Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Krzysiek Grabara

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    7
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

4

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Nad ranem Pocałunek ma gorzki smak Nad ranem.
  2. Styczniowy poranek, słońce było jeszcze nisko. Na Pasażu Wiecha gra światła i cieni, feeria barw odbić lustrzanych ścian Warsa i Sawy. Cień przykrywał jeszcze psie freski na ścianach i słupach, artystyczne tagi oraz pewną ilość ptasiego łajna, stałych bywalców skrzyżowania pasażu z Chmielną. W przejściu obok stał Ślepy. Ksywkę zawdzięczał głupiemu odruchowi, z którym nigdy nie wygrał. Zamykał oczy przed oddaniem ciosu, co znacząco wpływało na bilans potyczek. Obserwował osrane ławki, na których siedział Franek, mamrotał pod nosem. Nie słyszał co, był za daleko. Ślepy nie miał dobrego poranka, obudził się koło cieciówki na parkingu, chciał zapić kaca klinem, ale ktoś mu go wypił. Cytrynowa małpka zabrakła do pełni szczęścia. Cieć widząc co się szykuje wskazał od razu winnego, opis pasował do Franka. A teraz tam siedzi i gada coś do siebie. Ruszył w jego kierunku. Prawie wpadł na dwie dziewczyny, które przecięły mu drogę, odprowadził je wzrokiem i ruszył dalej. Podszedł, usiadł przodem do niego. Gdzie moja małpka? – zapytał. Co zrobiłem źle? Przecież podlewałem? – Franek nie zwrócił na niego uwagi. Gdzie moja małpka! – podniósł głos Ślepy. Nawóz dałem, może za często lałem? – Franek był w transie. Ślepy zdenerwował się jeszcze bardziej, zacisnął pięść, i uderzył. Stracił równowagę, gdy przeciął powietrze. Upadając walnął się głową o ławkę. Zobaczył nogi odchodzącego w kierunku śmietnika Franka. Nie wszystko stracone! Walka trwa!– krzyknął Franek.
  3. Zatrzymałeś się na ścieżce by zapisać coś na kartce, a po tym wszystkim wysmarkałeś w palce.
  4. Stałeś tam z pozostałymi. Inny, choć ze swymi. Regularność była zbyt dużym wyzwaniem a historia Ci wróży przemijanie. Rychły koniec bez cierpieniaDługi jednak w zapomnieniu. Czasy przeszłe bez takich były Tych Zielonych, filtrów żywych Liście opadły, pozostało drewnoBrązowe, suche śmierć jego sedno Dałem wody, napoiłem i czekałem. Końca bez nadziei wypatrywałem. Oniemiałem w szoku na widok listkana krańcu gałęzi Podskoczyłem z radości ze szczęścia zacisnąłem pięści. Od tego dnia śledzę kolejne Jak się rozwijają i patrzę Na te co już żółte i brunatne Świadectwem śmierci i odrodzenia Przypomniały szczerze, leżąc przy doniczce Na zimnym kamieniu Wciągnęłaś odkurzaczem, nie wiedzieć czemu.
  5. Stanąłem po środkuMiejscu nieeksponowanymRaczej zwykłym.Z boku spojrzenieUkradkiem z lewej. Spojrzał na mnie. Rozkojarzył się, zły chyba na mnie.Wrócił do pozycjiNieco nonszalanckiej, rękąTrzyma się parawaniku Znowu oddał się skupieniu.Ten z prawej spojrzał. Z wyrzutem, jakbym Pierdnął w kościele Przeszkodził w modlitwie. Ja tylko przyszedłem! Nie mam z tym problemu Nie walczę, jestem tu i teraz. Wiem, że z wiekiem różnieByć może nie raz. Odpręż się! Nie przeszkadzaj sobie! Medytuj! Kurwa!Jego wzrok odszedł I wrócił do siebie. I spojrzał w dół. Wrócił zbliżać siędo centrum swojego. Skończyłem, wyszedłem w ciszy, pozostawiłemich przy pisuarach.Nie użyłem suszarki.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...