Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 01.08.2020 uwzględniając wszystkie działy

  1. 10 punktów
    skąd się w człowieku bierze to życie na pokaz bez końca ta nagła potrzeba dzielenia się wszystkim co mnie spotyka od rannej kawy po zachód słońca pięknie krewetki tygrysie podane sam fakt ich na talerzu potwierdza marnie skończyły a będzie jeszcze gorzej jama gardła jama trzewi choć może kto wie wrócą jako pokarm do morza stop lajkowaniu top fanowaniu oderwać zamknąć uszczelnić smartfonofoniczną kroplówkę wypić drugą kawę zrobić kurczaka w siedmiu smakach pójść na górkę popatrzeć jak lądują szybowce bez musu uwieczniania bez potrzeby pokazania i dzielenia się z wirtualnym mikroświatem jak wspaniale mi się żyje i jak potrafię zrobić sobie dobrze
  2. 8 punktów
    (Patrz teraz listek nie drgnie, ptaszek nie zaćwierka Rozprute kamienice dowodem ich męstwa Czas się znowu zatrzymał i słychać syreny Obraz serca Polaków, co biją z podziemi) Gdy zawrzasnął Niedźwiadek rozpękło siedlisko; Niosła echem w okowach niespokojna sfora. Gilzy kresu huknęły przyzwoleniem Bora, Uderzając w hakenkreuz, wszem obce skupisko. Na początku Żoliborz, potyczki Żniwiarzy, Później Wola, Śródmieście, (przy lotnisku fiasko). I powstali heloci, obudzili miasto, Zawiadiacki organizm o łagodnej twarzy. Choć na ubój posłani niezdjęci odwagą. Mimo wściekłych valkirii, co żarły ich mięso, Ta drobnica kwitnąca chciała paść zwycięsko. "Dziś niczym — jutro wszystkim"! krzyczeli broń gładząc. Nikt już ich nie powstrzyma, za dużo w nich wiary Tylko słów zabrakło: "mierz siły na zamiary". Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego
  3. 6 punktów
    Przestałam się modlić do Boga - bo mnie rozczarował. Nic mi powiedzieć nie chce, najlepsze przede mną schował. Odstawiam brewiarz na bok, nocami ćwiczę akcenty Jedynie w 'Boże Nadroższy' - ten akcent jest nieugięty. We w wszystkim innym - nie słucham, nie patrzę, nie mnożę, latami wpatruje się w nie z tego świata zorze I mimo, że nic z nich nie wynika, to dobrze mi jak w raju, czasem coś mi pomoże - zrozumieć tąpnięcia świata, czy dekandenckich Mariachi I - roześmiane lata: choć zawsze były w hangarze - może i uleciały, ale mój wszechświat nadal się śmieje, chociaż już nie jest ... cały Już trochę zostawił za sobą - niewiele ma do dania i czasem sunie bez skrzydeł ... pierzaste obłąkania Robię szpagaty w tych chmurach, mostki w dolinach, przewroty w górach - zawsze po sobie pozostawiam pręgę - złotego pyłu i stali pluszową udrękę Nie ma mnie tu. I nie będzie. Bo nie wiem, kiedy skończę remont. Bóg wciąż mocno trzyma drabinę, a gładzie szpachluje ... Demon ...
  4. 5 punktów
    wiersz o spełnionej miłości i cudnej wiośnie przyjacielu pięknym kwiecie drzewie oraz całym lesie urodzie wszelkiej przyrody urokach podróży pobliskim placu zabaw z radosnymi dziećmi kotkach pieskach i reszcie czeredy naszych młodszych braci o wieczornym niebie nocy gwiaździstej i śnie spokojnym wiersz o cierpieniu napisz i ofiaruj gorącemu sercu to co złe spali a rany zabliźni sprawcę uczyni twoim bliźnim
  5. 3 punkty
    Usiadł na skarpie, pod wielkim drzewem, baldachim liści zesłał mu cień. Patrzył na rzekę, co myślał - nie wiem. I nie wiem nawet, czego tam strzegł. Właśnie przed chwilą tam go ujrzałam; był odwrócony tyłem, jak sen. Czyżby przeżywał gorycz rozstania, czy odpoczywał, kto to dziś wie? Siedział tak sobie, niby ktoś znany, choć był potrzebny, nie przybył tu... A może tylko liczył barany; czy ich wystarczy na noc, do snu? Czy niespełnione nigdy marzenia przelał w klepsydrze biegnący czas? Nic się nie stało, dramatu nie ma, wszakże... zostanie szumiący las.
  6. 3 punkty
    Prośba Póki śmierć nas nie rozłączy, póki śmierć nas nie rozdzieli, pozwól oczy mi wciąż topić w głębi jezior twoich źrenic. Póki w piersi bije serce, póki jeszcze tutaj jestem, pozwól niech me troski koi twoja skroń przy mojej skroni. A gdy przyjdzie ruszyć w drogę i pójść tam, gdzie trzeba odejść, nim mnie wieczne cienie połkną, trzymaj mnie za rękę mocno.
  7. 3 punkty
    W szklanej tafli ekranu, w dalekiej witrynie Bezmiaru, widzę słodkich winorośli misy, Myśląc, że to jej oczy, jej spojrzeń kaprysy Wnet ożywią fantazję, a myśl ma odpłynie… Szukam wśród czystości szkła wspomnień o dziewczynie, W cukierniczkach z fajansu znajduję jej rysy, Prawdziwe lub nie, śnione jak rajskie cyprysy, Czcionką tęsknoty szczere, jak światło w bursztynie. Czekam lecz nie ma Cię, ta chwila nie nadchodzi, Nie napełnisz zapachem kosmyka Swych włosów Mych ust, w których - nim ciężki jęk smutku się zrodzi, Szept nostalgii, skargę wyśle do niebiosów... I może wyjdziesz ze snu, który tak uwodzi, Zapętliwszy nas wspólnym pulsem naszych głosów...
  8. 3 punkty
    W potarganych promieniach zawieruszył się motyl. Czas struny poprzeplatał, więc w sieci skarb złoty. Cieniem skrzydeł odmierza w piaskownicy marzenia. Hera mleko rozlała, struga niebo rozdziela. Mglista droga jak piorun z rozsianymi iskrami. Czy świat Zeus połączy, tak gwiezdnymi myślami? Niech spadnie magiczny deszcz, połączy wszystkie światła. Pióra orła spadają, wena w zamku pobladła.
