Arsis

Monument Valley

4 posty w tym temacie

Napisano (edytowany)

Cienie obłoków opływają rdzawo-czerwone pomniki –

arcydzieła nieznanych rzeźbiarzy.

Trwa powolny przepływ na ziemi i w niebie –

widm

o ludzkich twarzach,

które poruszają bladymi wargami,

nie mogąc się jednak wznieść ponad milczenie i ciszę.

Zacierają się,

giną. Pojawiają się inne.

 

Mijam samotne, kamienne drzewa,

kominy.

 

Krok za krokiem…

 

Żeby jeszcze tylko zobaczyć to miejsce, w którym wiatr przenika wieczność –

 

oczy –

spalone słońcem.

 

***

 

Monument Valley (pol. Dolina Monumentów) – region w USA, położony na wyżynie Kolorado. Rezerwat Indian Navaho.

 

***

 

https://www.youtube.com/watch?v=Kny5gYvvEE8

 

***

 

(Oświadczam, że ten tekst jest mojego autorstwa)

Edytowano przez Arsis
1 osoba lubi to

Udostępnij ten post


Link to postu

Nie z tej ziemi.

6 godzin temu, Arsis napisał:

Żeby jeszcze tylko zobaczyć to miejsce, w którym wiatr przenika wieczność –

 

oczy –

spalone słońcem.

Żeby niemożliwe stało się możliwym. Tęsknota w wierszu i muzyce.

Udostępnij ten post


Link to postu

Podoba mi się wiersz, jego nastrój , budowa i język.

Po Indianach, po ich kulturze zostały tylko monumenty skalne, które już nam nic nie mówią - są dla nas nieprzeniknioną tajemnicą na wieczność.

Nie byłam w tym rezerwacie, ale dzięki wierszowi umiem sobie to miejsce trochę wyobrazić.

Udostępnij ten post


Link to postu

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!


Zaloguj się

  • Kto przegląda

    Brak zalogowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

  • Podobna zawartość

    • Przez Arsis
      (Cykl: Pacyfik - sen wiekuisty)
       
      Spieniona nawała naciera na ląd. Błysk słońca prześlizguje się po wygładzonych kamieniach
      i zsuwa się w odmęt zarys białego obłoku.
      Wiatr na mojej twarzy, w rozwianych włosach,
      intensywny zapach soli…
      Nieskończone falowanie zatraca się gdzieś w kobaltowym błękicie nieba.
      To wszystko – zamyka się we mnie,
      tworząc jakąś nową rzeczywistość, jakieś nowe widzenie
      w migocie
      jaskrawych refleksów.
       
      Za mną – krajobraz skurczył się i poszarzał. Jeszcze do tej pory można wyczuć ten ruch cząstek,
      to wirowanie atomów, których blask tak bardzo oślepiał i palił,
      wwiercał się do mózgu.
      Do tej pory czuję ten ból, natrafiając niespodziewanie na dawny ślad
      swojego dawnego – ja.
       
      Mieszają się epoki, przeskakują daty. Gładzę palcami
      kontury zdeformowanych przedmiotów,
      popękane ściany betonowych bunkrów z rdzawymi, pionowymi smugami. Mozaikę
      ciemno-brunatnych bąbli – utworzoną przed dziesięcioleciami
      przez potworny żar
      nuklearnego rozszczepienia.
       
      Zakrywam instynktownie uszy, lecz nic –
      to tylko narasta huk pędzących fal,
      które załamują się na opuszczonym, nasiąkniętym radiacją nabrzeżu.
      Wszystko umarło,
      zapadło w sen wiekuisty. Stało się przystanią dla duchów
      przemieszczających się w dziwnej substancji czasu. Więc i ja – nie mogę być żywy.
      Od dawna –
      nie jestem żywy.
       
      ***
       
      Mururoa – atol koralowy, znajdujący się w archipelagu Taumotu, który wchodzi w skład Polinezji Francuskiej, na południowym Pacyfiku. W latach 1966-1996 Francja przeprowadzała na nim testy z bronią jądrową.
       
      ***
       
      https://robertcarty.bandcamp.com/track/scape-3
    • Przez Arsis
      Nieregularne przebłyski prądu
      świadczą o zderzających się ze sobą subatomowych cząstkach i zawracających swój bieg
      strumieniach czasu.
       
      Przed moimi oczami mozaika przewidzeń,
      półsenne i senne widma.
      Przesuwają się coraz szybciej, jakbym patrzył na rozpędzający się fotoplastykon,
      bądź na okna przejeżdżającego pociągu z przywartymi do nich od wewnątrz twarzami
      i dłońmi
      pasażerów.
       
      Wszystko się zamazuje i wszystko gaśnie. I znowu rozpala się przeszłość, ale jakaś inna,
      niejasna.
      Widzę siebie, obok. Widzę siebie, młodszego o cały wiek
      i wpadające przez okna pustego korytarza – ostre jak nóż
      promienie słońca.
       
      Przerażające, urywane krzyki matki
      niosą się z głębi domu niczym echo,
      a pomiędzy –
      słychać ciche skrzypienia podłogi
      i przyśpieszony oddech, i nerwowe bicie mojego serca.
      Pełznę na czworakach,
      ja –
      mający niewiele ponad miesiąc i niewiele rozumiejący.
       
