Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Pavlokox

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    86
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

12

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Pavlokox

    Hulejnoga

    Co rok jeździłem latem do Krynicy Morskiej. Uwielbiałem klimat tej miejscowości swojskiej. Nazwę „Relaks” miał mój ulubiony ośrodek. Mógłbym tam normalnie wykopać sobie dołek. W tym roku wziąłem hulejnogę elektryczną. Jak zwykle poznałem gromadę bajtli liczną. Wszyscy hulejnogi mi bardzo zazdrościli. Gdy jeździłem wokół placu – za mną gonili. Co tydzień odbywał się festyn rodzinny. Były gry, zabawy oraz ogródek piwny. Maj rodzice nie chcieli jednak brać udziału. Przychodziły do nich informacje z oddziału. Wobec tego bawiłem się grillem znudzony. Z ogniem byłem już od dawna zaprzyjaźniony. Jakaś baba zabrała mi jednak pogrzebacz. „Bo się poparzysz!” rzekła, gdy chciałem go wyrwać. Głupia cipa nie wie, że na wsi w piecu palę. Na ognisku upiekłbym wursztów całą halę. Wróciłem więc na plac, by jeździć hulejnogą. Na miejscu spotkałem kolegę z miną błogą. Powiedział mi, że mógłbym szybciej na niej jeździć. Na początku nie chciałem wcale mu uwierzyć. Zabrał hulejnogę i pobiegł do pokoju. Wbiegłem za nim po schodach. Nie ufałem gnoju. Na górze był jego starszy brat – programista. Wszędzie z laptokiem siedział ten antymarksista. Ponoć zarabiał dwieście tysięcy miesięcznie. Nie wiedzieć czemu z rodzicami bywał wiecznie. Grubas, od laptoka oczu nie odrywając, Podłączył doń hulejnogę i ją hakując, Zniósł z niej limit dwudziestu pięciu kilometrów. Linijki kodu mignęły zza jego swetru. Wnet straciłem gwarancję i ubezpieczenie, Ale nie to było najgorszym wydarzeniem. Miałem przeto moją siostrzyczkę przypilnować. Zmartwiony na plac zabaw zacząłem drałować. W krótkiej sukieneczce na zjeżdżalni siadała. Sęk w tym, że ta zjeżdżalnia w pełnym słońcu stała. Dało się we znaki globalne ocieplenie. Kto zaprzeczy – ten w mordę dostanie ode mnie. Dziewczynka, podczas gdy z urządzenia zjeżdżała, Równocześnie rozpaczliwie głośno krzyczała. Trzymając się za pupę, wpadła mi w ramiona. Metalowa zjeżdżalnia była rozpalona. Czy na pewno nikt nie patrzy, się upewniłem I sukienkę siostrzyczki w górę podwinąłem. Skóra z tyłka i ud zaczęła już odchodzić. Szkoda, że nie mogliśmy w zimnej wodzie brodzić. Wziąłem ją na ręce, do pokoju zaniosłem. Matka wściekła się. Nazwała mnie głupim osłem. Ojciec zapowiedział pozew i karę dla mnie, Lecz tym razem nie planował sprawić mi lanie… Wieczorem, gdy skończył czytać Gazetę Polską, Wszystkie rzeczy z dużego stolika uprzątnął. Wziął świeczkę i wstawił do kubka na kuchence. Matka razem z siostrą trzymały mnie za ręce, A ja, nagi od pasa w dół, ległem na stole. „Za pińcet plus kupiliśmy ci hulejnogę, A ty szwestrą nie umisz się zaopiekować?” Ojciec wziął kubek, aby woskiem mnie polewać. Poczułem parzący ból ud oraz pośladków. Darłem się, aż do drzwi pukała para dziadków. A czy oni mieli do tej kary obiekcje? Nie wiem, ale u ojca dostrzegłem erekcję…
