Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dawid Rzeszutek

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    220
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

124

2 obserwujących

O Dawid Rzeszutek

  • Tytuł
    Marionel Moriel
  • Urodziny 15.10.1988

Ostatnie wizyty

752 wyświetleń profilu
  1. Witaj Nata_Kruk, Cieszę się, że zajrzałaś, a dodatkowo sprawiło mi przyjemność, że pojawiła się konstruktywna krytyka/opinia. Cóż mogę napisać... Wiersz był pisany spontanicznie , pisałem "jak leciało", wiec chyba powinienem go wrzucić do warsztatu, choć sam nie mam pewności, co do tego... Problem ogólnie polega na tym, że jestem trochę w gorącej wodzie kąpany i wrzucam bez większych poprawek, co zasadniczo nie jest profesjonalnym ani poważnym podejściem. Dla małego usprawiedliwienia dodam, że zaczynam pracować nad sobą i postaram się więcej przyłożyć do pisania, a w szczególności do korekty materiału przed publikacją. Już wielokrotnie słyszałem, że wiersz czasem musi odleżeć swoje i małymi krokami zmierzam ku temu, wiec mam nadzieję, że w przyszłości nie będzie banalnych wpadek. Dziękuję za poświęcony czas i wskazówki. Pozdrawiam. Dawid Rzeszutek
  2. Szukać proszę pana można w słowniku. Tak "rodzą" się nowe słowa, ale ich ilość proporcjonalnie do już istniejących jest tak znikoma, że pewnie niezauważalna. Nowe zjawiska w kosmosie? Myślę, że chyba już nie ma i nie będzie nowych "zjawisk", bo wszystko jest zmapowane i udokumentowane, dzięki obserwacji kosmosu od niemal każdej możliwej strony. Teleskopy głównie zrobiły robotę, ale to wszystko ma sens, jeśli mówimy o zjawiskach fizycznych. Myślę, że bardziej oceanów na Ziemi nie znamy niż kosmosu, a dokładniej mówiąc ich głębin. W przyrodzie też zjawisk nowych raczej na 99% nie odkryjemy, jeśli mówimy o zjawiskach fizycznych, bo poza podstawowymi"zjawiskami" mamy tzw anomalia, czyli bardzo rzadkie zachowania na Ziemi od strony biologicznej, czy fizycznej. Nawiązując do kopalni metafor - czasem ciężko jest wyzbyć się truizmów, a co dopiero metafory jeszcze nigdy nieużytej. Nawet jakby się udało to osiągnąć, to i tak jakość owej metafory może być kiepska, bo z metaforami jest jak z drzewem pełnym jabłek, najpierw spadają najbardziej dojrzałe, później tzw ostatki. Tak samo jest z metaforami. Trudność się zwiększa z każdym pokoleniem poetów. I niestety, albo wymyślimy nowy język, albo skupimy się na rozroście obecnego, co w sposób nieco sztuczny może dać zabawne efekty. Zawsze można próbować tworzyć neologizmy. Pozdrawiam :)
  3. Witaj Pi_ WYBACZ, ALE TROCHĘ MNIE PONIOSŁO Z ILOŚCIĄ TREŚCI Po tym jak się czyta twój komentarz, sądzę, że masz wiele kompetencji językowych, jest w tym jakaś magia… prawdy i poprawności. Tak, wszystko jest chwilą i jak kartka z kalendarza wisi sobie dzień i po dobie już ją ktoś w roli kata wyrywa z szeregów tygodni, miesięcy, roku, jak na stracenie. Słyszałem ostatnio opinię, że słabi artyści sie pocieszają określeniem, że po śmierci zostaną docenieni. Sam uznaję się za artystę słabego, jednak o karierze pośmiertnej nie marzy mi się, ale jest jakiś czar w śmierci, która jakby przykuwa uwagę, niemal rzuca światło reflektora na personę/postać i jej twórczość. Choćby sytuacja panów: M. Sęp Szarzyński, C.K. Norwid, J. Słowacki, E. Stachura, Andrzej Bursa, Józef Łobodowski. Niedocenieni za życia, często żyjący w nędzy, omijani i wyszydzani, a pośmiertnie uznani za wybitnych. To