Rafał Pigoń-Bbard

Użytkownicy
  • Zawartość

    39
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  1. Rafał Pigoń-Bbard

    Macierz

    Sciemniło się. Ale nieprzebrany gąszcz dżungli... On zawsze śpi. I zawsze pozostaje czujny. Sam tworzy sen, w którym wszyscy jesteśmy. Czarny, bezkształyny sen, Którego rytm wybijają duże, małe ręce. ... Huczało wielkie ognisko. Płomienie dotykały nieba, Oziębiły się, By przerodzić w mgłę. Tak jak ciała. Jak nagie, dzikie ciała, Na stałe złączone z czarną ziemią, A ona złączona z wieczną nocą. ... Bębny, rytm nieuciszonego snu. To rytm ognia, rytm tupiących stóp, Wpatrzonych oczu wiedzących, Że dzieje się coś ważnego. Że to właśnie ten czas, Gdy wszyscy patrzą. Patrzymy my i patrzą w nas nasi bogowie, I dym, który dobiegł góry. W górze jest fiolet, Zobaczył gwiazdy, granaty nocnego nieba. I rozpierzchł się, by nigdy nie powrócić Z odpowiedzią.
  2. Rafał Pigoń-Bbard

    Niezwyciężony

    Wstrętny, Powyginany palec Wodzi. On drży. Drży! I wije się, kręci, jakby... On chce uciec. Uciec. Wyrwać! Przegnać Swą macierz... Palec garbatego starucha. Niedbale wodzi Po obwałach gwiazd, Po klifach majączącego Księżyca. Bezceremonialny. Ohydny! Kryje kolejne rozpraszające Bezkres granatów mgławice. Cisza... Nieme mlaskania. Starczy, posiniały język Stoczył się ku koniuszkom Ust. Dźwięk. Ale zgrzybiały. Piosenka. Bursztynek. Śpiewa. On drży. Macha do taktu palcem Zabawia w dyrygenta. Oblizuje. Niszczy obraz. Granaty. Fałsz. Koncert ciszy. Dźwięk. Mlaskania. Mlaskania, dźwięk I płacz. ... I gwiazdy.
  3. Rafał Pigoń-Bbard

    Smok

    Nie zapomnę tamtej nocy Zionącej nieprzebraną czernią, Chaosem niezliczonych gwiazd. ... Tych skrzydeł, Ognistych, łaknących krzyku ślepi, Jarzących szponów. On leciał, wił się. Te wszystkie. Te dzikie kolory, W tę czarną, udającą ślepą toń. A może po prostu wszystko wiedziała. ... Potem było słychać powolne tupanie. Małe oczy zwrócone w szkarłatną bestię. To tylko chłopiec, Chłopiec, który nie mógł spać. Ktorego nie utuliła noc, Księżyc nie zmróżył oczu. A może, może chcieli oni popatrzeć Na wielki, kolorowy latawiec. Na wielkiego smoka Wijącego wśród gwiazd. Wsród tych, co śpią I tych, co nigdy w to nie uwierzą.
  4. Rafał Pigoń-Bbard

    Wieloryb na żyłce

    Tam, pośród puchatych Chmur, na pewnej Czysto-błękitnej alejce... Płynie wieloryb. Nim zapytacie, Czy się zgubił? Czy może tylko na chwilę Wyszedł ze swej błękitnej wody... W środku wieloryba Siedzą ludzie W długich lub tylko w obcisłych sukienkach. Z fajką, gazetą, czasem tylko Z niedopałkiem. A czasem nie widać oczu, bo Ktoś ma je przysłonięte kapeluszem. ... Z wieloryba odchodzi żyłka. Raz leci niżej. A czasem ktoś żyłkę popuszcza. To nie płynie wieloryb. Wieloryby nie pływają w niebie, Ani po żadnych alejkach. To tylko mijają chmury.
  5. Rafał Pigoń-Bbard