  2. Przez pryzmat moich pozostałych makabresek - rozumiem. Jako osobny, niezależny wiersz - myślę, że jest OK.
  3. Bez obaw, bierzmowanie i osiedlową parafię wspominam bardzo dobrze :)
  4. Nigdy już nie zapomnę tamtego przeżycia. W pokoju mieściła się maszyna do szycia. Był też telewizor, łóżko i biblioteka. Na podłodze leżała parafii makieta. Wszyscy bierzmowańcy ten pokój odwiedzali I szczegóły uroczystości omawiali. Ja byłem, jak to zwykle, ostatni w kolejce. Trzecie imię wymyśliłem sobie w kafejce. Miny różne mieli wychodzący z pokoju, Zwłaszcza ministranci, zaprawieni już w boju. Nadszedł mój czas. Otwarły się drzwi mahoniowe. Powitały mnie od księdza proboszcza dłonie. Usiadłem na łóżku. Ksiądz usiadł tuż obok mnie. Zapytał, jakie wybrałem dla siebie imię. Oznajmił, że by bierzmowanie było ważne, Muszę wykonać jeszcze zadanie specjalne. Potem zapytał, jak często się masturbuję Oraz na jakie rzeczy wtedy patrzeć lubię. Potem powiedział, że Pan Bóg nie wszystko widzi. Następnie pokazał mi zdjęcia gołych dzieci. Ksiądz rozpiął rozporek i za rękę mnie chwycił. Nie mogłem uwierzyć, że on się tak nie wstydził. Wyrwałem rękę, a on złapał mnie za krocze. Dalszy ciąg zdarzeń pamiętam jak przez przeźrocze. Rozsypane cukierki, przewrócony stolik… Proboszcz leżący jak zapity alkoholik. Uciekłem z tamtego pomieszczenia w popłochu, Po tym jak przypierdoliłem klesze-pieściochu… Ile tylko sił w nogach biegłem w stronę domu. Nie powinienem był mówić o tym nikomu. Rodzicom mijało popołudnie jak zawsze. Matka sprzątała. Ojciec miał sprawy ciekawsze. Gdy powoli wyszedł z salonu z piwem w ręku, Opowiedziałem, co się stało, pełen lęku. Najpierw ojciec w milczeniu się we mnie wpatrywał, A następnie, czy jestem pijany, zapytał. Zaprzeczyłem, potwierdzając swoją relację. Ojciec rzekł, iż nie dostanę nic na kolację, Po czym zaciągnął mnie do pokoju mojego I kazał pomodlić się do Ducha Świętego. Uklęknąłem pod portretem Anioła Stróża. Na zewnątrz oraz w domu nadciągała burza. Usłyszałem odgłosy rozpinanej klamry. Wiedziałem, że ten wieczór będzie dla mnie marny. Ojciec wrócił do pokoju, dzierżąc w dłoni pas. Nie był to lecz dla mnie ni pierwszy ni drugi raz. Ojciec ogłosił karę, bo kłamstwem zgrzeszyłem. Zdjąłem majtki i na łóżku się ułożyłem. Do pokoju weszła matka i siostra młodsza Jej również nie omijała kara najsroższa. Rzemień lądował na gołym tyłku i udach. W myślach pomodliłem się do Anioła Stróża. Gdy było po wszystkim, sam na łóżku zostałem. Pokryte pręgami pośladki masowałem. O tym co wydarzało się w tamtym pokoju, Nie powiedziałem już nigdy więcej nikomu…
  5. Pavlokox

