Skocz do zawartości

Pavlokox

Użytkownicy
  • Zawartość

    58
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

5 Neutral

Ostatnio na profilu byli

Blok z ostatnio odwiedzającymi jest wyłączony i nie jest wyświetlany innym użytkownikom.

  1. UWAGA: Wydarzenia przedstawione w poniższym utworze są całkowicie fikcyjne. Poniższy utwór dotyczy problematyki zaburzeń społecznych, wynikających m.in. z silnego stresu i przepracowania. Temat jest poważny, jednak treść należy traktować z przymrużeniem oka. Fragmenty mogą być zarówno bardzo drastyczne jak i humorystyczne. Utwór podzielony jest na części: I - wypadek podmiotu lirycznego (syna) na rowerze II - pijacka awantura i śmierć ojca III - retrospekcje na temat alkoholizmu i zboczeń ojca IV - wyjaśnienie zaburzeń ojca (traktować jako genezę, a nie usprawiedliwienie) Wydarzyło się to w latach dziewięćdziesiątych Po tym jak uświadczyłem urodzin dziesiątych. W prezencie licznik rowerowy otrzymałem. Mogłem więc sprawdzać z jaką prędkością jeździłem. Wybrałem się zatem do pobliskiego parku. Rzecz jasna, wziąłem rower stojący na ganku. Rodzice szli wolno, a ja naprzód gnałem. Kilka chwil później wypadek spowodowałem. Do parku wchodziło się szerokim tunelem. Jadąc z górki, prosto w niego się rozpędziłem. Licznik wskazywał aż dwadzieścia na godzinę, Lecz w mojej nieuwadze łatwiej znaleźć winę. Nagle, tuż przede mną, ujrzałem matkę z dzieckiem, Które biegło wprost na mnie ze swym małym pieskiem. W ostatniej chwili odbiłem kierownicą w bok, Odbiłem się od ściany i upadłem w rynsztok. Natychmiast przybiegła do mnie zmartwiona mama. Płakałem na widok rozbitego kolana. Rower leżał obok ze zrzuconym łańcuchem. Dzieciak z pieskiem patrzył na mnie z dziwnym uśmiechem. Ojciec podniósł rower i wyprostował koło. Parę elementów licznika się zgubiło. Matka oznajmiła, że wraca po apteczkę. Wraz z ojcem odwiedziłem pobliską knajpeczkę. Ojciec zamówił setkę wódki i dwa piwa. Wypił je czym prędzej, zanim matka wróciła. Wiem, że bardzo nie lubił takich sytuacji. Kiedy się zdarzały – poddawał się libacji. Mama w różne sposoby go uspokajała: Na przykład cicho w kuchni dupy mu dawała. Mama po powrocie kolano odkaziła Oraz by wrócić do domu, nas zachęciła. Ojciec na tyłach wolno powłóczył nogami. Zazwyczaj kończyło się to awanturami. Podczas mej Pierwszej Komunii też był pijany. Zamiast psalmów nucił szanty – tak najebany. Po przyjęciu przeze mnie tegoż sakramentu, Wyjebał się na zol, szukając firmamentu. Podczas przyjęcia spał na łóżku z wielkim guzem. Potem szalał i ściągnął zastawę z obrusem. Wstyd naszej rodzinie zrobił też na kolędzie. Ksiądz się modlił, a flaszki walały się wszędzie. W domu, gdy mama kolano opatrywała, Wtem postać ojca do łazienki wparowała. Odepchnął matkę, która do wanny upadła I zdjął z siebie pas, upuszczając nieco sadła. „Jak tylko go uderzysz, to pakuj manatki!” – Krzyknęła matka, gdy ojciec ściągał mi majtki. Gdy się ich pozbył, przez taboret mnie przerzucił. Jedną ręką mnie lał, a drugą matkę dusił. Pas bił na przemian w jeden i drugi pośladek. Z każdym sieknięciem czułem, jak puchnie mi zadek. Matka wyrwała się, a ojciec zaczął krzyczeć: „Czy wy każdo wycieczka musicie zniweczyć? Jak mosz na mnie sapać, to sap, ino nie w doma.” Po czym sam wyszedł i wsiadł do starego opla. Po drodze rozbił telewizor panasonic. Kineskop pękł, a telewizja to mój konik. Przez balkon, natomiast, wyleciał mój rowerek. W konsekwencji czekał na niego napraw szereg. Pijak odjechał i potrącił dwójkę dzieci. Przyjechał policjant, gdy wyrzucałem śmieci. Po rozjechaniu bajtli rozbił się o drzewo. Potem auto od razu w płomieniach stanęło. Prędkościomierz zatrzymał się na stu czterdziestu. Ojca znaleziono w kawałkach kilkunastu. Wyjąłem ze spodni piżamy stertę kocy. Nie musiałem się bać, że znów zgwałci mnie w nocy. Nazywał to wtedy zabawą w rurę-parówę. Gdy skończył, dawał mi dychę. Zebrałem stówę. Pomimo faktu, że ból nie był bardzo silny, Przeszkadzał mi w zaśnięciu zapach wazeliny. Z ostrożnością się przez jakiś czas podmywałem, Bowiem zdarzało się, że trochę podkrwawiałem, Lecz mama nigdy się o tym nie dowiedziała. Wiele ważniejszych problemów rozwiązywała. Zazwyczaj wchodził we mnie tylko na minutę. Raz wysunął się czym prędzej, gdyż wyczuł kupę. Zdzielił mnie w twarz i kazał wysrać się na dywan. Nim zdążyłem się podetrzeć już kontynuował. Czasem jak nabitego na pal mnie podnosił. By wymyślił inną zabawę, żech go prosił. Czasem wystarczyło uchylić rąb piżamy. Pociągali go i mali chłopcy i damy. Na mą koleżankę zrobiła mu się chrapka. Matka musiała w kuchni nadstawić mu zadka. Pewnej nocy sprzeciwiłem mu się nieśmiało. Spuścił mi wtedy kablem lanie jakich mało. Mama również nie raz od niego oberwała. Raz, gdy się dowiedział, że orgazm udawała. Ja nie umiałem jeszcze orgazmu udawać, Choć powiedział mi, że powinienem się starać. Nie sprawiał mi przyjemności masaż prostaty, Wykonany przez kuśkę pijanego taty. Umieszczał obok nas kamerę na statywie. Później przegrywał taśmy na magnetowidzie. Musiał wtedy na mamę bardzo uważać. Kasety planował zagranicą sprzedawać. Martwiłem się, że będą kurzyć się latami. Skremowaliśmy je razem z jego szczątkami. Jedną zachowałem następnym generacjom. W końcu służyć mogłaby czyimś masturbacjom. Po latach do „Full HD” je przeskalowałem. O formacie panoramicznym pamiętałem. Ciąłem „cztery na trzy” do „szesnaście na dziewięć”. Chciałem uniknąć przekłamujących rozciągnięć. Obraz stał się bardzo wyraźny i czytelny. Z tym urywkiem dzieciństwa robiłem się senny. Ojciec z zawodu był projektantem technicznym, Dlatego zapewne uległ kryzysom licznym. Jego praca była niezwykle stresująca. Do tego doszła jeszcze komputeryzacja. Bardzo źle koniec lat dziewięćdziesiątych znosił. O pomoc przed ekranem wszystkich wokół prosił. Jego szef był bardzo małym i złym człowiekiem. Przez niego ojciec krzyczał schlany, że jest nikim. Dzielił z gnojem pokój na każdej delegacji, Które miały miejsce jeszcze w Czechosłowacji. Szef zasypywał go zbędnymi pytaniami Oraz niepotrzebnymi w projektach zmianami. Gdy raz mój ojciec postanowił się sprzeciwić, Przełożony nie był w stanie się nadziwić. Konus zezłościł się i ojca spoliczkował. Groził mu sądem, jak dalej będzie pyskował. Nie płacił mu ani grosza za nadgodziny I nie widział w swej polityce żadnej winy. Odreagował na nas to upokorzenie. Krzyczał, że zrobi nam zaraz w domu drugą Czeczenię. Stało się raz tak, że cały projekt spierdolił. Wtedy właśnie pierwszy raz pił i mi przysolił. Mało powietrza dmuchało w jakimś obiekcie I kilka sprzątaczek zasłabło w toalecie. Nie mogliśmy pojechać na wczasy pod gruszą. Siedział w pracy po nocach na temblaku z duszą. Zapłacił karę. Nie mogłem jechać na ferie. W furii, w dużym pokoju, zerwał boazerię. W rzeczywistości nigdy nie chciał tak pracować. Zmuszano go, by swe marzenia pozostawiać. Rzucił więc pasje i zainteresowania. Sprostane zostały dziadków oczekiwania. Dlaczego zatem mój ojciec pracy nie zmienił? Nie było to możliwe – wszystkiego się boił. Wyciągnąć z tego wnioski trzeba oczywiście. Czym się to skończyło – sami przeczytaliście. Na szczęście takowe doświadczenia analne Nie wpłynęły na moje życie seksualne. Lubiłem, jednakże przylać pasem dziewczynie. Zrobiłem to nawet przy zaręczynach w Rzymie I właśnie dzięki posługiwaniu się pasem, Zwany byłem najprawdziwszym łóżkowym asem. Jeśli kiedyś będę musiał iść do więzienia, Będę przygotowany na akt przecwelenia. Co powinno się z tej lektury zapamiętać? Patrz na drogę – nie licznik – jeśli chcesz zapieprzać.
  2. Pavlokox

    Achtung!

