Marta_Raczyńska

Użytkownicy
  • Zawartość

    27
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  1. Cieszę się, że wiersz trochę "poruszył". :) Pozdrawiam :)
  2. W zgliszczach czasu istnieją sprawy, o których nie ośmielam się nawet śnić: 24 września 1836 Wrzesień Roku Pańskiego 1836 jest wietrzny i dżdżysty, w zabłoconej drodze niebo odbija się różową poświatą, po czym wpada do okien. Dziecko płacze, zostań - ktoś prosi, więc zostaję, pilnując duchów zamkniętych w pudełku; leżą na miękkiej chusteczce jak w pieluszkach albo całunie. A kiedy o zmierzchu przepoczwarzają się w płomień świecy, zaczynam myśleć, że gdzieś już widziałam ich twarze. 7 lutego 1873 Jasno; powietrze tak mleczne i łagodne jak pierś karmiąca. Ludzie biegną, rychło w czas! - wołają. Ku wiośnie idzie, ku lepszemu, zaraz rozkwitną prymulki i krokusy. Wybierzemy się na spacer - za tory, kamień, krzyż. A moje ciało zmęczone połogiem wygrzewać się będzie w słońcu niby dziki kot; stanę się opowieścią, która nigdy nie stygnie i nie przestaje rodzić. 31 października 1930 Tyle ciszy, a tyle gwaru; tyle światła, a tyle ciemności. Siadamy na skraju łóżka, obserwując łebki iskier uderzające o kafle i żeliwo. Mały ma oczy niebieskie, głębokie - historie piszące się szybko w kołysce, za oknami, za miastem. Oto matka i syn pochylają głowy nad krajem pełnym cieni, wróżb i znaków. Milczą nad grobami - stertą fotografii, kiedy nastaje pora zimowa, a knot łapczywiej spija oliwę i Jezus marznie przy rozstajach. W zgliszczach czasu kolej na mnie, o czym nie ośmielam się nawet śnić.
  3. @A_B Miejmy taką nadzieję...:)
  4. @Waldemar_Talar_Talar Cieszę, się że tekst zatrzymał, takie było jego zadanie:) Co do detali i obrazów z przeszłości - nie wiem, czy to kwestia tego, że wychowałam się "jedną nogą w tamtych czasach", w starym domu, pełnym opowieści i rekwizytów sprzed dziesięcioleci, czy może tego, że jestem etnografem. A wiersz jest o genealogicznych poszukiwaniach, może też dlatego...:) Pozdrawiam! MRK
  5. Kreacja to proces złożony. Odbywa się w środowisku chaosu, tajemnicy i wyblakłego inkaustu - słów wyrzucanych na brzeg jak bursztyn i po przypływach zbieranych do kieszeni naprędce; imion układanych w retrospekcje, przypuszczenia i cienie, kiedy zwołujemy opiekuńcze duchy, ich nosy o profilu tak znajomym, zmęczone ręce i obrączki, które sami wsunęliśmy na palce. Kreacja nie ma końca: na ten obraz lub podobieństwo przeistaczam się w ciała kolejnych domostw, ulic, cmentarzy, które tętnią moją krwią, nanosząc nowe blizny i zadrapania; a wtedy oni jeden po drugim odpadają z moich ścian i cofam się do dnia, w którym wszystko było białe i świeże jak krochmal na pościeli, koronka w kołysce.
  6. Kiedy wróciłam, a było to raptem u schyłku zimy, myłaś już okna, obrazy, talerz z widokiem na Tiergarten i zegar po ciotce (w soboty zawsze budził mnie zapach szarego mydła, ruch w sieni i skrzypienie drzwi). Tamtego dnia, na klepisku pełnym pierza i negatywów kurzych łap, stanął kredens - stary, ciut pokraczny, przyciężki. Nadchodziło ocieplenie i płowieć zaczęły fotografie, listy pisane kredką, duchy i koty prężące się do słońca nieco jeszcze ospale, łagodnie i z rozrzewnieniem; w ogrodzie zaś kopczyki liści wyznaczały te miejsca, nad którymi wiosna pochyli się jak matka nad dzieckiem by dotknąć rozpalonego w chorobie czoła. Nazajutrz spomiędzy ptasich kostek, żeber pieskich i sarnich (ta sarenka chodziła przy nodze niby pies) wykiełkowały cicho pamięci: pęknięty kafel, karafka, dwa fenigi, guzik. Nie było odwrotu, deszcz padał przez tydzień, bez przerwy, na kolana, ręce i powieki, kiedy po raz pierwszy stawałam przed kimś zupełnie naga. Czas zatoczył koło; przystroiłaś więc ganek i pokoje, skąd na kolejne ćwierć wieku, jeden po drugim wymknęli się stróże - postaci z zaśniedziałych luster.
