Ithiel

Użytkownicy
  • Zawartość

    389
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  1. Ithiel

    jesień

    Thomas Stearns Eliot w "Ziemi jałowej" wyrażał mniemanie, że najokrutniejszym miesiącem jest kwiecień, daleko mu przeto było do jesieni, w przedwiośniu upatrywał raczej klęski dla zamierzeń i ogólnej degrengolady emocjonalno-energetycznej. Czytam oto, że depresja "wraca", jeśli więc jest to stan cykliczny, podległy jak w "Chłopach" Reymonta prawom natury i kołowrotowi pór roku,, rzeczywiście więc wielce to godne obawy, gdy aura turbuje nie tylko fizykę, ale też psychikę. Minorowy nastrój podkreśla dodatkowo redundancja, że jesiennym czasem "nie chce się żyć" oraz "umiera się", po prostu empatyczne zespolenie człowieka z naturą, współumieranie. Dalej jednak napisane jest, że "jesień to trudny czas", co daje pewną nadzieję, iż nie wszystko jeszcze stracone, stan przejściowy, powróci spokój. RACHEL: No, nie trza się o mnie bać; nie przeziębi najgorszy mróz, jeśli kto ma zapach róż, owiną go w słomę zbóż, a na wiosnę go odwiążą i sam odkwitnie. POETA: To szczytnie.
  2. Jak mawiał Gajusz Petroniusz Arbiter Elegantiarum, "życie jest śmiechu warte, przeto się śmieję", ubolewać tylko trzeba, że niektórzy biorą poezję za dziedzinę nad wyraz nieżyciową i wpędzają się dobrowolnie w fałszywą egzaltację. RADCZYNI: Pańska praca: rzecz serio,a pan takim przekreśla ją gestem,tak ją wspomina niemile. DZIENNIKARZ: Rzeczy serio nie ma,wszystko jest prowizoryczne:przekonania, opinie, twierdzenia. RADCZYNI: Jednak Prawda? DZIENNIKARZ: Nawet Prawdy cienia!
  3. Czy kopie, nie sądzę, raczej edukuje. Z poezją jak z miłością, z początku wylatywanie nad poziomy i sny o potędze, potem już tylko pospolitość skrzeczy i tłoczy, zaś śpiewak niczym dla ludzi. Transformacja (drobno)ustrojowa, oswajanie samego siebie z pradawną prawdą o powszednieniu wszechrzeczy i doskonałej zastępowalności starego nowym. Świat i tak pójdzie swoją drogą, skąd zdumienie, dlaczego nie jesteś już w stanie zrównać z nim kroku, piejesz łabędzim łkaniem w złudnej nadziei dostrojenia się do rozstrzelonej kakofonii. Takie to wszystko rozwrzeszczane, rozmemłane i sobiepańskie, wciskasz się maniakalnie w tryby, by następnie zostać wyplutym jako wielokrotnie przeżuta papka dla zwykłych zjadaczy-głodomorów.
  4. Ithiel

    Rozwój Poezja Org.

    Oniryczność to bardzo wdzięczna sfera dla poetyckiej braci, ileż niepowtarzalnych możliwości przekształcenia rzeczywistości, jakże szeroka gama środków i wyrazów poetycznego ansamblu. "Granie miłe, spanie miłe, życie było zbyt zawiłe, miło snami uciec z życia, sen, muzyka, granie, bajka", ale uwaga, bo "I tak zwyciężców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci." Ostrożnie z ową pochopną prośbą Selene o wieczną młodość dla Endymiona. Szczerze mówiąc, dla mnie tło może być nawet fioletowe, byleby zmęczone oczy zdolne doczytać się treści utworów. Niech wystrzelają fajerwerki po dodaniu komentarza, a surmy grają podniosłe tony po każdym polubieniu, komu zależy na efektach, ten będzie uszczęśliwiony. Dla mnie przyjemnością jest wyrozumienie literatury, ekstazą zaś pewien niepowtarzalny moment, gdy moje wałęsające się po mglistym wrzosowisku myśli zejdą się raz z zamysłem autora. Forma bywa miłym dla oka powabem, podczas gdy wszystko drga i żyje naprawdę podskórnie, skorupa zimna i twarda, sucha i plugawa, ale wraz z nadejściem objawienia grzmi salwa ze wszystkich dział i dzieło skończone. Nieziemska satysfakcja, nieludzkie wrażenia.
  5. Ithiel

    Rozwój Poezja Org.

