Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

janofor

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    39
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

28

1 obserwujący

Ostatnie wizyty

294 wyświetleń profilu
  1. Kiedyś smagałem dłoń bielszą niż najszczytsze marmury wtedy byłem deszczem transparentnym zdobywcą Dotykiem kradłem dłoni piękne emocje muskając życia prawdziwy Muscat Blanc czasami się tuliłem do mlekowatych ramion spełniałem przyjemności kamuflując je chłodem raz dłonie moje obnażyć się chciały ruchem nieznanym lecz gdy tulić się chciałem otworzyły parasol
  2. Tak, to prawda. Szkoda, że te impulsy mogą nas napędzać jak równie dobrze hamować. Najpierw był impuls, potem człowiek. ;) Dziękuję za komentarz, pozdrawiam również.
  3. o tym gdzie idę niewiele wiem o tym jak idę wiem już więcej bo przemierzam mleczne łączki nienasyconego pożądania smagając zagajniki wzrokiem przychylnym i pazurami wyrywam myśli natrętne plącząc się jak w sieci we własnej niemocy bo ja pragnę chcieć być kimś więcej niż tylko pyłkiem olśnionym dmuchawcem
  4. O wielka Polsko, cierpień królowo, co się szczytami mąk drogo szczycisz. Nie chcę Cię zganiać, pozostań zdrową, lecz czy nie bardzo już z siebie szydzisz? Czasy rycerskie przeminąć chciały, u nas nie mogą wciąż obłapiane. Po co wciąż bić o historii skały? O to co będzie warto bić pianę.
  5. janofor

    Razu pewnego

    Razu pewnego, pewien panniezamożny. Miał pewien planutkany z nici bluszczowych.Na podstawach pięknych, zdrowych.Omotał go ten plan wielce,potykał się niesłychanie.Gubił guzy w kamizelce,zapominał zjeść śniadanie.Aż pewnego razu, w grudniu,głos zawołał tak ze środka.„Bumelancie, głupcze, durniu!Tyś nie szczupak jest a płotka.”Pan przejął się tym ogromnie,nie mógł ni jeść, ni pić, ni spać.Wykonywał plan niezłomnie,teraz w ruletkę począł grać.Głos przyszedł znów, a był już kres.„Tyś naprawdę głupi panie,boś swój plan zarzucił nie przezsłabość, a przez zaniechanie.”
  6. Droga mamo, u nas wszystko gra! Gotujemy się do obrządku świątecznego, wszystko w porządku. Co? Jaka kłótnia, goryczy łza? Ale miła mamo, my przecie nigdy. Chwileczkę kwili dziecię. Będziemy, na pewno, z uśmiechem. Tak, razem, weźmiemy pociechę. Kłótni brak, Janku nie krzycz proszę! To nic, tylko krzyku nie znoszę. Kończę już, muszę coś załatwić, to wszystko. Mamy nie chcę martwić.
  7. janofor

    umknąwszy magii

    Trzymalem się 3 zglosek na początku kończąc na 2, więc "nowe budując" mi tu nie podpasowało. Jedynie "nieprzeniknione" stoi samotnie, ale jest to celowe bo posiada łącznie 5 sylab. "Stapnieciem swoim" jest akurat swoje aby podkreślić autonomicznosc pl. Dziękuję za komentarz, pozdrawiam również.
  8. janofor