      Falują pajęczyny na suficie i ścianach,
      wirują drobinki kurzu.
      Zamykam powieki. Czas przemieszcza się po przekątni
      i dziwnie zapętla.
       
      Pamiętam teraz inną przeszłość, a w niej widzę siebie, leżącego przed domem
      twarzą do rozpalonej ziemi.
      Mam rok i widzę skrzące się drobinki kwarcu.
      Dostrzegam odchodzącego powoli ojca. Zmierza ku odległym wzgórzom,
      nie oglądając się wcale za siebie.
      Ojciec utyka na lewą nogę, kiedy idzie po płaskiej jak stół
      równinie.
      Wznoszą się za nim tumany pyłu.
      Kobaltowy błękit nieba kontrastuje z padającymi pod ostrym kątem
      promieniami słońca.
       
      I oto – rozbłyska na horyzoncie jaskrawe światło,
      przybierając kształt ogromnej kuli.
      Ogarnia go momentalnie i zaczyna rozrastać się w kierunku domu, który istnieje
      jeszcze –
      tylko przez chwilę.
       
      I topi ziemię,
      kiedy – znowu wtapiam się w ziemię.
       
       
      ***
       
      https://alluste.bandcamp.com/track/nan-madol
       
      ***
       
      (Oświadczam, że ten tekst jest mojego autorstwa)
    • Przez Arsis
      badam strukturę ściany starając się wymacać każdy jej szczegół
      analizując amplitudę drgań
      – jak niewidomy
      który uderza delikatnie palcami w najcieńszą membranę
      zanurzam rozwartą dłoń w odbitej od szyby – jaskrawej plamie
      słońca
      drży i migocze świetlisty prostokąt
      na środku drewnianej podłogi
       
      w otwartym oknie falują firanki
      i ziemia oddycha
      wnosząc do środka rozgrzaną woń skoszonej trawy
       
      (od samego początku
      występowała we mnie potrzeba rozpoznawania przez dotyk)
       
      nie widzę za wiele –
      jedynie ptaki
      co odlatują w strzępy krajobrazu
      bezgłośnie
       
      zostałem sam
       
      ***
       
      https://hollanholmes.bandcamp.com/track/sublime-stasis
       
      ***
       
      (Oświadczam, że ten tekst jest mojego autorstwa)
    • Przez Arsis
      Wyłania się powoli jakaś niejasność. Niedomroczność ulic pustego miasta.
      Półświatło zimnego księżyca jest jedynie tłem dla ciszy,
      która szumi w moich uszach od zarania dziejów.
      Gwiazdy spadają i tańczą nad kominami fabryk ognie świętego Elma.
      Gdybym tylko mógł usłyszeć przepływ atmosferycznych strumieni,
      usłyszałbym wtedy wiatr, co nachyla do ziemi kwiaty i kołysze gałęziami
      zgarbionej leszczyny.
      Idę po skosie, po spirali, w górę, w dół…nie wiem.
      Powoli tracę orientację,
      snując się jak cierpiąca mara wzdłuż ostrego żywopłotu, wilgotnego muru.
      Wzdłuż kamienic z czarnymi prostokątami okien
      i bram.
       
      Wszystko głęboko oddycha od nadmiaru powietrza. Nawet ściany się wybrzuszają,
      poszerzając co chwila kreski popękanego tynku.
      Samochody na poboczach dróg,
      parkingowych placach.
      Zatrzymane w czasie mechaniczne wytwory industrializmu.
      W ich zgaszonych reflektorach jarzy się daleka łuna kosmicznej eksplozji,
      która schodzi z płaszczyzn,
      ostrząc się na blaszanych krawędziach.
       
      ***
       
      https://syngate.bandcamp.com/track/pulse-transmission
       
      ***
       
      (Oświadczam, że ten tekst jest mojego autorstwa)
    • Przez Arsis
      Uśmiechasz się do mnie spoza migotu liści,
      wprost z dojrzałych kwiatów,
      które nachylasz do swoich czerwonych od szminki warg.
      Wokół jest tylko cisza, cisza bez słowa,
      ale odczuwam jakoś dziwnie łagodny wiatr
      i muśnięcia na twarzy.
      Skąd? Od kogo? – przecież jesteś taka nierzeczywista,
      Christine!
       
      Oślepia mnie coraz bardziej słońce, ty – jaśniejesz za to od wybuchów planet
      na przeciwległym brzegu.
      Christine, nie odchodź jeszcze, proszę!
      Szeptaj do mnie i spowij swoimi gęstymi włosami,
      lecz nie całuj moich bladych ust.
      Christine…nie…nie…
       
      Dlaczego to zrobiłaś?
      Dlaczego twoje usta tak cudownie smakują?
       
      Chcę widzieć twój uśmiech
      i twoje roziskrzone oczy – wpatrzone w odległy obłok na skraju nieba.
      Lepiej wtul się we mnie z całych sił
      z odbezpieczonym granatem przy moim sercu.
       
      ***
       
      Krystyna Skarbek (1908 – 1952), znana jako Christine Granville.
      As brytyjskiego wywiadu z okresu II wojny światowej. Zginęła tragicznie.
      Pierwowzór Vesper Lynd, fikcyjnej bohaterki w pierwszej powieści
      o Jamesie Bondzie – Casino Royale, Iana Fleminga.
       
      ***
       
      (Oświadczam, że ten tekst jest mojego autorstwa)
       
       
  • Ostatnio komentowane

  • Wiersze znanych