    Balon

    Niebo zachuczało jakby Fanfarą pełną przeróżnego złota. Garbate, młode, zgięte, proste palce Wskazują przełaje rozpanoszonych Błękitów. To rozpękły balon. Wielki, majestatycznie kolorowy. Ornamentacyjnie sznurowany. I wielki. Wielki jak balon. Skąd, jak dziesięć takich balonów! On leci w górę. I w górę. I wciąż w górę, Jakby miał sięgnąć gwiazd. Gwiazd. I znów, Znów gwiazd, Jak niedorosłe dziecko. Ale jest dzień. Czysty, jasny dzień świeci, A on rządzi jaskrawym słońcem. Tak długi. Tak ogromny, wielki. Jak balon. Jak sto takich balonów! '' Gdybym miał balon. Tak wielki balon. Bym uciekł od tych palców.'' Ale jest sznur. Ten długi sznur. Ornamentacyjne wrzeciono Łączące te cuda z ziemią. I ze zgiętymi palcami.
  6. Rafał Pigoń-Bbard

    Pożegnanie zachodzących słońc

    Naraz ciemny granat Okrył całe swe tereny. I wzeszły złote gwiazdy, A tak, jakby tyczyły swoje Niebiańskie alejki. ... Alejki, które oświetlały latarnie. Ziemskie latarnie, a kto wie, Może je zasilały, bądź co bądź... Te parowce, prąd... to dopiero Nowy ludzki przeżytek. ... I tak nastała zwykła ludzka noc. Noc tak dobrze poznana I cała już oświetlona. I nikt więcej nie spojrzał się na Tam w dali cicho falujący ocean. ... Nikt nie spojrzał na Ostatnie żagle, Na zbyt ciemne żagle Niknące za ciemnym horyzontem.
  7. Rafał Pigoń-Bbard

    Obserwacje nocne

    Gdzieś tam w dali. Tam wysoko pewno on jest. I leci. Leci bezkształtny blaszany. Nasz wspólny ludzki okruch. ... Będzie czas, że wzejdą Nam pierwsze gwiazdy. Czas ten, gdy wszystko ściemnieje. Oblecze tonią migotliwych świateł. ... I do tej ciemni, co patrzy się W nas jakby z cichym zrozumieniem Przyjdą ci, co nie chcieli spać. Przyjdą, uniosą oczy i ręce. Ręce, to dzieci chcą chwytać gwiazd, Dzieci wymkną się, dzieci bezkształtnej nocy. Wzrok, szkiełka, to starcy wpatrują się w dal. W tę niemą dal i w jej świetliste, migoczące oczy. Póki tu noc. I nie trzeba spać.
  8. Rafał Pigoń-Bbard

    Jesienne liście

    Tu są rzędy drzew, Śniących drzew. Girlandy liści o brązowych duszach. I chodnik nimi zasypany. ... I tu też ludzie krążą. We frakach czarnych I w dużych czarnych kapeluszach. Mówisz, chciałbyś z kimś Wymienić słowo. Lecz tu są jedynie rzędy drzew. Rzędy śniących drzew. I girlandy liści o brązowych duszach. I chodnik nimi zasypany.
  9. Rafał Pigoń-Bbard

    Ściemnienie

    Bo kiedy pomarańczowy olbrzym Snuje się, kurczy, ku tym górom, To wtedy wiem. I czuję wtedy, i mam pewność, Że to musiało tak być. ... I leją się granaty, Jak woda. I gwiazdy wschodzą, Jak na tej toni latarnie. I ptactwo czarne zaszumi, Jak ci latarnicy, Co tylko oni wiedzą, Gdzie właściwa wszystkim droga. ... Wtedy łamiące się sylwetki Wchodzą na milczącą górę, Depczą po wyschniętych trawach. To wtedy zamglone oczy chłoną... Te już ostatnie promienie Na tę długą, na tę ciemną noc.
  10. Rafał Pigoń-Bbard

    Hiperbóg

    Jeżeli chodzi o słowo, to istnieje. Z pewnością jest bezokolicznik-obkrążyć. A więc liczba mnoga rodzaju żeńskiego-obkrążyły. Samo słowo jest od-krążyć, z prefiksem-ob. Jeżeli nie, to już jest jako neologizm.
  11. Rafał Pigoń-Bbard

