Pavlokox

Użytkownicy
  • Zawartość

    67
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  1. Pavlokox

    François Ravaillac

    Paryż, 1610 r. Nie zapomnę nigdy egzekucji ojca mojego – Królobójcy, człowieka bardzo pobożnego. Kiedy nadszedł czas na wykonanie wyroku, Pojechaliśmy na jeden z placów po zmroku. Myślałem, że ojciec trafi pod gilotynę. Zgotowano mu jednak tortury wymyślne. Próbowano wydusić nazwiska wspólników. Prawicę włożono do rozgrzanych węgielków. Za to lewicę za grzeszną z góry uznano I pod żadnym pozorem jej nie dotykano. Dłoń, którą mnie tłukł i lał, do kości spalono. Następnie, skórę ojca szczypcami szarpano. Zdarto ją z jego rąk, nóg i klatki piersiowej. Przygotowano roztwór cieczy rozpalonej. Mieszanka siarki i wosku zalała rany. Modląc się oraz krzycząc, ojciec był przytomny. Następny w kolejce był olej i żywica. Na końcu ciekły ołów wlano mu do pępka. Po pół godzinie przyprowadzono rumaki. Przytroczono je do kończyn ojca przez haki. Wystrzelono z armaty i konie pobiegły. Grube łańcuchy błyskawicznie się napięły. Ojciec został rozpruty na kilka partycji. Wtem tłum rzucił się na szczątki, celem konsumpcji. Próbowano częstować polskiego magnata, Jednak nie chciał wiedzieć, jak smakuje mój tata… Co poradzić bez ojca, nie dano mi rady. Takie już w dawnych czasach były Żabojady. Fransła Ravalła, Stracony na Placu de Gewła…
  2. Szambo brunatne wybiło razem z racami I wyjącymi po południu syrenami. Pośród ostatnich Powstańców stanął szereg zer. To jak zwykle Młodzież Wszechpolska i ONR. Do bycia Polakami prawo uzurpują. Historii jednak kompletnie nie rozumieją. To ich ideologia hackenkreuz nosiła. To ich ideologia Warszawę spaliła. Historia kołem się toczy – mówi przysłowie. W chłopcach z falangą traumę widzą staruszkowie. „Bóg! Honor! Ojczyzna!” – skanduje ta obora. „A gdzie w tym wszystkim jest człowiek?” – pytała Kora. „Raz sierpem i raz młotem czerwoną hołotę”. Nietrudno coś zawłaszczyć i obrzucić błotem. Maszerujący przez Polskę nacjonaliści. Niespełnieni kibole i akwareliści.
  3. Pavlokox

    Góral

    W gimnazjum zabrano nas w Tatry na wycieczkę. Świetny pomysł, by ograniczyć w głowach sieczkę. Sam już wcześniej bywałem z rodzicami w Tatrach. Nudziło mnie chodzenie tylko po dolinach. Wolałem rozmyślać o koleżance śliskiej. Na drugi dzień zabrano nas do Kościeliskiej. Wychowawca stanął w kolejce po bilety. Kumple schowali w swoich plecakach kastety. Nagle usłyszałem straszliwe konia rżenie. Momentalnie poczułem zaniepokojenie. Zwykłem być bardzo wrażliwy na krzywdę zwierząt. Trudno było żyć, o bestialstwie ludzi wiedząc. Podążałem przez parkingi za odgłosami, Które wypełniały się jakimiś świstami. Dostrzegłem dwóch górali. Jeden fajkę palił, A drugi z nich stał na środku i konia walił! Biedne zwierzę cyrkowym biczem obrywało. Najprawdopodobniej za nic mu się dostawało. Dostrzegłem na brązowym zadzie pręgi krwiste. Powinienem był wtem zadzwonić na policję, Lecz wziąłem sprawy w swoje ręce rozwścieczony. Popchnąłem górala, który był zaskoczony. Przewrócił się na ziemię, odebrałem mu bat I zdzieliłem go nim prosto w zarośniętą twarz. Góral zaczął wrzeszczeć i złapał się za czoło. W naszą stronę kilku górali się rzuciło. Wtem dostrzegłem, że góral bardzo mocno krwawi. Trzymał się za oko, a krew między palcami Skapywała obficie na parkingowy żwir. „Moje oko! Nie mam oka!” – wydzierał się zbir. Pożałowałem mego czynu zuchwałego. Szybki przyjazd pogotowia ratunkowego Tej sytuacji polepszyć nie był już w stanie. Mogłem być pewien, że czeka mnie ciężkie lanie. Oko częściowo wypłynęło z oczodołu. Potwierdziłem swą winę w ramach protokołu. Policja zabezpieczyła pejcz i stadninę. Próbowałem jakoś odwrócić swoją winę. Tłumaczyłem, że góral nad koniem się znęcał. Komendant lecz rzekł, bym policji nie wyręczał. Z wycieczki mą osobę oddelegowano. Doniesienie do prokuratury złożono. Na rozprawę przybyła pisowska hołota. Górala uznano za dobrego człowieka. Liczyło się, że codziennie w kościele bywał, Ale już nie, że nad zwierzętami się znęcał. Ponoć raz kobyłkę nad Morskim Okiem zatłukł, A ojciec za odwagę na kwaśne jabłko mnie stłukł. Sąd odkrył moją opozycyjną działalność. Wysłuchałem wyroku, odczuwając marność. Dopadł mnie kurator. Musiałem płacić rentę W wysokości pięciuset złotych miesięcznie. Nie mogła mi pomóc nawet mej matki miłość. Takie oto mamy prawo i sprawiedliwość…
  4. Pavlokox

