JPK362

Użytkownicy
  • Zawartość

    18
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  1. JPK362

    Labirynt

    Skoro miasto może się płaszczyć i karleć, to myślę, że mur może iść
  2. JPK362

    Czerwieni

    To co dla jednych jak ogień Rozpalić chce w środkach płomienie I ja jak kruk wzlatuję Nad własną rzeczy mogiłę Wokół barwy wciąż jak wiosenne Kwiatów zakwity, gdy marzy się ulewa Spod własnych chmur cierni piętrzących Widzę te strumienie potoków płynące Z lotu spoglądam na delty powstałe A gnieżdżą się we mnie głowy Charybdy Gdy słońce zbliżone i ciepła daje Kłębią we mnie obrazy zniszczenia Jak nowa umysłu powstała zaraza Palące czerwień, a żar wezbrany Raduje tłumu twarze, a ja jak heretyk Przeklnę na czerwieni ziarna W popiołach nadziei, w żałobie ciszy
  3. JPK362

    Labirynt

    Ucieczka od grabarzy Twarze zobojętniałe Tysiące łopat, krawatów Ich twarze zmętniałe Skryci w cieniach mogił Na plecach mają trumny Noszone od pradziada Idą, jak mur dumny Chcą wydobyć ducha Już wzywają szafarza By skryć pod ziemią Kwadratowego cmentarza Kroczenie w gęstwinie Labirynt neuronów Ukrytych weń odbić W maskach proroków Prowokujący, wulgarni Eteryczni zbawiciele Błogosławią masom Dzielą jaźń, jak ciele Wędrówka by istnieć O każdy własny dech W galopie chaotycznym A ich rytmiczny śmiech Ucieczka od śmierci Od sensu - sterylności Walka o przeżycie O byt w jedności
  4. JPK362

    Opętanie

    Nie chce mi się
  5. JPK362

    Opętanie

    Chaotyczny - tak, bo pisany na jeden dech Ma wady - tak, kilka rzeczy zgrzyta Ale chaos pasuje do opętania. Nielogiczność i dziwność Nie mam pomysłu jak to zmienić by nadal pozostało strumieniem myśli.
  6. JPK362

    Opętanie

    Widzę kamienie Ciernie na dłoniach Mrówcze kopce Grzebiące zmarłych Popiół w kaplicach Piasek i spichlerz Żebrzące szkielety Kradnące sroki Krew na dłoniach Płynie strumieniem Łapczywie chełpię Każdą jej kroplę Woźnica przemierza Koryta strumieni Z tafli zmarzniętej Wystają tablice Czy to już koniec? Starzec mnie wzywa Sędziwy pal wbity Godzina kobierca
  7. JPK362

    Mędrzec

    Płynący wiatr, co przecina grań Raniący świście i tnący gniew Ten co obudzeniem i snem Razem z pyłem jadeitu Błyszczący powiew śmierci Koszący zew półmroku Gdy księżyc w zenicie A niebo bezchmurne jest W ukryciu wiekuiście, a wciąż mknący, jak pędzi poryw pustyni I okrywa szatą kolejne tchnienia, słoneczne korzenie odbite Karmiąc się kluczami srebrnymi z wielkich dębów kościanych Pochód grozy, co wita do serc struchlałych Znaki wypala na czołach pocałunkiem I łopatą swą wspartą na pradawnym filarze Grabarz pradawny duszę zakopie Czarny oprawca co trucizny swe warzy w plugawych naczyniach A w mętnej wodzie składniki układają w gwiazd konstelacje I wonią oparów siarczystych ożywia umarłe ciała koszmary Zwą go mędrcem Wielki bies co rozkrwawia, W ludzkim ciele ukrywa I rozrywa prawd kotary
  8. JPK362

    Serce

    Kolejny raz serce krwawi Gdy widzi dusze ze sobą złączone Kolejny raz serce krwawi Gdy wewnątrz jest ciepła złaknione Kolejny raz serce krwawi Gdy w tle uśmiechy na twarzach Kolejny raz serce krwawi Gdy ujrzy swoje odbicie w odrazach Kolejny raz serce krwawi Gdy widzi szczęśliwe zakończenie Kolejny raz serce krwawi Gdy je krzyżują słowami boleśnie Kolejny raz serce krwawi Gdy rzucą cię w zapomnienie Aż serce przestało krwawić I puste zostało naczynie
  9. JPK362

    Upadek anioła

    Powiedziałaś mi kiedyś Że chcesz zobaczyć Upadek anioła.. Ustały fale, które przed chwilą przedzierały morza Słychać cichy rytm nucony jakby z głębi Powoli zanika wśród nowopowstałego krajobrazu Ledwo dostrzegalny powolny rozkwit róży Rosnącej na niestabilnym gruncie Czy można dostrzec jak więdnie? Tam rozstępują się strumienie życia Gdzie dawniej łączono węzły świadomości Rzeka wypływa w otwarte morze Kamienna, sędziwa twarz cyrulika Wśród zardzewiałych narzędzi pracy Kamienna, młoda twarz grabarza Ciało zdolne tworzyć nowe obrazy Wylewa z siebie, jak dzieci nowe kreacje Barwne dzieciątka bulgoczących westchnień Rześki wirtuoz pielęgnuje arcydzieło By z chwili jednej wykrzesać każdą iskrę A następnie dać ją ogniu pochłonąć Czar pryska, gdy zachodzi kurtyna Aktorzy kłaniają się publiczności I tylko samotność na scenie Wśród szkarłatnego zachodu na horyzoncie Wydobywają z siebie skowyt Którego nikt nie usłyszy Wołają o pomoc, wołają o pomstę Twarzą naprzeciw lustrzanemu odbiciu Uginając się pod powłoką Nikt nie ujrzy dantejskich scen Zstępują wśród czerwieni zachodu By nie ujrzeć świtu Chciałaś zobaczyć upadek anioła...
  10. JPK362