    umknąwszy magii

    dokładnie TAK
  9. odwrócił stronę stąpnięciem swoim opuścił strofę piórkiem gołębim wyszedłszy za drzwi umknąwszy magii króciutko zapiał zapłakał za nim uchylił rąbek tajemnic starych budując nowe nieprzeniknione
  10. Dziękuję za komentarze i zapraszam do części drugiej:
  11. Dzień 10. Obudził mnie deszcz, tak przynajmniej myślałem. Świeża woda kapała z sufitu. Przez chwilę myślałem, że leżę gdzieś na dworcu po nocnych wojażach. Niestety myliłem się i wciąż byłem w tunelu. Postanowiłem napełnić plastikowy kubek, który gdzieś znalazłem wodą przefiltrowaną przez wapienne sklepienie. Była dobra, naprawdę smaczna. Po wypiciu około 1/3 kubka naszła mnie chwila nostalgii. Przypomniałem sobie letnie pobyty u dziadków na wsi i wodę z żeliwnej kadzi. Miała ten sam posmak żelaza. To pewnie przez miejskie zanieczyszczenia na górze. Otrzepałem ubranie i ruszyłem dalej. Krok za krokiem, kamyk za każde pięć. Będąc w połowę 400 kamyka ujrzałem małe szczurzątko. Tak to mój dzień, nareszcie los się do mnie uśmiechnął. Schyliłem się i podniosłem urocze stworzonko z gołym ogonem. Szczurek ledwo oddychał, był wycieńczony, prawdopodobnie ucieczką przed swoimi oprawcami, pobratymcami. Jego futerko było całe posklejane, szlam oblepiał je grubą na 2 minimetry warstwą. Oczyściłem je i schowałem go do kieszeni. Nie bardzo wiedziałem jak się nim zajmować, więc urwałem mu kawałek nóżki szczurzej i wrzuciłem do zakamarka. Zjadł je, a następnie zwinął się w kłębek zasypiając. Piękny akt naturalnego życia, jedzenie i sen. Zatrzymało mnie coś niespodziewanego tutaj. Był to obraz. Z przegniłą ramą i płótnem wyjedzonym do połowy przez sami wiecie kogo. Przedstawiał on kobietę o pulchnej twarzy i obfitym dekolcie. Uśmiechała się i wskazywała palcem na dalszą drogę. Poczułem przypływ energii, dzisiaj tu spędzę noc – pomyślałem. Rozłożyłem swój tobołek i znów jak zwykle dzień za dniem począłem polować na szczury. Kiedy to robiłem naszła mnie odraza do samego siebie. Szczur był moim jedynym przyjacielem i szczur był moim jedynym wrogiem, nutka kanibalizmu wisiała w powietrzu. Tym razem upolowałem tylko jednego. Musiał mi wystarczyć. I tak przez te 10 dni mój żołądek zdążył się przyzwyczaić do małych porcji jedzenia, więc nie było to dla mnie męczące. Schudłem około 5 kilogramów zaciskając pasek na ostatniej dziurce. Ubrania, niegdyś dobrze skrojone, zaczynały wisieć na mnie jak na wieszakach w galeriach sklepowych. Rozpaliłem ognisko i usadowiłem się obok mojego nowego przyjaciela szczurka. Był zaciekawiony, chyba pierwszy raz w życiu widział ogień. Na boku wypatroszyłem szczura i nabiłem go na patyk. Nóżka dla szczura, reszta dla mnie. To sprawiedliwy podział zważając na różnicę w masie i położeniu. O dziwo posiłek zjedliśmy ze smakiem. Ten konkretny szczur musiał mieć inną dietę, bo smakował mnie mulasto niż zwykle. Dorzucając trochę drewna do ogniska położyłem się spać. Dzień 11. Kiedy się obudziłem stało się coś dziwnego, obrazu pod, którym spałem nie było. Pozostał tylko gwóźdź upewniając mnie, że to wszystko nie było halucynacją z niedożywienia. Obejrzałem ścianę i tak, on musiał tam wisieć. Miejsce po ramie wyraźnie odznaczało się jaśniejszym kolorem. To znaczy, że nie byłem tu sam? A może