    Jeśli idzie o szatę graficzną strony, nie zamierzam się jej czepiać, bo w końcu treść jest czytelna i kto szuka, znajdzie. Również nie przesiaduję na forum długo, chociaż po raz pierwszy dołączyłem doń w 2005 roku. Nie ma dla mnie większego znaczenia, czy pojawi się jakieś tło albo czat, zwykle dziękuję autorowi za utwór, który mnie zainteresował, jest bowiem owocem jego pracy i starania, nie zaś przypadkową zbitką linijek z podskórnym wezwaniem: "czytajcie, bo to piękne". Staram się wówczas i z szacunku dla osoby, i dla czasu, jaki poświęciła w stworzenie poezji, sporządzić adekwatny komentarz, niczego nie pomijając, co w moim odczuciu jest istotne i ciekawe. Czy owe komentarze niosą z sobą ładunek edukacyjny, pomagają rozwijać warsztat, nie wiem, ale nie dążę do tego. Występuję tylko z pozycji obserwatora, który opisuje swoje wrażenia i stronię od poprawiania czegokolwiek, co nie pochodzi ode mnie. Mam przecież do czynienia z dziełem zastanym i gotowym, wtrącanie się więc z własnym zdaniem byłoby czymś karygodnym i godnym posądzenia o wartościowanie czyjejś twórczości przez pryzmat własnego widzimisię, dalekiego często od zamysłu autora. Ot, po prostu przyjemne i interesujące dryfowanie po "koralowych ostrowach burzanu" tutejszych twórców. Gdy coś zatrzyma i przemówi, odpowiadam. Sądzę, że to dobra wymiana.
  6. Ithiel

    Appendix

    Czarku, wierny mój czytelniku i Poeto niemalowany, ewentualny dalszy ciąg pojawi się dopiero po trzynastym października, wtedy wówczas do rzeczonego spotkania dojdzie. Jego wynik zaś przesądzi, czy znajdę w sobie siłę, aby cokolwiek jeszcze napisać w tym temacie, czy przyjdzie mi ostatecznie porzucić owe literackie zabawy i pogrążyć się w bezpłodnym i czczym rozpamiętywaniu własnego idiotyzmu, trącającego o kunszt Dostojewskiego. Dziękuję Ci za uprzejme życzenia, gdyby jeszcze ich realizacja była tylko w mojej mocy, wówczas z pewnością ponownie sięgnąłbym po pióro tudzież uszykował palce nad odpowiednimi klawiszami. Zamyślam natomiast nad inną rozrywką prozatorską, mianowicie opisem moich dziejów wcześniejszych, z zamierzchłych czasów nauki w liceum, kiedy również pełno było straconych zachodów miłości, ognia i dobywania twierdz niemożebnych. Cóż mogę powiedzieć, porywami serca stoi moje życie od momentu, kiedy zaczął sypać mi się zarost i odstawiłem wreszcie przytulne mleko matki, kiedy zacząłem zgłębiać ową wiedzę tajemną, której na imię kobieta. Nie wykluczam, że zamiast dalszego ciągu pojawi się wkrótce zupełnie nowa jakość, zapraszać Cię już teraz do lektury byłoby jednak z mojej strony nietaktem i brakiem szacunku, który wobec Ciebie jest wielki. Mogę Cię więc tylko, Poeto, prosić o cierpliwość jako nie-poeta, gdy wszystko się wyjaśni, ponownie zmrocznieje mi przed oczyma i trzeźwość podda właściwy ton. Pozdrawiam.
  7. Ithiel