    Obskurny

    Moje narodzenie Chorągiew wytarta, zarzygana Szmata zabrana z łoża kopulacji Wyszarpana przez kruki Moja śmierć Gdy Gaja wydali ostatni fragment Mojej obskurnej powieści życia A ciało powędruje w ścieki Boje się tej chwili Gdy będę mieć czasu na tyle dużo Że usiądę w zadumie i zorientuje się Że nie istnieję
  11. JPK362

    Nihilizm

    Miliony twarzy Nie mogę Odnaleźć prawdziwej Kolejne paszcze Wgryzają w krtań Odbierają mowę Zagłuszają krzyk Krzyk! Normą jest krzyk Krzyczą organy Każda część mnie Każdy nos Każda powieka Porusza każdy włos Krzyczą idee Krzyczą normy A krzykiem chcą wbić Wejść w drgania równe Ze mną rezonansować Poruszać w mogile Mogiła! Normą jest mogiła Normą jest umrzeć Niebyt w przepaści Normą jest otchłań Paszcza bezdenna A słuch zaginie Dzieło przemijania Grobowe pędraki Rozkład pamięci Pamięć! Pamięć wybredna Pamięć losowa Rzuca kośćmi Wyryte nazwiska Pamięć liściasta Ulotna z wiatrem Ruszy z prochami Do atmosfery Gdzie spłonie Bez sensu Bezsens! Normą jest bezsens Bezsens narodzin Płaczów matczynych Bezsens śmierci Bezsens upadków Bezsens powstań Poświęceń, ćwiartowań Bezsens poezji Bezsens rymów Równych akapitów Słowa bez znaczeń Co nigdy nie padły Bezsens wykrzykników Krzyk nie znaczy nic Nic! Normą jest nic Nikt jest normą Twe imię to nikt I nie znaczy nic Nikt nie wie Nikt nie zna Nikt nie pamięta Przepaść przykrytego Czas zapomniał Czas zabił Nienarodzony Nieumarły Nigdy nie istniałeś!
  12. JPK362

    We śnie

    Jestem prorokiem co widzi A może jedynie patrzę przez szczelinę? Wgryzam się w skrzydła motyla Czy też motyl wgryza się w mą dłoń? Schodzę ze szczytów nagich gór Czy też one się w ziemię zapadają? Chwytam wiatry leśnych łąk Czy też wiatry mnie się chwytają? Spoglądam w odbicia jezior Czy też odbicia spoglądają we mnie? Płynę po morzu na statku pancernym A może to statek we mnie płynie? Rozkładam ręce na znak krzyża Czy też krzyże się we mnie stawiają? Spalam na stosie wrogów swych Czy też oni stos mój rozpalają? Strzelam prosto w serca przyjaciół Czy też każdy strzela w serce moje? Łapię dłoń delikatną jak jedwab A może ta ręka sama mnie złapała? Z wiosek porywam młode dziewice Czy też one się na mnie porywają? Po nocach morduje świętych rycerzy Czy też noc morduje ich za mnie? Czarnoksięską magią wołam upiory A może upiory z mego ciała wychodzą? Ja zawładnąłem snem Czy sen owładnął mnie?
  13. JPK362

    Cicha nienawiść

    Jestem tym co gardzi Odległy huragan klątw Tym co klnie na ciebie Z cicha, z odległości A ucho twe nie usłyszy Litanii które wołasz Gdy w mym umyśle giniesz I gdy wyciągam twe trzewia Długie jak pnąca winorośl A ich zapach odurza Jesteś mym impulsem gniewu Głos, widok, zapach, obecność I burzy się krew, ścina się białko I dać ujścia piekielnemu żarowi By spłynął mój gniew jak lawa A ty cała w ogniu zepsucia Tańczące twe ciało w językach Wszelkie wiatry emocji cichną Z wolna unosi się zapach zwęglenia Co wchłaniam, jak kadzidła woń Z chmur kłębiastych uplotę sznur Sięgnę po szyję, jak wampir złakniony I zagram, jak na złotej strunie liry Raduje cierpienie na twej twarzy Co jak zaraza smutków kiełkuje Ujrzeć jak zrodzą z tego plony Wypiekę podpłomyki ze zboża I spożyje ten chleb dla mnie święty Co chciałbym smakować każdego dnia I pić wodę ze źródeł twych łez Jesteśmy sobie nieznani Dwóch włóczęgów na świecie To nic osobistego Tylko zwykła, cicha nienawiść
  14. JPK362

    Magdalena

    Chleb uniesień trafia w me dłonie Dary spływają jak miodny nektar W głębie, gdzie dusza tryska Jak wieczne pragnienie, ekstazy dzban Radość jest w uderzeniu bata Krople smakują potem i śmiechem Niech niebiosa słyszą mój płacz Prawdziwe przemienne łzy Klęczę bez strachu i słowa W ślinie mej cuda się mienią Gdy biorę różaniec do ust I mielę grzesznym językiem Anielskie posągi bezwstydne Widzę jak patrzą łapczywie Pieszczę ich członki gotowe Kuszę boskością cielesną Delikatnie nadgryzam jabłko Okapując w pokusy poznania Ocieram się o szorstkie krawędzie Naga pełznę po drzewie krzyża Jak męczennik się na sznurach wieszam Gdy z boku mleko i krew wypływa Zapada grunt na górze moralnej I spadam niżej, w katakumby Wypuszczam ognistych słów stosy Razem z księgi lubieżnej stronami Czuję swąd trupa, co wielbię I do popiołów ciała składam ręce Recytując w transie opis przeżyć Modle się, więc spłonę w piekle