jest historia z życia wzięta, a nie scenariusz Hollywood’skiej produkcji. Należy też zaznaczyć, że pisanie poezji nie jest łatwe, głównie przez właśnie owy brak reguł, wytycznych, oczywiście nie mówię o wierszach, które kierują się jakimś systemem konstrukcji, jak wiersze rymowane, rytmiczne, stroficzne, a w ogólnym sensie o pisaniu poetyckich strof. Co łączyć ze sobą, czego nie łączyć? jakie formy wyrazu artystycznego użyć? No i skąd wziąć w głowie treść? Bezapelacyjnie jest to dziedzina sztuki, której nauczyć się jest bardzo ciężko i niejednokrotnie doznaje się upadków i zmieszania z błotem - właśnie przez mniejszych lub większych wyznaczników norm literackich. Sam jednak jestem w niemałej kropce, ponieważ próbuję się rozłamać na pół, bo z jednej strony poezja nie ma gruntowniejszych wytycznych pod względem treści i przekazu, panuje dowolność duża w tym świecie, a jednak jeden wiersz jest lepszy, a drugi gorszy… Cóż więc decyduje? Gust artystycznych starych wyg z jakichś głównych bohem poetyckich, żeby nie rzec - pałaców na szklanej kuli - gdzie dostęp mają wybrani, ale co może innego decydować? Poprawność językowa - to jedynie mi się nasuwa na myśl. Jest masa konkursów w naszym kraju, gdzie w jury zasiadają znamienici poeci i krytycy, którzy kreują obraz poprawności poetyckiej, standaryzują kierunek twórczości, bo przecież wiersze, które wygrywają są masowo czytane, by przejrzeć w czym drzemie szkopuł i niejako stają się wyznacznikiem norm w przyszłości. Oczywiście każdy artysta ma swój styl i będąc sobą, a co jest istotne, nie będzie się kierował jakimiś szczegółowymi cechami wygranego wiersza, bo to już można nazwać plagiatem, ale szczerze, dojść do tego w czym rzecz w wygranym wierszu również nie jest zbyt łatwo. Wydaje mi się, już podsumowując, że napewno trzeba czytać klasyków poezji polskiej, jak również zagranicznej. Drugim elementem zasadniczo też bardzo istotnym jest pewna łatwość w manipulowaniu słowem i znaczeniem, inaczej można to nazwać talentem, bo np. wyobraźnia niestety jest podstawą w pisaniu poezji, a jeśli chcemy zdobywać wyżyny, to ona musi być nietuzinkowa, co jest niebywale trudne, gdyż jak to mówi się powszechnie - „Juz wszystko zostało napisane”. Tak naprawdę pisarz w wieku XXI musi wiedzieć, że napisać powtórzenia metafor jest nam najłatwiej, a po nas będą mieć w tej kwestii - Piekło lub conajmniej horror, bo pisarzy przybywa i możliwości stają się coraz bardziej ograniczone. Sądzę, że jak świat sobie uświadomi realnie, że już wszytko zostało napisane, to albo skończ się era pisania poezji, albo zacznie się era odtwórcza. Nie zmienia to jednak pozycji literatury i w tym poezji klasycznej w dziejach naszego globu. A ludzi piszących przybywa, mimo że nie wniosą niczego nowego, oryginalnego, ciekawego do światowej poezji, to owa sztuka stała się niejednego pasją, często może także - autoterapią -. Zalew poezji chociażby na Facebooku jest ogromny i są ludzie, jak wszędzie, piszący lepiej i gorzej, ale poziom ogólnie i tak jest niski. Są dosłownie jednostki, które znają się na rzeczy - ja do nich nie należę - W ogóle wydaje mi się, że jest jakaś niepisana zasada, by nie publikować wierszy w internecie, że prawdziwy poeta, by wcale tak nie robił. Sam jestem obojętny na te tendencje i publikuję, ale jeśli chodzi o jakość owych publikacji to już niech opiniują znawcy :P heh i opinia publiczna. Pozdrawiam Dawid Rzeszutek vel Marionel Moriel.