    Appendix

    Droga Księżniczko Burgunda, otóż dla mnie jest chyba tylko owa "inna ewentualność". Dziękuję wszystkim za miłe słowa.
  8. Puszka Pandory Zeus straft die Menschheit mit Büchse der Pandora, Aber Herakles Kraft entfesselt den Titanen. Cytat pochodzi z piosenki zespołu heavymetalowego „Therion” o tytule „Feuer Overture”. Lubiłem ją, bo ładnie łączy ze sobą dwa mity: ten o Prometeuszu, który skradł bogom ogień i podarował go ludziom oraz ten o innym darze dla ludzkości, puszce z wszelkim złem, dostarczonej człowiekowi przez Pandorę, „wszechdar”. Gdybym więc chciał podążać za treścią całej historii, w momencie otwierania listu od Ciebie musiałbym wcielić się w Epimeteusza, brata Prometeusza, symbolizującego głupotę, naiwność i pochopne zaufanie komuś, kto pragnie tylko oszukiwać. W świetle przebiegu naszego ostatniego spotkania i tego wszystkiego, co po nim odczuwałem, jest to dla mnie nad wyraz kusząca inkorporacja. Co jednak do mnie napisałaś, zmusza mnie w pewnym stopniu do zastanowienia się i nie szafowania porównaniami, na co nie mam zresztą najmniejszej ochoty. Powiem Ci, że na niewiele w ogóle ją mam. Jak napisałem Ci poprzednio, zdecydowałem się odczytać Twoje pismo, gdy z powodu choroby odczuję w najwyższym stopniu marność egzystencji i fizyczny wstręt do własnego, ułomnego ciała, które hojnie obdarowuje mnie cierpieniem. Dziś już jestem niemal zdrów, mimo to myśli mam wciąż zmącone, miotające się chaotycznie po aksonach i dendrytach, bez żadnego ładunku sensu i zrozumienia. Co więcej, apatycznej bezmyślności towarzyszy także zupełna niemoc fizyczna. Nie nawiedza mnie Herakles, zdolny oswobodzić przykutego do Kaukazu tytana, przeto mitręga krwawiąca z wyszarpywanej wątroby trwa nadal, a sęp pojawia się z punktualnością szwajcarskiego zegarka. Wraz z postępami lektury Twojego listu zmieniały się moje barwy. Jaskrawa ciekawość zaczęła ustępować miejsca stonowanemu niedowierzaniu i domyślaniu się postępu, by w końcu zupełnie zmatowieć w nudę. Kolor wziął również w objęcia dźwięk. Rozwrzeszczana polifonia rzeczy wielkich i doniosłych została dość szybko przytłumiona przez niepokojące drganie, by przejść następnie w ospałe piano banału. Rozpisałaś się niepodobnie do siebie, nie Twoim było też wszędobylskie rozemocjonowanie, na którym stoi w swojej pełni ten list. Gdyby nie był zaadresowany do mnie i nie zwracałabyś się w nim do mnie po imieniu, gotów byłbym pomyśleć, że kto inny jest jego prawdziwym recypientem. Ktoś, kto jest dla Ciebie ważny, bliski, kochany. Może istotnie w trakcie pisania zatraciłaś kontakt z rzeczywistością, nigdy bym Cię bowiem nie podejrzewał o takie pokłady empatii i autokrytyki, których wcześniej miałem tylko przedsmak. Jest taki zabieg retoryczny rodem ze starożytności, nazywa się „captatio benevolentiae”, czyli dosłownie „łapanie dobrej woli”. Po prostu mówca stara się skłonić krnąbrne i nieuważne ucho publiczności, żeby zechciała posłuchać łaskawie jego gadaniny, stosując przy tym szereg zabiegów, sprowadzających się zwykle do bezczelnego podlizywania się tłumowi. Nie sądzę, żebyś próbowała mnie w ten sposób „skaptować”, mimo to postało w mojej głowie takie skojarzenie. Uderzyło mnie natomiast Twoje infantylne w gruncie rzeczy niezrozumienie tego, co stało się podczas naszego ostatniego spotkania. Dość powiedzieć, że nawet w liście, zza którego jesteś zupełnie bezpieczna, niewystawiona na ponaglający widok mojej poważnej twarzy i przymus odpowiadania od razu, nie zdobyłaś się wreszcie na wyjawienie mi, kim naprawdę dla Ciebie jestem. Przez resztę dnia i połowę nocy, które strawiłem na siedzeniu przy stole z kartami od Ciebie w ręku i wodzeniu wzrokiem po literach, dopóki nie zatarł się nareszcie ich kształt, rezonowało mi uporczywie w umyśle jedno i to samo pytanie: „Czego ty właściwie ode mnie chcesz, kobieto?” Na pewno nie tego, czego chciałem od Ciebie ja. Następne spotkanie, piszesz, tym razem u mnie. Prosisz o termin, bez względu na porę, jesteś mi je winna. Jeden z niewielu momentów, kiedy uśmiechnąłem się krzywo. Założyłaś, że tylko twarzą w twarz dotrze do mnie objawienie. Teraz? A dlaczego nie wtedy, kiedy pytałem? Bycie sprowadzonym do pozycji pętaka, którego słowa można puszczać mimo uszu jest krzywdzące, nie uważasz? Miałbym Ci oto z werwą i ochotą napisać, że oczywiście, przyjeżdżaj jak najszybciej, nie mogę się doczekać. Nic się nie stało. Nie masz pojęcia, jak strasznie boję się tego spotkania. Po raz pierwszy myśli zobaczenia Cię nie towarzyszy nieziemska radość i szczęście, lecz dojmująca obawa. Nie boję się Ciebie, ale samego siebie, tego że nie wytrzymam i gdy tylko Cię ujrzę, wezmę zaraz w ramiona, obsypię pocałunkami i ponownie nic nie zostanie wyjaśnione, wszystko natomiast rozmyje się w rozkoszach i przyjemnościach, zakończonych jak dawniej w łóżku. Ile można być takim psem łańcuchowym? Zaskoczyłaś mnie czymś jeszcze. Napisałaś bowiem, żebym z Ciebie nie rezygnował (kiedyś już to czytałem), nie niszczył naszej dziesięcioletniej znajomości, która była dla Ciebie najpiękniejszym okresem w życiu (z przerwami) i że nic się pomiędzy nami nie kończy, lecz dopiero zaczyna. Hm, czy jest coś, o czym nie wiem? Spóźniony prezent na moje urodziny? Eee, niemożliwe, w tych sprawach byłaś zawsze o wiele bardziej zachowawcza i uważna ode mnie, ale kto wie. Wiesz, że nie lubię nagłych zwrotów akcji, poza tym nie napawa mnie optymizmem myśl, że takie coś mogłoby Cię skłonić do diametralnej zmiany podejścia. Choć..., cóż, jak się pokazało, nie znam Cię prawie w ogóle, powinienem się spodziewać wszystkiego. Bardzo Ci się spieszy, Twój pośpiech zaś zaczyna udzielać się także mnie. Przeczytałem w życiu tyle książek, poznałem tyle systemów filozoficznych i wysłuchałem tylu ludzi, o których miałem święte przekonanie, że wiedzą, jak żyć, mimo to wciąż jestem jednakowo głupi i nawet te lata, jakie upłynęły z Tobą w myślach i na sercu, nie dały mi ani trochę doświadczenia i rozeznania. Jeśli nadeszła już pora, żeby dorosnąć, przestać pisać o, lecz przeżywać i wziąć na barki sklepienie niebieskie, na którym nie widać gwiazd, jestem gotowy, jak zawsze. Terminu Ci jednak nie podam, bo go nie znam. Znasz go tylko Ty.
  9. Ithiel