    Uroczysty Dzień Komunii

    Jest mi niezmiernie miło, zapraszam do czytania pozostałych rzeczy, które opublikowałem. Możliwe, że niektóre zaktualizuję. :)
  5. Pavlokox

    Uroczysty Dzień Komunii

    No właśnie, to w końcu moja gwara;) Używam od czasu do czasu. Bardzo mi miło :)
  6. Pavlokox

    Uroczysty Dzień Komunii

    Dzięki :) zaskoczyło mnie, że larmo nie występuje w SJP. I wyszło na to, że mogłem napisać "klamorem" ;)
  7. Pavlokox

    Uroczysty Dzień Komunii

    Ale do "garnitur" ciężko o inny rym ;)
  8. Wiele dzieci Dzień Pierwszej Komunii stresuje. Mnie martwi, jak mój ojciec alkohol kupuje. Zjadłem na śniadanie cały słoik konfitur. Ojciec powoli ubrał się w stary garnitur. Obawiałem się, że on może coś odwalić, Choć obiecał ostatnio, że chce się poprawić. Lecz przed mszą popijał z piersiówki za filarem. Martwiłem się, że skończy się to zaraz larmem. Wybrane dzieci niosły do ołtarza fanty I wtedy ojciec zaczął nucić morskie szanty. Moim marzeniem było zapaść się pod ziemię, A ojciec niewzruszony śmiał się sam do siebie. Dzięki Bogu, przy Komunii się uspokoił, Ale tuż po niej potknął się i wypierdolił. Głęboka cisza zapadła wtedy w kościele. Z pomocą przybiegł ksiądz oraz parafian wiele. Szybko wznieśli ojca z łukiem brwiowym krwawiącym, A on wyrwał się i odszedł krokiem chwiejącym. Po chwili leżał przy kościelnej bramie w rowie. Miałem nadzieję, że nikt tego nie rozpowie. Nie stać nas było na lokalu wynajęcie, Zatem w mieszkaniu urządziliśmy przyjęcie. Wraz z matką, ojca do domu przytaszczyliśmy I w sypialni, pod kocem, go położyliśmy. Ojciec zdawał się być w coraz gorszym stanie. Z duszą na ramieniu jedliśmy drugie danie. Wydawało się, że już zaczął pochrapywać, Gdy począł od ściany do ściany się odbijać. W końcu wlazł do salonu i spojrzał na wszystkich. Zaczął się drzeć, nie oszczędzając przekleństw licznych. Wreszcie, gdy się zmęczył, rzekł: „No i chuj, no i cześć.” Zrzucił obrus z zastawą. Nie było już co jeść. Kiedy w końcu po tym przykrym dniu zasypiałem, Że moje drzwi się otwierają usłyszałem. „Komuniści jeszcze niedawno zabijali… Kto to widział, żeby prezenty dostawali…” – Wymamrotał ojciec i wlazł na moje łóżko. Przygniótł mnie swym ciałem, widziałem tylko biurko. Poczułem, jak zsuwa mi spodnie od piżamy I wkłada mi coś siłą między pośladkami. Jakby to było mało, pchał mnie wgłąb pościeli. Odtąd spotykało mnie to każdej niedzieli. Po wszystkim włożył dychę do skarbonki mojej. Na drugi dzień tyłek bolał mnie tak, że ojej. Pierwszy raz z ojcem do przyjemnych nie należał. Krem nawilżający sytuacji nie zmieniał. Odtąd wolałem więc spać w pokoju mamuni. Taki oto był Uroczysty Dzień Komunii…
  9. Pavlokox