  4. Witaj, Chyba stać cie na coś lepszego… Niemal jestem tego pewny... Jednak z drugiej strony patrząc, jak to się mówi, z oczami szeroko zamkniętymi, ukazuje się obraz tragedii poetyckiej, którą utożsamiasz ( jak mniemam) z tymi, którym miano artysta wypełnia pyszną gębę i tworzy poczucie wartości, podczas, gdy w zasadzie twórczości "na koncie" brak, bo cóż można nazwać twórczością z tego, co tworzą niektórzy? Gdy patrząc realnie, ciężko u kogokolwiek coś tym mianem nazwać, bo jak już kiedyś pisałem - Poezja musi pulsować rytmem serca autora, powinna dreszcz powodować na ciele, głębia winna być doskonale zbalansowana, obraz twórczy nie może być landrynkowaty i powinien powodować silną więź oraz chęć powrotu do dzieła. Mi jest daleko do tego ideału, ale się staram, i nie nazywam się poetą/artystą z szacunku dla wszystkich wielkich tego świata. Uważam, że jak zasłużę i dorobię się tytułu, to będzie albo jak w scenie z Pięknego Umysłu, gdy John Nash otrzymuje pióra uznania, albo nic - inaczej czarna du*a i pół metra mułu. Nadzieja podobno umiera ostatnia, a ja już mógłbym jej pomóc popełnić se puku Ogólnie mówiąc zgadzam się, jeśli ten twór, który napisałeś ma właśnie takie zadanie - a mianowicie - ukazać poziom pseudo artystów, ich kalectwo, i poziom zarozumiałości. Pozdrawiam D.R
  5. Witaj Gaźniku Ucieszyła mnie twoja wiadomość, głównie z tego względu, że nie podejrzewałem, że się moje wytwory zdarzają podobać, zwykle głucha cisza wokół tekstów panuje, czasem w reakcjach zwrotnych znajdą się jakieś polubienia, a w innym wypadku, który czasem się również zdarza, ale dużo rzadziej, jest tak, że dzieje się zatrzęsienie komentarzy, głównie uszczypliwych lub krytycznych w granicy dobrego gustu - na szczęście…, z którymi jako autor muszę się mierzyć. Dawno nie pisałem, a to z tego powodu, że musiałem odpocząć i na szczęście odpocząłem wystarczająco, by wrócić do tego. Teraz osiągnąłem taki pułap myśli, nieco czystszą perspektywę, więc teksty powinny być bardziej soczyste i wyraziste, oczywiście na ile mi się uda utrzymać kondycję, tego niestety nie wiem, ale mam nadzieję, że dłużej niż podejrzewam i dużej niż zwykle oraz, że stan wykiełkuje naprawdę dobrym materiałem. Bo trzeba się rozwijać - to najważniejsze, a jak wiatr wieje w żagiel, to i trzeba łapać go jak najwięcej i sterować łodzią w odpowiednim kierunku. W KIERUNKU GŁEBI INSPIRACJI I WYRAZU - najlepiej, by obie „głębie” ze sobą współpracowały. Gaźniku, raz jeszcze dziękuję, że jesteś tam gdzieś, i przez internet, gdzieś jakby tu obok obecny oraz że podbudowujesz nieco moją samoocenę, która jak po abordażu złych, niecnych myśli została splądrowana i podbita przez szarzyznę :( jeszcze nim złapałem wiatr w żagle, hehe. Czasem warto być człowiekiem, człowiekiem warto być… Myślę, że ty jesteś nim i to odczuwam gdy wymieniamy się wiadomościami, jak również jest to podstawą docenienia twojego udziału wśród moich odbiorców. Jest dobrze. Pozdrawiam. Dawid Rzeszutek :)
  6. No właśnie nie. Szczerze mówiąc, to miałem zagwozdkę, bo wydawało mi się, że pojmie jest od pojęcia np. pojąć kogoś, coś…- więc nie to, o co mi chodzi generalnie. Pojmać miało być od pojmania i z odmianą miałem zabawę heh.Tutaj wklejam linka do odmiany: https://wsjp.pl/do_druku.php?id_hasla=35209&id_znaczenia=5000282 Pozdrawiam
  7. Choć raj pojma mnie i wieczność Widzę złowrogie oczy i język syczący, a mnie się teraz widzą gołębie amory... i ten cień za mną bez końca kroczący, jak ten najgorszy wśród diablej sfory, nad grobem mym stoi wciąż płaczący. A ja kochać bezkreśnie chcę zawsze, jak fiołki i róże, poranne zorze i rosy, chcę żyć ponad trendy stare i nowsze, wśród łąk i lasów wędrować bosy, i czuć wiary dzieła, choć najdotkliwsze. Widzę długą noc i latarnie jasne raju i domy wieczności z ideą i posiłkiem, a rzeka ukazuje życie na jego skraju, tam gdzie czas zwą bytu schyłkiem, tam wołam Cię, przybądź mój maju ! Z wiosną drogi z raju do ziemi odtają. W maju rozkosz wędrówki jest duża. Tylko serca ścieżki się wciąż plątają, szczególnie gdy namiętna trwa burza i pioruny ekstazy wokoło spadają. Wybieram ponad wszystko istnienie wśród łąk, lasów, zórz i słońca twarzy, tutaj gdzie maluczkim śni się mienie, a wielkim bieda i cierpienie się marzy. Bo życie to zawsze, jeno wspomnienie! Autor: Dawid Rzeszutek
  8. Witaj, Chyba masz rację, ale wiersze sylabiczne to moja pięta Achillesowa... Wieczorkiem coś spróbuje podziałać z tematem, jesli mi czas pozwoli oczywiście... Dziękuję, że jesteś i czytasz :) miło mi. Pozdrawiam.