    Głupi wiek

    Okres gimnazjum był naprawdę głupim wiekiem. Czasem trzeba popłakać nad rozlanym mlekiem. W mej klasie założyły się dwa takie dzwońce, Kto z nich dłużej wytrzyma, patrząc wprost na słońce! Ten, kto chciał udowodnić, że ma więcej w kroku, Musiał się liczyć z bolesną utratą wzroku. Poparzona siatkówka oraz nerw wzrokowy. Tragedia z jaką musiał zmierzyć się człek młody. Za to innym razem, podczas szkolnej wycieczki, Napotkaliśmy po drodze wybieg pasterski. Podpuszczono mnie, bym nasikał na pastucha, Lecz całkiem nie opłacała mi się ta fucha. Poleciały iskry, gdy drut napotkał siusiu. Ku memu zdziwieniu, poczułem ból w dyndusiu. Generalnie nie ma jednak niczego gorszego, Niż otarcie się o śmierć kolegi własnego. Ojciec tegoż kamrata pędził w domu bimber, Który posiadał bardzo wysoki kaliber. Pewnego razu kumpel pozbierał nas licznie Z zamiarem nauki, jak pić ekonomicznie. Nalał bimbru do miednicy, pokazu celem. Następnie zdjął galoty. Zajechało serem. Chłopię rozsiadło się w miednicy rozkraczone I dłońmi trzymało pośladki rozchylone. Bimber pluskał żwawo. Chłop brał głębokie wdechy, Chcąc by zassały samogon jego bebechy. Wstał jednak dość szybko, tłumacząc nam, że piecze Tak jak, kiedy łyka się procentowe ciecze. Następni usiąść w miednicy już nie chcieliśmy. Po naszym koledze trochę się brzydziliśmy. Bimber wylano i poczęliśmy się szlajać. Byliśmy głośno. Zaczęto się na nas hajać. Rzucił butelką kolega, który pił dupą, Po czym zachwiał się i uderzył w chodnik głową. Nieprzytomnego odebrało pogotowie. Tylko czekać, aż któryś z rodziców się dowie. Zawsze, gdy rodzice wracali z wywiadówki, Nerwowo podrygiwały moje półdupki. Mówiono, że w mym domu używa się pasa. Był to na mnie straszak, jak na matkę kiełbasa. Ojciec rzekł, że za to, że w tym uczestniczyłem, Na srogie lanie pasem sobie zasłużyłem. Stwierdziłem, że na bank tanio skóry nie sprzedam Oraz z ojcem dyskutować o tym zacząłem. Ojciec na to rzekł, że skoro tak stawiam sprawę, Przed laniem czeka mnie też bojowe zadanie. Podał mi kilka pasków oraz wojskowy nóż I kazał mi starannie pokroić pasy wzdłuż. Splotłem je jak warkocz, zawiązałem supełki I zgodnie z rozkazem wetknąłem w nie igiełki. Zdążyłem jeszcze otrzymać niedługą burę, Nim wygłodniały pejcz szarpał łapczywie skórę. „Jak ty go lejesz! W ogóle nie widać śladów!” – Krzyknęła głośno matka, wypatrując smagów. Po wszystkim ojciec dał mi szmatę do podłogi. Mogłem otrzeć łzy z twarzy i z krwi tyłek błogi. Gdy w następstwie tej chłosty leżałem w bolączce, Kumpel, który pił dupą, cały czas był w śpiączce, Lecz odzyskał przytomność po kilku tygodniach. Z niedowładem zwracał uwagę przy przechodniach. Myślę, że lepiej jest mieć mięsień porażony, Niż przez własnoręczny pejcz tyłek rozkwaszony.
  6. Krzepice, 1899 r. To wszystko w XIX wieku się zdarzyło I blizny po dzień dzisiejszy mi przyprawiło. Ojciec powierzył mi wielką odpowiedzialność. Jego oczekiwaniom nie stało się zadość. Ojciec zwykł prowadzić interes transportowy. Dzień w dzień wozić ludzi furmanką był gotowy. Na całej długości wsi biegła trasa wozu. Z kościoła – na targ – do najdalszego obozu. O trzeciej rano wstawałem szykować konie. Potem z ojcem wyprowadzałem je na błonie. Któregoś dnia, ojciec poważnie zachorował. Nie wstał rano oraz z gorączką leżał. Poprosił mnie, bym usiadł za sterem furmanki I samodzielnie woził dziadów oraz babki. Ucieszyłem się, że zostałem wyróżniony. Wyjechałem dorożką w trasę zachwycony. Kiedy odebrałem już pierwszych pasażerów, Odkryłem, że nie mam jednego z akcesoriów. Zapomniałem koniowi opaskę założyć, Która pole wzroku mogła mu ograniczyć. Choć nasze konie były zazwyczaj spokojne, Bez opasek