Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki


Rafał Pigoń-Bbard

Użytkownicy
  • Zawartość

    50
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

39

2 obserwujących

Ostatnio na profilu byli

376 wyświetleń profilu
  1. Rafał Pigoń-Bbard

    Dzieło tysięcy rąk

    Fioletowe odcienie nieba Roztworzyły srebrzyste oczy. Zdają się ciche, skupione Na wielkim dziele. ... Na nas. To nasze dzieło. To nasz raj. ... Wielki moloch zasłania Ostatnie ogniste smugi. Chowają się, boją. Boją się nas. Boją się spojrzeć. To my. To my, ludzie. To nasze dzieło. Nasz wielki, wielki moloch. ... Pozostała noc. Bezwietrzna cicha, Jakby zapatrzona na tam W dali ponad te horyzonty... Aż tam świetliste, ludzkie oczy. ... I jeden z nas Wylegujący się na leżaku Pod nagim pagórkiem. ... Ale z tego nic zupełnie nie wynika.
  2. Rafał Pigoń-Bbard

    Autoportret maszyny

    Nagły stukot i cisza. Przeciągła, milczącą cisza... Wyrwała cienie z głuchego odrętwienia. Trzeba było się poruszyć. Dać znać, trzeba było tu być. Naraz pulsujące światło. Wygięta, chuda ręka Snuje się po blacie. Drży. Bije w przełączniki. Cisza... ... Ciemno... Granatowa poświata powoli opadła Na zawieszone karty. To portrety. To twarze, to ludzkie twarze, A pod nimi molochy. To było wielkie, stalowe. Ciemne. ... Skupione głowy pochylają się, Taśma miarowo rusza... Czekają pierwszego głosu. ... Ktoś syknął. Chrząknięcie. Trzeba było się poruszyć. Dać znać, trzeba było tu być. ... W myślach wziąć się za ręce I liczyć, że nic nikt nie powie.
  3. Rafał Pigoń-Bbard

    Kurs autoportretu

    A ja wam powiem. Co wam powiem? Powiem, że leciałem rakietą! Wielką, czarną i ognistą. Taką wielką! I szukałem Boga, Ale tam jest tak pusto, Że to ja byłem jedynie istniejący. Stworzyłem sobie Boga. Ot, narysowałem I powiesiłem nad lustrem.
  4. Na początku była ryba. I była ona na stole, Potem chwilę w wannie, Pod kloszem. Teraz w bunkrze na trzy szyfry Z kamerą zamknięta. A ryba to mechaniczna, Więc i z trybami, z drucianą płetwą I okiem szklistym. I najpierw było dwóch ludzi, Potem pięciu i dziesięciu. A teraz całe molochy betonowe, Składne, obstalowane, uelektrycznione, W tym szklany bunkier rybny. A krążą po molochach i oryginalne Kopie, ale jedna frakcja rozprowadza Przeróbki. Gdzieś indziej podróbki. Potem były niedoróbki, A teraz i nieskładne obróbki. Kto zaczął, nie słychać, Bo wszystko się wymieszało. Ci, co płetwy mierzyli, Agentów wysłali tam, Gdzie ogony nakręcali. By podbierać, co utajone. A inni gdzie indziej, do sekcji etyki, Lingwiści za progiem, związku z Panem Bogiem. I wciąż się wymieszało to w supły, Jak zwoje jakieś rybne i druciane, Jak tryby, jak ryba mechaniczna. I sami oni jakby wzór swego płodu Stworzyli, Ale to nieoficjalne informacje. Oficjalne są takie, że ryba najgłówniejsza jest Tam w głównym bunkrze. Lecz już po tych blokach I takie słuchy są dostępne, Że to jakiś kolejny obrobek.
  5. Rafał Pigoń-Bbard

    List z gwiazd

    "Wasze Miłe Istnienie. Jako przykrość sprawiasz, Tak temu powiem ze swego, Żeś, z szacunkiem całym, Wielce jak i coś tam słaby, Niedobre Tchnienie. Tak i dech Twój, Niesmaczny dla dzieci I istnienia innego gwiezdnego. Tak nakazywać, Byś opuścił inne istnienia, Pilnie dech ustając, Ustać ruszanie czynem I poczynanie swe. Z poważaniem." ... Zimny głos maszyny zamarł. Blade łyse głowy tępo Patrzyły się w okrągły ekran. Czerń. Naraz ostra biel. To przepalała się żarówka. Za oknem rozchodził się Tak ludzko rozjaśniony mrok. ... Głupia maszyna, ubrała Sygnał we wcale długie strofy, Jakby to jakaś poezja. Głupi logarytm, Jakby temu przyklaskiwała. Przynajmniej tak chciała pokazać. Dać aprobatę! ... Rozkręcić! Ubić! Zniszczyć! Ty też jesteś naszym tchnieniem! To my ciebie stworzyliśmy!
  6. Rafał Pigoń-Bbard