    Prawicowiec

    Kiedy poszedłem do drugiej klasy technikum Zmian dokonało nauczycielskie prezydium. Nowy kolega miał się w mej klasie pojawić, Który nie zdał, gdyż zamiast uczyć, zwykł się bawić. Nieznane nam były całkiem jego wybryki. Wiedzieliśmy tylko, że nie zdał z matematyki. Przywitał się z nami uściskiem dłoni mocnym. Nazywał się Sebastian i był prawicowcem. Powtarzał to bardzo często na każdym kroku. Powiedział też, że bardzo nie lubi lewaków. Dwa razy w tygodniu na lekcji geografii Opowiadał o międzynarodowej mafii. Nie było takiego tematu na lekcji WOS-u, By Prawicowiec nie zabrał podczas niej głosu. Niemal zamieniał się z księdzem w czasie lekcji religii, A przysypiał zazwyczaj na lekcjach biologii. Natomiast w poniedziałki na lekcjach historii, Prawicowiec doznawał prawdziwej euforii. Codziennie nosił tą samą bluzę z kotwicą, Nawet gdy pogoda odznaczała się hicą. Raz kiedyś przyszedł w niebieskiej bluzie z gwiazdkami, Które tworzyły krąg z sierpami i młotami. Nosił też koszulkę z zakazem skrętu w lewo I skreśloną parą ubraną na tęczowo. Fascynował się Wyklętymi Żołnierzami. Wieczorem spamował naszą grupę postami. Był zagorzałym fanem lokalnej drużyny I wiernym chłopakiem atrakcyjnej dziewczyny. Kiedyś zamiast do szkoły poszedł na wagary, Dlatego ominęły go kolejne zmiany. Nowy uczeń zaskoczył nas swoim wyglądem. Albowiem, jak się okazało, był murzynem. Nie wiedziałem jak Sebastian zareaguje. Według niego imigranci to nędzne chuje. Na drugi dzień, kiedy przyszedł, stanął jak wryty. Zignorował murzyna i siadł jakby skryty. Podczas przerwy jednak zaczął go zagadywać. Zapytał, jak tu trafił i czy chce pracować. Murzyn odparł, że przyjechał tu z takiej racji, Że jego ojciec znalazł pracę w korporacji, A specjalizował się on w informatyce. „Dlaczego nie wspiera gospodarki w Afryce?” - Prawicowiec wnikliwie o to dopytywał. Murzyn rzekł, że dotąd we Francji pomieszkiwał. Sebastian spytał jeszcze, czy jest chrześcijaninem I czy regularnie żyje chlebem i winem. Murzyn odpowiedział, że każdy z nas w coś wierzy, Na co Prawicowiec przenikliwie go zmierzył. Wydawało się, że nic złego się nie zdarzy, Lecz nie obyło się bez przykrych komentarzy. Prawicowiec w różny sposób niechęć wyrażał. Na przykład przy nim bananami się zajadał. Postanowił zwracać się do niego per „Bambo”. Robił w klasie prawdziwe rasistowskie szambo. Czasami też dźwięki rodem z buszu wydawał, Ale murzyn to wszystko dzielnie wytrzymywał. Prawicowca ignorował bardzo cierpliwie Oraz nie poskarżył się nikomu właściwie. Tydzień później Sebastian nie przyszedł do szkoły. Pobiły go na placu miejscowe matoły. Były to pewnie kibicowskie porachunki, Które regularnie prowadziły do bójki. Zdarzyło się to jednak na terenie szkoły W miejscu, które miały obejmować kamery. Nie ustalono lecz, kto pobicia dokonał, Gdyż obraz z kamery szybko się nadpisywał. Zdarzenie trafiło na rodziców zebranie. Ojciec murzyna chciał pomóc niespodziewanie! Jako informatyk często dane ratował. Odzyskał film z pobiciem i na płytkę nagrał. Policja bardzo szybko więc sprawców ujęła, A postać Prawicowca do szkoły wróciła. Jego rodzice dyrekcji podziękowali, Jednakże murzynowi ręki nie podali... Mógłbym napisać długi morał tego wiersza. Postanowiłem jednak, że będę się streszczał. Trzeba walczyć z nacjonalizmem i rasizmem, Chyba że chcemy mieć do czynienia z nazizmem. Wtedy nie będzie ani białych ani czarnych, A jedynie popiół i zgliszcza ludzi marnych.