mogły okazać się dość bojne. Lecz nie mogłem już do gospodarstwa zawrócić, Bo musiałbym pasażerom drogi ukrócić. Stanąłem na targu. Automobil się zjawił. Głośno terkocząc zza zakrętu się wychylił. Na ich widok ojcu zawsze powieka drżała. Bał się, by technologia koni nie wyparła. Patrząc na automobil, baby się żegnały. Za to dzieci w pojazd kamieniami rzucały. Psy szczekały, a automobil jechał dalej. Farosz jebnął swojemu młotkiem najzagorzalej. Starałem się odwrócić uwagę mych koni. Karmiąc sianem zasłaniałem im oczy dłońmi. Lecz gdy pojazd się zbliżył, konie rżeć zaczęły Oraz wlekąc furmankę przed siebie wybiegły. Roztrzaskały w drobny mak kramiki targowe. Głośno krzyczeć zaczęły baby przerażone. Wierzchowce w popłochu przechodniów tratowały. W końcu usłyszałem cztery głośne wystrzały I spłoszone konie martwe poupadały. Sprawa znalazła swój finał w sądzie ludowym. Zasłabłem przestraszony wyrokiem surowym. Okrutnej sprawiedliwości nie żałowano. Na tuzin razów grubym pejczem mnie skazano. Nie mniej niż ja, przeraziła się moja matka, Gotowa zawsze chronić swojego gagatka. Ojciec za to uznał, że przyda mi się lanie, Bo przeze mnie wynikło to całe zdarzenie. Zapomniałem też od każdego wziąć zapłatę I naraziłem działalność ojca na stratę. Wbrew jego woli, do miasta jechać mieliśmy. Orzeczenie od lekarza zdobyć chcieliśmy, Ażebym mógł z kary chłosty zwolniony zostać. Żadnych środków od ojca nie mogliśmy dostać. Pomoc udzielił automobilu właściciel, Imieniem Ulrich – pruskich orderów nosiciel. Zawiózł mnie z matką pod sam gabinet lekarski. Wszedłem samemu. Od ręki dostałem świstki. Z daleka słyszałem intensywne sapanie. Gdy wróciłem, Ulrich leżał na mojej mamie. „Schneller*, Ulrich!” – jęczała matka z nogą w górze. „Ja, ja!” – dyszał Ulrich. Obok leżały róże. Potem matka kwadrans w gabinecie spędziła. Do automobilu ledwo żywa wróciła. „In Zukunft, wird man nur Automobile fahren.“** – Rzekł Ulrich. „Ja, ja…“ – nic nie rozumiejąc, odparłem. W domu schowaliśmy orzeczenie przed ojcem. On w międzyczasie zjadł pół chleba ze smalcem. Pierwszy jadał on, potem matka, ja na końcu. Ojciec powiedział: „Dziś nic nie dostaniesz, Dzwońcu.” Nazajutrz, zawitał do nas sołtys z obstawą. Wezwano mnie na karę stanowczą postawą. Nikt z nich nie baczył, że byłem jeszcze matołem. Udaliśmy się wszyscy na plac przed kościołem. Na sygnał wystąpiłem z szeregu na środek. Szedłem ze zwieszoną głową niczym wyrodek. Zapomniałem zdjąć powyżej pasa odzienie. Ktoś podbiegł i zrobił to za mnie na skinienie. Ręce zawiązano mi postronkiem za słupem. Wtedy matka wyszła na środek z orzeczeniem. Sołtys potargał świstek i rzucił go z wiatrem. Zaczęło się spięcie między matką a ojcem. Rodziciel starał się trzymać ją nieruchomo. „Będziesz patrzeć na każdy cios! Jak leci mięso!” Usłyszałem świst i poczułem ból straszliwy. Moment później rozległ się mój ryk przeraźliwy. Pejcz ciął moje ciało żywcem. Matka krzyczała. Siłą woli, z uścisku ojca się wyrwała. Podbiegła do mnie i zasłoniła mnie ciałem. „Zamiast mojego syna, ukażcie mnie laniem!” Sołtys zdjął okulary. Rzekł by odpuściła, Lecz matka wciąż kurczowo mnie obejmowała. Sołtys skinął głową. Usłyszałem głośny trzask I do mego ucha rozległ się matczyny wrzask. Matka pozostałe dla mnie razy przyjęła. Potem nieprzytomna na plac się osunęła. Miała krew z tyłu sukni i moją krew z przodu. Ulrich, obserwując z ukrycia, doznał wzwodu. W domu, ojciec odgrażał się nam obu pasem. W końcu jebnął matce gorącym pogrzebaczem. Niecały rok później zrodziło się rodzeństwo. Ojciec, myśląc że to jego, tulił maleństwo… * Z niem. – „Szybciej” ** Z niem. – „W przyszłości będzie się jeździć tylko automobilami”
  7. Pavlokox