    kobieta do mężczyzny

    Ciekawi swoim okrucieństwem, kobiecością i brakiem zaufania. Zanim przejdę do właściwego komentarza, chciałbym pokrótce przedstawić własny pogląd na temat tego, jaką miłość mógłbym uznać za tę prawdziwą. Być może zdoła wytłumaczyć nieco to, co napiszę dalej. Otóż dla mnie o prawdziwości tego uczucia świadczy jedno proste, a zarazem doniosłe życzenie jednego z partnerów, zawierające się w słowach: "Chciałbym/chciałabym umrzeć pierwszy/a, żeby nie musieć dalej żyć bez ciebie." Waga tych słów tkwi w całkowitej niesprawdzalności przez zmarłego, czy rzeczywiście ukochana osoba będzie go dalej kochać po śmierci i pozostanie wierna tej miłości, stąd chodzi o szczególne zaufanie, które przezwycięża śmierć. Za przykład mógłbym podać moją matkę, która po nagłej śmierci ojca nie związała się już z nigdy z żadnym mężczyzną, mimo niespełna trzydziestu lat, chociaż życzliwi doradcy na wyścigi wymądrzali się o tym, jaką to niepraktyczną i nieżyciową jest taka postawa. Za to miałem dla niej zawsze wielki szacunek, jestem bowiem pewien, że każdego nowego partnera traktowałbym z marszu jako przybłędę i marną imitację ojca, którego nota bene nie znałem, bo zginął, gdy miałem zaledwie dwa lata. Mam przeto pewne wątpliwości co do zasadności postawionych przez Ciebie w utworze pytań. Czy rzeczywiście przedmiotem troski jest tutaj miłość i jej wyrażanie w postaci kochania? Uroda, gracja, piękno zewnętrzne oraz ich naturalne ustępowanie z wiekiem, choć obdarzanie ich uwagą jest typowo ludzką przywarą, to chyba nie powinny być ostatecznym kryterium miłowania. Stąd podobne pytania są w moim odczuciu okrutne i wyrządzają krzywdę, z którą miłości nie po drodze, jeśli punkt ciężkości znajduje się zupełnie gdzie indziej. Świadczą również o zupełnym wyzuciu z zaufania, po co bowiem przejmować się i kultywować do przesady coś, czego i tak kiedyś zbraknie? Ważne, jak sądzę, żeby nie uznać tego braku za zło albo konsekwencję własnego zaniedbania, ale za pewnik poza jakimkolwiek wpływem własnym i go zaakceptować. Natomiast gdy zapytany/a także potrafi go zaakceptować, nie trzeba w ogóle pytać. Wspomniałem jeszcze o kobiecości. Nie chciałbym tu wyjść na jakiegoś szowinistę, który powiela wygodne i całkowicie idiotyczne stereotypy, sformułowane niegdyś w żałosny frazes: "słaba płeć". Nie dość, że uogólnienie, na domiar złego uogólnienie wartościujące. Pisząc o kobiecości Twojego utworu, miałem na myśli pryncypia, jakimi wedle mojej ułomnej i wciąż, zwłaszcza w świetle niedawnych wydarzeń, niedostatecznej wiedzy o naturze owej zadziwiającej istoty, wiedzy tajemnej, jaką jest kobieta, powodowana jest ona w kontakcie w przedstawicielem płci przeciwnej. Wymieniłaś je w treści pytań i dlaczego są nimi właśnie te, nie wiem, Z drugiej strony nie mam pojęcia, jak brzmiałyby owe pytania, gdyby padały z ust mężczyzny. O mężczyznach też widocznie niewiele wiem, mimo że sam nim już od kilku dekad jestem. Wielką pociechę przynosi mi końcówka. "Mnie?" No właśnie. Nie to, jak wyglądam, jak się poruszam, jaką mam barwę głosu i szerokość uśmiechu, ale mnie całą, pełną, tu i teraz, zarazem poza miejscem i czasem. Oto konieczny ratunek, gwarancja miłości trwałej wbrew ułomnościom starości i na przekór śmierci. Jest to dla mnie najważniejszy sens płynący z lektury tego utworu, kochanie osoby, a nie tworzących ją atrybutów, miłość do istoty, nie do zmiany. Dziękuję.