  10. UWAGA: Wydarzenia przedstawione w poniższym utworze są całkowicie fikcyjne. Poniższy utwór dotyczy problematyki zaburzeń społecznych, wynikających m.in. z silnego stresu i przepracowania. Temat jest poważny, jednak treść należy traktować z przymrużeniem oka. Fragmenty mogą być zarówno bardzo drastyczne jak i humorystyczne. Utwór podzielony jest na części: I - wypadek podmiotu lirycznego (syna) na rowerze II - pijacka awantura i śmierć ojca III - retrospekcje na temat alkoholizmu i zboczeń ojca IV - wyjaśnienie zaburzeń ojca (traktować jako genezę, a nie usprawiedliwienie) Wydarzyło się to w latach dziewięćdziesiątych Po tym jak uświadczyłem urodzin dziesiątych. W prezencie licznik rowerowy otrzymałem. Mogłem więc sprawdzać z jaką prędkością jeździłem. Wybrałem się zatem do pobliskiego parku. Rzecz jasna, wziąłem rower stojący na ganku. Rodzice szli wolno, a ja naprzód gnałem. Kilka chwil później wypadek spowodowałem. Do parku wchodziło się szerokim tunelem. Jadąc z górki, prosto w niego się rozpędziłem. Licznik wskazywał aż dwadzieścia na godzinę, Lecz w mojej nieuwadze łatwiej znaleźć winę. Nagle, tuż przede mną, ujrzałem matkę z dzieckiem, Które biegło wprost na mnie ze swym małym pieskiem. W ostatniej chwili odbiłem kierownicą w bok, Odbiłem się od ściany i upadłem w rynsztok. Natychmiast przybiegła do mnie zmartwiona mama. Płakałem na widok rozbitego kolana. Rower leżał obok ze zrzuconym łańcuchem. Dzieciak z pieskiem patrzył na mnie z dziwnym uśmiechem. Ojciec podniósł rower i wyprostował koło. Parę elementów licznika się zgubiło. Matka oznajmiła, że wraca po apteczkę. Wraz z ojcem odwiedziłem pobliską knajpeczkę. Ojciec zamówił setkę wódki i dwa piwa. Wypił je czym prędzej, zanim matka wróciła. Wiem, że bardzo nie lubił takich sytuacji. Kiedy się zdarzały – poddawał się libacji. Mama w różne sposoby go uspokajała: Na przykład cicho w kuchni dupy mu dawała. Mama po powrocie kolano odkaziła Oraz by wrócić do domu, nas zachęciła. Ojciec na tyłach wolno powłóczył nogami. Zazwyczaj kończyło się to awanturami. Podczas mej Pierwszej Komunii też był pijany. Zamiast psalmów nucił szanty – tak najebany. Po przyjęciu przeze mnie tegoż sakramentu, Wyjebał się na zol, szukając firmamentu. Podczas przyjęcia spał na łóżku z wielkim guzem. Potem szalał i ściągnął zastawę z obrusem. Wstyd naszej rodzinie zrobił też na kolędzie. Ksiądz się modlił, a flaszki walały się wszędzie. W domu, gdy mama kolano opatrywała, Wtem postać ojca do łazienki wparowała. Odepchnął matkę, która do wanny upadła I zdjął z siebie pas, upuszczając nieco sadła. „Jak tylko go uderzysz, to pakuj manatki!” – Krzyknęła matka, gdy ojciec ściągał mi majtki. Gdy się ich pozbył, przez taboret mnie przerzucił. Jedną ręką mnie lał, a drugą matkę dusił. Pas bił na przemian w jeden i drugi pośladek. Z każdym sieknięciem czułem, jak puchnie mi zadek. Matka wyrwała się, a ojciec zaczął krzyczeć: „Czy wy każdo wycieczka musicie zniweczyć? Jak mosz na mnie sapać, to sap, ino nie w doma.” Po czym sam wyszedł i wsiadł do starego opla. Po drodze rozbił telewizor panasonic. Kineskop pękł, a telewizja to mój konik. Przez balkon, natomiast, wyleciał mój rowerek. W konsekwencji czekał na niego napraw szereg. Pijak odjechał i potrącił dwójkę dzieci. Przyjechał policjant, gdy wyrzucałem śmieci. Po rozjechaniu bajtli rozbił się o drzewo. Potem auto od razu w płomieniach stanęło. Prędkościomierz zatrzymał się na stu czterdziestu. Ojca znaleziono w kawałkach kilkunastu. Wyjąłem ze spodni piżamy stertę kocy. Nie musiałem się bać, że znów zgwałci mnie w nocy. Nazywał to wtedy zabawą w rurę-parówę. Gdy skończył, dawał mi dychę. Zebrałem stówę. Pomimo faktu, że ból nie był bardzo silny, Przeszkadzał mi w