  9. 3 punkty
    Tak, świetny wiersz, poruszający. Chociaż to co w puencie... różnie z tym bywa. Myślę, że nie do końca da się to przewidzieć. Bywa, że szanse są znikome a efekt jest i odwrotnie. Dla mnie to był akt heroizmu, tak to widzę. Nie można do końca iść na ugodę z agresorem. Traci się wtedy tożsamość. Pomimo naszej przegranej Niemcy też dostali w kość i już do końca wojny nie było im tak łatwo, a właściwie coraz gorzej. Ta ich wygrana to była taka pseudowygrana.
  10. 3 punkty
    Odkąd zamieszkaliśmy na obrzeżach piekła próbujemy nie słyszeć pod nami sąsiada, w tych ścianach gdzie westchnienie komara brzmi niemal jak orgazm, co dopiero ty, moja kochana. A co z tego sąsiad ma, gdy żyje tam z bratem do spółki z chorą matką plus babką też chorą? Nadal stać go na piwo i foliową siatkę. Już zaczynam się martwić kiedy pod podłogą cisza strunę przeciąga.
  11. 2 punkty
    po co nam uśmiech po co nam łzy skoro mamy siebie i kolejne dni po co nam wolności po co nam mgły przecież i tak obrócimy je w sny po co nam pogrzeb smutek i wiele trudnych chwil ciemnych nocy ktoś powie jak to jak tak można bez łzy i usmiechu oraz pogrzebu przecież w nich tkwi cały sens który otwiera kolejne drzwi
  12. 2 punkty
    różne bywają jesienie i lata nie takie same jedna spełniona i złota a w drugiej dni dżdżystych lament w jednej jest gorycz piołunu w tej drugiej słodycz ogrodów a każda przez własny pryzmat spoziera w stronę zachodu
  13. 2 punkty
    możesz podzielić czas na takty rozbić na sample lub na bity możesz w ogóle go nie stracić a może zyskać nawet przy tym możesz podzielić czas na wersy rymem zaplatać go w warkocze zielonookiej wciąż nadziei brzemiennych nowych ciągle zwrotek możesz podzielić czas na klatki myśli zamieniać na obrazy możesz wyrzeźbić kamień rzadki który się jeszcze nie przydarzył możesz podzielić czas na działki albo roztrwonić go na gramy możesz się przy tym dobrze bawić gdy nieprzytomny i pijany masz chwilę na to i nic więcej choć tak ułudnie nieskończoną możesz rozłożyć ją na części aby budować z nich na nowo wybierać możesz nie do końca więc póki taką masz możliwość zanim Cię wciągnie kipiel wrząca pamiętaj jak to ważny wybór
  14. 2 punkty
    zamocowana tensegralnie latami topiła siebie we mnie ścinałam łby przegryzały gardło fastrygując umysł w dwuwymiarowy świat prześlizgując wietrzyły mojej energii wchłaniały szarpiąc nerwy czaszki i krzyża nie dawały rosnąć jeśli umrzesz powieś klucz wiem co moje
  15. 2 punkty
    @ais Zgadzam się z Iwoną na pewnej płaszczyźnie historycznej zdarzenia minione rozpatruje się tylko przez logikę dokonania. Czy musiało dojść do powstania? - Musiało skoro doszło. (tu chyba się kłania general Jaruzelski;) Kiedyś zapytałem pewnego kombatanta powstania ale też I drugiej wojny światowej. Czy tuż przed wojną to jest jej wybuchem dało się odczuć, że do niej dojdzie? A on mi odpowiedział w te słowa - Pod koniec 38' roku ludzie nie zastanawiali się Czy dojdzie do wojny tylko kiedy. To powstanie warszawskie w liczbach statystykach i racjonalności nie wytrzymuje żadnej krytyki dlatego łatwo jest wydać wyrok niepotrzebna strata ludzka. Ale jest coś i nie mówię tu o martylologii co wymyka się i ocenie i osądowi - ludzie chieli walczyć, chcieli umierać tak jak im było wygodnie i na ich warunkach bo życie w tamtym czasie to też wiem z opowieści ważyło najmniej(zdewaluowało się)do tego stopnia, że człowek śmiał się śmierci w twarz. Pan Ropuch
  16. 2 punkty
    ––//–– gdy zmrok zapada umierają cienie czy tylko światło źródłem zbawieniem całość wzmacnia nadaje sens czasem deptane krzywione bardzo lub po troszeczku mimo tego zawsze na wierzchu zostawią ziemię samą na chwilę o świcie wrócą zmartwychwstaną
  17. 2 punkty
    Toś zapomniał już o szkole, boś dawno dorosły? Ty z lat szkolnych nie pamiętasz, pamiętają osły. Pracujesz wytrwale, osieł mści się stale... Osły pecha ci zsyłają, w sposób mniej doniosły.
  18. 2 punkty
    smak metalu w ustach i toaleta pełna dymu za oknem podróż wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych kpiąc z zależności i wołania o pomoc jak anioły bez oczu pielęgnujemy swój lęk przed prędkością przed przemijaniem a to świat ucieka - nie my my tańczymy w przedziałach między pustymi butelkami po wytrawnym żalu wspominając wakacje namiot pełen namiętności i rozstania rytmiczne jak stukot kół odjeżdżających pociągów do lepszego gdzieś my wieczni pasażerowie flirtujemy z nieznanym znanym gardzimy do czasu
  19. 2 punkty
    tak było fajnie luźno radośnie a pociągnięcia łatwe i proste życie zmieniło barwy zbyt piękne w pędzle bez włosów farby zaschnięte wypłowiał obraz prawdziwy wspólny nie kazał zwątpić lecz czas był trudny teraz tak jakoś myśli są same została rama i płótno białe lecz cóż poradzić żyć jednak warto szkicować chociaż choć nie jest łatwo
  20. 2 punkty
    Ludzie dzielni, tylko historia plugawa dla nich, tylko przywódcy dla porachunków z nią spaliło miasto... Cześć pamięci tych, którzy byli "kamieniami rzuconymi na szaniec"
  21. 2 punkty
    Może to kompensacja dla posuchy życia, może chęć dzielenia pasji życia. Pewnie powodów jest wiele. Pozdrowienia dla Was.
  22. 2 punkty
    Ludzie chcą koniecznie pozostawiać ślady po sobie. Uwodzi ich ta myśl, że brylowanie na afiszu świadczy o tym, że są ponad innych. Wrzask to zębatki w trybach tego świata, który nie komtepluje, ale konsumuje, więc nie zastanawia się a jedynie w nadaktywności zużywa się. Uwagi w wierszu celne i elegancko podane. Pozdrawiam.