    Akumulator

    Oto i jest kolejna historia z zimą w tle. Poznacie znów osoby i zachowania złe. W mojej rodzinie było kilka samochodów. Mój ojciec zwykł mieć zamiłowanie do dieslów. Dwadzieścia lat skończył nasz stary passat B5. Na jego tle dochodziło do różnych spięć. Matka liczyła na zakup czegoś nowego Lub realizację remontu domowego. Ojciec stwierdził, że pojeździ jeszcze tę zimę, A za nowym „gnojem” rozejrzy się za chwilę. Mrozy nadeszły jednak szybko niespodziewanie. Fiaskiem zakończyło się auta odpalanie. Pomogłem więc ojcu wyjąć akumulator. Wzięliśmy prostownik i jakiś regulator Oraz zaczęliśmy go w łazience ładować. Podczas podłączania zwykł iskry wywoływać. Bałem się być z akumulatorem w łazience, Choć ojciec rzekł, iż ładowanie jest bezpieczne. Zbliżał się Sylwester. Kupiono ognie sztuczne. Nie mogłem dłużej czekać na zabawy huczne. Zabroniono mi je dawać młodszemu bratu, Lecz dałem i nie obyło się bez dramatu. W trakcie, kiedy rodzice byli na zakupach, Skończyłem wartę przy gotujących się zupach Oraz wyciągnąłem zimne ognie z szuflady. Na mojego brata nie padł wtedy strach blady. Zaczął mnie błagać, żebym dał mu zimne ognie. Uległem, prosząc by uważał na swe dłonie. Po całym mieszkaniu ganiać się zaczęliśmy. W którymś momencie w łazience się zamknęliśmy. Zimny ogień w ręku brata ciągle się palił. Do akumulatora przy gniazdku się zbliżył. Wtedy właśnie urządzenie eksplodowało. Mojego brata elektrolitem oblało. Kilka bezpieczników natychmiast wyleciało. W całym naszym mieszkaniu prądu brakowało. Przydałby się nam zapasowy generator. W łazience świecił płonący akumulator. Brat zaczął głośno płakać i się do mnie łasić. Nie wiedziałem, czy mam pomóc bratu, czy gasić. Elektrolit musiał go w twarz boleśnie parzyć. Taki wypadek nie miał prawa się zdarzyć. Powinienem brata zimną wodą opłukać, Lecz dym sprawił, że zaczęliśmy się podduszać. Jak najszybciej z łazienki się wydostaliśmy Oraz przez przedpokój do kuchni pobiegliśmy. Kazałem bratu płukać twarz i oczy w zlewie. Wtedy dostrzegłem, że brat załatwił się pod siebie. Zaczynali się do nas sąsiedzi dobijać. Nim jeden zaczął drzwi wejściowe wyłamywać, Otwarłem je i mieszkanie opuściliśmy. Natychmiast pogotowie i straż wezwaliśmy. Nasi rodzice również szybko się zjawili, Bowiem o niedzieli bez handlu zapomnieli. Brat miał spuchnięte oczy i liczne pęcherze. Chciałem już zapomnieć o tej całej aferze. Poparzonego brata wzięto do szpitala. Straż pożarna nasze mieszkanie przewietrzała. Wcześniej, szczątki akumulatora wynieśli. Na kilka godzin do sąsiadów mnie przenieśli. Akumulator wybuchł przez zapłon wodoru. Ciężko jest się pozbyć spalenizny odoru. Wieczorem rodzice ze szpitala wrócili I od przemiłej sąsiadki mnie odebrali. Gdy rzuciła im się w oczy łazienka stara, Ojciec powiedział, że czeka mnie sroga kara. Matka spytała ojca, czy jest przekonany. Ojciec milczeniem potwierdził, że będę lany. Wiedziałem już na co się szykować. Zacząłem mej uległości bardzo żałować. Ojciec kazał mi położyć się na