    W szkole cieszyłem się zachowaniem wzorowym. Byłem dzieckiem naprawdę bardzo ułożonym. Lubiłem jednakże bawić się petardami, Choć podobno groziło to w nocy sikami. Pewnego dnia odbył się odpust parafialny, Połączony z pogańskim paleniem marzanny. Nasz farosz był po prostu bardzo liberalny Oraz rozgrzeszał nawet stosunek analny. Najprawdopodobniej sam takowy uprawiał Oraz sobie samemu się z tego spowiadał. Głównym moim celem było kupno achtungów, Zazwyczaj sprzedawanych przez jakichś cyganów. Michal, który wyglądał na nieco starszego, Zakupił za dychę achtunga czerwonego. Planowaliśmy schować go do mąki w paczce Oraz zdetonowac na polu w starej taczce. W drodze do sklepu spotkaliśmy jednak Stasia - - Chłopaka z porażeniem. Dręczyła go klasa. Stasiowi można bylo niemal wszystko kazać, A on w ogóle nie zamierzał protestować. Michał polecił mu iść z nami na pole, A także zajadać po drodze z paczki mąkę. Sam natomiast pobiegł do domu do piwnicy I pomimo narastającej szybko hicy, Wrócił czym prędzej wraz z pudełkiem tekturowym, Jak się okazało, gwoździami wypełnionym. Michał włożył achtunga do tego pudełka. Następnie, obiecując Stasiowi cukierka, Kazał stać obok, by zobaczyć, co się stanie Zacząłem przeczuwać, że dostaniemy lanie. Podpaliliśmy lont. Daleko uciekliśmy. Żadnego huku jednak nie usłyszeliśmy. Staś stał wciąż obok paczki z achtungiem posłusznie Oraz bąki puszczał ochoczo i radośnie. Nie satysfakcjonował nas ten rozwój wydarzeń. Nic jednak nie miało się obejść bez oparzeń. Michał podniósł paczkę i gdy chciał lont wygrzebać, Stała się rzecz straszna i zacząłem uciekać. Achtung eksplodował, rozrywając pudełko Gwoździe podziurawiły Michała jak sitko. Chłopak przewrócił się nieprzytomny na ziemię, Po tym jak przemieścił się cztery kroki chwiejnie. Gwoździe wbiły się w policzki i gałki oczne Wiele z nich wstrzeliło się też w klatkę i krocze. Jedna z jego dłoni zwisała poszarpana. Jego krzyk poraził mnie niczym dobra zmiana. Michał wylądował w szpitalu w ciężkim stanie, A ja byłem już pewien, że czeka mnie lanie. Michał przeszedł bardzo poważną operację. Niemal dojechał na ostatnią w życiu stację. Chłop reanimowany w operacji toku, Prawdopodobnie nie miał już odzyskać wzroku. Gwoździe wyciągano przez godzin kilkanaście. Lekarz usunął też jądra, mówiąc: "No właśnie!" Staś nie odniósł obrażeń, tylko się wystraszył. Gdy ucieklem, niedoszłego oprawcę gasił. We wszystkich kierunkach trzęsły się moje portki. Ojciec przyniósł z piwnicy plastikowe worki. W końcu wyciągnął stary kabel od żelazka. Rzucił mnie na podłogę, tam gdzie była płaska. Potem zaczął tłuc mnie kablem po całym ciele. Krwiaków i blizn pozostało mi bardzo wiele. Dostawałem na oślep po głowie i nerkach. Wybił ze mnie myśli o wszelkich fajerwerkach. Kiedy rozebrałem się przed WF-em w szatni, Zyskałem szacunek pośród chłopięcej matni. Zwany byłem jak z "Kamieni na szaniec" Rudy, Natomiast Michał zyskał pseudonim Strzałowy. Nigdy już jednak nie ujrzał ze szkoły chłopców, A aspirowali do miana narodowców. Liberalny farosz za nimi nie przepadał I do jednego z nich złośliwie się przystawiał. Każdego po kolei do zakrystii zaciągał. Robił to z czego tylko sobie się spowiadał. Michał pozniej też jego ofiarą został. Wniebowzięty farosz sam siebiego chłostał Podejrzałem farosza przez okna plebanii, Otoczonego zmartwionymi gosposiami. Po nagu zmywały krew ze ścian i podłogi. Przedziwne, że nie wyrosły mu jeszcze rogi. Historię tą możnaby ciągnąć w nieskończoność, Lecz w końcu straciłbym ze zmysłami znajomość. Fajerwerki są wynalazkiem bardzo niebezpiecznym Ale nie, jak w przypadku farosza - odwiecznym.
  3. Pavlokox

    Liczniki

    Wydarzyło się to w latach dziewięćdziesiątych Po tym jak uświadczyłem urodzin dziesiątych. W prezencie licznik rowerowy otrzymałem. Mogłem więc sprawdzać z jaką prędkością jeździłem. Wybrałem się zatem do pobliskiego parku. Rzecz jasna, wziąłem rower stojący na ganku. Rodzice szli wolno, a ja naprzód gnałem. Kilka chwil później wypadek spowodowałem. Do parku wchodziło się szerokim tunelem. Jadąc z górki, prosto w niego się rozpędziłem. Licznik wskazywał aż dwadzieścia na godzinę, Lecz w mojej nieuwadze łatwiej znaleźć winę. Nagle, tuż przede mną, ujrzałem matkę z dzieckiem, Które biegło wprost na mnie ze swym małym pieskiem. W ostatniej chwili odbiłem kierownicą w bok, Odbiłem się od ściany i upadłem w rynsztok. Natychmiast przybiegła do mnie zmartwiona mama. Płakałem na widok rozbitego kolana. Rower leżał obok ze zrzuconym łańcuchem. Dzieciak z pieskiem patrzył na mnie z dziwnym uśmiechem. Ojciec podniósł rower i wyprostował koło. Parę elementów licznika się zgubiło. Matka oznajmiła, że wraca po apteczkę. Wraz z ojcem odwiedziłem pobliską knajpeczkę. Ojciec zamówił setkę wódki i dwa piwa. Wypił je czym prędzej, zanim matka wróciła. Wiem, że bardzo nie lubił takich sytuacji. Kiedy się zdarzały – poddawał się libacji. Mama po powrocie kolano odkaziła Oraz by wrócić do domu, nas zachęciła. Ojciec na tyłach wolno powłóczył nogami. Zazwyczaj kończyło się to awanturami. W domu, gdy mama kolano opatrywała, Wtem postać ojca do łazienki wparowała. Odepchnął matkę, która do wanny upadła I zdjął z siebie pas, upuszczając nieco sadła. Zerwał ze mnie majtki, przez taboret przerzucił. Jedną ręką mnie lał, a drugą matkę dusił. W końcu wyrwała się, a ojciec zaczął krzyczeć: „Czy wy każdo wycieczka musicie zniweczyć? Jak mosz na mnie sapać, to sap, ino nie w doma.” Po czym sam wyszedł i wsiadł do starego opla. Po drodze rozbił telewizor panasonic. Kineskop pękł, a telewizja to mój konik. Pijak odjechał i potrącił dwójkę dzieci. Przyjechał policjant, gdy wyrzucałem śmieci. Po rozjechaniu bajtli rozbił się o drzewo. Potem auto od razu w płomieniach stanęło. Prędkościomierz zatrzymał się na stu czterdziestu. Ojca znaleziono w kawałkach kilkunastu. Co powinno się z tej lektury zapamiętać? Patrz na drogę – nie licznik – jeśli chcesz zapieprzać.
  4. Pavlokox

    Wychodek

    Świetnie to podsumowałeś. Napisałem już wiele takich historyjek. W każdej jest ziarno prawdy. Jak widać, tutaj u góry jest nawet czas i miejsce akcji. Moi rodzice, po maturze, naprawdę przeżyli taką akcję na obozie, aczkolwiek sprawcą nie był żaden ich rówieśnik.
  5. Pavlokox