  23. 1 punkt
    Siadł, podumał i napisał, bo to tylko umie pan pretendent na poetę zagubiony w tłumie może nawet to i dobrze, że anonimowo bowiem w dobie inkwizycji mógł zapłacić głową. Na polanę starej puszczy nie dociera hałas i to tam poeta przyszły zrobił sobie szałas a w szałasie legowisko i kąt literata gdzie mu w nocy przyświecała księżyca poświata. Za dnia kąpał się w promieniach słonecznych od świtu potem pisał, potem czytał i pełen zachwytu sam do siebie nieraz mówił o przedziwny losie już mnie święta inkwizycja nie spali na stosie. Choć niektórzy bez ogródek mówią dostał jobla ja im wtedy ripostuję do nagrody Nobla będę kiedyś kandydował, jeżeli dożyję i nie dożył, wielka szkoda wilk mu przegryzł szyję. Nie wiem czy tak było, ale podobno w szałasie inny dziwak, z innej bajki i o innym czasie zajął szałas i przekształcił wedle nowej mody ma laptopa i Internet i pragnie nagrody. Nobel w grobie się przewraca, że taka miernota tworzy któryś już raz z rzędu bubel, czyli gniota powstał Albert z tego grobu z laską dynamitu rzekł poecie prosto w oczy - nie dożyjesz świtu.
  24. 1 punkt
    Idziesz, idziesz... aż dojdziesz. Uczysz się... aż się nauczysz. Robisz, robisz... aż wykonasz.
  25. 1 punkt
    Dni już nie te Noc szybko nadchodzi Wiatr częściej wieje Kwiaty więdną Co przyniesie kolejny rok Nie wiem Może da mi szczęście Zamykam złe wspomnienia Czas nowe będzie tworzył Lato przemija Niebo inne co Bóg stworzył Czy ja się zmieniam? Jakoś mi tak lepiej na tym świecie chyba Znalazłam swoje miejsce Czuję się bezpiecznie Niedługo drzewa zgubią Swoje liście Co u mnie opiszę w liście
  26. 1 punkt
    @Pan Ropuch ależ oczywiście. ;)mój błąd w przepisywaniu z kartki na tel...
  27. 1 punkt
    @Pan Ropuch w sensie szukały mojej energii 🙂.
  28. 1 punkt
    @Somalija przyznam, że się gubię w tym Pani wierszu. Chodzi mi o użycie liczby pojedynczej to mnogiej to pojedynczej znów - zaraz może to rozgryzę... Pan Ropuch
  29. 1 punkt
    @valeria Teraz taka cyfryzacja, że można już żyć zdalnie bez wychodzenia z domu :) Pozdrawiam Pan Ropuch @Radosław Zgadzam się z Tobą dużo ludzi z tego też wyrasta albo im się już to znudziło. Ale są też tacy co kompletnie nie radzą sobie głównie młodzi i dzieci (patrz liczba samobójstw z powodu nie radzenia sobie z hejtem czy niepochlebnymi opiniami). Teraz z racji lockdownu też zaaobserwowałem pewne zjawisko dużo ludzi uderzyło i spędziło mnóstwo czasu w internecie. Część z nich z misją, nadrobienia zaległości na kontach i zamieszczania kontentu w socjal mediach. Śmiesznie i straszno zarazem! Pan Ropuch
  30. 1 punkt
    @Pan Ropuch E, tam :)
  31. 1 punkt
    @Pan Ropuch Proszę o wybaczenie, że pominęłam Pana w podziękowaniach :( Dziękuję bardzo! Czy to już TWA? Miłego łikendu!
  32. 1 punkt
    @ais Nope jeszcze będzie dwudziesta duszyczka. Zobaczysz sama. ;) Pan Ropuch
  33. 1 punkt
    @Pan Ropuch Licytacja zakończona, lodówka zamknięta :)))
  34. 1 punkt
    to było męstwo koło mnie wymieni pomnik na czas, wyjdę na pamiątkę
  35. 1 punkt
    @Pan Ropuch Moim zdaniem, kategoria podglądaczy jest również zagadką. Tak się kręci ta karuzela napędzana przez ikonki. Dobry wiersz. Pozdrawiam
  36. 1 punkt
    Tyger tyger, burning bright In the forests of the night: What immortal hand or eye, Could frame thy fearful symmetry? In what distant deeps or skies, Burnt the fire of thine eyes? On what wings dare he aspire? What the hand dare seize the fire? And what shoulder, and what art, Could twist the sinews of thy heart? And when thy heart began to beat, What dread hand? & what dread feet? What the hammer? what the chain? In what furnace was thy brain? What the anvil? What dread grasp, Dare its deadly terrors clasp! When the stars threw down their spears And water'd heaven with their tears: Did he smile his work to see? Did he who made the Lamb make thee? Tyger tyger burning bright In the forests of the night: What immortal hand or eye, Dare frame thy fearful symmetry? ___ 29.07. obchodzimy Światowy Dzień Tygrysa
  37. 1 punkt
    Zabłądziłem w tym lesie, nie pamiętam kiedy ani jak tu przyszedłem, nie pamiętam po co. Dziwnie obcy zrobił się las, zamglony, ścieżki nie potrafię odnaleźć i zimno tu nocą więc kołderkę zabrałem od ciebie ze sobą. Czasem jakbym słyszał twój głos z wielkiej oddali, i śnisz mi się prawdziwa, jak na jawie z tobą rozmawiać próbuję, lecz ty niemo ustami tylko poruszasz, jakbyś mi chciała powiedzieć, że… i budzę się wtedy, znów błądzę po lesie, a wszystkie ścieżki, które znajduję przy drzewie tym samym się kończą, i tylko tej do ciebie nie umiem odnaleźć.
  38. 1 punkt
    Tak na szybko: Hiper od stop lajkowaniu i płenta na medal, no i tygrysie krewetki! Bo karmimy się złudzeniami, my, bańkożercy, uwielbiamy nierzeczywistosć, gdy rzeczywistość nas przerasta. Bo ogólnie zycie jest przereklamowane, ale cholernie podniecające. I już lecem, bo muszem. poZdróweczka!!!
  39. 1 punkt
  40. 1 punkt
    choć wie jak smakują łzy nie żałuje tamtych chwil choć wie jak boli śmiech który siebie udawał jest ciągle za byłym wciąż do niego wraca pomaga mu tęsknota bo jest jak siostra choć wie jak smakuje zło na nim buduje lepsze chce by jego dom zawsze miał otwarte drzwi
  41. 1 punkt
    jagód, kulin, owoców :) Zagadka trusk czy trzask w uszach mamy gdy idziemy truskawkami po kulin? co to za porządki żeby w sklepie z adidasami nie było adidasów tylko nike reebok i puma ;)
  42. 1 punkt
    Dzięki bardzo, pozdrówka też :) ;) dzięki :) Ukłony dla Mateusza @Mateusz :)
  43. 1 punkt
    @ais Jedna kobieta - Koło - tak zacznę - robiła ciasto naprawdę smaczne. Często... sernik piekła, wszystkim ślinka ciekła. Prawda wygląda pewnie inaczej.