fotelu I zerwał ze mnie majtki jak kurwie w burdelu. Następnie związał mi ręce i nogi sznurem. Do ust dał kijek, bym łatwiej mierzył się z bólem. Przypiął mnie do fotela pasem transportowym Tak trywialnie, że prawie oddychać nie mogłem! Następnie wyjął z szafy rzemień z supełkami, Które miały spotkać się z mymi pośladkami. Ojciec wziął zamach i siarczyście mnie uderzył. Piekący ból z tyłu mego ciała mnie przeszył. Łzy gwałtownie do mych oczu się cisnęły. Za każdym razem pośladki bardziej paliły. Ojciec zadał mi pięć serii po dziesięć razów. Wypuściłem w trakcie sporo śmierdzących gazów. Cały czas drewniany kij mocno zagryzałem. Z końcem drugiej serii na fotel się zeszczałem. Równocześnie wyłem, krztusząc się własną śliną Oraz rozważając nad swoją wielką winą. Matka na to uwagi zbytniej nie zwracała. Gdy ojciec mnie lał, krzyżówkę rozwiązywała. Rozpaczliwie próbowałem się jakoś wyrwać, Jednak pas dawał radę skutecznie mnie trzymać. Przy piątej serii już milczałem patrząc w ścianę. Nie czułem już pośladków, które były lane. Gdy było po wszystkim, ojciec odłożył rzemień. By poprawić resztki włosów, sięgnął po grzebień, A potem zluzował pas i zdjął ze mnie sznury. Podduszony miałem twarz w kolorze purpury. Krztusząc się wyplułem drewniany kijek z mych ust. Upadł na leżącą na fotelu stertę chust. Stanąłem niepewnie na silnie drżących nogach. Poczułem strużki krwi na pośladkach i udach. Ojciec kazał mi się skłonić i podziękować. Braku rozsądności powinienem żałować. Matka podała mi zimny okład z rumianku. Leżałem na brzuchu, tylko z górą we wdzianku. Zanim ojciec niemalże zatłukł mnie w amoku, Było jasne, że brat stracił wzrok w jednym oku. Przez tydzień nie byłem w stanie chodzić normalnie. Z trudnością przychodziło mi też załatwianie. Zamiast siadać na desce, musiałem przykucać, A potem tyłek ostrożnie wodą wypłukać. Miast siadać w wannie, nauczyłem się brać prysznic. To lanie miało mi się jeszcze nie raz przyśnić. Zazwyczaj musiałem potem zmieniać piżamę, Bowiem w śnie było przyjemne niespodziewanie. Fotel w salonie starannie umyć musiałem, Gdy byłem bity, obficie się nań zeszczałem. Ojciec postanowił w końcu sprzedać passata. Zszedł segment niżej i kupił tipo (fiata). Kiedy tylko robiło się zimniej na dworze, Przypominałem sobie o akumulatorze…
  8. W dzieciństwie nieomalże otarłem się o śmierć. Stało się to dokładnie, kiedy miałem lat sześć. Był wtedy styczeń. Zapanował siarczysty mróz. Leżący na chodnikach śnieg zamienił się w gruz. W domu trwał remont. Wymieniono drzwi wejściowe. Matka uparła się na antywłamaniowe. Rodzice pojechali przeglądać tapety. Za to mnie zostawili samego niestety. Gdy obejrzałem już kreskówki dozwolone, Usłyszałem jakieś hałasy niespokojne. Mimo mrozu, wyszedłem w piżamie na zewnątrz. Zamierzałem od razu wrócić, by nie zziębnąć, Lecz drzwi przede mną się zatrzasnęły I na lodowatym dworze mnie uwięziły. Nie mogłem otworzyć. Chciałem pójść do sąsiadów. Poślizgnąłem się na wjeździe dla samochodów. Uderzyłem się oraz przytomność