    Hiperbóg

    Pieczołowicie skręcone Stelaże przeszył nawał iskier. To skowyt. To ostatnie poprawki. Szczęk. Roztwarte oczy... ... Hiperbóg osadzony. Obwiązany nitami moloch. Skrępowane obwały Stalowego cielska ściskają... Przeciągły skrzyp ciemni... To pierwszy ruch. To zimno. To rozpanoszone diody. Ostatni dech ciszy. Majaczące sylwetki Obkrążyły dzieło. Pierwsze strugi potu Topią majączący spokój. Świeci. Pierwsze tryby drgnęły. Kondensatory zbawienia. Druty przykazań Jak macki... Jęk... To Hiperbóg... ... Hiperbóg ożywiony. Z początku ekstrakt. W ciemni rozlał się Całkiem niepozorny raik. Fala błękitu zalała ciemność. Błękit zlały krzyki. To odowody równoważne. To nic. To piekiełko Mąk nienarodzonych. A więc świat. A więc sylwetki. I więcej. Więcej. Więc ludzie. A wewnątrz stwora, By nie uciekli! By druty. By był wszędzie. Sprawca. Stwórcą. A rządcą! ... Hiperbóg... To jedno słowo miłości. Rozrost. Metale oblekają Konstruktorów. Krzyczą. Wiją się. Spazmatycznie do światła. To wnętrze. To Hiperbóg. To świat. Wszystko... To lasy, pola. Łąki. To raje. ... Jedynie konstruktorzy. Oni pamiętają, Że mogło być inaczej.
  12. Rafał Pigoń-Bbard

    Zaduszki

    Dziękuję za komentarz. Podkreślenia niczemu nie służą. Same się zrobiły, ale już zostawiłem.
  13. Rafał Pigoń-Bbard

    Zaduszki

    W ciemnej izbie, samemu Sobie płomień samotny Dogasa. ... A kiedy mrok odludnił I te drożyny, te pola. I gwiazdy, strażnice, wystawił. Tam widać chatę, ktoś woła. Tam ktoś i świeczkę zostawił. A w oknie tańcuje ogień. To słychać- Hejże, to śpiewy. A tu był krzyż, martwy powiew. Tam były chata i chlewy. I cienie dzieci tu plączą. Tam starców kruche sylwetki. Godziny, gałęzie mącą. Godziny, pień próchniuteńki. To chata była sosnowa, A bory w dal przycmentarne. To były chlewy, a pełne. W dal pola tu nieme, czarne. Już świta, to ludzie wstają. A rzecby, bo noc nie nasza. W ciemnej izbie, samemu Sobie płomień samotny Dogasa.
  14. Rafał Pigoń-Bbard

    Cmentarz chłopski

    A najpierw zatrzęsła się Resztka wyschłych liści, A wtedy ustąpiły mgły. A mgły tak gęste, powolne, Snujące się bez celu. I to był calutki świat. Tam od pól tych obmarzłych I po drogę tę i ten kościół boży, I rzędy krzyży, że gdyby jakie ptactwo siadło, Zmarzłoby, tak ciche oziębły. A kto by wtedy przechodził tą drogą. Kto by wóz ciągnął, To konie przyganiał, Ujrzałby, że gdzieś tam skulony Starzec siedział, wpatrując się W wyrytą tabliczkę... Kiedy w szarości nie spostrzec zachodu, Ani tego księżyca, Ani tych pierwszych gwiazd.
  15. Rafał Pigoń-Bbard

    Wizjer

    Ostatnie drzwi szczelne. Kluczyk w kieszeni Zmiętolonej koszulki. Czerwone, wypłowiałe miejsce. Ciemnia osiągnięta. Niema toń gwiazd. Z początku głuche, Mieszające granaty, Falisty puls czerni. Zbija się. Ściska. Przelewa... Pomarszczone palce Wolno przekręcają Pierścień powiększający. Tu już kulisty kontur. Płynie. Zlewa... W czerni... Purpurze! Bieli! Biel! Biel pulsuje jak inne! Nie, nie, nie tak. Dysze! Sprzęga! Zapada w połysk! To musi! Musi się skończyć... Niemy błysk zalał obiektyw. Fala granatu zalała błysk. Ciemnia przywrócona. Okulary odwróciły się Od obiektywu. Drżące nogi suną do drzwi. Spocone ręce sięgają kluczyka. Zielona jarzeniówka- Otwarte. I tak zakończyła się noc. Tak umarło niewidoczne.