zaśnięciu zapach wazeliny. Z ostrożnością się przez jakiś czas podmywałem, Bowiem zdarzało się, że trochę podkrwawiałem, Lecz mama nigdy się o tym nie dowiedziała. Wiele ważniejszych problemów rozwiązywała. Zazwyczaj wchodził we mnie tylko na minutę. Raz wysunął się czym prędzej, gdyż wyczuł kupę. Zdzielił mnie w twarz i kazał wysrać się na dywan. Nim zdążyłem się podetrzeć już kontynuował. Czasem jak nabitego na pal mnie podnosił. By wymyślił inną zabawę, żech go prosił. Czasem wystarczyło uchylić rąb piżamy. Pociągali go i mali chłopcy i damy. Na mą koleżankę zrobiła mu się chrapka. Matka musiała w kuchni nadstawić mu zadka. Pewnej nocy sprzeciwiłem mu się nieśmiało. Spuścił mi wtedy kablem lanie jakich mało. Mama również nie raz od niego oberwała. Raz, gdy się dowiedział, że orgazm udawała. Ja nie umiałem jeszcze orgazmu udawać, Choć powiedział mi, że powinienem się starać. Nie sprawiał mi przyjemności masaż prostaty, Wykonany przez kuśkę pijanego taty. Umieszczał obok nas kamerę na statywie. Później przegrywał taśmy na magnetowidzie. Musiał wtedy na mamę bardzo uważać. Kasety planował zagranicą sprzedawać. Martwiłem się, że będą kurzyć się latami. Skremowaliśmy je razem z jego szczątkami. Jedną zachowałem następnym generacjom. W końcu służyć mogłaby czyimś masturbacjom. Po latach do „Full HD” je przeskalowałem. O formacie panoramicznym pamiętałem. Ciąłem „cztery na trzy” do „szesnaście na dziewięć”. Chciałem uniknąć przekłamujących rozciągnięć. Obraz stał się bardzo wyraźny i czytelny. Z tym urywkiem dzieciństwa robiłem się senny. Ojciec z zawodu był projektantem technicznym, Dlatego zapewne uległ kryzysom licznym. Jego praca była niezwykle stresująca. Do tego doszła jeszcze komputeryzacja. Bardzo źle koniec lat dziewięćdziesiątych znosił. O pomoc przed ekranem wszystkich wokół prosił. Jego szef był bardzo małym i złym człowiekiem. Przez niego ojciec krzyczał schlany, że jest nikim. Dzielił z gnojem pokój na każdej delegacji, Które miały miejsce jeszcze w Czechosłowacji. Szef zasypywał go zbędnymi pytaniami Oraz niepotrzebnymi w projektach zmianami. Gdy raz mój ojciec postanowił się sprzeciwić, Przełożony nie był w stanie się nadziwić. Konus zezłościł się i ojca spoliczkował. Groził mu sądem, jak dalej będzie pyskował. Nie płacił mu ani grosza za nadgodziny I nie widział w swej polityce żadnej winy. Odreagował na nas to upokorzenie. Krzyczał, że zrobi nam zaraz w domu drugą Czeczenię. Stało się raz tak, że cały projekt spierdolił. Wtedy właśnie pierwszy raz pił i mi przysolił. Mało powietrza dmuchało w jakimś obiekcie I kilka sprzątaczek zasłabło w toalecie. Nie mogliśmy pojechać na wczasy pod gruszą. Siedział w pracy po nocach na temblaku z duszą. Zapłacił karę. Nie mogłem jechać na ferie. W furii, w dużym pokoju, zerwał boazerię. W rzeczywistości nigdy nie chciał tak pracować. Zmuszano go, by swe marzenia pozostawiać. Rzucił więc pasje i zainteresowania. Sprostane zostały dziadków oczekiwania. Dlaczego zatem mój ojciec pracy nie zmienił? Nie było to możliwe – wszystkiego się boił. Wyciągnąć z tego wnioski trzeba oczywiście. Czym się to skończyło – sami przeczytaliście. Na szczęście takowe doświadczenia analne Nie wpłynęły na moje życie seksualne. Lubiłem, jednakże przylać pasem dziewczynie. Zrobiłem to nawet przy zaręczynach w Rzymie I właśnie dzięki posługiwaniu się pasem, Zwany byłem najprawdziwszym łóżkowym asem. Jeśli kiedyś będę musiał iść do więzienia, Będę przygotowany na akt przecwelenia. Co powinno się z tej lektury zapamiętać? Patrz na drogę – nie licznik – jeśli chcesz zapieprzać.
  11. Pavlokox