    Wychodek

    Gdańsk-Brzeźno, 1975 r. Zdarzyło się to, kiedy miałem lat trzynaście, Natomiast mój przyjaciel Tomek miał czternaście. Rodzice wysłali nas razem na kolonie. Mieliśmy ten sam pokój w dużym pawilonie. W połowie wyjazdu przyjechał turnus dziewczyn. Specjalnie więc pozbywaliśmy się pajęczyn. Po wspólnym plażowaniu Tomek stał się dziwny. Wydawał się być zupełnie rozkojarzony, A raz w środku nocy, kiedy się obudziłem, Rytmiczne stuki i sapanie usłyszałem. W blasku księżyca ruszała się jego kołdra, Zupełnie jakby tuż pod nią skakała kobra. Drażniło mnie to, ale musiałem wytrzymać. Niewdzięcznie byłoby z mojej strony narzekać, Skoro rodzice ten wyjazd ufundowali. Gorsze sytuacje z pewnością wytrzymali. Parę dni później odbyło się grillowanie. Miała być dyskoteka i wspólne śpiewanie. Krótko po obiedzie gdzieś zgubiłem Tomka. Nie mogąc go znaleźć poszedłem do wychodka. Były tam cztery ustępy ze wspólnym szambem. Przepuściłem w kolejce parę dziewczyn przodem. Dziewczyny wychodziły z wychodków zmieszane. Wydawały się być czymś zaniepokojone. Jedna powiedziała, że coś jest pod deskami. A to coś miało później śnić mi się latami. Poprosiły mnie bym sprawdził, czy coś jest w środku. Niechętnie wszedłem i zamknąłem się w wychodku. Z początku przez dłuższą chwilę nasłuchiwałem, A potem całkiem normalnie się wysikałem. Wtedy właśnie usłyszałem jak coś się rusza. Przestraszyła się wtedy bardzo moja dusza. Czym prędzej nawiedzony kibel opuściłem I, że musiał wleźć tam dzik, wszystkim oznajmiłem. Dziewczyny poleciały po starszych chłopaków. Po chwili zjawiła się gromada pędraków. Dwóch z nich, w rękawicach, zaczęło ściągać deski. Ukazał się jakiś chłopak w stroju niebieskim! Krótką chwilę chłopaki się z nim szamotali, Aż w końcu siłą go znad szamba wyciągnęli. Intruzem okazał się być mój kumpel Tomek! By podglądać, uczynił se z wychodka domek. Dziewczyny z piskiem rozbiegły się przestraszone. Oczy Tomka wydawały się zaskoczone. Umazany gównami, z siusiakiem na wierzchu, Trząsł się zapłakany w świetle wczesnego zmierzchu. Część chłopaków na ziemi boki zrywało, A kilku innych z obrzydzeniem się patrzyło. Po chwili przybiegł do nas kierownik obozu I nakazał Tomkowi umycie się w morzu. Pan wychowawca przez chwilę nad czymś główkował. Poszedł oraz do rodziców telefonował. Gdy Tomek wrócił, rzeczy miał już spakowane. Jego bezsilne oczy zwróciły się do mnie: „Co ja mam zrobić?! Pomóż! Pójdę do wariatów!” I poszedł, nie uniknął też elektrowstrząsów. Psychiatrzy zalecili chemiczną kastrację. Obserwowano nieustanną masturbację. Mój kontakt z Tomaszem naturalnie się urwał. Nikt z tym chłopakiem stosunków nie utrzymywał. Czasem na osiedlu widzieć się go zdarzyło, Acz zawsze, któreś z rodziców towarzyszyło. W krótkim czasie stał się zarośnięty i gruby. Nadal interesowały go tylko dupy. W końcu doszło do gwałtu brutalnego I Tomek trafił do zakładu zamkniętego. Nie raz byłem jeszcze uczestnikiem kolonii. Ciekawy zatem będzie finał tej historii. To, czy czyn Tomka był naprawdę obrzydliwy, Zdaje się być jedynie kwestią perspektywy…
  6. Pavlokox

    Kulig

    W dawnych czasach, gdy zimy były śnieżne jeszcze, A w drodze do szkoły miotały nami dreszcze, Miałem z kolegami różnorakie pomysły. Jazda kuligiem rozpalała moje zmysły. Było to chyba moje największe marzenie, Aż w końcu przyszła szansa na jego spełnienie. W mej okolicy zakończono remont torów. Oczyszczono trasę z dziur, a także i z drągów. Napadało naprawdę bardzo dużo śniegu. Większość kierowców ruszała z drugiego biegu. Tory pokryła równomierna warstwa puchu. Na myśl o kuligu już cieszyłem się w duchu. Planowałem za pomocą sznura od sanek, Zahaczyć tramwaj, gdy obsługuje przystanek, A następnie wsiąść na sanki wraz z kumplem Sławkiem Oraz zacząć jechać za tramwajem ukradkiem. Po lekcjach szybko pobiegliśmy po me sanki, A potem rozważaliśmy różne przystanki. W końcu przyszliśmy na pewien blisko zajezdni. Był też blisko kościoła, wsiadali tam wierni. Poczekaliśmy aż przyjedzie pierwszy tramwaj. Wysiadły zakonnice oraz jakiś mazgaj. Szybko sanki za tramwajem zaczepiliśmy I zanim pojazd ruszył na nich usiedliśmy. Maszyna zaczęła się powoli rozpędzać, A my w radości i frajdzie rękoma wierzgać. Chwilę później do zajezdni się zbliżyliśmy. Jeszcze przez jeden moment głośno się śmialiśmy, Aż nagle tramwaj do zajezdni zaczął skręcać. Nasze sanki zaczęły się wtedy przechylać. Ściągało nas prosto na tor naprzeciwległy. Rzuciłem okiem tam, skąd tory na wprost biegły I ujrzałem tramwaj pędzący z naprzeciwka! Moja reakcja musiała być bardzo szybka. Puściłem Sławka i na ziemię zeskoczyłem. Parę sekund później straszliwą rzecz ujrzałem. Tramwaj z głośnym piskiem roztrzaskał sanki stare. Dotarło do mnie wtedy, że poniosę karę. Sławek leżał nieruchomo w pobliżu torów. Usłyszałem krzyki zmartwionych pasażerów. Podbiegłem do Sławka na równi z tramwajarzem. Cudem chłopak nie odniósł poważnych obrażeń. Był jednak ogólnie dość mocno potłuczony I całym tym wypadkiem bardzo wystraszony. Wnet zjawiła się milicja oraz ambulans. Ciekawe, czy w gazecie będzie o nas niuans. Niechętnie podałem milicji swe namiar. Wiedziałem, że czekają mnie solidne szmary. Milicjant odwiózł mnie swoim radiowozem. Ojciec nie odezwał się do mnie ani słowem. Rozmowa mnie czekała – acz z pasem i kablem. Taka odbywała się jednostronnym tonem. Ojciec kazał mi ściągnąć spodnie oraz majtki. Zamiast tego wolałem, jak grał ze mną w statki. Położyłem się na fotelu i wypiąłem. Ojciec zaczął mnie lać pasem wodą zwilżonym. Wpierw pośladki niezmiernie piekły i szczypały. Później, nim zasnąłem, przyjemnie pulsowały. Nazajutrz, obolały, zeznania składałem. Z mym kumplem Sławkiem w szpitalu się spotkałem. Zwierzyłem mu się z bicia jakie otrzymałem, Że po tym wszystkim cielesnych uciech szukałem. Czekała nas za katastrofę jeszcze grzywna, Choć wszystkiemu winna źle ustawiona szyna!” Dlatego tramwaj skręcił nagle na zajezdnię. Czekało nas w tej sprawie długie dochodzenie. Jaki więc będzie tejże opowieści morał? Uważaj co robisz, żebyś się nie zaorał.
  7. Pavlokox