  9. PIsałem dość spontanicznie, ale wrócę do materiału i naniosę poprawki. Dziękuję za poświęcony czas i cenne uwagi. Czcionkę już zmieniłem :) Pozdrawiam. D.R
  10. Żyzne są pola wolności o wieku świcie Tak żyzne, że łza uroniona dziś wzrasta A kryształu prawda powie czym jest życie Co w oczach trwa i jest jak łuna miasta Trzy Anioły orzą modlitwą wolności pola By łzy upadłe w blasku i w sile oddały To, co mieni się miłością, jak nasza wola I by jej blask urusł, by nie był zbyt mały A mroki bolesne i ostre mają spojrzenia Wypatrują potknięcia i upadku dziecka By łzę ukraść, by wolę zabrać do cienia Tam nie pomoże mądrość ta kupiecka Daj mi trochę czasu na cenną rozmowę Z wiecznym i młodym tym blond aniołem A zasadzę nie jedną łzę i zbiorę połowę Zostawiając resztę pod Bożym cokołem Toż to na tych polach dom zbudowano Willę nadziei, Pałac dobra i senny owoc A imionami świętych drogę brukowano Bo taki jest los i świętych efekt proroctw
  11. Dawid Rzeszutek

    My

    Wiersz mozna czytać od końca, bo chodzi o podobieństwa i różnice między drzewem a człowiekiem, które wynikają cały czas z wiersza i ostatecznie tworzą dystans między nimi, a sensem ostatecznym jest diametralna różnica, wręcz jakby podkreślenie Korony stworzenia na głowie człowieka, co czyni go najszlachetniejszym z Boskich tworów. Widać parę stopni odległości między człowiekiem a drzewem, jak kołków wbitych w ziemię, co iles tam kroków, aż powstaje przepaść między nimi. Wiersz udowadnia tak naprawdę, punktuje różnice między stowrzeniem nieposiadającym jaźni i tym posiadającym. W pierwszej zwrotce niby zachodzi pewien rozejm, bo tekst mówi o korzeniach i o ciężaże, lecz później powstają tylko same różnice. Druga zwortka mówi o młodości, gdy to zapał jeszcze jest nie ostudzony przez realia - kiedy szkrzydła jeszcze niepodcięte - ale również ten fragment może tłumaczyć to że od czasu do czasu sobie "fruwamy" cecha ludzka - umiejętności twórcze, pasje, hobby, odpoczynek. - zestaw chwil- momentów kiedy mozna powiedzieć, że fruwamy, To chyba cecha najbardziej ludzka za tem po wześniej wspomnianej równowadze zachodzi silny cios porównawczy dla drzewa, bo ono "latać" nie potrafi. Kolejna zwortka nieco neguje latanie, pisze o lekkim podnoszeniu stóp - czyli o gracji chodzenia i o samej umiejętności , która nas wyróżnia od świata zwierząt - dwónogi chód. Jest to kolejne wbicie szpili drzewom bo one nie mają stóp. Jednak samo latanie nie jest zbyt dosłownie ( tak w 100% zaznaczone) że jest niemożliwe... Następna zwrotka jest dopełnienie wczesniejszej - idąć - celowo jest poniżej by dać przestrzeń do zastanowienia nad innym powodem unoszenia lekko stóp, - myślę tutaj właśnie o lataniu. Ta przedostatnia zwrotka wbija największą szpilę drzewom, gdyż cecha której rośliny nie posiadają, to własnie brak możliwosci przemieszczania się. Co czyni zwierzęta wyżej od szaty roślinnej a człowieka wyżej od zwierząt. Tutaj w tej zwrotce jest najdalsza odległość miedzy człowiekiem a drzewem i jest to zasadniczo ostatnia zwrotka przed podsumowaniem. A ostatnia zwrotka to silnik napędowy skojarzeń i meritum sprawy. Podkreśla juz nabytą z każdą zwrotką przepaść między drzewem a człowiekiem. Jest dobitna dla odległości w wartosci lub możliwościach jednostki ludzkiej i jednostki drzewnej. NIe wiem tylko czy to był twój zamiar, czy ja nadinterpretuję, proszę o komentarz w tej kwestii. Pozdrawiam DDR.