    Marzenie schowane w płatowcu

    Gdybym miał marzenie, Takie, które mógłbym dotknąć, Byłbym teraz w wielkim, Puchatym płatowcu. Spiętym linami, jak wielka, Szybująca ryba. I byłbym w gwiazdach. Tam wysoko, gdzie nikt Mnie nie zauważy. I szybowałbym wśród słońc. Różnobarwnych, ale gorących, Zawsze ognistych. Aż na jakiejś planecie. Na świetlistych piaszczystych hałdach, Byłby człowiek. Grabiłby to I uprawiał. Byłby tam człowiek, całkiem obcy, W słomianym kapeluszu, Więc i nie widać twarzy, Lecz wiem, że to ja. Dwóch mnie. To przeczucie. Patrzy, widzi mój ogromny płatowiec, Jak wielką rybę na ciemnym niebie. Wyłania się z jasnej poświaty. Patrzy się, Widać rosnący półuśmiech I widać fajkę, A z niej kłębek dymu, Drobny kłębek najpierw wiruje Wokół kapelusza i leci do Różnobarwnych, zawsze ognistych słońc. I do innych migoczących gwiazd. ... Ale ono gdzieś się zapodziało. Zgubiło w wielkim, puchatym płatowcu.
  7. Rafał Pigoń-Bbard

    Pośród białych chmur

    Pamiętam, leciałem Wielkim czerwonym helikopterem. I bałem się, że spadnę. I rozbiję się na miliony części. Ale wtedy nie spadłem. Nie lubię latać. Nie lubię czerwonych helikopterów. ... Chciałbym lecieć w czymś błękitnym I patrzeć się w chmury. I być zupełnie, zupełnie sam. ... Nie całkiem, Bo bym rozmawiał Z moim błękitnym wielorybem posród Białych chmur.
  8. Rafał Pigoń-Bbard

    Kaszalot spod ludzkiej ręki

    Aż tu zza chmur Wielki huk! I wyleciał on, Jak kaszalot o płetwach rytmicznych, Bo to wiosła i wiosełka, ale to koło ogona. To statek. To niebo! Panie, to paradoksy! Ale czy doleciałby do gwiazd jakichś? Skądże, to nasz kaszalot. Kaszalot spod błękitnego nieba I tylko po takim przyjdzie mu I Płynąć, i Płynąć. Wciąż od wielkich liter. A kto płynie? A nikt panie, pan nie wierzy w te banialuki! Pan siądzie, ochłonie i powtórzy, Sprawdzając, ile ma palców. "Statki nie latają po niebie." Statki nie latają po niebie.
  9. Rafał Pigoń-Bbard

    Apokalipsa pomalowana kredkami

    I widziałem miasta Wielobarwne i wielokolorowe. I rzędy budynków wcale ładnych. Wzniosłych, piętrzących. Jak fale. To w górę rosły, raz w dół. I łuki, łuki strzeliste i czarne, Powykrzywiane jakieś, Lecz wykrzywione w uśmiech raczej. Lecz reszta już kolorowa. Bo i czerwienie, fontanna zielona. I to krzykliwe, i słoneczne, Bo pogoda akurat była. Jak pada deszcz, to też Podobno wesoło, Bo wewnątrz też kolorowo. I deszcz kolorowy. Różnobarwny. A jak piorun gdzieś trzaśnie w któregoś, Piorun sklecony w uśmiech, To zmienia się ten w plamę, w plamę tęczową. I wszystko tam było kolorowe I świeciło im słońce.
  10. Rafał Pigoń-Bbard

    Zabawka nieodpakowana

    I tak oto jest gatunek ludzki. Jego zwały, zawoje, nawały I zwojnice na rogach. Ludzka masa w pudełku, Kto by się spodziewał. I jak to pudełko tak w bok, To wszyscy w ten krok. Powódź ludzkich ciał. Wymieszane ręce, to głowy, to krzyki, Aż czasem zatyczki do uszu Bawiący musi wkładać. A jak w górę-hops. To i wszyscy w nos. Do góry, w nos, do dołu. I znów powodzie ludzkie, Jak pająki jakieś wijące się w pudełku. A jak nie złapać, to lepiej nie, Bo pudełko dość słabe I przerwać się może. A jak tam wody nalać I zamieszać, to jak napój jakiś Z dodatkami, płatki czy co tam jeszcze. A gdy potrząsnąć, to i lepiej, A brokatem posypać, jak śnieg Mieniący, magiczny i potrząsnąć to, I zmieszać. A jak bawiący by miał chęć, To i układać z nich wieże, Narzędzia, rozkręcać, przekręcać Albo dociskać i sprawdzać, Co będzie. Można też kazać krzyczeć do nucenia Bawiącego. Ale to tylko szczypcami, przez otwory. Masa ludzka nie może zobaczyć, Co poza pudełkiem, Bo kto wie. Jeszcze by kogoś zjadła.
  11. Rafał Pigoń-Bbard

    Partie chmur

    Wielki wieloryb Rozpłynął się na błękitnym niebie. I były większe, wciąż większe kręgi. Rozchodzące się, jakby wody, Jakby to szary kamień wpadł W beskresną toń rzeki, A może tylko małego jeziorka. Łapią go, jego wielki, pulchny Balon, to górna płetwa. Kleszczą w czarnej siatce, By nie sięgnął gwiazd. A przecież ich nie ma W tym błękicie. To mali, lecz dużo ich, czarni, Jak nurkowie zagłębieni w górze. W błękitnej górze, lecz stromej, zrobionej Z puchatych chmur. A na czubek balonu wszedł jeden Mieszkaniec wieloryba. I był kremowy z czarnymi oczyma, Jakby w nim była noc. Usiadł i grał na trąbce. ... A co, nie wiem. Wieloryb opadał. A z tej góry jeszcze nikt nigdy nie spadł. Bo takie są tam piękne widoki.
  12. Rafał Pigoń-Bbard

    Macierz

    Sciemniło się. Ale nieprzebrany gąszcz dżungli... On zawsze śpi. I zawsze pozostaje czujny. Sam tworzy sen, w którym wszyscy jesteśmy. Czarny, bezkształyny sen, Którego rytm wybijają duże, małe ręce. ... Huczało wielkie ognisko. Płomienie dotykały nieba, Oziębiły się, By przerodzić w mgłę. Tak jak ciała. Jak nagie, dzikie ciała, Na stałe złączone z czarną ziemią, A ona złączona z wieczną nocą. ... Bębny, rytm nieuciszonego snu. To rytm ognia, rytm tupiących stóp, Wpatrzonych oczu wiedzących, Że dzieje się coś ważnego. Że to właśnie ten czas, Gdy wszyscy patrzą. Patrzymy my i patrzą w nas nasi bogowie, I dym, który dobiegł góry. W górze jest fiolet, Zobaczył gwiazdy, granaty nocnego nieba. I rozpierzchł się, by nigdy nie powrócić Z odpowiedzią.
  13. Rafał Pigoń-Bbard

    Niezwyciężony

    Wstrętny, Powyginany palec Wodzi. On drży. Drży! I wije się, kręci, jakby... On chce uciec. Uciec. Wyrwać! Przegnać Swą macierz... Palec garbatego starucha. Niedbale wodzi Po obwałach gwiazd, Po klifach majączącego Księżyca. Bezceremonialny. Ohydny! Kryje kolejne rozpraszające Bezkres granatów mgławice. Cisza... Nieme mlaskania. Starczy, posiniały język Stoczył się ku koniuszkom Ust. Dźwięk. Ale zgrzybiały. Piosenka. Bursztynek. Śpiewa. On drży. Macha do taktu palcem Zabawia w dyrygenta. Oblizuje. Niszczy obraz. Granaty. Fałsz. Koncert ciszy. Dźwięk. Mlaskania. Mlaskania, dźwięk I płacz. ... I gwiazdy.
  14. Rafał Pigoń-Bbard

    Smok

    Nie zapomnę tamtej nocy Zionącej nieprzebraną czernią, Chaosem niezliczonych gwiazd. ... Tych skrzydeł, Ognistych, łaknących krzyku ślepi, Jarzących szponów. On leciał, wił się. Te wszystkie. Te dzikie kolory, W tę czarną, udającą ślepą toń. A może po prostu wszystko wiedziała. ... Potem było słychać powolne tupanie. Małe oczy zwrócone w szkarłatną bestię. To tylko chłopiec, Chłopiec, który nie mógł spać. Ktorego nie utuliła noc, Księżyc nie zmróżył oczu. A może, może chcieli oni popatrzeć Na wielki, kolorowy latawiec. Na wielkiego smoka Wijącego wśród gwiazd. Wsród tych, co śpią I tych, co nigdy w to nie uwierzą.
  15. Rafał Pigoń-Bbard

    Wieloryb na żyłce

    Tam, pośród puchatych Chmur, na pewnej Czysto-błękitnej alejce... Płynie wieloryb. Nim zapytacie, Czy się zgubił? Czy może tylko na chwilę Wyszedł ze swej błękitnej wody... W środku wieloryba Siedzą ludzie W długich lub tylko w obcisłych sukienkach. Z fajką, gazetą, czasem tylko Z niedopałkiem. A czasem nie widać oczu, bo Ktoś ma je przysłonięte kapeluszem. ... Z wieloryba odchodzi żyłka. Raz leci niżej. A czasem ktoś żyłkę popuszcza. To nie płynie wieloryb. Wieloryby nie pływają w niebie, Ani po żadnych alejkach. To tylko mijają chmury.
×