    Achtung!

    W szkole cieszyłem się zachowaniem wzorowym. Byłem dzieckiem naprawdę bardzo ułożonym. Lubiłem jednakże bawić się petardami, Choć podobno groziło to w nocy sikami. Pewnego dnia odbył się odpust parafialny, Połączony z pogańskim paleniem marzanny. Nasz farosz był po prostu bardzo liberalny Oraz rozgrzeszał nawet stosunek analny. Najprawdopodobniej sam takowy uprawiał Oraz sobie samemu się z tego spowiadał. Głównym moim celem było kupno achtungów, Zazwyczaj sprzedawanych przez jakichś cyganów. Michal, który wyglądał na nieco starszego, Zakupił za dychę achtunga czerwonego. Planowaliśmy schować go do mąki w paczce Oraz zdetonowac na polu w starej taczce. W drodze do sklepu spotkaliśmy jednak Stasia - - Chłopaka z porażeniem. Dręczyła go klasa. Stasiowi można bylo niemal wszystko kazać, A on w ogóle nie zamierzał protestować. Michał polecił mu iść z nami na pole, A także zajadać po drodze z paczki mąkę. Sam natomiast pobiegł do domu do piwnicy I pomimo narastającej szybko hicy, Wrócił czym prędzej wraz z pudełkiem tekturowym, Jak się okazało, gwoździami wypełnionym. Michał włożył achtunga do tego pudełka. Następnie, obiecując Stasiowi cukierka, Kazał stać obok, by zobaczyć, co się stanie Zacząłem przeczuwać, że dostaniemy lanie. Podpaliliśmy lont. Daleko uciekliśmy. Żadnego huku jednak nie usłyszeliśmy. Staś stał wciąż obok paczki z achtungiem posłusznie Oraz bąki puszczał ochoczo i radośnie. Nie satysfakcjonował nas ten rozwój wydarzeń. Nic jednak nie miało się obejść bez oparzeń. Michał podniósł paczkę i gdy chciał lont wygrzebać, Stała się rzecz straszna i zacząłem uciekać. Achtung eksplodował, rozrywając pudełko Gwoździe podziurawiły Michała jak sitko. Chłopak przewrócił się nieprzytomny na ziemię, Po tym jak przemieścił się cztery kroki chwiejnie. Gwoździe wbiły się w policzki i gałki oczne Wiele z nich wstrzeliło się też w klatkę i krocze. Jedna z jego dłoni zwisała poszarpana. Jego krzyk poraził mnie niczym dobra zmiana. Michał wylądował w szpitalu w ciężkim stanie, A ja byłem już pewien, że czeka mnie lanie. Michał przeszedł bardzo poważną operację. Niemal dojechał na ostatnią w życiu stację. Chłop reanimowany w operacji toku, Prawdopodobnie nie miał już odzyskać wzroku. Gwoździe wyciągano przez godzin kilkanaście. Lekarz usunął też jądra, mówiąc: "No właśnie!" Staś nie odniósł obrażeń, tylko się wystraszył. Gdy ucieklem, niedoszłego oprawcę gasił. We wszystkich kierunkach trzęsły się moje portki. Ojciec przyniósł z piwnicy plastikowe worki. W końcu wyciągnął stary kabel od żelazka. Rzucił mnie na podłogę, tam gdzie była płaska. Potem zaczął tłuc mnie kablem po całym ciele. Krwiaków i blizn pozostało mi bardzo wiele. Dostawałem na oślep po głowie i nerkach. Wybił ze mnie myśli o wszelkich fajerwerkach. Kiedy rozebrałem się przed WF-em w szatni, Zyskałem szacunek pośród chłopięcej matni. Zwany byłem jak z "Kamieni na szaniec" Rudy, Natomiast Michał zyskał pseudonim Strzałowy. Nigdy już jednak nie ujrzał ze szkoły chłopców, A aspirowali do miana narodowców. Liberalny farosz za nimi nie przepadał I do jednego z nich złośliwie się przystawiał. Każdego po kolei do zakrystii zaciągał. Robił to z czego tylko sobie się spowiadał. Michał pozniej też jego ofiarą został. Wniebowzięty farosz sam siebiego chłostał Podejrzałem farosza przez okna plebanii, Otoczonego zmartwionymi gosposiami. Po nagu zmywały krew ze ścian i podłogi. Przedziwne, że nie wyrosły mu jeszcze rogi. Historię tą możnaby ciągnąć w nieskończoność, Lecz w końcu straciłbym ze zmysłami znajomość. Fajerwerki są wynalazkiem bardzo niebezpiecznym Ale nie, jak w przypadku farosza - odwiecznym.
  12. Pavlokox

    Liczniki

    Wydarzyło się to w latach dziewięćdziesiątych Po tym jak uświadczyłem urodzin dziesiątych. W prezencie licznik rowerowy otrzymałem. Mogłem więc sprawdzać z jaką prędkością jeździłem. Wybrałem się zatem do pobliskiego parku. Rzecz jasna, wziąłem rower stojący na ganku. Rodzice szli wolno, a ja naprzód gnałem. Kilka chwil później wypadek spowodowałem. Do parku wchodziło się szerokim tunelem. Jadąc z górki, prosto w niego się rozpędziłem. Licznik wskazywał aż dwadzieścia na godzinę, Lecz w mojej nieuwadze łatwiej znaleźć winę. Nagle, tuż przede mną, ujrzałem matkę z dzieckiem, Które biegło wprost na mnie ze swym małym pieskiem. W ostatniej chwili odbiłem kierownicą w bok, Odbiłem się od ściany i upadłem w rynsztok. Natychmiast przybiegła do mnie zmartwiona mama. Płakałem na widok rozbitego kolana. Rower leżał obok ze zrzuconym łańcuchem. Dzieciak z pieskiem patrzył na mnie z dziwnym uśmiechem. Ojciec podniósł rower i wyprostował koło. Parę elementów licznika się zgubiło. Matka oznajmiła, że wraca po apteczkę. Wraz z ojcem odwiedziłem pobliską knajpeczkę. Ojciec zamówił setkę wódki i dwa piwa. Wypił je czym prędzej, zanim matka wróciła. Wiem, że bardzo nie lubił takich sytuacji. Kiedy się zdarzały – poddawał się libacji. Mama po powrocie kolano odkaziła Oraz by wrócić do domu, nas zachęciła. Ojciec na tyłach wolno powłóczył nogami. Zazwyczaj kończyło się to awanturami. W domu, gdy mama kolano opatrywała, Wtem postać ojca do łazienki wparowała. Odepchnął matkę, która do wanny upadła I zdjął z siebie pas, upuszczając nieco sadła. Zerwał ze mnie majtki, przez taboret przerzucił. Jedną ręką mnie lał, a drugą matkę dusił. W końcu wyrwała się, a ojciec zaczął krzyczeć: „Czy wy każdo wycieczka musicie zniweczyć? Jak mosz na mnie sapać, to sap, ino nie w doma.” Po czym sam wyszedł i wsiadł do starego opla. Po drodze rozbił telewizor panasonic. Kineskop pękł, a telewizja to mój konik. Pijak odjechał i potrącił dwójkę dzieci. Przyjechał policjant, gdy wyrzucałem śmieci. Po rozjechaniu bajtli rozbił się o drzewo. Potem auto od razu w płomieniach stanęło. Prędkościomierz zatrzymał się na stu czterdziestu. Ojca znaleziono w kawałkach kilkunastu. Co powinno się z tej lektury zapamiętać? Patrz na drogę – nie licznik – jeśli chcesz zapieprzać.
  13. Pavlokox