  12. Witaj Waldku, Teskt jest napisany bardzo w twoim stylu, co mnie się osobiście podoba, ale tutaj trochę chyba bardziej ogólnikowo temat potraktowany niż zwykle, co nie znaczy, że to urąga tekstowi, bo myślę, że ty masz dobrą lupkę do powiekszania i rozdrabniania tekstu, jak również dobre wyczucie w zmniejszaniu, czyli do ogólnikowych tesktów, dlatego nigdy nie widzę przesady ani w jednym kierunku ani w drugim, co też jest dużym atutem. Przede wszystkim czuć w twoich tekstach życiową dojrzałość, co nie jest często jedynie wynikiem wieku, bo dojrzałość wiekowi nie równa. Dojrzałości też serdecznie gratuluję !! Teraz odniosę sie do samego tekstu po swojemu... Ja odczytuję ten tekst jako o pechu lub przeznaczeniu( lub też pechowym przeznaczeniu ) - ja tak to odczuwam. Można też znaleźć podobienstwo do Zycia, które nas trzyma w SZKOLE, a ta odbywa się na ulicy, w pracy, na spotkaniach, wyjazdach etc. gdziekolwiek jesteśmy, a na końcu schodzi z drogi, byśmy mogli spokojnie bardziej lub mniej odejść. Ale nie wiem czy udało mi się choć trochę zbliżyć do celu :) ocenisz Waldku już sam :) Serdecznie Pozdrawiam :) M.M. P.S Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale wpadłem na pomysł, by napisac wariację do Twojego wiersza. TRUDNOŚCI I NADZIEJE CZASEM WIATR SYPNIE SOLĄ W ŚWIEŻE OTWARTE RANY CZĘSTO TEŻ OCZY ZABOLĄ JAK WIDZĄ LOS PORĄBANY GDY CIĘ W POKERA GOLĄ TO JEST TYLKO ÓW CHWILA TEJ ZAWIEJI CZY SZTORMU, I NAKARMI CIĘ RÓZY WILLA PORCJĄ MAŁĄ POKARMU NA KOŃCU PRZEJDĄ W DAL JAKBY JUŻ NIEZAUWAŻONE DNI I NOCE CO WBIJĄ NA PAL PRZESZŁOŚCI WINĄ SKAŻONE Autor: Dawid Rzeszutek.
  13. OPOWIADANIE HIDŻ GOŚĆ Z INNEGO WYMIARU Chyba słyszę kroki, co kilka sekund nadbiega mnie jakiś niezidentyfikowany dźwięk z nieokreślonego bliżej pomieszczenia w domu, a cisza, jak megafon wzmaga każde najmniejsze dźwięki, które zamieniają się w obiekty budzące matematyczno - fizyczne odwzorowanie rzeczywistości. W kuchni z kranu kapie woda, stukają krople o zlew, kap, kap, kap, każde rozbicie się kropli w zlewie łączy się z naprzemiennymi odgłosami, niby kroków, choć mogły to być omamy, bo niemal wszystko mogło wydawać ten dźwięk. Kolejnym przykładem jest pasek w otwartej od przeciągu szafie, wiszący na wieszaku na paski – on też mógł od wiatru się kołysać i wydawać ten dźwięk. Również myszy, szczury lub inne gryzonie, przecież jesień za pasem, to i takie stworzenia mogą szukać schronienia. Ostatecznie mógł to być też kawałek wisiorka Sandry, uderzający w łazience o parawan prysznica. A w łazience okno jest uchylone i wietrzy się, czasem wiatr zaświszczy, by dopełnić machinerię teatru ciszy, która nigdy nie jest sobą w stu procentach, nie spełnia swojego planu arcyważnego w pełni, pozwala wodzić się za nos aktorom w jej teatrze. I dzięki niemal symfonicznym synchronizacjom porządku z chaosem powstaje mały recital, gdzie zdumiewająco dużo równych taktów i zaskakujących brzmień, a wyobraźnia np. obrazuje stepującą mysze przy dźwiękach upadających kropel, a wiatr odmierza metrum niemal równo z Dancing in the Moonlight – Van Morrison'a. Krople też w tym momencie ciągle upadają, jedna za drugą, i nadgryzają jak kieł, lekko zardzewiały zlew - a krople, wszystkie z tych kapiących, nie są zwykłymi łezkami, a niczym święte i silne, stają się konstrukcją potęgi, gdyż zdradzają tajemny, naturalny sposób