    Awaria dźwigu

    W moim gimnazjum często dokuczano innym I to zazwyczaj dzieciom kompletnie niewinnym. Czułem się bezsilny wobec tego zjawiska Zawsze, gdy dręczyła mnie któraś morda świńska. W którymś momencie postanowiłem zadziałać Oraz jednego z moich oprawców ukarać. Zbliżał się wkrótce sprawdzian z języka polskiego. Postanowiłem, że ukradnę zeszyt jego. Kumpla Mateusza do tego namówiłem, Albowiem sam po prostu zbytnio się wahałem. Mateuszowi całkiem się pomysł spodobał. Jego tamten oprawca też czasem maglował. Gdzie ukryć ten zeszyt się zastanawialiśmy. Przeszło cały tydzień nad tym główkowaliśmy. Po zdobyciu zeszytu do bloku poszliśmy. Oraz wspólny nikczemny plan wykonaliśmy. Wpierw, na jednym z pięter przywołaliśmy windę Spotkałem w tym czasie sąsiadkę – starą pindę. Następnie sprowadziliśmy dźwig piętro niżej. Mateusz przysunął się do drzwi jak najbliżej. Zaczepił wcześniej smyczą zamek blokujący I otworzył drzwi. Ukazał się szyb ziejący. Następnie, na dach windy zeszyt rzuciliśmy Że ktoś go kiedyś znajdzie się obawialiśmy. Mateusz postanowił zabrać go z powrotem. I pozostawić go po prostu gdzieś pod płotem. Nie mógł sięgnąć, więc na dach windy zeskoczył. Przez krótką chwilę jeszcze się ze mną podroczył, A później niespodziewanie winda ruszyła. Z Mateuszem na dachu wte wewte jeździła. Pobiegłem piętro niżej i windę wezwałem. Następnie u góry do szybu się schyliłem. Zacząłem na piętro wyciągać Mateusza I wtem zorientowałem się, że winda rusza! Spróbowałem wepchnąć kumpla na dach z powrotem Nie zrobiłem tego wystarczającym tempem. Konstrukcja windy zatrzymała się na rękach, Zawahała się i zostawiła je w strzępach. Mateusz jechał do góry okaleczony. A ja pozostałem na piętrze przerażony. Fala jego wrzasków gdzieś z góry docierała. Obok mnie para jego rąk we krwi leżała. Na jednej wciąż tykał komunijny zegarek. Jak teraz będzie głaskany jego owczarek? Ogarnąłem się i po pomoc zadzwoniłem. Po chwili na głośny szloch się również zebrałem. Pół godziny później ujrzałem światła w szybie. Oznaczało to, że pomoc już szybko idzie. Wyciągano Mateusza na innym piętrze. Nadal jednak u góry ziało szybu wnętrze. Jakiś nieszczęsny człowiek spadł na windę z góry I ciężkie lania miały zastać nasze skóry. Winda znów ruszyła. Teraz przecięła nogi. Kadłubkiem zatem został mój Mateusz drogi! Przez miesiąc kartka z „awarią dźwigu” widniała. A na mnie poważna konsekwencja czekała. Sądzono mnie. Kradzież i kalectwo dwóch osób. Czy, by uniknąć kary, istniał jakiś sposób? Moi rodzice byli całkiem załamani. Co dzień skórzanym pasem po tyłku mnie lali. Mateusz był jednakże w gorszej sytuacji, Odkąd to doświadczył poczwórnej amputacji. Czy nasza przyjaźń wytrzyma kolejne lata? Pomimo wszystko, byłaby to duża strata. Jedno jest pewne i taka też kolej rzeczy. Niedobrze, jeśli kradniesz, a to kumpel beczy.
  8. Pavlokox

    Wyższy X: Globus

    Zawsze znalazł się obok jakiś wyższy chłopak, Przez którego zachowywałem się na opak. Ku przypomnieniu: pierwszy znieważył mnie w szatni I wygrał starcie w płomiennej rywalizacji. Poniosłem wtedy za pożar odpowiedzialność I miesiącami odczuwałem własną marność. Zemściłem się dopiero na kuligu szkolnym: Gdy Wyższy złamał nogi, poczułem się wolnym. Trafiłem do szkoły, gdzie był oddział specjalny. Tam, wielokrotnie przez kolegów podpuszczany, Zbiłem sznurem innego chłopaka wyższego I na moją nie korzyść upośledzonego. Trafiłem z powrotem do mej szkoły pierwotnej I zacząłem od nędznej przygody sromotnej: Inny wyższy kondony w łazience rozwiesił, Jakiś gówniarz mnie jako kapusia polecił, Pobity i srogo znieważony zostałem Oraz zemścić się natychmiast postanowiłem. Uderzyłem więc Wyższego cegłą prosto w łeb I do poprawczaka wysłał mnie kurator-zjeb. Tam dopiero wydarzyła się rzecz straszliwa: Popchnąłem dziewczynę, wciągnęła ją maszyna. Oskalpowana cała jej głowa została. Odkaziłem metanolem. Oślepła cała. Podjęto decyzję, by do wojska mnie wysłać. Tamże, moim głównym zadaniem było sprzątać. Raz nie dopilnowałem od filtra pokrywy. Dupą przyssany zginął kapral nieszczęśliwy. Po wszystkim kazano mnie natychmiast rozstrzelać. Ocknąłem się na lekcji, by mnie opierdzielać. Wszystko od kuligu okazało się mym snem. Musiałem jednak wciąż mierzyć się z Wyższego złem. Pobiłem się z nim podczas obozu szkolnego I wepchnąłem go do ogniska gorącego. Musiałem zacząć na jego rentę zarabiać Nie chciałem jednakże ze szkoły rezygnować. Pracowałem więc na kolei jako strażnik, Zachowałem się jednak gorzej niż bezbożnik. Pewien chuligan miał zmywać napis zrobiony, Przywiązałem go. Potem ruszyły wagony. Gość został kaleką, a mnie wylali z pracy. Musiałem coś znaleźć, bym nie był jak żebracy. Uznano, że skoro lubię tak majsterkować, Powinienem pracy w magazynie spróbować. Niestety, przepisy BHP zaniechałem I ponownie do wypadku doprowadziłem. Wózek widłowy spadł na mojego kompana I czekała mnie znowu sytuacji zmiana. Póki co jednakże do szkoły powróciłem Ochoczo nowy semestr realizowałem. Pojawił się nowy belfer od geografii I momentalnie zgotował nam rządy mafii. Profesor pochodził ze Związku Radzieckiego. Lecz kimże był Radziecki i dorobek jego? Trzeba było poznać kontynenty i państwa Obowiązkowo dla szkolnego społeczeństwa. Każdy miał wypożyczyć zabytkowy globus. Nauczyć się i przynieść. Tak kazał szajbus. Każdy uczeń musiał uklęknąć przed globusem I właściwe miejsca wskazywać szybkim ruchem. Tym którzy się nauczyli dawał lemoniadę, A tym którzy niezbyt, fundował kijem lanie. Zadając pytania różne triki stosował: Trzeba było wskazać Alpy, kiedy jodłował, Związek Radziecki, kiedy wódki se polewał, Niemcy lub Polskę z przyszłości, kiedy hajlował, Natomiast Tajlandię, kiedy się masturbował. Czyżby nasz pan profesor był obieżyświatem? Może uciekał w podróż przed kobiety brakiem? Takoż przynajmniej starsze roczniki mówiły. Że globus jest bardzo cenny, głosy chodziły. Krok po kroku więc do domu globus taszczyłem. Los jednak sprawił, że go w końcu upuściłem. Przecznicę od domu Wyższy zza winkla wyrósł. Nie chciał, bym globus w całości do domu doniósł. Podstawił mi nogę. Poleciałem jak długi. Dostrzegłem, że z globusa zrobił się wnet drugi. Naprawdę jednak, rozbił się na dwie połowy. Wymiar uszkodzeń był bardzo nietuzinkowy. Spomiędzy półkul sterczała lampa i kable. Pomyślałem o Wyższym. Niech on idzie w diable! W domu obkleiłem globus taśmą klejącą I sprawdziłem trzy razy żarówkę świecącą. Minął tydzień i przyszedł czas na mą odpowiedź. Profesor ujrzał szkody nim zacząłem spowiedź. Miałem nadzieję sytuację uratować I spróbowałem wtyczkę z gniazdkiem skontaktować, Lecz globus nie zaświecił się. Ciemny dym buchnął. Belfer zaskrzeczał i kilka razy chuchnął. Następnie zaczął gryźć swoje przydługie palce Wrzeszczał, że w tym wszystkim palce maczały malce. Potem opuścił klasę ciężko oddychając I trafił do szpitala podejrzenia mając. Dyrekcja zarzuciła mi zniszczenie mienia. Miałem też zarzut uszczerbków spowodowania. Wieczorem byłem w pracy dość rozkojarzony. Muszą powstać kolejne tej historii tomy. Pomagałem dziewczynie obok prasowalni. Poganiali mnie czym prędzej majstrzy nachalni. Nieopatrznie wcisnąłem przycisk „Start” za wcześnie I skończyło się to dla dziewczyny boleśnie. Maszyna, wraz z płótnem, wciągnęła jejże rękę. Za plecami usłyszałem głośną udrękę. Prasowalnia dziewczynie rękę połykała Oraz na przemian miażdżyła i gotowała. Wybiegłem przerażony, wciskając przycisk „Stop”. Odruchowo wziąłem do ręki ścierkę i mop. Już uwolniona stała z postrzępioną ręką. Mimo bąbli z pary, minę miała zawziętą. Otrzymałem wiadomość w najbliższe święto. Że na jakichś czas od pracy mnie odsunięto.
  9. Pavlokox