    Wychodek

    Świetnie to podsumowałeś. Napisałem już wiele takich historyjek. W każdej jest ziarno prawdy. Jak widać, tutaj u góry jest nawet czas i miejsce akcji. Moi rodzice, po maturze, naprawdę przeżyli taką akcję na obozie, aczkolwiek sprawcą nie był żaden ich rówieśnik.
  14. Pavlokox

    Wychodek

    Gdańsk-Brzeźno, 1975 r. Zdarzyło się to, kiedy miałem lat trzynaście, Natomiast mój przyjaciel Tomek miał czternaście. Rodzice wysłali nas razem na kolonie. Mieliśmy ten sam pokój w dużym pawilonie. W połowie wyjazdu przyjechał turnus dziewczyn. Specjalnie więc pozbywaliśmy się pajęczyn. Po wspólnym plażowaniu Tomek stał się dziwny. Wydawał się być zupełnie rozkojarzony, A raz w środku nocy, kiedy się obudziłem, Rytmiczne stuki i sapanie usłyszałem. W blasku księżyca ruszała się jego kołdra, Zupełnie jakby tuż pod nią skakała kobra. Drażniło mnie to, ale musiałem wytrzymać. Niewdzięcznie byłoby z mojej strony narzekać, Skoro rodzice ten wyjazd ufundowali. Gorsze sytuacje z pewnością wytrzymali. Parę dni później odbyło się grillowanie. Miała być dyskoteka i wspólne śpiewanie. Krótko po obiedzie gdzieś zgubiłem Tomka. Nie mogąc go znaleźć poszedłem do wychodka. Były tam cztery ustępy ze wspólnym szambem. Przepuściłem w kolejce parę dziewczyn przodem. Dziewczyny wychodziły z wychodków zmieszane. Wydawały się być czymś zaniepokojone. Jedna powiedziała, że coś jest pod deskami. A to coś miało później śnić mi się latami. Poprosiły mnie bym sprawdził, czy coś jest w środku. Niechętnie wszedłem i zamknąłem się w wychodku. Z początku przez dłuższą chwilę nasłuchiwałem, A potem całkiem normalnie się wysikałem. Wtedy właśnie usłyszałem jak coś się rusza. Przestraszyła się wtedy bardzo moja dusza. Czym prędzej nawiedzony kibel opuściłem I, że musiał wleźć tam dzik, wszystkim oznajmiłem. Dziewczyny poleciały po starszych chłopaków. Po chwili zjawiła się gromada pędraków. Dwóch z nich, w rękawicach, zaczęło ściągać deski. Ukazał się jakiś chłopak w stroju niebieskim! Krótką chwilę chłopaki się z nim szamotali, Aż w końcu siłą go znad szamba wyciągnęli. Intruzem okazał się być mój kumpel Tomek! By podglądać, uczynił se z wychodka domek. Dziewczyny z piskiem rozbiegły się przestraszone. Oczy Tomka wydawały się zaskoczone. Umazany gównami, z siusiakiem na wierzchu, Trząsł się zapłakany w świetle wczesnego zmierzchu. Część chłopaków na ziemi boki zrywało, A kilku innych z obrzydzeniem się patrzyło. Po chwili przybiegł do nas kierownik obozu I nakazał Tomkowi umycie się w morzu. Pan wychowawca przez chwilę nad czymś główkował. Poszedł oraz do rodziców telefonował. Gdy Tomek wrócił, rzeczy miał już spakowane. Jego bezsilne oczy zwróciły się do mnie: „Co ja mam zrobić?! Pomóż! Pójdę do wariatów!” I poszedł, nie uniknął też elektrowstrząsów. Psychiatrzy zalecili chemiczną kastrację. Obserwowano nieustanną masturbację. Mój kontakt z Tomaszem naturalnie się urwał. Nikt z tym chłopakiem stosunków nie utrzymywał. Czasem na osiedlu widzieć się go zdarzyło, Acz zawsze, któreś z rodziców towarzyszyło. W krótkim czasie stał się zarośnięty i gruby. Nadal interesowały go tylko dupy. W końcu doszło do gwałtu brutalnego I Tomek trafił do zakładu zamkniętego. Nie raz byłem jeszcze uczestnikiem kolonii. Ciekawy zatem będzie finał tej historii. To, czy czyn Tomka był naprawdę obrzydliwy, Zdaje się być jedynie kwestią perspektywy…
  15. Pavlokox