na pewne osiągnięcie celu, czyli że aż do bólu, powoli trzeba kapać punktowo na cel i drążyć na wylot problemy, przebijać, przechodzić dalej i wciąż naprzód napierać. Aż do ostatecznego osiągnięcia celu, a nieraz jest nim wybawienie cudownie uniwersalne, czyli takie, które niekoniecznie prowadzi do wniebowzięcia, aczkolwiek masywna siła katharsis oczyszcza z odczuć winy i zhańbienia oraz pomieszania zmysłów, na długi czas. A kroki, a raczej kroczki – ten stukot niby obcasów miniaturowych o posadzkę stał się bardzo chaotyczny, gdyż odgłosy zmieniały brzmienie - to tak jakby brzmienie docierało z dwóch źródeł i to nad wyraz gwałtownie. Zastanawiałem się, czy uda się temu czemuś się ocalić. Jeśli się okaże, że samodzielnie nie uda się temu czemuś wybrnąć z opresji, to będę interweniował, bo ono zgubiło pewnie ducha odwagi i chłodnego rozrachunku w tej drewnianej szachownicy, w klepkach jasnych i ciemnych naprzemiennie ułożonych. Zapewne doszło do szacha matu, a duch, przeżegnawszy się, opuścił te ów POLA SZALEŃSTWA, opatrzone zbiorem zasad - niektórzy nazywają go nadal kodeksem karnym...choć już od dawna w slangu ulicznym zwą go Księgą Uczłowieczenia Krzywdą, gdyż po upadku dla mnóstwa Aniołów kodeks karny stał się zamiast przestrogą, to wielkim spisem wyzwań, które były stopniowo wykonywane, a w zasadzie łamane, bo wykonywanie zadań dążyło do złamania całego kodeksu karnego. Krótko mówiąc, jeśli uznamy zasady gry w szachy za kodeks karny, który dotyczy Ziemi jako pola gry i zastosujemy filozofię z upadku ostatnich aniołów, to na ogół piony i figury czy to białe, czy czarne poruszają się, w jakim momencie i kierunku chcą, utworzy się w ten czas chaos, ale i wolność, bo sztywne reguły już nie ograniczają. To jest tak, jakby drogi ulice chodniki i ścieżki wymazać i każdy by chodził, jak i gdzie chciał, nie jednokrotnie a wręcz notorycznie ginąć pod kołami. Zostając stratowanym lub przez brak porządku w głowach doprowadzonym do śmierci w jeszcze większym chaosie, a porządek, który to jest podstawą mądrością wypracowaną i zaczerpniętą z wykonywania czynności powtarzalnych, które budują wszak kręgosłup - zdyscyplinowanie, i pomagają uzmysławiać przyczynowo skutkowy system rzeczywistości, pozostaje w sferze podstaw, budulców ładu i porządku. Kodeks odłóżmy na razie na bok. Skupię się nad tym, co się dzieje aktualnie. Słyszałem szamotanie. Ciche, w stosunku do naturalnych dźwięków otoczenia, czyli tramwaju, który za dnia przejeżdżał, co godzinę pod oknem, czy to telewizora, a nawet lodówki w trakcie chłodzenia. Wystarczająco słyszalne dla człowieka mojego pokroju, żeby wzbudzić zmysły i dokonać interwencji. Zdarłem sobie koc z nóg, było dość chłodno jak na wrzesień, w dodatku była już niemal noc, i poszedłem kroczek za kroczkiem za szmerami, cichymi bardzo, ale jeszcze w zasięgu ciszy, w miarę dającym się rozpoznać. Tupanie i pikanie czy może skomlenie, zwał jak zwał, ale docierało, jestem pewny, z pokoju sypialnego. Gdy wszedłem do tego pomieszczenia, którego z reguły zwykłem unikać, głównie ze względu na wspomnienia, w których żona będąca oczkiem w głowie, sercem i rozumem, zostawiła mnie na lodzie, bez słowa dokąd idzie ani telefonu ni adresu e-mail czy choćby pagera i odkąd bywam sam, już nie sypiam w tym miejscu, zbyt dużo wspomnień mogących pchnąć mnie w kierunku niemożliwego