  44. 1 punkt
    Super, o to chodzi :-))) A czego tu nie rozumieć? RZS Wczoraj wróciłam ze szpitala, średnio taki medal... Dziś nie mam siły dorobić zdjęcie. Ale sobie wyobraź: lilia tygrysia na grządce z truskawkami nie ma truskawek (Mi się też cholernie, jak zrobię te zdjęcie, to może wstawię :-))
  45. 1 punkt
    ono na niego patrzyło krzywo gdzie pod wierzbą siedział wierzbę wyciął zniknął
  46. 1 punkt
    Nasz Administrator to nie jest konserwator ni sekator ni fotoreambulator ni dezintegrator ni likwidator ni granulator ni kombinator ni półamator ni dyktator ni eksterminator lecz prędzej kardiostymulator katalizator humanizator inhalator innowator komunikator modulator modyfikator popularyzator obserwator termowentylator reorganizator racjonalizator koordynatoor pacyfikator kontemplator cywilizator aktywator kreator stymulator akompaniator to też nie poświętnik skarabeusz tylko Terminator Mateusz!
  47. 1 punkt
    Poprzedni tekst, wycofałem. Druga taka podmianka, jak tylko Tu wrzucam. ––?/–– Wchodzę na wysoką górę. Nie wiem, czy słońce za chmurami, czy po prostu robi się ciemniej. Dla mnie to nie istotne. Wiem, że muszę wejść na sam wierzchołek. Zmęczenie daje znać o sobie, z każdą chwilą. Ile drogi za mną, a ile przed? Nie mam bladego pojęcia. Spoglądam do tyłu. Wszystko wokół, spowite dziwnym rodzajem mgły. Droga wygląda podobnie. Nie potrafię określić, na czym ta inność polega. Tak samo jak umysł. Póki co, zapakowanym prezentem. Staram się odpakować. Przecinam sznurki. Szarpię. Słyszę darcie papieru. To dobry znak. Dociera do mnie, po co tu jestem. Nie mam pewności, czy ma to jakiś sens. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Woda spływa z góry, po ostrych kamieniach. Idę boso. Dlaczego? Chyba stopy krwawią. lecz nie czuję bólu. Jeszcze nie teraz. Za bardzo jestem skołowany. Droga cholernie wąska. Po obu stronach rosną krzaki. Ciemność coraz szczelniejszym całunem, zakrywa drogę. Lecz nie na tyle, żebym nic nie widział. Mokre, błyszczące gałęzie, ocierają się o mnie, jak pokrzywione ręce śmierci. Czuję wilgotny szelest, gdy przesuwają wstrętne łapska, po materiale kurtki. Ale cóż. Będę musiał pokochać drogę, chociaż nie wiem, ile mam przed sobą. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Nie martw się kochanie. Na pewno wyzdrowiejesz. – Chcę w to wierzyć, ale sam widzisz jak jest. – Cholera! Muszę wyjść na chwilę. Nie wiem dlaczego. Jakiś wewnętrzny głos mi każe. – Zgłupiałeś. Nie wiadomo, ile czasu zostało. Czy tobie zupełnie odbiło? Chcę pobyć z tobą. – Właśnie dlatego chce wyjść. To znaczy... coś mi mówi, że to wiele może zmienić na lepsze. Pokonać chorobę. – Nie zostawiaj mnie dupku. Proszę. – Nic się nie martw. Zaraz wrócę. ~~~ Stoję na ulicy, patrzę w niebo i wrzeszczę jak opętany: czy istnieje szansa na ratunek? Doznaje szoku, bo prawie natychmiast, krople deszczu wystukują słowa: – ''Musisz wejść na wysoką górę. Znajdziesz tam Bezimienny Kwiat. On zmieni waszą sytuację'' – Jak to zmieni sytuację? Na jaką? Moja ukochana wyzdrowieje? Powiedz coś więcej głupi palancie. Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Przepraszam... to z nerwów. Nie gniewasz się? Dopowiedz coś więcej. Gdzie mam szukać? Chcesz, żebym zostawił ja samą, a ja w tym czasie, będę odgrywać jakąś skoczną kozicę Niestety. Głos milknie na zawsze, ale i tak jestem uradowany. Jakaś szansa istnieje. Co z tego, że zwariowana. Muszę poszukać tej góry. Tylko gdzie? Nie przypominam sobie, żeby w okolicach, było jakiekolwiek wzniesienie. Mimo wszystko wracam uradowany do żony. Powiem jej, że nie wszystko jeszcze stracone. Wchodzę do naszego domu i prawie biegnę po schodach. Nagle doznaje kolejnego szoku. Stopnie jakby zanikają. Odczuwam dotkliwy chłód. Kto powrzucał drobnych kamieni do naszego domu? Biegnę dalej. Schody zdają się nie mieć końca. Tak je w myślach nadal nazywam. Nie chcę uwierzyć, że już ich nie ma. Przecież na górze, w pokoju, leży moja żona. To mnie dopinguje do tego, żeby nie tracić sił na myślenie, tylko zwyczajnie zaufać usłyszanym słowom. Może rzeczywiście, ma to jakiś sens, którego nie pojmuję. Robi się cholernie ślisko. Mam wrażenie, że upadam do tyłu. W ostatniej chwili, chwytam poręcz... ...trzymam w ręce gałąź. Nie upadłem. Czyżbym na chwilę stracił rozeznanie? Nagle mnie olśniło zupełnie. Wiem już, jaki jest cel mojej wędrówki. Mam odnaleźć Bezimienny Kwiat. Czeka tam na mnie. U celu podróży. Droga ciągle taka sama. Jedyną zmianą jest coraz silniejszy wiatr. Słyszę wyraźnie, ocierające się o siebie, pokraczne szpony krzaków. Idę cały czas przed siebie. Nie zawracam. Choć nie mam już tyle sił, co przed początkiem wędrówki, to podpieram się laską, wyciosaną z nadziei. Wierzę, że to wszystko nie jest na próżno. Wiem... zostawiłem ją samą. Gnębi mnie to cholernie. Sumienie szarpie myśli, jak drapieżnik wnętrzności. Nie ustaje jednak w drodze. Mimo wszystko uważam, że słusznie czynię. Nagle ni stąd ni zowąd, zdaję sobie sprawę, że coś jest: nie tak. Nie z drogą, tylko ze mną. Nie chodzi o to, że wspinam się jak jakiś wariat, na jeszcze bardziej zwariowaną