    Kulig

    W dawnych czasach, gdy zimy były śnieżne jeszcze, A w drodze do szkoły miotały nami dreszcze, Miałem z kolegami różnorakie pomysły. Jazda kuligiem rozpalała moje zmysły. Było to chyba moje największe marzenie, Aż w końcu przyszła szansa na jego spełnienie. W mej okolicy zakończono remont torów. Oczyszczono trasę z dziur, a także i z drągów. Napadało naprawdę bardzo dużo śniegu. Większość kierowców ruszała z drugiego biegu. Tory pokryła równomierna warstwa puchu. Na myśl o kuligu już cieszyłem się w duchu. Planowałem za pomocą sznura od sanek, Zahaczyć tramwaj, gdy obsługuje przystanek, A następnie wsiąść na sanki wraz z kumplem Sławkiem Oraz zacząć jechać za tramwajem ukradkiem. Po lekcjach szybko pobiegliśmy po me sanki, A potem rozważaliśmy różne przystanki. W końcu przyszliśmy na pewien blisko zajezdni. Był też blisko kościoła, wsiadali tam wierni. Poczekaliśmy aż przyjedzie pierwszy tramwaj. Wysiadły zakonnice oraz jakiś mazgaj. Szybko sanki za tramwajem zaczepiliśmy I zanim pojazd ruszył na nich usiedliśmy. Maszyna zaczęła się powoli rozpędzać, A my w radości i frajdzie rękoma wierzgać. Chwilę później do zajezdni się zbliżyliśmy. Jeszcze przez jeden moment głośno się śmialiśmy, Aż nagle tramwaj do zajezdni zaczął skręcać. Nasze sanki zaczęły się wtedy przechylać. Ściągało nas prosto na tor naprzeciwległy. Rzuciłem okiem tam, skąd tory na wprost biegły I ujrzałem tramwaj pędzący z naprzeciwka! Moja reakcja musiała być bardzo szybka. Puściłem Sławka i na ziemię zeskoczyłem. Parę sekund później straszliwą rzecz ujrzałem. Tramwaj z głośnym piskiem roztrzaskał sanki stare. Dotarło do mnie wtedy, że poniosę karę. Sławek leżał nieruchomo w pobliżu torów. Usłyszałem krzyki zmartwionych pasażerów. Podbiegłem do Sławka na równi z tramwajarzem. Cudem chłopak nie odniósł poważnych obrażeń. Był jednak ogólnie dość mocno potłuczony I całym tym wypadkiem bardzo wystraszony. Wnet zjawiła się milicja oraz ambulans. Ciekawe, czy w gazecie będzie o nas niuans. Niechętnie podałem milicji swe namiar. Wiedziałem, że czekają mnie solidne szmary. Milicjant odwiózł mnie swoim radiowozem. Ojciec nie odezwał się do mnie ani słowem. Rozmowa mnie czekała – acz z pasem i kablem. Taka odbywała się jednostronnym tonem. Ojciec kazał mi ściągnąć spodnie oraz majtki. Zamiast tego wolałem, jak grał ze mną w statki. Położyłem się na fotelu i wypiąłem. Ojciec zaczął mnie lać pasem wodą zwilżonym. Wpierw pośladki niezmiernie piekły i szczypały. Później, nim zasnąłem, przyjemnie pulsowały. Nazajutrz, obolały, zeznania składałem. Z mym kumplem Sławkiem w szpitalu się spotkałem. Zwierzyłem mu się z bicia jakie otrzymałem, Że po tym wszystkim cielesnych uciech szukałem. Czekała nas za katastrofę jeszcze grzywna, Choć wszystkiemu winna źle ustawiona szyna!” Dlatego tramwaj skręcił nagle na zajezdnię. Czekało nas w tej sprawie długie dochodzenie. Jaki więc będzie tejże opowieści morał? Uważaj co robisz, żebyś się nie zaorał.