    Błędy młodości

    Każdy z nas popełnił w młodości jakieś błędy: Zranił bliskiego; zamiast tu, poszedł tamtędy. Ja z kolei, gdy przechodziłem przez czas buntu, Wpadłem w złe towarzystwo, aż poniżej gruntu. Była to młodzież bardzo chamska i zadziorna. Czy winić za to rodziców? To kwestia sporna. Niemniej jednak w czasie kilkunastu miesięcy Byłem świadkiem rozbojów – każdy był prosięcy. Tylko raz mój udział był poniekąd aktywny. Poniosłem za to karę – usłyszałem: „Winny!”. Nie zależy mi, by moje imię wybielić. Postanowiłem się tą nauczką podzielić. Raz banda, wrzuciła petardę do kaplicy, Po czym usiadła na ławce z flaszką Soplicy. Wtem podeszła do nas kobieta z chorą córką. Spytała, czy możemy pomóc jej ze zbiórką. Herszt splunął na bruk. Zaczął córkę parodiować: „A może by tak w cyrku dziecko wypróbować?” Jak nam nie wstyd, spytała nieszczęsna kobieta. „A może pani przydałaby się mineta?” Guru naszej bandy nie dawał za wygraną. Biedaczka wyglądała na zrezygnowaną. „Kiedyś była młodzież…” – rzuciła na odchodne, Chowając worek dany na monety drobne. Wstyd mi jest niezwykle, kiedy o tym wspominam, A dziś jeszcze bardziej, gdy tę kobietę mijam. Chwyciłem butelkę. Rzuciłem ją przed siebie. Pamiętam tenże widok. Flaszka się kolebie Oraz z impetem tłucze się na główce dziecka I plami się czerwienią krwi jej matki kiecka. Łatwo się domyślić – zwialiśmy, gdzie pieprz rośnie. Akcja ta nie skończy się dla mnie radośnie. Jeszcze tego dnia, do drzwi pan sołtys zapukał. Gdyby nie znachor, całkowicie by nas spłukał. Na szczęście mężczyzna uratował dziewczynkę, A groziło jej zamienienie się w roślinkę. Uznano jednak, że czyn, nie ujdzie mi płazem. Wyprowadzono mnie w kajdankach, raz za razem. Na drugi dzień w remizie, odbył się mój proces. Wiedziałem, że poniosę karę za ten eksces, Nie przypuszczałem, że będzie ona tak ciężka, Acz krzywda, jaką zadałem, mogła być wielka. Nie powiedziano mi, jaką otrzymam karę. Miałem przyjść na rynek i przeprosić ofiarę. Tak też uczyniłem na drugi dzień publicznie. Moje przeprosiny zostały wnet przyjęte. Myślałem, że to już koniec upokorzenia. Wtem dostrzegłem porozumiewawcze skinienia. Nagle zaszła mnie od tyłu para strażników. W ułamek sekundy, z pomocą kilku ruchów, Moje ręce unieruchomione zostały. Stalowe kajdanki moim wysiłkom sprostały. Szybko łzy zaczęły mi się cisnąć do oczu. Poczułem również miękkie rozluźnienie w kroczu. Przyprowadzono mnie do drewnianego słupa. Nie miała w całości wyjść z tego moja pupa, Albo plecy, bowiem ściągnięto mi koszulę. Nikt mi nie pomógł, choć widziano jak się kulę. „Początkowo planowaliśmy ci wlać pasem, Acz skoro jesteś już rosły i mówisz basem, Lepiej będzie, jak oberwiesz skórzanym batem. Sześćdziesiąt i po krzyku. Stolarz będzie katem. Poleje się, co prawda, z ciebie krew, co nie lada, Lecz dziecku mogła się stać znacznie większa krzywda.” Osiłek wziął pejcz, nim zdążyłem się odezwać. Zacząłem rozpaczliwie krzyczeć oraz wierzgać. Nikt jednak nie zważał na moje przerażenie. Stolarz popisowo zaczął batem trzaskanie, Aż w końcu z wielką siłą w plecy mi wymierzył. Ból był niewiarygodny, jak tylko uderzył. Szybko brakło mi tchu i cierpiałem w milczeniu. Można było się przysłuchać tylko kwiczeniu. Głośny świst towarzyszył każdemu ciosowi. Nie ma opcji, by sprostać takiemu bólowi. Mięśnie mych rąk i nóg w spazmach podrygiwały W czasie, gdy sznury skórę pleców przecinały. Matka chorej córki patrzyła z satysfakcją. Sama córka zaskoczyła jednak swą akcją: Choć na początku patrzyła z zaciekawieniem, W końcu z płaczem nie wahała się przed bronieniem. Bardziej jednak liczył się tłum wiwatujący I nie zamierzał przestawać kat chłostający. Moi rodzice to wszystko aprobowali I ucięli pogawędkę z dygnitarzami. Pobłogosławił mnie ksiądz z grupą ministrantów. Pijany tłum zaintonował któryś z szantów. Czułem się jak niewolnik na białych okręcie, Który nawalił pracując przy jakimś sprzęcie. W końcu, gdy już prawie że straciłem przytomność, Chemik ocucił mnie octem. Przywrócił godność. Przez mgłę ujrzałem sprzątaczkę z gotowym mopem. Musiałem zabrudzić kostkę silnym krwotokiem. Baba ścierała na bruku krew rozmazaną. W przypływie fantazji ujrzałem ją chłostaną. Było już dawno po wszystkim, byłem już w domu. Czy to na pewno koniec? Czy coś wiszę komu? Położono mnie na ganku na prześcieradle. Związano nogi i ręce, choby dziwadle I przemywano starannie rany nalewką. Darłem się głośno, choć naturę miałem krewką. Zamiast sześćdziesiąt, dostałem ze sto dwadzieścia, Bo nieomal doprowadziłem do nieszczęścia. Przez miesiąc cierpiałem i leżałem na brzuchu. Zrobiły mi się odleżyny od bezruchu. Pod siebie na prześcieradło się załatwiałem. Że aż tak źle to się skończy nie przypuszczałem. Brat i ojciec trzymali mnie przy jego zmianie. Cały mój organizm odczuł to ciężkie lanie. Każdy ruch wiązał się z przeszywającym bólem. Mogłem nie słuchać kumpli. Byłem nędznym tchórzem. Kompani ani razu mnie nie odwiedzili. W końcu i tak wszyscy do więzienia trafili. Ciężka chłosta ocaliła mnie przed więzieniem. Dzięki chłoście po czasie na ludzi wyszedłem. Do końca życia zostały mi blizny grube, A próbując je zliczyć straciłbym rachubę. Nowy Rok – nowy zwyczaj: łamię czwartą ścianę. Zwracam się do Was i liczę na lepszą zmianę: Podzielcie się w komentarzach swymi błędami. Nie muszą wcale być krwawymi historiami. Wiem dobrze: napiszecie, że błędem była lektura Tego wiersza słabego, niczym jak tektura…
  10. Ohma wraz z rodziną już szła na owy rynek. Niestety nie słyszeli tych dziada nowinek. Gdy przyszli na rynek, nie wyglądał jak zawsze. (chłosta biczowanie ciekawe co ciekawsze) Wszędzie tam roiło się aż od zakonników. (i biczowników biczowników biczowników) Poustawiane też były różniste sprzęty. A nieopodal każdego z nich stał kat krępy. W oknie ratusza stał brat Zewediach – wielebny. Ludzie oczekiwali na czyn wręcz chwalebny. „Tutajta będziemy wołać alfabetycznie!” – Zawołał brat Zewediach zupełnie logicznie. Jednakże najpierw cały rynek ogarnięto. Lud zbiegł z całego sioła jakby było święto. Wzrok Ohmy przykuwały stanowiska katów. Dziad wołał: „W Pręgierzankach nie szczędzono batów.” „Abramowski!!!” – rozległo się wokół na rynku. „Niech bólem zapłaci za grzech złego uczynku!” – Rzekł wielebny i chwycono chłopa na środku. „Pięćdziesiąt! Niech ryczy jak krowa na postronku!” I ryczał bowiem, a rodzina Ohmy bała. Matka płakała a babina była biała. Po karze odepchnięto chłopa, opatrzono. „Ohmo! Ja nie chcę by i mnie tak oćwiczono!” I na szczęście nie każdego wywoływano, Ale i tak sporo Chłoszczowian ukarano. „Konopniccy!!!" – zawołał wielebny o zmroku. Kaci w oczekiwaniu stanęli w rozkroku. Nikt się nie zgłaszał więc sprawdzono zaraz adres. (tak czy siak teraz w widły inkwizycji wpadłeś) Owa rodzina mieszkała obok ratusza. (nieskończonych męczarni doświadczy twa dusza) Wyważono drzwi i wszyscy to zobaczyli. W sieni wszyscy ogromnie się z czegoś cieszyli. Leżał tam związany chłop i czarna dziewczyna. Dawała męki, rozkosze na oczach syna. „Dzieci, wy takie młodziutkie, nie patrzcie na nich!” „Na stos z nią! A temu chłopu sto batów! Brać ich! Wpierw kaci pochwycili tę czarną dziewczynę. „Nie palcie jej żywcem przy tym małym chłopczynie!” – Krzyczała jakaś wielce przejęta kobieta. A katów czekała jeszcze większa uciecha. Ku ich wielkiej radości dziewczyna ryczała. Każdy bowiem czuł swąd jej palonego ciała. Późnym wieczorem kaci zmęczyli się pracą. Nie byli usatysfakcjonowani płacą. Majster zakonny przygotował smagownicę. (teraz niech ona obsługuje biczownice) Najtwardszy z katów chwycił korbę aby karać. Wirującymi rzemieniami łatwiej smagać. Wszyscy na rynku byli już bardzo zmęczeni. Od godzin niczego do spożycia nie mieli. „Wasza Wielebność! My chcemy inaczej karać! Bo Wielebność każe jeno smagać i smagać…” – Żalil się Zewediachowi jeden z tych katów. W ręku miał jeden ze zużytych już dość batów. „No. Dobrze. Używajcie całego osprzętu. Lecz jeno niekiedy rozżarzonego prętu.” „I tak to Wielebność decyduje o karze…” (c)2009 ciąg dalszy o walce Ohmy z Inkwizycją może kiedyś nastąpi
  11. Pavlokox