to ja w przypływie lunatyzmu nocnego zdjąłem obraz i przeniosłem go w inne miejsce? Nie wiem, wiem tylko, że co raz mniej wierzyłem sobie i swojemu rozumowi. Na szczęście mój towarzysz był nadal przy mnie i w nagrodę za zabranie wolności postanowiłem nadać mu imię. Nazwałem go Królem. To w nim pokładałem moje największe nadzieje i chciałem, żeby w przyszłości wyrósł na porządnego szczura. Zebrałem swoje manatki i wyruszyłem dalej. W nocy musiało mocno padać bo poziom wody podniósł się i sięgał teraz kostek. Byłem cały przemoczony, ale groza jaką wywołało we mnie zniknięcie obrazu wciąż dodawała mi witalności. Na śniadanie zjedliśmy resztki wczorajszej kolacji wysysając wspólnie szpik z kości. Dzień 12. Tunel zaczął się zwężać i z pierwotnej szerokości około 3 metrów pozostał półtorametrowy korytarz. Zauważyłem, że ściany są bardziej obdrapane, a sufit nosi ślady podłużnych rys. Szedłem dalej zagłębiając się w klaustrofobiczną ciemnię. Lampy, wcześniej rozstawione co 2 metry, teraz były rzadkością. Głuchy stuk moich stóp i ciągłe popiskiwanie szczurów powoli doprowadzały mnie do obłędu. W głowię wciąż powtarzałem sobie rytm kroków, raz-dwa-trzy-cztery-pięć. Odcięty od świata zewnętrznego, już nie tylko tunelem, ale i własnymi myślami zacząłem mówić do Króla. -Królu, gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy? -Jesteśmy w krypcie Janie. -To nie mogła być prawda. Musiałem zwariować, ale szczur wciąż zdawał się do mnie mówić. – Jesteśmy razem. -Skąd znasz moje imię? – zapytałem z przestrachem. -Czeka cię jeszcze 25 tysięcy obrotów kamienia. – Jego głos był niski i tajemniczy. Basowa głębia rozchodziła się po całym korytarzu. Byłem pewien, że dźwięk pochodzi od niego, prosto z mojej kieszeni. -Mogę zawrócić? -Nie, nie masz dokąd Janie. – Zabrzmiało to naprawdę beznadziejnie. -W takim razie czy jestem wolny? – Spróbowałem podejść szczurka ogólnikowym pytaniem. Choć znałem na nie odpowiedź brnąłem dalej. Nie chciałem, żeby nasza rozmowa tak się skończyła, bałem się tego. -Niestety nie, nikt nie jest wolny. -Jak to nikt nie jest wolny, mi się zdaję, że jestem. -Nie, nie jesteś. Jesteś tak samo uwięziony w tym świecie jak ja. – Uwięziony w tym świecie, co to mogło oznaczać, czy wszystko czego doświadczaliśmy było pewnego rodzaju grą? -W jakim świecie Królu? -Och Janie, ty tak mało wiesz. Myślałem, że jesteś mądrzejszy. – W tym momencie objawiła się pogardliwa strona mojego towarzysza. Był w końcu brudnym szczurem, ale to JA go przecież uratowałem. Powinien być bardziej wyrozumiały. – W świecie iluzji oczywiście. - Nie rozumiem. -Jeszcze zrozumiesz. – Szczur ugryzł mnie w tym momencie swoimi ząbkami, ale nic nie poczułem. – Zrozumiesz kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora. W tym momencie nastąpił okropny trzask, drewniane deski pode mną zarwały się i zapadłem się pod poziom wody. Nie topiłem się jednak, ani nie prosiłem o pomoc. Postanowiłem, a raczej to świat, który mnie otaczał postanowił, abym płynął z prądem. Moje ciało ogąrnęło momentalnie coś w rodzaju zmrożenia. Czułem każdy mięsień, kość i ścięgno osobno. Płynąłem i nie wiedziałem dokąd. Świat wirował mi w głowie, a wszystko było osnute brudno szarą poświatą wody z kanalizacji miejskiej.
  12. janofor

    Plemię

    O jezu :)
  13. janofor

    Plemię

    Niechże śmiercią zachłyśnie się bladą, kto drzazgę wkłada w oko bliźniego. Życie na lirze zagrywa biadą sykiem nasiono, czarta jednego. A szarży stukot zabłyśnie w katedrach dających człowiekowi schronienie. Tak teraz w miłości jak kiedyś w nerwach lud ludowi ukróci cierpienie.
  14. Czy istnieje całkowita wolność? Wolna wola z pewnością nie, przed wszystkim jest myśl, a co jest przed myślą?
  15. O bezruchu słów kilka. Wystarczy, że katatoniczna dłoń spotka się z moją prawicą – to ostateczna forma ucieczki, nieznośna ulga, której z chęcią oddałbym się na wieczność. Kiedy moje ciało nie ma już sił na walkę z uwłaczającym prądem świata, który został stworzony przez tę obleśną machinę zwaną dumnie „cywilizacją”, bezosobowe ruchy głowy w przód i w tył koją znów przypominając mi o najważniejszej rzeczy. Jestem sam i wiem, że kiedyś się z tym pogodzę. Może jeszcze nie teraz, może nie jutro i nie przez najbliższe miesiące spędzone w oparach taniego dymu, który miał być drogim. Pewien jestem jednak tego dnia, tak jak dnia mojej śmierci. Czuję jak odcinam się od rzeczywistości i mój wewnętrzny zegar znów na głos odmierza kolejne sekundy. W takich momentach nic nie ma znaczenia, równie dobrze mógłbym nie mieć głowy lub serca, czułbym się nadal tak samo – wyśmienicie transparentny. Odbieram to (nie wiem czy słusznie, nie jestem w końcu lekarzem) jako jeden z ostatnich mechanizmów obronnych jaki mój organizm może wytworzyć. Wewnętrzny ruch wahadłowy, który rozpoczęty zdaję się nigdy nie mieć końca. Przyjemne uczucie oderwania od rzeczywistości, bardzo podobne do stanu mocnego odurzenia się alkoholem. Często bezruch ten paradoksalnie wywoływany jest nie przez same „czarne myśli” lub przygnębienie. Jest czymś idącym znacznie dalej, ostatnią deską ratunku wypływającą na powierzchnię, kiedy wszystkie inne środki nie o tyle zatonęły, co zwyczajnie wyparowały. Jest to dłoń wyciągnięta w moją stronę po uświadomieniu sobie, że nic innego nigdy nie istniało. Nikogo z twojego otoczenia nie obchodzi twój los, bo jest on przesądzony przez coś o czym inni nie mają nawet pojęcia. Osiemset metrów, osiem centymetrów i osiem minimetrów. Oto długość korytarza w stronę północną. Chyba czas wyruszyć na południe i tam zbierać mary z murów obrośniętych nadzieją. Nawet nie pamiętam dlaczego tu trafiłem, za jakie grzechy, a może za jakie uczynki dobre mnie tu osadzono. Dzień 9. Dzisiaj odkryłem, że podeszwy moich butów zaczynają się rozklejać. Woda w tunelu wciąż śmierdzi mysimi trupami. Zacząłem się przemieszczać w stronę południa wczesnym rankiem, oczywiście zgaduję, że to ranek ponieważ oprócz bladych świec, które zapalają się o konkretnej godzinie nie ma tu dostępu inne światło, tym bardziej promienie słoneczne nie mają tu wstępu. Szedłem prosto (a niby w jaki sposób miałem iść w tunelu) przez dokładnie 900 obrotów kamyka, jeden obrót co 5 kroków. Doszedłem do miejsca gdzie woda zdaje się mieć ujście. Jest za małe żeby przez nie wyjść, a woda wypełnia prawie cały tunel. Zostanę tu przez najbliższy dzień. Naostrzyłem własnej roboty oścień i postanowiłem polować na szczury. W tym wiecznym półmroku udało mi się upolować dwa szczury. Rozpaliłem ognisko ze starych stelaży po lampionach i upiekłem je. Smakowały mułem. Po obfitym jak na te warunki posiłku przeszedłem do higieny osobistej. Grzebień, który pozostał mi jeszcze z czasów wolności jest moim ulubionym przedmiotem. Codziennie za jego pomocą układam włosy do tyłu i czeszę brodę. Ostatnio zastanawiałem się czy moje życie tutaj ma sens, czy może nie lepiej byłoby je zakończyć. Szybko jednak przypomniałem sobie, że moje życie na zewnątrz nie wyglądało lepiej. Może z tym detalem, że zamiast szczurów był kurczak. Wciąż zmagałem się z własną psychiką i ludźmi, którzy mnie otaczali. Tutaj tego nie ma. Jest tylko pustka, ja i korytarz, no i szczury oczywiście. Nigdy nie doceniałem tych zwierząt, teraz już tak. Potrafią odnaleźć się w każdych warunkach, chyba złapię jednego, a następnie nakarmię go mięsem jego poległych towarzyszy i tym sposobem udomowię. W półmroku i tak pewnie nie zorientuje się co je, a ja będę miał kogoś. Kogoś kto nie ocenia mnie i kocha bezwarunkową miłością, prawie bezwarunkową, bo mięso to jednak jest coś. Trudno, na takie warunki jestem gotów przystać.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...