  10. Nie winię Cię za spłycanie całego zagadnienia, gdyż masz doń pełne prawo, skoro wszystkie owe "tragedie sercowe", jak je dość w moim odczuciu melodramatycznie nazywasz, masz już za sobą, odrzucone jako zbędny balast, albo zakopany w ziemi talent, którym niczego już się nie opłaci. Utrafiłeś za to, zupełnie bezwiednie, w punkt z dawaniem szansy, nie z losem jednak jest tutaj sprawa, lecz z treścią tegoż listu, który z premedytacją byłem przedwczoraj otworzyłem. O tym też będę pisał w dodatku do powyższego tekstu, który zamieszczę zapewne na dniach, pisząc z przyczyn zawodowych wieczorami. Istotnie, dla zewnętrznego obserwatora temat może stanowić zaiste pożałowania godny spektakl, w którym dojrzały mężczyzna, "w kwiecie wieku", jak to się mawia, rozpacza i miota się z powodu nieszczęsnej miłości i kobiety. Sam zresztą nigdy bym nie przypuszczał, mając znowu te dwadzieścia czy nawet trzydzieści lat, że oto złamię się takim przejęciem, sam bym wybuchnął śmiechem i zerwał z sobą samym znajomość. Typowo ludzkie myślenie kategoriami, nie zważając na Einsteinowską względność czasu, którą chętnie przenoszę poza fizykę do życia.Bardzo trudno jest zrezygnować z tak długotrwałej miłości, zażyłości i nieomal nawyku pewnego myślenia i czucia o drugiej osobie. Dlatego tak "gładko" przeszedłem do porządku dziennego nad rozstaniem z owymi dwoma wspomnianymi w tekście kobietami, ponieważ nie stały się integralnym elementem mojej codzienności, jak ta jedyna i wieczna. Co więcej, to wszystko, co przeczytałeś w tych dwóch częściach, jest zaledwie zbiorem wyimków, pojedynczymi ziarnkami piasku zabranymi z plaży niby suwenir. Reszty nikomu z pewnością nie chciałoby się czytać, ja zaś nie mógłbym dać gwarancji, że ją kiedykolwiek opiszę, byłoby to bowiem pozbawione sensu. Wspomniałeś także o losie, który jakoby daje ową szansę. Zgadzam się z Tobą, gdyż tak kardynalne i święte uczucie, jak miłość, o którym Erich Fromm może sobie bajdurzyć, co mu podszeptuje jego psychologiczne wykształcenie, nie jest w żadnym razie wypracowywane, poszukiwane z wypiekami na twarzy albo, co gorsza, wymuszane kłamstwem czy podstępem, lecz staje się zupełnie akcydentalnie, by potem móc się swobodnie dziać. Nazwij ów przypadek losem, mniejsza, terminologia nie ma znaczenia. Bardzo mnie denerwuje, gdy ludzie żyją ze sobą, widzą się codziennie, rozmawiają, śmieją się i płaczą, by potem na skutek jakiejś bzdury rozstać się, twierdząc przy tym z całą pewnością, że to nie była miłość. Co zatem? Nieustanne zauroczenie, zaślepienie? Jestem sceptyczny. Streszczając się, nie mam najmniejszej ochoty na poznawanie nowych światów, jakkolwiek pięknych i bogatych, nie zdołałbym się także ustrzec porównań, krzywdzących dla nowej znajomości. Może się starzeję, co byłoby racjonalnym działaniem wedle równania głoszącego, że wraz z przyrostem liczby lat zwiększa się zarazem poziom obojętności na sprawy, które kiedyś spędzały sen z powiek. Natomiast niewątpliwym symptomem bliskości trumny jest już na pewno paplanie andronów bez ładu i składu, dlatego zamilknę jak grób. Dziękuję Ci za towarzystwo.
  11. Ithiel

    Do Ciebie

    W takim razie po co ją spisywać, zamiast odmówić w cichości serca? Przepraszam za te pytania, ale mam szczególny stosunek do owych "emocjonalnych" wierszy. Uważam, że większość powstała niepotrzebnie, lepiej bowiem czuć, kochać, żałować, gniewać się albo cieszyć, niekoniecznie zaś o tym pisać. Chyba że ktoś twórczo przekształca swoje odczucia, wówczas chętnie, ale to już światło odbite.
  12. Ithiel

    literówka

    Zręczny aforyzm.
  13. Ithiel

    Do Ciebie

    To jaki jest ten prawdziwy?
  14. Ithiel

    Znowu przez chwilę

    Interesujący utwór, pełen tego wszystkiego, co stanowi o wartości poezji: animizacje (słońce grające koncert), aliteracje (trubadur trącał), pleonazmy (mała chwila), porównania ("jak ciastko oczy świat zjdają), dysonans (przyznać - gwizdać), oksymoron (drobny hałas). Ciekawy jest również układ, każda strofa stanowi zamkniętą całość, mimo to widać wyraźnie zależność od siebie wszystkich trzech. Sytuacja liryczna powoduje na chwilę przemianę w chłopca, by zaraz powrócić do poprzedniego stanu dorosłości. Nie ma tu miejsca na neutralność, wszystko jest nacechowane emocjonalnie, włącznie z opisem przyrody, która żyje naprawdę. Przypomina mi poniekąd "Stepy akermańskie" Mickiewicza, a to ze względu na pesymistyczny wydźwięk, wskazanie na szczegół i życzeniową retrospektywność, dla której nie ma miejsca i czasu, dopóki kto ma rozum i zachowuje pamięć. Przyjemna lektura.
  15. Ithiel

    Do Ciebie

    Istnieje pewna niewielka grupa utworów poetyckich, w których zapis graficzny w formie wersów oraz podział na strofy są jak najbardziej pozorne, ponieważ czytanie ich w jakimkolwiek bądź porządku daje zrozumiały sens. Jak powyżej. Czy jest jakiś logiczny układ poszczególnych strof, mam wątpliwości. Czytam po raz n-ty i nie jestem w stanie dostrzec ciągłości. Podoba mi się natomiast wtrącone na początku "proszę", wydatnie osłabia następujące dalej rozkazy, inaczej nie można by nazwać wiersza modlitwą. Podobny zabieg zastosowano w przypisywanych św. Ambrożemu "Hymnach". Co mogę powiedzieć o treści, niestety, niewiele. Za księdzem Chmielowskim "koń, jaki jest, każdy widzi". Prostota i bezpośredniość przekazu są niewątpliwie atutami wiersza i gdybym był Bogiem, z pewnością niechętnie przyjmowałbym bogatą ornamentykę i gąszcz metafor.