    Średniowiecze. Epizod I

    Dziwne rzeczy działy się wiele wieków temu. Czyniono zło oddając to niby cześć Jemu. Świat był przepełniony grozą również w Chłoszczowie (Skromna mieścina obok Wdy) – każdy Ci powie. A rządzona była przez księcia Joachima. Łaskawy on – kogo kto tak nie sądzi ni ma. Kiedyś Joachima opluł pewien stary dziad. Książe na to rzekł do katów: „Tylko jeden bat!” Raz wczesną wiosną, książe oświadczył nowinę: „Inkwizycja przybędzie tu już za godzinę! Na czas wizyty rządzić będzie brat Zewediach. Pamiętajta! Surowy łon - przed nim głowy w piach!” „A cóż to za Inkwizycja?” – pytały baby. (tak zrewidowany będziesz człowieku słaby) Ależ szybko niepokój ogarnął Chłoszczowo. Mieszkańcy wszyscy sprzątali izby nerwowo. O zmierzchu przybył długi korowód w kapturach. Chłoszczowianie niepewnie stanęli przy murach. Książe ukłonił się przed bratem Zewediachem, A on natomiast, wraz ze swym błyszczącym pasem, Bladą dłonią ujął dłoń księcia Joachima. Żaden człowiek tutejszy nie pił dzisiaj wina. Wszyscy trzeźwo przeczuwali przyszły ból i strach. Mniej niż Inkwizycja straszy dzisiaj giełdy krach. Korowód w kapturach udał się do katedry. Zwisające baty przypominały zebry. Rzecznik księcia odesłał mieszkańców do domów. Inkwizycja wysoka – odwrotnością gnomów. Noc spokojnie minęła mieszkańcom Chłoszczowa. Gdy przygotowywana była księcia mowa, Jeden sługa ujrzał pręgi na plecach jego. Joachim skłamał, że to od łóżka twardego. „Będziecie mieli gości.” – rzekł książe do ludu. „Zadali se, podróżując tu, wiele trudu. Ugośćcie zakonnika wraz z animatorem. Pamiętajcie lecz: Inkwizycja jest nad tronem.” Po obiedzie mieszkańcy już oczekiwali. (przy tej inkwizycji jesteście tacy mali) Puk! Puk! „Kto tam?” „Inkwizycja, młoda dziewico!” (pamiętasz jak strasznie ostatnio dziadka bito) – - Taka myśl natychmiast przeszła przez Ohmy głowę. Jej maleńki braciszek schował się pod kołdrę. „Już otwieram!” – zawołała Ohma niepewnie. Spodziewała się, że od razu będzie gniewnie. Otworzyła. Wkroczyły dwie mroczne postacie. Jeden brat rzekł: „Przytulnie tu jak w wiejskiej chacie!” Po chwili z piętra zeszli inni domownicy: Matka, babka, ojciec, dziad – byli wojownicy. Na łożu przy piecu spała chora babina, Zasłużona wielce u księcia Joachima. „Cóż nam powiecie dzieci drogie o swym życiu?” Na szczęście na razie nie było nic o biciu. „No cóż…, pracujemy i zbieramy pieniążki.” „Czyżby to, waćpan, na czyjeś ślubne obrączki?” „Syn mój będzie kupował jak wróci z wędrówki. Ohma też poszukuje swej drugiej połówki.” Cały czas ojciec gadał z bratem z Inkwizycji. Cisza. „Mój braciszek waży już sporo uncji!” „Powiadasz? To będzie niczym brat Zewediach zdrów!” Wkrótce brat rzekł: „Módlmy się o dobro naszych dusz!” I klękli wszyscy z wyjątkiem starej babiny. Niestety nie znano wtedy jeszcze morfiny. „A dlaczego nie klęczy jeszcze stara dama? Oby na jej plecach nie zagościła szrama!” „Nasza babcia jest bardzo chora, ma gorączkę.” „Lepiej mieć wysoką gorączkę niż bolączkę! A poza tym modlitwa babinę uzdrowi…” Po tym głosu nie zabrakło tylko dziadowi. „Bóg jest miłosierny, więc uzdrowi ją i tak.” „A tyś jest bluźniercą i dostaniesz za to bat!” Wszyscy pomodlili się jednak bez kobity. Nikt najbliższej nocy nie został jednak zbity. Co najwyżej z karczmy wyszedł człowiek podpity. Nazajutrz był piątek, a był to Wielki Piątek. Joachim wyszedł do ludzi, spojrzał na świątek. „Dzisiaj wszyscy mieszkańcy pójdą do spowiedzi. Nakazano udzielać szczerych odpowiedzi.” Podczas, gdy Chłoszczowianie byli spowiadani. Inkwizytorzy wszystko wnikle notowali. Do trzeciej Chłoszczowianów już wyspowiadano. (dawno w chłoszczowie pospólstwa nie biczowano) „Już po spowiedzi? Chodźmy, bo przemoczysz buty!” „Dobrze. W ogóle nie dostałem ni pokuty!” Książe Joachim rzekł: „Dziś o szóstej jest apel. Każdy z mieszkańców musi stawić się na apel.” Pod wieczór zaś babina nagle wyzdrowiała I już nie była ani trochę osowiała. (będzie chłosta i chłosta i chłosta i chłosta) „A cóż ty jesteś, babino, taka radosna?” „A bo i tera choroba ze mnie wylazła. Spowiadała się i pokuty nie dostała!” „Pućmy już póki świateł nie pali karbowy.” (zakujemy was wszystkich w żelazne okowy) Na rynku, tuż przed szóstą, wszyscy się zbierali. „Nie!!! Oni w Pręgierzankach wszystkich biczowali! Nie idźcie tam! Uciekajta!!!” – ryczał jakiś dziad. Nie wszyscy zrozumieli, a już złapał go kat… (c)2008 ciąg dalszy nastąpił
  12. Pavlokox