straciłem. W piżamce na podwórku, prawie że zamarzłem. Kilka dni później obudziłem się w szpitalu. Czułem się trochę jak po firmowym balu. Było mi niedobrze i czułem się zaspany. Wraz ze złamaną ręką unieruchomiony. Temperatura mego ciała znacznie spadła. Szansa na dalsze życie była całkiem marna. Miałem dwadzieścia stopni, gdy mnie znaleziono. Jak najszybciej do szpitala mnie przewieziono. Lekarze powoli mój organizm ogrzewali. Rodzice o me życie śmiertelnie się bali. W śpiączkę farmakologiczną mnie wprowadzono I w odpowiednim momencie mnie wybudzono, A potem już szybko mogłem wrócić do domu. Rodzice nie rzekli o tym cudzie nikomu. Zamknęli mnie w pokoju i modlić się poszli. Po kwadransie do najbliższej parafii doszli. Tam, na przemian, leżeli krzyżem przed ołtarzem, Dziękując Bogu, że obdarowałem nas darem. Usłyszałem przekręcający się w drzwiach zamek I metaliczne odgłosy następnych klamek. Ojciec zajrzał do mnie i na dół mnie poprosił. Wiadomo, że nie po to, bym trawnik skosił. Wszedłem do pokoju. Przed rodzicami klękłem. Wiedziałem, co mnie może czekać i zmiękłem. Rodzice rzekli, że na stres ich naraziłem, A na przeprosiny jeszcze się nie siliłem. Ojciec rzekł, że skoro lubię na mrozie bywać, Mam w tej chwili się ruszyć i zacząć ubierać. Ojciec wszedł do przedpokoju, by drzwi otworzyć I zapiął mi smycz, nim zdążyłem buty włożyć! Ojciec pociągnął mnie. Wypadłem na bosaka. Nie myślałem, że czeka mnie aż taka draka. „No i co tu, kurwa, chciałeś robić gówniarzu?! Zapierdalaj teraz jak twój ojciec na stażu!” Krzyknęła matka i łopatę mi wcisnęła. Odśnieżałem podjazd, a rodzina patrzyła. Dość szybko w dłoniach i stopach poczułem kłucie, A potem już całkowicie straciłem czucie. Musiałem więc stawiać kroki na krawędziach stóp, Tak jakby podjazd był wyłożony warstwą kup. Przewróciłem się i rodzice mnie chwycili. Wlokąc mnie po schodach, do kuchni mnie wciągnęli. Rzucili mnie na zol. Nogi na krzesło dali I pogrzebaczem po podeszwach stóp mnie lali. Matka trzymała mnie i dusiła me wrzaski. Z ulicy słychać było pewnie same trzaski. Kiedy rodzice już czucie mi przywrócili, Postawić mnie na równe nogi się silili. Nie mogłem utrzymać się na pobitych stopach. Mogłem zacząć iść dopiero, gdy byłem w butach. Wgramoliłem się do komórki pod schodami. Bywało, że trzymano mnie tam tygodniami! Wisiał tam ogromny zegar kuchenny, Bym zawsze widział, które godziny minęły. Lecz teraz, że jadę do dziadków oznajmiono. Gdy ojciec rozgrzał samochód, mnie przewieziono. Nim wysiadłem pod domem dziadków, przepięto smycz. Dziadek otworzył drzwi i rzekł, bym szykował rzyć…
  9. Byli sobie dziad i baba. Pewnego dnia rozpalili ognisko, Rozpalilililili ognisko… Łoj! Babina wpadła do ogniska! „Łoj! Płomienie liżą me ciało! Łoj! Żar wrzyna się w me stare kości! Łoj! Swąd mego palonego ciała czuć już u sąsiadów! Łoj! Jak to boli! Łoj! Łooj!! Łoooj!!!” Dziad złapał się za głowę I pobiegł po wodę. Nie zdążył… Zwęglona babina leży w łogniu i jęczy: „Łoj, jo zła była w życiu…”
  10. Pavlokox