  7. O brzasku ulegamy atrofii. Zrazu ubywa połączeń między dźwiękiem a obrazem; ubywa też snów, dryftem pokonujących polskie niże, wody rzeczne, podziemne, płodowe. Ponownie uczymy się istnieć; bez punktów odniesienia, głośniej wkraczamy w czas postny, a ciszej w świąteczny, tłumiąc przy tym echa rozmów rozsypanych jak śnieg po płaskowyżu ciała (w strachu, że niebo spadnie nam na głowy, a półmrok przeistoczy się w smętną, bezbarwną materię miasta). Miasto zaś krzewi się wzwyż: przy cmentarzach topole kiełkują z białego puchu i niepamięci, a domostwa zalegają zbyt płytko. Tam, głęboko pod ziemią, istnieje cała plątanina przejść prowadzących do kamiennych nadproży i piersi matek, wilgoci drew i ognia gromnicznego. Wzniecam go i dławię co noc, która zawsze jest rześka, majowa, skończona.
  8. Sny są miarą odległości. Opowiadam ci o miejscach, które o świcie bledną i stają się płaskie jak fotografia (zresztą, wszystko jest jakby mniej realne: szpaler brzóz za garażem i kanka z mlekiem na progu, plac targowy, cmentarz). Więc może tak naprawdę nikt nie umarł, może tamta noc nigdy nie nastąpiła, jedynie oczy zamknięto albo to okiennice - zakleszczone w mojej pamięci - mącą głębię ostrości i barw. Sny są miarą przywiązania. Zaplótłszy historie, choroby i przekleństwa, jesteśmy jak dwa drzewa rosnące zbyt blisko. Wkrótce rozsadzimy ściany naszych dawnych domostw, by z pacierzy i lamentów posklejać nowe, ciut chybotliwe, ciepłe jak pocałunek.
  9. Cecylia o świcie przekracza rzekę; rychło utraci wzrok dołączywszy do grona ślepców, chromych i żebraków. Przerosła ją historia, przeto czyni wróżby oraz znaki: odcisk bosych stóp, pęknięcie struny, echo. Cecylia cierpi, bośmy ją ku temu przysposobili. Na tyle jest prawdziwa, na ile można z niej spijać zdrowie bądź dobry los; swoje cienie porzuca na miedzach, nadprożach izb i trzeszczących kręgosłupach staruszek. Cecylia została świętą, bo uczy nas patrzeć; wydobywać na jaw całą nieprawdę tego świata, jak gdyby ta nieprawda była bijącym źródłem, a dochowanym dziewictwem - zmysły. Pochylamy się nisko; z tej perspektywy ulica jest dla nas beznogą, sunącą w spiekocie jaszczurką.
  10. rzecz to subiektywna. zastanowię się nad uwagami, wiersz jest jeszcze świeży - musi poleżeć, przetrawić się. dziękuję za poświęcony czas :)
  11. Cienie kładą się na dachach jak koty. Przy Largo di Torre Argentina wprawione w ruch powietrze gęste jest od zdrad i mimozy. Nim zdążyliśmy uwić gniazdo, kolejna wiosna obrosła w mewi puch i kurze łapki pod oczami - nieco z beztroski, ciut z niedospania. I tak staliśmy się pęknięciem w czasie. Napięciem między wielością a pełnią, w której słowa - co głośniej wypowiadane - rozmazują sylwety kopuł. Kiedy mówimy do siebie: spójrz - wtedy pocięte na warstwy miasto z wolna stapia się w brzemienne, ciepłe ciało. To w nim zapisane są echa wszystkich zbrodni, miękkość piersi i podbrzuszy, jednia oraz przypadkowość. To geometria dziejów: misterne konstrukcje więźb, oprawy blejtramów i siła dłuta wymierzonego w kamień niczym rostra w stronę zatoki. Idzie noc. Wraz z nocą zjawiają się duchy. Marmur jest biały, a my całkiem nadzy: dwa wilcze oseski z mlekiem matki na pyszczkach.
  12. W każdej grudce ziemi mieści się dialektyka umierania i narodzin. Rozsypane u kolan znaki utworzyły milczące konstelacje, mieszając się z gliną, potem i rosą. Ożywiłaś je tylko na moment, zobacz, już zaczynają wysychać - mówisz, a ja dodaję: jak gdyby chciały od nowa wedrzeć się w głąb tej wsi, tego globu, czasu, może wieczności. I naraz wybija południe. Wyczekujemy kolejnych tropów, celebrując pocałunek ładu z chaosem; które to już z kolei spotkanie Italii z Barbaricum? Suche zagony powiły rumianek, na miedzach topole sterczą jak szpalery cyprysów. Tak oto staje się świat, proszę was, droga publiczności. Przed nami jak klatki filmu przewijane od końca do początku potwierdzają się zamierzchłe przestrzenie oraz czasy. I nic nam do tego; imitatio Dei, powtórzenie, retrospekcja. Płyniemy falami, wznosząc się i opadając w lustrzane odbicia historii.
  13. Czas zapalony w lampie temperuje gwałtowność płomienia. Żeby mówić o ogniu lampy, należy oddychać spokojnie. G. Bachelard, "Płomień świecy" Czasem prześladuje mnie myśl, że o czymś nie pamiętam. Wtedy wracam najczęściej. Mijam próg, stosy czapek, kapcie nieboszczków walające się po sieni i myślę, że tak oto zatrzymuje się czas, by potem delikatnie spuchnąć, wydać woń i zbutwieć. Którędy teraz: do kuchni czy schodami na poddasze? Szyby uginają się pod naciskiem dłoni. Wyciągam ramiona do kwitnących lip i jeszcze dalej - chwytam kominy i dachy, przaśne domki, ogrody, upiorne bramy majątków. Światło. Pożeramy się nawzajem, przeistaczamy. Cienie pączkują na ścianach, chcą, by nadać im twarze i imiona. Za moment opadną, wpełzną między deski, a ja podążę ich śladem. Nie będzie innej drogi do krwiobiegu domu.
  14. Obdarzeni miłością, konturem - miękką kreską pytamy: którędy na drugi brzeg? Tam ciała blakną wolniej i wysuszone odpadają jak płaty farby. Runęły mosty. Zastygając w jednym pokoju okrywamy pledem nogi (przypominają dwa patyki podbite pożółkłą podeszwą - pamiętasz? ta piszczel wciąż straszy: zza stołu, psiej budy, wychodka). Zetrzyjmy pot ze skroni, śmierć stanie się znośniejszą; jej szorstkie futro pozostawi na rękach zapach łoju. I znów przyjdzie wietrzny, brudny marzec, a mężczyźni zasiądą na progach, patrosząc jagnięta; ze strachu cuchnące mięso. Drogą spłyną mydliny i krew; wartkie strumienie pomyj, z których powstawać będziemy od nowa i układać się do snu na poboczach, miękkich poduszkach mleczy. Cicho, ciii. Podwórza zaniosły się kaszlem popiołu. Oderwanie duszy od ciała nastąpiło zbyt szybko; resztki materii przylgnęły do płotu, by nie ugiąć się pod ciężarem własnych głów.
  15. dziękuję wszystkim za poświęcenie paru chwil i przeczytanie tekstu. oczywiście, wezmę pod uwagę pańską refleksję co do zacytowanego fragmentu, Panie Andrzeju. :) być może będę jeszcze nad wierszem pracować. pozdrawiam serdecznie, M.