    Wyższy IX: Niższy

    mój Kategorie Menu en pl PROFIL O autorze Przyjaciele (0) Zablokowani (0) Wydarzenia (0) Forum (0) Książki (0) Poezja (35) Proza (0) Fotografia (0) Grafika (0) Wideo wiersz (0) Pocztówka poetycka (0) Dziennik (0) Handmade (0) 16 października 2017 Wyższy IX: Niższy Zawsze znalazł się obok jakiś wyższy chłopak, Przez którego zachowywałem się na opak. Ku przypomnieniu: pierwszy znieważył mnie w szatni I wygrał starcie w płomiennej rywalizacji. Poniosłem wtedy za pożar odpowiedzialność I miesiącami odczuwałem własną marność. Zemściłem się dopiero na kuligu szkolnym: Gdy Wyższy złamał nogi, poczułem się wolnym. Trafiłem do szkoły, gdzie był oddział specjalny. Tam, wielokrotnie przez kolegów podpuszczany, Zbiłem sznurem innego chłopaka wyższego I na moją nie korzyść upośledzonego. Trafiłem z powrotem do mej szkoły pierwotnej I zacząłem od nędznej przygody sromotnej: Inny wyższy kondony w łazience rozwiesił, Jakiś gówniarz mnie jako kapusia polecił, Pobity i srogo znieważony zostałem Oraz zemścić się natychmiast postanowiłem. Uderzyłem więc Wyższego cegłą prosto w łeb I do poprawczaka wysłał mnie kurator-zjeb. Tam dopiero wydarzyła się rzecz straszliwa: Popchnąłem dziewczynę, wciągnęła ją maszyna. Oskalpowana cała jej głowa została. Odkaziłem metanolem. Oślepła cała. Podjęto decyzję, by do wojska mnie wysłać. Tamże, moim głównym zadaniem było sprzątać. Raz nie dopilnowałem od filtra pokrywy. Dupą przyssany zginął kapral nieszczęśliwy. Po wszystkim kazano mnie natychmiast rozstrzelać. Ocknąłem się na lekcji, by mnie opierdzielać. Wszystko od kuligu okazało się mym snem. Musiałem jednak wciąż mierzyć się z Wyższego złem. Pobiłem się z nim podczas obozu szkolnego I wepchnąłem go do ogniska gorącego. Musiałem zacząć na jego rentę zarabiać Nie chciałem jednakże ze szkoły rezygnować. Pracowałem więc na kolei jako strażnik, Zachowałem się jednak gorzej niż bezbożnik. Pewien chuligan miał zmywać napis zrobiony, Przywiązałem go. Potem ruszyły wagony. Gość został kaleką, a mnie wylali z pracy. Musiałem coś znaleźć, bym nie był jak żebracy. Uznano, że skoro lubię tak majsterkować, Powinienem pracy w magazynie spróbować. Zrobiłem kurs na jazdę wózkiem widłowym. Pierwszy w domu jeździłem pojazdem kołowym. Trafiłem do działu z niższym chłopakiem. Jak dobrze, że nie okazał się on łajdakiem. Wiele tygodni razem przepracowaliśmy. Raz nawet wspólnie w kanciapie się skitraliśmy. On nie musiał nawet specjalnie przy mnie klękać, Gdy skafander roboczy pomagał domykać. Raz Olaf musiał sięgnąć po coś z wyższej półki. Nie mógł jednak tego zrobić przez wzrost malutki. Wpadłem na pomysł, aby podnieść go na wózku. Nie odniosło to lecz zamierzonego skutku. Inny wózek podnieść wózkiem postanowiłem I na tamtym wózku kolegę posadziłem. Wtem usłyszałem, że majster wraca z fajrantu. Pogoniłem Olafa, by nie stracił grantu. Wtedy gość zleciał z kilku metrów wysokości Oraz boleśnie obił sobie kilka kości. Prawie już podleciałem, ażeby go podnieść, Gdy wtem w dolnym wózku wysiadła hydraulika. Huknęło tak, że kurz poleciał ze świetlika. Górny wózek spadł z widłami wprost na Olafa. Nie mogłem uwierzyć. To już dziewiąta gafa! Ciężki pojazd z łatwością zmiażdżył jego nogi. W całym magazynie rozlegał się krzyk błogi. Majster zawołał resztę. Pojazd przeniesiono, A mnie natychmiast z magazynu przepędzono. Kurator i rodzice załamali ręce. Kategorycznie mieli mnie już dość zawzięcie.
  13. Pavlokox

    Wyższy II: Kulig

    Jestem tu nowy i miałem prawo pomyśleć, że jest to zapowiedź zbanowania mnie. Słowa stanowią jedynie niewielką część komunikacji i mogłem odczytać tą wypowiedź zarówno dosłownie jak i w przenośni.
  14. Zawsze znalazł się obok jakiś wyższy chłopak, Przez którego zachowywałem się na opak. Ku przypomnieniu: pierwszy znieważył mnie w szatni I wygrał starcie w płomiennej rywalizacji. Poniosłem wtedy za pożar odpowiedzialność I miesiącami odczuwałem własną marność. Zemściłem się dopiero na kuligu szkolnym: Gdy Wyższy złamał nogi, poczułem się wolnym. Trafiłem do szkoły, gdzie był oddział specjalny. Tam, wielokrotnie przez kolegów podpuszczany, Zbiłem sznurem innego chłopaka wyższego I na moją nie korzyść upośledzonego. Trafiłem z powrotem do mej szkoły pierwotnej I zacząłem od nędznej przygody sromotnej: Inny wyższy kondony w łazience rozwiesił, Jakiś gówniarz mnie jako kapusia polecił, Pobity i srogo znieważony zostałem Oraz zemścić się natychmiast postanowiłem. Uderzyłem więc Wyższego cegłą prosto w łeb I do poprawczaka wysłał mnie kurator-zjeb. Tam dopiero wydarzyła się rzecz straszliwa: Popchnąłem dziewczynę, wciągnęła ją maszyna. Oskalpowana cała jej głowa została. Odkaziłem metanolem. Oślepła cała. Podjęto decyzję, by do wojska mnie wysłać. Tamże, moim głównym zadaniem było sprzątać. Raz nie dopilnowałem od filtra pokrywy. Dupą przyssany zginął kapral nieszczęśliwy. Po wszystkim kazano mnie natychmiast rozstrzelać. Ocknąłem się na lekcji, by mnie opierdzielać. Wszystko od kuligu okazało się mym snem. Musiałem jednak wciąż mierzyć się z Wyższego złem. Pobiłem się z nim podczas obozu szkolnego I wepchnąłem go do ogniska gorącego. Musiałem zacząć na jego rentę zarabiać Nie chciałem jednakże ze szkoły rezygnować. Znalazłem pracę w straży ochrony kolei. Nie mogłem już więcej strzelać bramek z wolei, Bowiem pracowałem w weekendy oraz w nocy. Pewnego razu układałem stertę kocy I ujrzałem z okien stróżówki chuligana. Natychmiast pobiegłem w kierunku tego pana, Który malował se napisy na wagonie. Wysoki mężczyzna posiadał wielkie dłonie, Jednakże z zaskoczenia go obezwładniłem I natychmiast ręce mu w kajdanki zakułem. Po chwili przybiegli do mnie inni strażnicy. Jeden z nich przyniósł ze sobą wodę w miednicy, Rozkuł chuligana i kazał mu zmyć napis, A mi pilnować, czy na pewno zmywa rękopis. Z racji, że nie ufałem zbyt jegomościowi. Przywiązałem nogę do wagonu draniowi. Kilka minut później zrobiłem się dość senny. Wróciłem do stróżówki wziąć czajnik kuchenny I zaparzyć sobie bardzo mocną herbatę. Dawniej musiałem zawsze prosić o to tatę. Usiadłem na zydlu przeczekać aż wystygnie, Bo gdy spróbowałem, myślałem że mnie wzdrygnie. Zignorowałem narastającą erekcję. Zacząłem rozmyślać, czy odrobiłem lekcje. Myśli nieczyste były jednakże silniejsze I spędziłem więc w łazience chwile zacniejsze. Po wszystkim usłyszałem zgrzyt metalowych kół I ze zgrozą odkryłem, że pociąg wyruszył. Rzuciłem się przerażony do drzwi łazienki I niechcący urwałem większość starej klamki. Na zewnątrz słychać było wołanie o pomoc. Zamkniętego w kiblu ogarnęła mnie niemoc. W końcu wykopałem z zawiasów drzwi nieszczęsne. Uwzięły się na mnie za te czyny cielesne! Wybiegłem na tory zajezdni towarowej Za karę nie dostanę już waty cukrowej. Nie było już wagonów ani chuligana. Szybko ogarnęła mnie trwoga niesłychana. Zacząłem biec wzdłuż torów na następną stację. Gdyby inni strażnicy zrobili libację, Mógłbym to ich obciążyć odpowiedzialnością, Ale dziś jednak obnosili się trzeźwością. Biegłem w stronę dworca, ile tylko sił w nogach I w końcu, prócz świateł, ujrzałem krew na torach. Im bliżej peronu, tym więcej jej tam było. Kilka karetek, gdzieś w okolicy już wyło. Gdy dobiegłem na stację, drania wyciągano. Początkowo, ledwo do niego dosięgano. Leżał we krwi między peronem a wagonem. Zacząłem myśleć nad jego koszmarnym bólem. Mężczyźnie na miejscu amputowano nogę. Widok ten wprawił szybko wszystkich gapiów w trwogę. Nad ranem wyciągnięto okaleczonego, W dalszym ciągu jednak bardzo zakrwawionego. Z rąk i pleców zdartą miał skórę całkowicie, Jakby to spotkało go w średniowieczu bicie. Wpatrzony w to, nie zauważyłem strażnika, Który chwycił mnie i wsadził do bagażnika. Wyleciałem z pracy. Po me rzeczy wrócono I natychmiast na milicję mnie skierowano. Musiałem odkupić drzwi i wyczyścić kibel. Spodziewałem się, że skażą mnie na pohybel. Na szczęście kurator stanął w mojej obronie. Dzięki niemu łzy jeszcze kiedyś uronię. Żebym tylko nie skończył jak jacyś żebracy. Zaczęto dla mnie szukać jeszcze jednej pracy.
  15. Zawsze znalazł się obok jakiś wyższy chłopak, Przez którego zachowywałem się na opak. Ku przypomnieniu: pierwszy znieważył mnie w szatni I wygrał starcie w płomiennej rywalizacji. Poniosłem wtedy za pożar odpowiedzialność I miesiącami odczuwałem własną marność. Zemściłem się dopiero na kuligu szkolnym: Gdy Wyższy złamał nogi, poczułem się wolnym. Trafiłem do szkoły, gdzie był oddział specjalny. Tam, wielokrotnie przez kolegów podpuszczany, Zbiłem sznurem innego chłopaka wyższego I na moją nie korzyść upośledzonego. Trafiłem z powrotem do mej szkoły pierwotnej I zacząłem od nędznej przygody sromotnej: Inny wyższy kondony w łazience rozwiesił, Jakiś gówniarz mnie jako kapusia polecił, Pobity i srogo znieważony zostałem Oraz zemścić się natychmiast postanowiłem. Uderzyłem więc Wyższego cegłą prosto w łeb I do poprawczaka wysłał mnie kurator-zjeb. Tam dopiero wydarzyła się rzecz straszliwa: Popchnąłem dziewczynę, wciągnęła ją maszyna. Oskalpowana cała jej głowa została. Odkaziłem metanolem. Oślepła cała. Podjęto decyzję, by do wojska mnie wysłać. Tamże, moim głównym zadaniem było sprzątać. Raz nie dopilnowałem od filtra pokrywy. Dupą przyssany zginął kapral nieszczęśliwy. Po wszystkim kazano mnie natychmiast rozstrzelać. Ocknąłem się na lekcji, by mnie opierdzielać. Wszystko od kuligu okazało się mym snem. Musiałem jednak wciąż mierzyć się z Wyższego złem. Szkoła zaplanowała wyjazd na majówkę. Każda para rodziców musiała dać stówkę. Moi warunkowo puścić mnie się zgodzili. Dawno obowiązków małżeńskich nie pełnili. Zapowiedzieli mi szereg potencjalnych kar. Pod szkołę podjechał rdzewiejący autokar. Zacząłem się wspinać po bardzo stromych schodach. Nagle wylądowałem kolegom na głowach. To Wyższy wypchnął mnie ze środka autokaru. Jego ojciec musiał być kierowcą pojazdu, Skoro zjawił się w środku wcześniej niż ktokolwiek. Ten wyjazd od dawna spędzał mi sen z powiek. Bałem się fest, że Wyższy będzie się wyżywał, A on już od początku mi się przypatrywał. Przypomniały mi się słowa: „Tylko nie szalej!” Wrzuciłem plecak i usiadłem jak najdalej. Autokar odjechał w stronę miasta Dobczyce. Było tam wielkie jezioro i bujne życie. Na miejscu mieliśmy stworzyć obóz harcerski, Aby przestał nam się udzielać klimat miejski. Po przyjeździe dano nam przeróżne zadania. Niektóre dotyczyły namiotów stawiania, A inne na przykład ogniska pilnowania. To właśnie zadanie rywal Wyższy otrzymał. Grzałem kiełbaski. Franek namiot rozstawiał. Po modlitwie wszyscy wokół ognia zasiedli I konsumować smażone mięso zaczęli. Wyższy jak w śnie strącił mi do ognia kiełbaskę Oraz straszył mnie zakładając dzika maskę. Następnie ukradł i zjadł moją porcję. Na nim powinno się przeprowadzić aborcję! Późnym wieczorem rozdano wszystkim śpiwory. Wyższy pilnował ognia, by nie przyszły zmory. W namiocie nie umiałem zasnąć z pustym brzuchem. W dodatku Franek głośno sapał mi nad uchem. Postanowiłem wymknąć się cicho z namiotu. Pobiegłem chyżo w stronę ogniska wzdłuż płotu. Znajdowały się tam kiełbaski dodatkowe, Które czekały już na śniadanie gotowe. Był tam też Wyższy, ale spał zamiast pilnować. Oby się nie ocknął i nie zaczął maglować. Był po szyję w śpiworze. Wieczór był dość chłodny, A ja przez to stałem się jeszcze bardziej głodny. Nieopatrznie rozlałem na kocu podpałkę. Rzuciłem go w bok i przeniosłem się na trawkę. Siedziałem trzecią kiełbaską się zajadając, Gdy wtem Wyższy zbudził się oczy przecierając. Ujrzał mnie i zakładając maskę potwora Ruszył wprost na mnie nie wychodząc ze śpiwora. „Wypierdalaj stąd!” krzyknął i w twarz mnie uderzył. Ciekawe czy drużynowy już nas namierzył. Zaczęliśmy się szarpać, wtem go odepchnąłem. Wyższy zatoczył się, przez chwilę ochłonąłem, Ale nagle wywrócił się wprost do ogniska. Sytuacja ta była do tragedii bliska. Tandetny śpiwór natychmiast zajął się ogniem, A Wyższy przypominał leżącą pochodnię. Szamotał się i wrzeszczał powstać usiłując, Lecz przez to, coraz bardziej ogniem się zajmując. Przeturlał się na trawę i dalej się palił. To by się nie działo, gdyby mi nie przywalił. W panice, z krzykiem, uciekać stamtąd zacząłem, A wtedy już na pewno wszystkich obudziłem. Zaczęto zbiegać się z niemal wszystkich namiotów. Drużynowy nie przeszedł nawet kilku kroków, Nim nie rozpoczął szukać jakiegoś koca. Nie wiedział, że z podpałki mokra jest kapoca. Rzucił ją na Wyższego. Płomienie buchnęły Oraz ręce drużynowego poparzyły. Zapanował chaos. Ktoś przybiegł z wiadrem wody. Przypominało to jakieś krwawe zawody. Paląca się podpałka nie dała się zgasić. Jakże mogłem to wszystko tak bardzo skiełbasić?! Silikonowy śpiwór palił się jak napalm. Jakaś dziewczyna zaczęła głośno śpiewać psalm. Ojciec Wyższego wziął gaśnicę z autokaru I wtedy pianą udało się pozbyć żaru. Pod spaloną kapocą leżał czarny kokon. Wyższego pokrywał przetopiony silikon. Maska dzika z gumy stopiła się na twarzy. Nigdy nie myślałem, że takie coś się zdarzy. Wodą wprost z jeziora ponownie go podlano I odkleić gumę ostrożnie się starano. Wyższy wrzeszczał jednak potwornie zachrypnięty. Przez młodzież został wezwany niejeden święty. Po pół godzinie dojechał do nas ambulans, Ale równie dobrze mógłby to być dyliżans, Albowiem zabrał Wyższego i utknął w błocie, A na następny Wyższy musiał czekać krocie. Do szpitala zabrano też drużynowego I mieliśmy jeszcze większy problem bez niego. Po prostu nie miał kto prowadzić autokaru. Ojciec Wyższego siedział przecież z nim w szpitalu. Pomóc zgodzili się jednak rodzice Franka, Którzy to jako jedyni mieli dwa autka. Zaczęto nas zwozić z obozu do Krakowa. Wiedziałem, że czeka mnie tam poważna sprawa. Zaczęto podejrzewać u mnie piromanię. No i oczywiście dostałem ciężkie lanie. Trudno to, lecz porównać do krzywdy Wyższego, Który straci pewnie opinię twarzowego. Oparzenia objęły osiemdziesiąt procent, Tak jak to wyliczył starannie jakiś docent. Nie było nawet skąd mu zrobić przeszczep skóry, Aby chociaż na twarzy zlikwidować wióry. Wyższy w szpitalu leżał całe wakacje, A sędzia przyznał prokuratorowi rację. Zostałem w szkole, acz dostałem kuratora. Musiałem także uczęszczać do psychologa. Wyższy do końca życia miał rentę dostawać, Na którą samodzielnie musiałem zarabiać. Możliwe zatem, że opuszczę edukację, Ale czy wtedy ktokolwiek przyzna mi rację?
×