    Plantacje

    Wybacz, nie zwróciłem wystarczającej uwagi na edycję ;)
  11. Pavlokox

    Plantacje

    Ja teraz przechodzę z Janusz-firmy budowlanej (projektowej) do korpo. :)
  12. Pavlokox

    Plantacje

    Gdy słońce zachodziło na naszej plantacji, Oznaczało że zbliża się pora kolacji. Odchodziliśmy od stanowisk. Stawaliśmy I aż przyjdzie do nas Pan oczekiwaliśmy. Przychodził zazwyczaj spóźniony i pijany, Śmiertelnie poważny i wiecznie rozgniewany. Nim wszyscy mogliśmy przystąpić do posiłku, Sprawdzał owoce całodziennego wysiłku. Jeśli postępy były niewystarczające, Skazywał wybieranych losowo na chłostę. Raz Pan przywiązał biedną murzynkę do słupa I kazał mi ją lać, aż krwią spłynęła dupa. W tym czasie pistolet do głowy mi przystawił I patrzył jak korbacz ciało do ścięgien ranił. Po festiwalu przemocy Biblię nam czytał. Kiedy już wszystkich z treści kazania przepytał, Każdy mógł otrzymać porcję wystygłej strawy I wypocząć przed kolejnym dniem przeprawy. O szóstej rano siadaliśmy do laptopów, By wykonywać kolejne porcje projektów. W tym czasie Pan negocjował nowe projekty Lub rekrutował narybek do naszej sekty. Dwustu trzydziestu było nas na pierwszym roku. Z uczelni wracaliśmy, jak teraz, po zmroku. Dziki kapitalizm porwał nas na plantację, Gdzie w naszych bólach rodziły się inwestycje.
  13. Pavlokox

    Działka

    Siostra często umawiała się z facetami. Od czasów liceum miało to trwać latami. Rodzice mieli dość liberalne podejście, Odkąd siostra ukończyła lat siedemnaście. Mieliśmy małe mieszkanie, lecz blisko działkę. Siostra postanowiła urządzić tam schadzkę. Tydzień później na zebraniu w domu działkowca, Światło dzienne ujrzała sytuacja nocna. Monitoring uwiecznił moją siostrę nagą, W miłosnym uścisku o żywopłot opartą. Działkowcy poświęcili temu temat szerszy. Nasz ojciec spalił się ze wstydu po raz pierwszy. Ciekawiście, kiedy spalił się po raz drugi? Zaraz się dowiecie, ten wiersz nie będzie długi… Po zebraniu ojciec poszedł do swojej córki. Poprosił, by nie było tej akcji powtórki. Raz chciałem z siostrą napić się w ruinach kina. Musiałem wrócić do domu – zapomniałem wina. Wszedłem do pokoju. Ojciec, z ręką w spodenkach, Przeglądał nagrania uwiecznione na działkach. Wideo miał od ciecia za pół litra wódki. Odniosło to poważne dla rodziny skutki…
  14. Pavlokox

    Ojczym na materacu

    95% wyobraźni i 5% prawdy :) w sumie to mógłbym przedstawić genezę pomysłów na większość wierszy ;)
  15. Pavlokox

    Braciszek

    Dzięki :) jest ten utwór dosyć kinestetyczny :) Bonus: "Niektóre gwoździe oderwały się od deski. Potem wbiły się matce w stopy jak pineski. Ojciec wymierzył mi deską razów tuziny, Wspinając się przy tym na sadyzmu wyżyny" Pozdrawiam :)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności