ból. - Proszę mieć nadzieję. Póki żyje, oddycha... zawsze jest nadzieja... - Wiem, że jest - odparł trochę gniewnie - .. jestem ... - zniżył głos - jestem lekarzem, proszę Panią. Mam żal, że mogę pomóc innym, a własnej córce...- po chwili zastanowienia odparł z zaciekawieniem - jak Pani syn miał na imię? - Marek, proszę Pana. Był naprawdę wspaniałym chłopcem. Taak. Nigdy nie miałam z nim żadnych kłopotów. Strasznie lubił mi pomagać. Gdy jego ojca, Andrzeja, nie było przez kilka dni, sam zajmował się wszystkim w domu. Byłam z niego taka dumna... - Karol nie odrywał wzroku od starszej kobiety, która trochę niepewnie, z trudem łapiąc oddech, relacjonowała zdarzenie sprzed sześćdziesięciu lat - ... pewnego dnia wpadło do domu kilku uzbrojonych żołnierzy i wyciągnęli go za włosy na podwórze. Och, Drogi Panie, tak mówili mi sąsiedzi, których nie zabrali, proszę wierzyć. Prosił kogoś żeby mógł wrócić...taak, wrócić gdyż zostawił gotujący się obiad, ale otrzymał tylko cios w twarz korbą od karabinu. Ech, wrzucili go do jakieś ciężarówki i odjechali. I już nigdy więcej go nie widziałam...nigdy... gdy wróciłam po kilku godzinach do domu, zastałam tylko tlące się jeszcze zgliszcza i suchą relację ze zdarzenia. Byłam zrozpaczona. Cały świat, w ułamku sekundy, zawalił mi się przed oczami. Pani Wanda spostrzegła, że mężczyzna słucha jej z prawdziwym zainteresowaniem. Przez chwilę pomyślała, że robi to z czystej uprzejmości, jednak znała się na ludziach. Nieznajomy sprawiał wrażenie dziecka, któremu opowiada się historię o duchach. Nie chciała przerywać tego stanu. Tak dawno nikomu nie opowiadała o Marku... postanowiła jednak uciąć tę szokującą opowieść. - To było tak dawno - ...rzuciła bez namysłu - czas leczy rany, lecz wspomnienia tak głęboko zostają w pamięci. A Pana córka? Jak ma na imię? Jest taka śliczna... - Ola, proszę Panią...ja...ja chyba za dużo pracowałem... - zniżył głos jakby wyjawiał największą tejemnicę swojego życia - nie chciałem, żeby moje dzieci żyły w nędzy - po chwili zdziwił się, że to mówi zupełnie obcej kobiecie. Mama Oli po wypadku zaczęła znacznie więcej pić. Zupełnie nie było z nią kontaktu, tym bardziej, iż przerzuciła się na mocniejsze trunki. Karol wracał do prawie pustego domu. Wyciągał z szuflady stary album ze zdjęciami i siadał z nim w fotelu przed dużym telewizorem. Potrafił całymi godzinami przeglądać jedno zdjęcie i odgrzebywać w pamięci szczęśliwe chwile. Kiedy przechodził do następnej fotografii, prawie zawsze rozmyślał, co wydarzyło się pomiędzy jedną a drugą. Analizował każdą nieutrwaloną chwilę i liczył błędy, które popełnił. Miał nadzieję, że jak je wszystkie znajdzie, to uda mu się uniknąć ich w przyszłości. I tak doszedł do wniosku, że powinien już dawno rozwieść się z Małgorzatą i oszczędzić swoim córkom żałosnego widoku i ciągłych awantur. Był przekonany, że pracował za dużo i zbyt uczciwie. Doprawdy, gdyby wziął kilka łapówek, które często wciskali mu do kieszeni sami pacjenci, nie musiałby tak tyrać i wcześniej wracałby do domu. Ale czy Ola i Monika chciały by jeżdzić ze starym, z innej epoki, ojciem na wycieczki? Balansował przeszłość z teraźniejszością. Przecież nawet..przed tym wszystkim... gdy tylko próbowałem z nimi porozmawiać... sprawiały wrażenie, jakbym je karcił. Starsza Pani, która leżała obok Oli, była jedyną - od bardzo dawna - osobą, z którą mógł porozmawiać. Też był w końcu kiedyś małym chłopcem, który miał swoje marzenia. Dorósł i... ... i wypadł z elitarnego klubu, zwanego "coool". Dzieci Kwiatów skończyły się. Przyszło życie. Był starym gburem w oczach młodych i nijak nie mógł znaleźć pomostu, między jego a ich światem. Sam byłem sobie winny - pomyślał kiedyś i chyba, co wcale dziwne, pocieszyło go to odrobinę w duchu. Przychodził do szpitala prawie codziennie. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż przeniósł się do prywatnej kliniki, gdzie pracował tylko po południu, kilka godzin. Zaprzyjaźnił się z Panią Wandą. Rozmawiali o wszystkim i o niczym zarazem. Dzielili się swoim smutkiem, bólem i radością. Słowa, całe zdania... minuty, godziny... a Pani Wanda słuchała cierpliwie, ani razu nie myśląc nawet o znużeniu. - Na początku był to dla nas wielki szok. Mijały dni, a jej wciąż nie było. Policja była bezsilna. Szukaliśmy Oli u jej koleżanek, znajomych. W parku i okolicach. Nigdzie jej nie było. Zarywałem całe noce. Nie mogłem zasnąć. Myślałem. Bardzo dużo myślałem. Tyle błędów popełniłem! ... i ten jej chłopak! Poznała jakiegoś chłopca przez Internet. Na początku nie miałem nic przeciwko temu, nawet cieszyłem się. Widzi Pani, Ola ma trudny charakter. Czasami zdawało mi się, że utożsamia się bardziej z moim pokoleniem, niż ze swoimi rówieśnikami. Lecz ze mną.. ech.. Chodzili razem na randki, na jakieś koncerty.. nigdy bym nie przypuszczał. To istny diabeł! Wciągnął ją w narkotyki...zaczęła pić. A później ta ucieczka z domu. Co jej przyszło do głowy?! Ja w jej wieku, proszę Panią, nie miałem nawet roweru... Świat zabrał mi dwie córki. Po prostu nie mogę w to uwierzyć. Monikę tymczasowo zamknęli w jakimś domu poprawczym, a Ola .. już od szęściu miesięcy leży na tym cholernym łóżku, a ja.. jestem bezsilny! To było niesprawiedliwe. Kiedy to się stało, my... my zrobiliśmy wszystko, żeby ci chłopcy co z nią byli, zapomnieli o niej. Teraz czuję się naprawdę źle, podle. Pochowałem własną córkę na cmentarzu. Widziałem, jak.. jak trumnę przysypują piaskiem...ktoś czytał wiersz "Śpieszmy się kochać ludzi...". Nigdy! Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem... ( VI ) To był koszmar. Wieczność. Ekran stał się piekłem, a obrazy ogniem. Nie mogłam tak dłużej. Widziałam tylko własną śmierć. Raz - wieszałam się na jakimś drzewie i wszystko kończyło się! Wybawienie! Drugim razem podcinałam sobie żyły. Ale to wszystko na nic. Nadal tu tkwiłam. Pewnego razu obrazy stały się mniej wyraźne i pozostały takie przez dłuższy czas. Czułam, jak moje ciało pragnie zwymiotować. Jakbym sama wypiła z dwa litry wódki. Wszystko wirowało. Zdawało się to trwać bez końca. Znowu widziałam, jak na początku, uśmiechniętego chłopaka i smutną dziewczynę. Bliźniaki i anioła. Doszła tylko jedna postać. Mały chłopiec ubrany w białe, przedziwne szaty. Mówił coś do mnie, ale nie słyszałam go. I wszystko zniknęło. Został tylko ten mały chłopiec. Schylił się i wziął do ręki zieloną krędkę. Po chwili namalował na obrazie szczęście. Gdy skończył, pokazał mi bycie. Później sens. Nie umiem tego wyjaśnić. Po prostu, on rysował, a ja wiedziałam co to oznacza. To trochę tak, jak z miłością. Nie da się jej pokazać. Czujesz to. Wiesz. Odwrócił się. Uśmiechnął. Po chwili posmutniał. Znowu skierował się do swojej tablicy. Namalował świat, który mnie otacza. Rysował krzywe linie. Nachodziły na siebie. Było ich miliony. Krzyżowały się. Po chwili było ich tak wiele, że obraz stał się czarny. Znowu to wszystko znikło. Teraz widziałam siebie, jak idę wzdłuż jakiegoś płaskowyżu. Zupełnie przede mną toczyły się piaskowe wydmy, a słońce zdawało być się najgorszą chorobą, jaką tylko znałam. Brnąc w piasku pragnęłam kropli wody. Pomyślałam o koniu. Ukazał się wspaniały wierzchowiec. Miał czarną, wypielęgnowaną grzywę. Sierść białą, lśniącą. Kiedy próbowałam na niego wsiąść upadłam twarzą na piasek. Mój wymarzony koń najpierw zamienił się w obrzydliwego, starego człapaka, aby za chwilę, doprawdy kilka milisekund, zostawić własne, białe kości na pustyni. Obok nich wbita była w piasek butelka wody. Rzuciałam się na nią. Popiłam i poczulam ból, którego jeszcze nie znało moje ciało. Nigdy przedtem nie piłam wrzątku. Wszystko zmieniało się tak szybko. Mały chłopiec przyszedł znikąd. Znowu uśmiechnął się. Wyglądał prześlicznie. Pełnia życia malowała się na jego twarzy, a ja płakałam. Nie miałam sił iść dalej. Opadłam na kolana. Patrzył na mnie i chociaż jego usta nie poruszyły się ani troszeczkę, zrozumiałam co chce mi powiedzieć. Dobiegał czegoś kres. Pragnął, abym poszła z nim, abym nie bała się. Spokojnie wbił swoje maleńkie dłonie w moje włosy i delikatnie, opuszkami palców, punktowo kreślił półkoła na moim policzku. Posmutniał. Energicznie chwycił moją rękę, zamknął oczy i... Znalazłam się po środku jakiegoś podwórka. Prawie wszyscy śpiewali znaną mi piosenkę, którą słyszałam kiedyś w szkole. Przewodził im ksiądz, opasany jakąś szatą, w której tkwił ogromny pistolet. Wokół nie było budynków. Zdawało się, że gruzy, które wskoczyły na ich miejsce, stworzyła jakaś potężna siła. Czy to były te grube krechy? Mały chłopiec skrzywił się. Panie Boże, co tu się wydarzyło? Chłopiec spojrzał na mnie. Zobaczyłam szkliste, pełne łez oczy. Nie poruszając ustami mówił do mnie. "Już za późno, za późno.. Auschwitz...mamusia...". Znowu byliśmy na pustyni. Tym razem jednak, w tle widziałam duże miasto. Szybko zblizałam się do niego. Ludzie, jak to ludzie, w tradycyjnym marszu zmierzali dokądś. Jedni dyskutowali, drudzy coś jedli. Korek samochodowy. Życie. Była to niedziela. Na dużym ekranie jakiegoś wieżowca zobaczyłam urywek popołudniowych wiadomości na TVP. Odbywały się właśnie jakieś wybory. Pokazywali urnę. Mały chłopiec podniósł z chodnika tablicę i po środku namalował BYT, natomiast po lewej stronie podwórko, po prawej zaś zarys dużego miasta. Spojrzał na mnie, odwrócił się i wskazał na ekran, wspomnianego już, wieżowca. Pokazywali teraz jakiś afisz reklamowy: po lewej stronie logo jakieś partii, po prawej uśmiechnięci wyborcy, po środku urna wyborcza. W górnym-prawym rogu widniały kolorowe statystyki, które mówiły, że ta właśnie partia zdobyła największe poparcie. Chłopiec przytulił się do mnie. ( VII ) Codziennie udaję się na skraj spowiedzi, proszę Panią. Myślę, że Bóg nigdy nie wybaczy mi tego, co uczyniłem. Tak bardzo się bałem, że to wszystko może powrócić... Kiedy deportowali Olę z Wielkiej Brytanii do Polski, prywatny detektyw, którego wynajeliśmy wraz z żoną, doradził nam, żeby przeprowadzić się do jakiegoś spokojnego miasteczka na Pomorzu. Podkreślał, żeby nic nie mówić tym chłopocom i kategoricznie zabrać Oli dostęp do komputera podłączonego do Internetu. Mówił, że będzie cierpiała przez jakiś czas, ale jej to przejdzie. Ten starszy, Michał, proszę Panią, to był jakiś włóczęga. Nieobliczalne zło, jakie nas mogło spotkać. Młodszy - Seweryn, chyba wpadł w orbitę jego oddziaływania, bo był całkiem inny. Miał nawet bardzo dobre oceny w szkole. Ech... Po wypadku wpadliśmy w panikę. Prawie codziennie ten młodszy przychodził do nas i pytał się o zdrowie Oli. Co za tupet! Nawet przedstawił mi się! Nie chcieliśmy go wpuszczać do mieszkania. Krzyczał pod domem. To były bolesne chwile. Ola i Monika, proszę Panią, są dla nas wszystkim co mamy. Każdym powodem, dla którego wstaję rano i idę do pracy. Przeraziłem się, kiedy prywatny detektyw, Pan Wojciechowski, opowiadał nam, co może się stać, jeżeli szybko nie wymyśli się jakiegoś planu. Straszył nas, że Ola może zostać narkomanką, że już w Niemczech prawie trudniła się prostytucją, że oni ją nigdy! nigdy nie zostawią w spokoju! Że to jakaś ciemna grupa! Sprawa nabrała rozpędu, że tak wyrażę się, kiedy Wojciechowski pokazał nam zdjęcia jakiegoś Sosika z Niemiec. Mój Boże, to był prawdziwy gangster. Człowiek zupełnie nieprzewidywalny. Ukradli mu jakieś pieniądze, pobili. Podobno wyznaczył nagrodę, za informację o chłopcach i Oli. To był dla nas szok. Zupełnie nie wiedzieliśmy co robić. Prywatny detektyw wpadł na szalony pomysł. Otóż chodziło o to, żeby ten młodszy chłopiec dał nam spokój i zarazem ten Sosik. Byliśmy teraz, w prawdziwym niebezpieczeństwie! Wydawało się to całkiem proste. Monika, doprawdy miałem wrażenie, że nawet ją to bawi, miała odegrać rolę najgorszą z możliwych. Spotkać się z tym Sewerynem i powiedzieć mu, że jej siostra umarła ... umarła wczoraj... że operacja nie udała się. Ordynator jednak nie wyrażał zgody na przeniesienie Oli do szpitala w Gdańsku. Musiałem improwizować. Obok poznańskiego szpitala jest niewielka klinika. Zatrudniłem się w niej, przy okazji chowając w grobie własne dziecko za życia... Udało się. Nie widziałem już tego chłopca aż do 2007 r. kiedy pojechałem wraz z Olą na "Przystanek Woodstock"... c.d.n. ?
  13. Tutaj się dla mnie wierwsz zaczął i zarazem skończył: "Pewna dusza czasu" seweryn [sub]Tekst był edytowany przez seweryn muszkowski dnia 23-08-2004 22:25.[/sub]
  14. Psuje Ci się rym [wiem, pewnie zamierzone], który - na dobrą sprawę - od samego początku kuleje. A poza tym ten wiersz powinien być w podręcznikach dla licealistów pt. "tak nie należy pisać wierszy". :-) seweryn [sub]Tekst był edytowany przez Seweryn Muszkowski dnia 16-06-2004 00:54.[/sub]
×
×
  • Dodaj nową pozycję...