lub co najmniej doprowadzić do depresji, z której przecież tak długo wychodziłem. Doszedłem do drzwi do sypialni, gdy miałem dotknąć klamki, poczułem jej perfumy, cały pokój pachniał nimi, gdyż właśnie tutaj miała swoją garderobę i pulpit do makijażu. Hmm... zapach okazał się nieziemsko bolesny. Nie wiem, czy znacie to uczucie, ale kiedy się przejdzie piekło, to miłość zamienia się w cierpienie, a cierpienie w mordęgę, wspomnienia jak korona cierniowa ranią jaźń dotkliwie. Następuje przewartościowanie każdego aspektu naszego życia, gdy tragedia zawita do naszego domu. Rozstanie przerwało piękne plany na przyszłość, marzenia o wspólnej starości, uff, chyba zbytnio się oddaliłem od ładu, który zdołałem wypracować po rozstaniu. Po co o tym mówię? Sam nie byłem pewny, wyłączyłem na moment dyktafon, zamknąłem oczy i prosiłem dobrego anioła stróża o błogosławieństwo, bym życie opanował, by ono nie zjadło mnie razem z tymi, którym wszystko jest jedno. Wszedłem do pokoju sypialnego i widzę, że wszystko jest na swoim miejscu, jakby czekało, że Sandra kiedyś zmieni zdanie i wróci. Jakby zdołała nigdy nie zapomnieć, że nie doszło do zdrady, kłótni też było mało, prawie wcale nie podnosiliśmy głosu w rozmowie, w łóżku byliśmy zgraną parą. Cóż jej odejście to największa dla mnie zagdaka. Niebawem minie 5 lat od tamtego pamiętnego dnia. Wciąż żyję, oddycham, myślę, mówię, chodzę – to znaki, że kobieta to nie ultimatum, bez którego nie sposób żyć – od dłuższego czasu próbuje sobie to wbić do głowy, uświadomić panteistycznie, ponad całym moim życiem, niczym krzyż w kościele i na ścianach domów. To jest może prymitywne, lecz pozwala myśleć poza kategoriami ja i ona, ona i ja, a zawrzeć swój los we własnych dłoniach, które doznają eksperymentu przetrwania. Chociaż mam przeróżne warianty awaryjne, na wypadek, gdybym zasłabł w postanowieniu, bo są kobiety, które kręcą się obok, zależy im, bym dał choć jedną szansę, ale wciąż się pilnuję, więc nie widzę takiej potrzeby, by angażować się w coś, czego nie da się kontrolować ani przewidzieć. Gdy podszedłem do komody przy oknie, która była pięknie oświetlona przez księżyc, któremu brakowało maksimum 3 dni do pełni, nie to było wtedy najważniejsze, a to, co dostrzegłem przed komodą u samych jej stóp. Myślałem, że to jakiś żart, bo niemal byłem pewien, że to będzie mysz, lub jakiś szczur, a ostatecznie coś żywego, a tymczasem to, co zobaczyłem, było nie z tego świata. Cóż to było – tego nigdy nie będę i nie byłem pewny, wystarczyło mi, że świeci się na niebieski – szafirowy kolor i jest całe przezroczyste. Z twarzy podobne było chyba do małp, ale miało ciało bardzo postarzałe, i ubiór świadczył jakby o jakimś kosmicznym kraju pochodzenia, gdy tak się zapatrzyłem w tego oczy, dostrzegłem ból, popatrzyłem na jej nogę, a ona była uwięziona w szafie, lecz realnie między jakimiś wymiarami – tak jakby nie zdążyła przejść z wymiaru matecznego do naszego i ktoś portal zamknął od tamtej strony, by utrudnić komuś życie - zapewne. Istota była zdolna, by kręcić się dookoła i tuptać by dużo ryzykując, gdyż mogła trafić na agresora, sprowadzić pomoc. Dwoma możliwymi logicznymi ratunkami z obecnej syt są: szybka podróż w czasie i zapobiegnięcie tej sytuacji lub szybki powrót do wymiaru początkowego i ponowienie próby przejścia przez portal. Obie z opcji są