górę, tylko o poczucie mojego... ciała. W pierwszej chwili nie chcę wierzyć, w to co widzę. Wszakże nie dokładnie, bo ciemność nie ustępuje, ale jednocześnie nie jest tak gęsta, żeby nic nie dostrzec. Moje ręce są... starsze. Z lekka pomarszczone. Przecież mam dwadzieścia dwa lata. Coś mi tu nie pasuje. I to bardzo. Dotykam rękami twarzy. Także czuję zmarszczki. Jak długo już idę? – pytam samego siebie. Czyżby czas płynął tu inaczej? A może po prostu, starszy jestem, z każdym następnym krokiem. Nie chcę o tym za bardzo rozmyślać, bo zupełnie sfiksuję. A mam przecież zadanie do wykonania. Tylko sił zaczyna brakować. Już nie te lata, co kiedyś. Ile ich mam w tej chwili? Szkoda, że nie zabrałem lusterka. A może dobrze, że go nie mam. Wtem, kilkanaście metrów przede mną, widzę jakąś postać. Jest niewielka i ubrana na biało. Już naprawdę ledwo idę. Odczuwam skutki starości. Ona czeka na mnie. To mała dziewczynka. Trzyma coś na rękach. Podchodzę bliżej. Pyta się mnie zupełnie niespodziewanie: – Naprawisz mojego misia? – Czy naprawię... kim ty jesteś i co tutaj robisz? Sytuacja jest... jakby nie z tej ziemi. – Napraw. Proszę. Łapka mu odpada. Biorę pluszaka do ręki. Rzeczywiście. Misiowa ręka, wisi ledwo ledwo. Gdybym miał buty, to też sznurowadła. Wtedy mógłbym nimi przywiązać jak trzeba. – No co, da się? – Nie wiem jak. A poza tym, spieszę się na górę. Nie mogę tracić czasu, na naprawianie głupich misiów. Po co mi w ogóle głowę zawracasz. Przepraszam, ale sama widzisz, jak wyglądam. – Jak fajny stary dziadek. – No cóż... właśnie... przynajmniej mam pewność. – Naprawisz? Męczę się z tą całą naprawą paskudnie. Aż w końcu za pomocą cienkich gałązek, tyle o ile mi się udało. – Ojej! Dziękuję. – Daleko jeszcze do wierzchołka? Może wiesz dziewczynko. – Niedaleko. No to cześć. Rozglądam się na boki, lecz nikogo nie ma. Myślę sobie, że halucynacje w mojej sytuacji, chyba nie mogą być złudzeniem. Tylko jak rozróżnić, co naprawdę, a co nie. Dostrzegam wierzchołek. Cel podróży. Po jakimś nieokreślonym czasie, wlekąc starcze ciało, docieram do niewielkiego płaskowyżu. Szczytu góry. Jest jako tako oświetlony... tylko nie wiem czym... i pełno na nim kwiatów. To muszą być te. Tylko który jest: Ten? Słyszę z tyłu znany głosik: – Pokażę który. – Skąd się tu wzięłaś. I co tutaj robisz? – Nie jestem z... tutaj. – A skąd? – Dziadki nie powinny być takie ciekawe. Niby mi wesoło, ale nagle przypominam sobie, po co tu przyszedłem. Może potwornie źle zrobiłem. Zamiast być z nią, to idę jak czubek na pieprzoną górę, tracąc czas, który powinienem jej poświęcić. Stopy okrwawiłem, naprawiałem głupiego misia, a na dodatek, stałem się starym dziadem. Nawet jak wyzdrowieje, czy będzie takiego chciała? Wątpię. – Nie możesz wątpić. Twój wiek nie upoważnia ciebie, do gadania takich bzdur. – Wiek? Raczej wieko. Jak masz na imię? – Jestem Bezimienna. To ten Kwiat. – A niby skąd wiesz? – Bo go Misiu wskazuje łapką. Tą naprawioną. Pamiętasz? – Jakbym mógł nie pamiętać. Staruszka na górskim zboczu, przywiązującego pluszakowi łapkę, trudno określić czym. – Przestań marudzić, tylko bierz Kwiatka i zmykaj stąd. Tak musi być! – Łatwo powiedzieć. A z tobą co będzie? – Mną się nie przejmuj. – Krzyż mi dokucza, sflaczałe policzki, a w zmarszczkach chodzi mucha. – Weź się w garść. – Raczej w skórę i kości. – Podołasz. Nie biadol! – Ale... – Bo się naprawdę wkurzę. No złaź z tej góry, do jasnej cholery! – W ustach dziecka takie słowa? Do dupy z tym. Mam dość! – Spadaj! Bo tupnę nóżką! Zaczynam schodzić. Tą samą trasą, którą przyszedłem. Przestało padać jakiś czas temu. Mniej się ślizgam po kamieniach. Nadal nie wiem, ile mam lat. Na pewno nie mało, biorąc pod uwagę samopoczucie. Trzymam w ręce kwiat. Wierzę, że to ten właściwy. Tam, na szczycie, trochę w pewnym sensie odreagowałem. Pyskata to sprawiła. Kim ona jest? Wątpię, żebym się dowiedział. Idę już jakiś czas i tak samo jak przy wchodzeniu, z moim ciałem, zaczyna coś się dziać dziwnego. Jednym słowem: młodnieje. Za każdym krokiem, lat ubywa. Ręce robią się gładkie. Na twarzy nie czuję zmarszczek. Tylko Kwiat, który niosę, pomału więdnie. A byłem przekonany, że taki niezwykły, nigdy nie straci swojego blasku. Będzie wciąż taki sam. Życia nie straci. Nie wiem, czy go zdążę zanieść żonie. Na dodatek, kapie z niego krew. A ja jestem młodszy z każdą sekundą. Nie widzę siebie, ale wiem to na pewno. Dostrzegam charakterystyczną gałąź. Miejsce z którego wyszedłem. A poza tym, jest prawie jasno. Znikła ciemność. Ścieżka jest nadal wąska, lecz krzewy po bokach zakwitły. Widzę przed sobą jakby jasność. To znaczna polana. A właściwie pusta łąka. Nagle dostrzegam żonę. To musi być ona. Nie mam wątpliwości. Kiwa do mnie ręką. Podchodzę bliżej. To żadna halucynacja. Na pewno ona. Z dłoni lecą mi zwiędnięte strzępki. Widocznie spełniły swoje zadanie. Oddały swoją żywotność. Stoję blisko niej. Mówi do mnie: – Na drugi raz bądź tak miły i się nie spóźniaj. W końcu jestem twoją narzeczoną. Mamy się pobrać. Chyba nie zapomniałeś? Masz zamiar całe życie być takim spóźnialskim? – Narzeczoną? Co ty chrzanisz? Przecież jesteśmy małżeństwem od kilku lat! – Doprawdy kochanie? Traktuj mnie poważnie. Czyżbyś bredził po próżnicy? – Ale przecież... jesteś ciężko chora! Leżałaś w łóżku. – Mniemam najdroższy, że ktoś inny jest tutaj... jakby chory. Bardzo cię kocham... ale do prawdy nie rozumiem, o czym mówisz. Ja nigdy nie chorowałam. I oby tak dalej. Ta sytuacja mnie przerasta. To wszystko, co było, jest... i co będzie... o to jest pytanie. Chyba jej nie powiem o tym, jak od niej uciekłem, co przeżyłem, że byłem starym dziadem, a teraz jestem powtórnie młodym... a może jednak. Nie. To by nie miało żadnego sensu. I tak mi nie uwierzy. Słyszę jej głos: – Chyba widzisz tamtą drogę? – Widzę kochanie. – Tam jest przystanek autobusowy. Poczekamy trochę i pojedziemy. – Oczywiście. Jak sobie życzysz. Przestaje mnie cokolwiek dziwić. Nawet przystanek autobusowy na środku łąki. Stoimy i czekamy. Sceneria wokół normalna, lecz zarazem... dziwna. A poza tym, gdzie się podziała góra? – Kochanie. Widzisz? Autobus jedzie. – Widzę. – Jak przystanie, to do tego wsiadamy. – Trudno do innego, skoro będzie jeden. Wiem, że nie powinienem być taki... dowcipny, zważywszy na sytuacje, ale chcę zachować resztki świata, którego znam. Ona jest niewątpliwie moją żoną. Wiem, że ją kocham, ale... – Przygotuj się. Za chwilę wsiadamy. – Kochanie! Coś mi tu nie pasi. Jest coraz bliżej, a większy wcale. A zatem się zmniejsza. Czy aby się zmieścimy? – Zobaczymy. Podjeżdża autobus. Rzeczywiście jest mały, ale na tyle duży, że możemy wejść. Nachodzi mnie dziwaczna myśl, że inni nie mieli takiego szczęścia. A może czegoś wręcz przeciwnego? W środku jest pusto. Tylko kierowca. Moja żona jest trochę zdenerwowana. Nie wiem czemu. Popatruje po całym wnętrzu, jakby czegoś szukała. O co w tym wszystkim chodzi? Nagle słyszę zamykanie drzwi i pojazd rusza. Ukochana siedzi na siedzeniu i milczy. Jest dziwne nieobecna. Czyżby to wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane, niż by się mogło wydawać? Czas upływa na podróży. Świat wokół, wygląda zupełnie normalnie. Zwyczajny autobus i zwyczajna łąka na zewnątrz. Niby wszystko pasuje. Oprócz ciszy. Coś powinienem słyszeć. Chociażby szum silnika. Cokolwiek. Nagle na przednim siedzeniu, coś zauważam. Siedzę trochę z tyłu, dlatego widzę jedynie część. Dopiero po jakimś czasie, dociera do mnie, na co patrzę. To widoczny fragment pluszowego misia. Ma łapkę przywiązaną sznurowadłem. Odruchowo spoglądam na swoje nogi. Jeden but ma puste dziurki. Co tu jest grane, do diabła? Przecież byłem bez butów... i o co chodzi z tym pluszakiem? Czyżbym nie pamiętał wszystkiego? Albo inaczej, niż być powinno. Postanawiam zrobić coś, co w takiej sytuacji jest w moim mniemaniu, bardzo zasadne. Idę do przodu i grzecznie pytam; – Przepraszam... ale dokąd my właściwie jedziemy? – A skąd mam wiedzieć. Jestem tylko kierowcą.
  48. 1 punkt
    Imieniny Walentego też nie gorsze są od tego, jak świętuję Walentyna. Tylko Walentego... nie ma. Mamy ewenement taki, że to jemu noszą kwiaty.
  49. 1 punkt
    ~~~//~~ Nieustający rytmiczny dźwięk nasącza umysł cząsteczkami snu. Wirują pod czaszką jak maleńkie kołyski, a w każdej jest trochę mnie. Faza niekontrolowanego rozróżniania otoczenia. To mój stan. Zasypiam, to znowu patrzę otępiały i tak na przemian. Odczuwam też: męczące drgania rzeczywistości. Trzęsie mną rytmicznie jak maskotką na sprężynie w czasie jazdy samochodem. Fale wylatujące z moich źrenic, są za bardzo zaspane, by się odpowiednio odbić i wrócić z rozpoznawalnym obrazem. Czasami, gdy otwieram oczy, widzę jakieś zamazane kontury czegoś. Przyćmione światło z brudnej lampy o kolorze pożółkłych palców, cichy zapach dymu i starego drewna, raz po raz słyszalne gwizdy, oraz nieustane kołysanie, wprawia mnie w błogi senny nastrój, którego jakoś nie pragnę zakończyć. Po jakimś czasie, na ile mi świadomość pozwala, podnoszę żaluzje sunące na gałkach ocznych i popatruje, gdzie właściwie jestem. Od jakiegoś czasu, z uwagi na takie a nie inne symptomy odwiedzające mózg, mam w sobie pewne przypuszczenia, które chciałbym potwierdzić. Jakbym mnie do innej epoki przeniosło. Nie mam już wątpliwości, choć nadal trochę zaspanej. Jestem w wagonie kolejowym. W takim jak drzewiej bywało. Drewniane ławki, zapach podłogi oraz specyficzny rodzaj dygoczącego klimatu, miesza się z niemilknącym rytmem. Siedzę przy prawym oknie. Na zewnątrz ciemność jest na tyle jasna, a jasność na tyle ciemna, że mogę spokojnie patrzeć, na migające obrazki. Nie męczą oczu, ale też nie są obojętne. Na ułamek sekundy coś mnie zastanawia, w tym obustronnym przemijaniu. Siedzę nadal, jakby bezmyślnie, a nieustanny stukot wybija mi w głowie rytmiczne pytanie: Co tu robisz? Co tu robisz? Co tu robisz? No właśnie: co tu robię. Może gdzieś jadę, ale nie wiem gdzie. Wsiadłem i zapomniałem. Ale dlaczego tak tu pusto? Tylko ja jeden. Samotny w klatce. Czy można z niej wyjść? Nagle coś mi przychodzi do głowy. Bilet. Poszukaj biletu. Coś może wyjaśni. Będziesz chociaż wiedział, gdzie jedziesz. Zaczynam szukać intensywnie. O dziwo, znajduję dość szybko. Na dnie trzeciej, napotkanej przez dłoń kieszeni. Niestety, nic mi nie wyjaśnia. Brązowawy kartonik zupełnie pusty z dziurką w środku. Dziurką? No tak. Wszystko jasne. Przyszedł konduktor, a ja na pół śpiący dałem bilet do skasowania i zapomniałem o wszystkim. Ale gdzie na nim stacja docelowa. Przedziurawił pusty kartonik? Patrzę na dziurkę jak sroka w gnat. Widzę, że jej średnica jest coraz większa. Tyci konduktorek, wydźwiguje się na rękach na zewnątrz biletu. Ma czerwoną czapeczkę i złośliwy uśmiech. Zaczyna powtarzać rytmicznym głosikiem, kompatybilnym ze stukaniem: – Bilecik do kontroli. – Bilecik do kontroli. – Bilecik do kontroli. Po raz pierwszy wnerwia mnie ta sytuacja. Przedzieram bilet na pół, razem z bezczelnym konduktorem, który momentalnie milknie. Malutkie flaczki brudzą rant kartonika, a na dłoniach czuję ciepłą krew. Po chwili trzymam znowu cały kartonik. Ani śladu mokrych wnętrzności. Skołowacenie daje znać o sobie. Tak naprawdę przecież nie wiem jak długo ostatnio spałem. Znowu siedzę jak otępiały, spoglądając na boki. Po jednej i po drugiej stronie przetacza się krajobraz. Coś mi znowu nie pasi. Ale głowę mam jeszcze za ciężką dla nadliczbowych myśli. Zaczynam odczuwać głód. Przypominam sobie, o dziwo łatwo, że obok leży reklamówka. Szperam w niej chwilę. Wyciągam coś miękkiego, zapakowane w zatłuszczony papier. Skwierczę owinięciem i wyjmuję bułkę z wątrobianką. Nigdy nie przepadałem za tego typu przysmakiem. Ale cóż, dobre i to. Jej specyficzny zapach, atakuje całą flanką moje dziurki nosowe, razem z zapachem dymu. Widocznie przesiąka przez ściany. Może nawet go polubię. Na poziomej klapce przy oknie leżą zdechłe muchy. Zgarniam je na podłogę, żeby mi nie obrzydzały jedzenia. Stukają głośno o podłogę. Słuch mi się wyostrzył, czy jak? Nagle widzę, że wątrobianka wychodzi z bułki, jakby szła odwiedzić pasztet. Ze wszystkich stron, wysącza: gęste, szare cielsko. Czuję ją na rękach. Jest podwójnie zimna jak trup w chłodni. Formuje z siebie małego ludzika. Ma wredną twarz, a uśmiech taki kochany, jak kiełbasiany jad. Cienkim głosikiem, powtarza zgodnie z rytmem, stukanym przez koła na wstędze szyn: – Zdechniesz tu. – Zdechniesz tu. – Zdechniesz tu. Tym razem moje nerwy tracą na ważności. Gwarancja możliwości opanowania mija. Biorę go pod but, rozmazując na miazgę. Podnoszę nogę, a on jeszcze mlaska. Wrzeszczę z całych sił: ja ci dam, wredne szare gówno z gnijącego truchła zająca! Będziesz mi tu głupoty opowiadać! Straszyć podróżnego? Mam gdzieś twoje bzdety! Że też takiego, bułka musiała nosić! Walę kilka razy nogą. Też rytmicznie. Przylega do podeszwy i jeszcze ględzi swoje, obgryzając wściekle sznurowadło: – Zdeuchniusz tu. – Zdeuchniuuuuu No wreszcie zamilkł. Muszę zjeść suchą bułkę. Nie przemówiła na szczęście. Wreszcie jarzę, co z tymi oknami. Nie można ich otworzyć. Tego się nawet spodziewałem, zważając na okoliczności. Co prawda, nadal odczuwam dziwną senność, ale nerwy mam coraz bardziej napięte. Jakby ktoś stroił gitarę, a ja byłbym strunami. Właśnie teraz skołowany mózg, znajduje się w sytuacji: napiętej do nieprzytomności struny. Jak pęknie to nie wiem co ze mną będzie. Na dodatek widzę w tej chwili, tłustą plamę na podłodze. Kształtuje napis: ''Umrzesz niebawem". Stoję przy lewym oknie. Widoczki uciekają: na lewo. Teraz stoję przy tym, co naprzeciwko. Krajobraz ucieka... też na lewo. Kombinuję, co to oznacza. Może gdybym był należycie wyspanym, to bym nie miał problemu ze zrozumieniem. Po jakimś czasie mam nadzieję, że dociera do mnie, o co w tym chodzi. Że raczej pociąg stoi, gdyż obydwie prędkości redukują się do zera. Oczywiście pod warunkiem, że są jednakowe. Lecz pewności nie mam. Przypadkowo zauważam: rączkę hamulca bezpieczeństwa. Myślę sobie, to jest to. Skończę ten koszmar. Nagle zauważam tabliczkę z napisem: [Hamulec działa tylko w tym wagonie] Działa w jadącym, czy niejadącym? A jeżeli tylko w niejadącym, to po co w ogóle jest? Chociaż fałdki mojego szanownego mózgu są nieco wygładzone, to na wszelki wypadek, nie pociągam za uchwyt. Nagle, ni stąd ni zowąd, jakby we mnie żelazna kula do rozbijania murów, wstąpiła. Biegam po całym wagonie i kopię nogą wszystkie ławki. Pluję na szyby i grożę zdechłym muchom i wygrażam wisiorkowi od hamulca. Zdejmuję but i walę nim w lampę, ale na szczęście, za słabo. Na dodatek pragnę zmniejszyć wagę pęcherza. A nie mam gdzie. Chcę stąd wyjść. Uciec z tej popieprzonej klatki. Nie wiem dlaczego akurat teraz, coś mnie napadło. Chyba dziwaczna sytuacja w oknach i ta popierdzielona klatka, tak w końcu zadziałała. Na ścianie wisi obrazek. Nie patrzę co na nim jest. Rzucam na zaoliwioną podłogę, by roztrzaskać go na miazgę. Strasznie się pocę. Pomału zaczyna brakować powietrza. Takiego niezniszczonego. Orzeźwiającego. A okien przecież nie można otworzyć. Obejmują mnie macki klaustrofobii. Jest mi duszno. Myśli obijają się o pręty niemożliwości. Biegnę do drzwi, na końcu przejścia między siedzeniami. Jakbym dopiero teraz je zauważył. Przez szybę widzę trochę wnętrza drugiego wagonu. Są w nim ludzie. Kiwam do nich. Jakby mnie nie widzieli. Siedzą jak kukły. Oczywiście drzwi są zamknięte. Te drugie naprzeciwko, też. Kopię w nich nogą i walę pięściami. W końcu oddaję mocz na podłogę i doznaję ulgi. Jakbym wysikał swoje nerwy. Siedzę już chwilę, ciężko dysząc. Wyciągam brudną chusteczkę i wycieram pot z czoła. Niby jestem spokojny, ale to nieustanne chybotanie i stukający rytm, tę spokojność nadwyręża. Teraz jakby bardziej. Nagle wpada mi do głowy genialny pomysł. Biorę reklamówkę, zwijam na ile się da w rolkę i kładę na podłogę, w przejściu między siedzeniami. Stoję nad nią i podskakuję wysoko. Foliówka zostaje dokładnie w tym samym miejscu, co moje nogi, które spadły. Przecież mogłem coś rzucić. Po co skakałem jak pajac w poplątanych sznurkach. Na domiar złego w prostokątnym cyrku. Jednak za chwilę synapsy gadają co innego: "Zmieniłeś swoje położenie wobec torów... a nie wagonu. Czy jedzie czy nie i tak spod nóg podłoga nie zwiała. Spadłeś w to samo miejsce. Musiałbyś skoczyć bardzo wysoko, by wytracić prędkość" Taa... i walnąć w sufit, by złamać kark. A to i tak, byłoby za nisko. Niespodzianie widzę szyberdach na suficie. O dziwo, da się z łatwością otworzyć. Ale nie wyjrzeć. Za kwadratową kratą dostrzegam samotną białą chmurkę na błękitnym tle. Stoję jakiś czas i patrzę w niebo, aż mnie kręg boli. Pierzak nie zmienia położenia względem okna. A nawet gdyby, to i tak bym nie wiedział, co się porusza a co nie. Baranek wskazuje, że raczej pociąg stoi. Przypominam sobie, że podobno wzdłuż ''prądu'' idzie się lżej, a ''pod prąd'', trudniej. Niestety, moje nogi są za bardzo skołowaciałe, jak mój szanowny przyjaciel: mózg. Znowu siadam i w myślach dochodzę do trzech wniosków. Po pierwsze: jadę w dwóch przeciwnych kierunkach równocześnie. Po drugie: pociąg stoi lub nie. Po trzecie: jaki z tego wniosek? Ano taki, że mam na sobie biały fartuszek, zasznurowany z tyłu razem z rękami. Wszystko na to wskazuje. Przede mną siedzi mała dziewczynka. Trzyma coś za plecami. Nagle jej oczy są jak reflektory od parowozu. Wyciąga z tyłu białe coś i razem z ciemnym dymem wydobywającym się z ust, mamrocze rytmiczne słowa: – Kaftanik. – Kaftanik. – Kaftanik. – Dla ciebie. – Dla ciebie. – Dla ciebie. Po chwili cała przeistacza się w chmurę dymu. Wchłania ją siedzenie, które zabarwia na czarno. Nad ciemną plandeką nocy, leci trochę żółtych iskier i słychać cichy gwizd. Kolejne zwidy, myślę sobie. Coś mi się nie zgadza z tym kaftanikiem. Przecież mogę rękami ruszać. Gdzieś za mgłą, nie dostrzegam ludzi w białych kitlach, lub w ogóle jakiś białych ścian. Widzę wnętrze wagonu. Tyle tylko, że jedzie i stoi równocześnie. Turkotanie kół i nieustanne drgania, mówią same za siebie. Na dodatek w przód i w tył, w tym samym czasie. Ale wesoło. Olać i już. Nawet fajnie tak. Czekać co będzie. Z umysłem lub czym? Struna została zerwana. Uderza mnie w oko, a poszkodowany - czyli ja - śmieje się z tego wesoło, na całą zakichaną klatkę. Ryczę jak kumulacja rechotu żab. I to sam do siebie. Zlęknione echo, biega jakiś czas po kątach, by po chwili przycupnąć spłoszone na lampie. Mam wrażenie, że puka paluszkiem w czoło, popatrując na mnie znacząco. Rzucam w nie butem. Na podłogę lecą kawałki szkła. Ustawiają się jeden za drugim. Widzę, że biegają w kółko, radośnie popiskując: ''Jedzie pociąg z daleka...'' Z tego można wysnuć następny wniosek: albo ja zwariowałem, albo wagon. ::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::: – Pobudka! Koniec! Wygrzebuję się z lepkich myśli, w które znowu wpadłem, jak mucha do kleju. – Bardzo panu dziękujemy. Wziął pan udział w eksperymencie. Dostanie pan to co należy. – W eksperymencie? Niby jakim? – Zachowanie człowieka, w sytuacji nie zgodnej z ogólnie przyjętą logiką. – Aaa... w dwóch kierunkach... – Chociażby. Inne aspekty były bardziej ukryte. Tego pan nie musi wiedzieć. – A to za oknem. W przeciwnych kierunkach? – Dwa ekrany. Tyle mogę powiedzieć. – A gadający pasztet? – Pasztet? Mówił? – Jeszcze jak. Musiałem go z buta... – Poszło lepiej, niż myśleliśmy. Chociaż dziwne. Tego nasza kamera na żywo... nie zanotowała – To już wasze zmartwienie, nie moje. A wstrząsy, turkotanie kół? – Odpowiednia konstrukcja. Pan by chciał za dużo wiedzieć. Pan dostanie co trzeba i o wszystkim zapomni. Chcemy mieć pewność. +==============================================+ Wszystko jakby za mgłą. Nagle zakłóca ją ciemny kształt. Rozpoznaje. Wiem co to jest. Zbliża się do mnie. Wchłania moje ciało. Nagle coś go zasłania. Dostrzegam przed sobą srebrzystą powierzchnię z wystającym bolcem. Wiem, że druga czai się z tyłu, jak wściekłe zwierzę. Tracę pomału świadomość. Słyszę głośny trzask. Odczuwam paskudny ból we flakach brzucha, by po chwili poczuć się lżejszym. Przez moje ciało, szybuje okrągła mgła. Pochłania mnie ciemność. Dociera do mnie jakby z oddali, ten przeklęty rytmiczny dźwięk. Zanika coraz bardziej. Jakiś czas jeszcze słyszę, jak koła wystukują słowa: skasowany... skasowany... skasowany...
  50. 1 punkt
    zapraszam do siebie na miłą przekąskę.
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności