Psalm o wierzbach

Ten wiersz jest autorstwa Kazimierz Wierzyński.

Wierzby szumią po nocach,
Szumią coraz dotkliwiej,
Spocznijcie przed obcą pustynią
I każdy niech wspomni
Na Syjon
Bracia bezdomni.

To jest ostatnia stacja:
U zawiadowcy w oknie floksy,
Na peronie kulista akacja
Obłożona kaflami i koksem,
a potem pociągi, nieskończone pociągi,
Których się stąd nie wypuszcza,
Toboły i kufry i chłopska bryczka,
Szlaban na moście,
Linia graniczna,
Trawiasta puszcza.
Stąd się jechało porannym kurierem
Przez wyszczypane pastwiska, przez mgły,
Nieruchomą równiną, polem szczerem,
Gdzie odrętwiały żuraw studzienny
Szyję do góry wyciągał senny
I konie kładły po sobie
Ciężkie łby.

Gdziekolwiek sięgnąć było okiem
Niosły się smugi srebrno-szare,
Coś bez początku i bez końca,
Może te same wciąż opary
A może pierwsze już obłoki
W przeczuciu słońca.

Tędy jechaliśmy o świcie,
To była nasza drżąca miłość
I lęk przywarty do niej szczelnie,
Wapienna rosa spała w życie,
Spały żółte, mokre cegielnie,
Stary cmentarz zachodził w zagajnik,
I tylko czasem samotny z komina
(Jak to się dziś przypomina)
Dom dymił prosto,
Powiedziałbyś - czajnik.

To była nasza miłość i troska,
A teraz jest słup graniczny i puszcza,
Pociągów tu się nie przepuszcza,
Stoimy na martwej stacji
Śród kufrów i śród tobołów,
Pod kulą strzyżonej akacji,
Pod niebem jak ołów.

Ach, nie szukajcie wód babilońskich,
Jedna niewielka została tu rzeka,
Wierzby szeregiem nad nią stoją,
I widać ślady kopyt końskich
U wodopoju,
Rzeka kręta jak glista,
Rzeka pośpieszna jak mrówka,
Eufrat i Tygrys w pastewnej równinie:
Nasza mulista
Młynówka
Tędy płynie.


(Wierzby dzieciństwa:
Młyn miele mąkę, melodia młyńska,)
Wierzby: alkowy czarownic,
Z którymi diabły się żenią,
Pogrzeb śród krzywych gromnic,
Próchno świecące jesienią
I zezowate oczy sowie
I strach ze szczeciną na głowie
I bazie Palmowej Niedzieli
I radość żeśmy pierwsi je ścieli
I niespodziany, czubaty urodą
Zimorodek zasiedziały nad wodą
I wszystkie prawdy i wszystkie symbole
I znowu pastwiska i szczere pole
I nierozwiane poranne mgły,
Śród których żuraw drętwiejąc studzienny
Szyję do góry wyciągał senny
I konie kładły po sobie
Ciężkie łby.

To wszystko co nam zostało
Ze złotej świątyni:
Pamięć paląca i drzewa
Na pograniczu pamięci,
Przy niej.

Szumią teraz po nocach,
Szumią coraz dotkliwiej:
Spocznijcie przed obcą pustynią
I każdy niech wspomni
Na Syjon,
Bracia bezdomni.

I niech już się stanie.
Niech już zagasną oczy sowie
Jak nadaremne lęki
I wykruszone radości,
Niech tylko weźmie ktoś próchno do ręki
I jak ostatnie po nas posłowie
Rozsypie je
To będą nasze kości.

W polach niech je posieje w rozłogach,
Za rzeką gdzie przestrzeń zaczyna się pusta,
Na nie przebytą ostatnią drogę
Wiatrom położy na usta.

Bo to jest miłość nasza, bez której
Nie ma rozumu ani odwagi,
Ostatni muskuł odarty ze skóry,
Nasz upór ostatni i nagi,
Troska rosnąca coraz okrutniej
Dokoła serca-kamienia,
I to są nasze wieszadła,
Wierzby dla harf i lutni,
Struny milczenia.