ryzykowne z dwóch powodów. Po pierwsze, podróż w czasie może zakłócić czasoprzestrzeń i ślad metamaterialny może zginąć, co uniemożliwi powrót do czasów, z których się przybyło. A po drugie, w momencie powrotu, gdy jonizacja nie zostanie ograniczona do bezpiecznego poziomu, to ono może stracić nogę, a maszynka do kontroli jonizacji jest zapewne po drugiej, stronie. To są rozwiązania, które pojawiły mi się w głowie bardzo szybko, szczerze sam nawet nie wiem skąd, przez chwilę przeszło mi przez myśl, że ta małpa to jakiś telepata. Zająłem się innym tematem, bo to jeden z tych, który nie da się rozwikłać bez pomocy kogoś mądrzejszego. Sądząc po tym, że ta małpka skomli, to musiało ją cały czas coś bardzo boleć i pewnie jest uciekinierem, jak dezerter i nie ma kontaktu z nikim. Być może była też przetrzymywana. Ma widoczne ślady na nadgarstkach i nogach i szyi, pewnie po kajdanach. Po chwili od namysłu nad sytuacją tejże małpki przypatrzyłem się tak bardzo interesującymi i nader znajomymi oczami. Podczas gdy zacząłem kojarzyć, skąd wydają mi się znajome, małpa się odezwała w języku polskim: Jestem HIDŻ dziecko Wymiaru Małp, syjonistycznego antykapitalistycznego systemu gwiazdy Armadion na drugim końcu galaktyki, jestem uciekinierem, dezerterem, zdradziłem swój lud i jego prawa, a teraz stoję przed tobą i proszę o wybaczenie za najście, ale potrzebuje klucza do portalu międzywymiarowo-gwiezdnego, inaczej nie ruszę się z miejsca, mój klucz portalowy spłonął podczas teleportacji. Czy masz klucz protalowy? Po chwili dodał: - Gdzie ja jestem ? Zaskoczony odparłem, - U nas na Ziemi, ale tu nie ma dostępu do między gwiezdnych i wymiarowych podróży cywilnych. Może za 100 lat coś się w tej kwestii zmieni! Ja przecież nie mogę tu stać do śmierci! Musimy coś z tym zrobić – odparła małpka. Jedyną instytucją, która może pomóc, jest NASA, ale to za daleko i nie mamy żadnych szans uzyskać od nich cokolwiek. Gdyby cię zobaczyli, zapewne by pojmali i uwięzili. Kontakt z nimi odpada, za duże ryzyko. Małpka zamknęła oczy na moment, a cała niebieska aura zaczęła wibrować, gdy tylko otworzyła oczy, wszystko wróciło do normy. Po chwili przemówiła znów. Mam plany pilota portalowego, jedyne co potrzeba to zebrać części, z których zbuduję go. Małpka poprosiła o kawałek papieru i zaczęła intensywnie spisywać potrzebne artykuły. Po półgodzinie Małpka HIDŻ przekazała mi spis potrzebnych elementów, które mają sprawić, że znów będzie wolny. Gdy czytałem całość listy, było na niej 12 części głównych i po 2 części pośrednie dla każdej części głównej, czyli 12 części głównych + 24 części pośrednie. Część znajdę w warsztacie – pomyślałem, ale reszta to będzie wyzwanie na miarę mistrza złodziejstwa i manipulacji, czyli zakładam, że nie mam szans. Nie mogłem tego powiedzieć mojemu gościowi, musiałem się naprężyć i spróbować wszystkich sił, by go uratować. <<<CDN...>>>
  14. Zasłane czułością róż jest łoże chłodne, oaza Kto zdmuchnie kurz ? Komu eros pobłaża ? Uniesienia na zorzy Utkwią niczym gwóźdź Kto się dziś ukorzy ? Czy zechcesz pójść? Zapachy nie ulatują dziś Koloru róż pąki nie tracą Kto czuł rozkoszy kiść ? Któż jest płonącą racą ? Za tępym jestem osłem by nacieszyć się losem Tuliłem byt i się trząsłem Bo byłem tylko na wietrze żyta marnym kłosem
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności