Irena_Zborowska

Wprawni poeci
  • Zawartość

    66
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

0 Neutral

O Irena_Zborowska

  • Ranga
    Pierwsze kroki

Ostatnio na profilu byli

123 wyświetleń profilu
  1. Dla mnie portal stał się mało przejrzysty. Irytuje mnie np. oddzielenie tytułu zielonym paskiem paskiem z napisem np: uniki Rozpoczęty przez Jerzy_Edmund_Sobczak, Wczoraj o 10:59 AM Odpowiedz Nowy temat 2 posty w tym temacie ................i dopiero po tych napisach jest tekst. Dalej reklama : nie umiesz się wysłowić...i dopiero komentarze. To się wszystko strasznie rozwodniło. Rozumiem, że reklama jest potrzebna aby utrzymać portal, ale ogólne wrażenie strony moim skromnym zdaniem, jest o wiele gorsze niż było.
  2. .Dziękuję. Ja tak po prostu...prosto :) piszę.
  3. Deonix_ w komentarzu pisze tak: Błękitna krew u ludzi nie występuje, i to zarówno dosłownie, jak w przenośni, więc jeśli ktoś tak sądzi, to może się rozczarować :) Otóż za Wiki / cytuję/: Błękitna krew – związek frazeologiczny określający przynależność do rodziny arystokratycznej. U osób tych płynąć miała krew tegoż koloru. Powiedzenie to zapewne wiązać należy z jasnym, bladym odcieniem skóry osób przynależących do warstwy arystokracji. Przy bladej, delikatnej skórze żyły są bardziej widoczne, a płynąca w nich krew w świetle dziennym przybiera faktyczne odcienie błękitu. Tak więc, jest, czy jej nie ma? Nazywali peelę księżniczką...a więc arystokratka z niej widać była w środowisku dworcowych tubylców... Kłaniam się.
  4. resztki marzeń nosiła blisko ciała płócienny woreczek na zwiędłych piersiach okazjonalnym rozrusznikiem serca zwijała się do snu jak embrion na dworcowej ławce kolana przy żebrach dłonie na uszach łokcie tworzyły zaporę wodną jak puchlina wczoraj leżała rozluźniona a popielaty kapelusik upadł jeszcze niżej wyżej szarotka wpięta we włosy posklejane krwią i nie było niczego z błękitów a przecież nazywali ją
  5. Fanaberko, miło, że zajrzałaś. Dziękuję.
  6. Piękny , mądry wiersz. Szkoda, że tak rzadko można Ciebie czytać. Pozdrawiam.
  7. Marlett, Stefanie...miło was gościć :)
  8. cień jakby mniejszy jestem w zaniku codziennie wymyślam siebie od nowa tworzę szkice życiorysów których i tak nie przeżyję nic nie daje trzymanie czasu za uzdę zostanie w rękach tylko ona a siodło wymknie się udom
  9. Chyba miast "ceny" miało być "cienie" ? W miłości zawsze mamy skrzydła...tylko lądowanie jakieś takie twarde.
  10. Coś w tym jest :) Bo nim nastąpi kres życia, nim cień się wydłuży i spowolni, zapewne jakiś inny cień mu towarzyszył...aż do lilii na mogile.
  11. @Basia_Malic Miło że tekst się spodobał:) Też lubię takie zwyczajne klimaty.
  12. w cieniu wcale nie jest bezpieczniej mały tak szybki że go nie zauważała z czasem stawał się dostojnie powolnym coraz bardziej zasłaniał słońce wprowadzając w czarne rozkołysane niebo wachlował cieniami drapieżnie oderwanymi od ziemi jest żarłoczny pozornie rozdęty od kolejnych wstępujących odcina im drogę powrotu ciemnymi skrzydłami mieściła się w średniej żywotności i nic jej po nim kiedy doganiał sam siebie kiedy trawią się cienie ich łzy spadają ku ziemi
  13. Pierwszy Wyścigi z wiatrem wygrywała ona, przycichał wówczas, lekko głaskał rozpaloną wysiłkiem twarz. Miała w sobie energię, która rozsadzała małe ciałko. Kiedy pompowała wodę, uczepiona jak biedronka rozbujanego liścia, unosiła się wraz z uchwytem pompy, raz w górę raz w dół. Jej buzia bratała się ze słońcem, czyniąc wzajemnie na nosie znaczki. Jedni mówili o plamach na słońcu, ona nazywała je piegami. Kiedy poziom wody pokrywał wgłębienie podwórka, piski i krzyki dzieciaków przybierały formę swoistego alarmu dla matek. Bose pięty rozpryskiwały wodę z gliną i piachem tak skutecznie, że powstałe błoto oblepiało wszystko łącznie z czuprynami. Kto szybciej stawał się błotnistą postacią, wygrywał. Psując finał tej ulubionej zabawy, wkraczały tyralierą matki. Biorąc delikwentów za karki, próbowały wypłukać pod strumieniem wody, swoje dziecko. Bywały zabawne sytuacje, kiedy rozmiękła gliniana skorupa powoli odsłaniała syna, ale sąsiadów. Cała gromadka, poszturchiwana przez troskliwe mamusie, maszerowała do mieszkań, mając w perspektywie szlaban na wszelkie wariactwa podwórkowe. Najgorzej miał Jerzyk. Tato Jerzyka był wojskowym. Mimo że po skończonej wojnie pracował w cywilu, to w ważne państwowe święta przywdziewał mundur, buty oficerki i marszowym krokiem zmierzał na uroczystości. A oficerki tak lśniły, że kiedyś mała Inka przykucnęła, aby się w nich poprzeglądać. Pan Kubicki na ten widok uśmiechnął się i pogładził ją po głowie. W stosunku do syna był wymagający i karał go niczym kapral podwładnego. Kiedy dzieciaki mając „areszt domowy”, siedziały z nosami przylepionymi do okien, Jerzyk biegał wyznaczoną trasą, a pan Kubicki z okna wydawał rozkazy: szybciej, szybciej… jeszcze dwa okrążenia… wytrzyj nos i biegiem… Jerzyk tak długo biegał, aż skorupy gliny poodklejały się z jego ciała. Początkowo dzieciaki bawiły się tym widokiem, by po chwili płakać razem z nim. Przecież każdy wolałby dostać lanie, niż być publicznie ośmieszany i poniżany. Wszyscy więc nabierali przekonania, że mają wspaniałych rodziców i przez najbliższy tydzień chodzili grzecznie przy nodze mamy i słuchali we wszystkim. Do czasu… Drugi Biżuterii w domu prawie nie było. Mama nosiła skromny sznureczek z maleńkich perełek, a wszędobylska i ciekawska Inka wyszperała w szufladzie korale. Prawdziwe koralowe korale. Tych Mama nie nosiła nigdy. Dlaczego? Pozostało tajemnicą. Kiedy Inka odwiedziła Jerzyka na zaproszenie jego Mamy, oprócz tego, że czuła się wyróżniona z podwórkowego pospólstwa, cieszyła oczy barwami wielkiego żyrandola mieniącego się tysiącami kolorów. Caluteńki wykonany był z drobnych kryształków. Inka zapragnęła mieć choćby garstkę tych koralików w swojej fartuszkowej kieszonce mieszczącej sekretne skarby. Na żyrandol mogła jedynie popatrzeć. Czas pokazał, że koraliki mogą być w zasięgu ręki. Jerzyk zwierzył się, że w podziemiach tartaku takich żyrandoli jest kilka. Problem był jeden: jak się tam dostać? Co prawda tartak był usytuowany tuż za domem, w którym mieszkała Inka, na posesji, rodziców Jerzyka, ale tartak był czynny… Początkowo, zachodzili tam gromadką dzieciaków, popatrzeć jak pnie drzew poddają się ostrzom traków, wypluwając deski i ślinę trocin, które spadały gdzieś do podziemi. Inkę fascynował zapach drewna, pełen aromatu lasu, który od zawsze kochała. Nie przez przypadek. Przecież urodziła się kilka metrów od sosnowego zagajnika, który szumiał, usypiając ją, gdy była niemowlęciem, do snu. Zaobserwowali, że w czasie kiedy mama woła Jerzyka na podwieczorek, tartak zamiera. Reszta dzieciaków nie biegła na żadne podwieczorki, mogła najwyżej zawołać pod oknem: - Mamo, mama rzuci skibkę chleba z wodą i z cukrem. Potem nadstawiało się fartuszek i „podwieczorek” można było skonsumować na świeżym powietrzu. Jerzyk błyskawicznie zjawiał się przy tartaku i wspólnie z Inką i Jędrkiem odchylali ruchomą deskę we wrotach i już byli w środku. Maszyny szczerzyły ostre kły traków, półmrok dodawał tajemniczości, przyśpieszając bicie małych serc. Jerzyk z Jędrkiem przytaszczyli drabinę, którą udało im się ustawić pod trakiem i już mogli szczebel po szczeblu opuszczać się w tajemniczą krainę podziemi. Trociny i wióry sięgały kolan pięcioletnich badaczy tajemnic, łaskotały gołe nogi, co przyprawiało ich o śmiech. Dotarli do części, gdzie nie było trocin, nad głowami mieli nieużywany trak, a w zasięgu wzroku stosy butów właścicielki, ubrania w kufrach, naczynia kuchenne… żyrandole. Inka nie wiedziała, od czego zacząć. Wpierw przymierzyła buty na wysokim obcasie zapinane nad kostką ozdobną kokardką, ramiona przykryła szyfonowym szalem, który ciągnął się za nią niczym tren i dopadła do NIEGO, do wymarzonego koralikowego żyrandola. Niektóre łączenia były pozrywane, koraliki same zsuwały się w małą garstkę dziewczynki i lądowały w kieszonkach ubrania. Przegryzała z mozołem kolejne sznureczki i wsypywała barwną zawartość prosto w szal, który zdjęła z ramion. Chłopcy tymczasem przymierzali kapelusze i przeszukiwali stos zabawek, którymi pewnie kiedyś bawiło się jakieś dziecko, wyławiając co ciekawsze egzemplarze. Stracili rachubę czasu. Wspinali się po drabinie na powierzchnię z tobołkiem koralików Inki. Resztę zostawili w podziemiu, obiecując sobie jeszcze tu wrócić. Gdzie schować zawiniątko z koralikami? Inka wpadła na pomysł, że najlepsze będzie miejsce dla dzieci niebezpieczne. Mama zawsze powtarzała: - Nie wolno bawić się przy bieluniu, ani zrywać kolczastych owoców przypominających kasztany, bo w środku są ziarenka, które mogą zabić człowieka. Tak więc skarb został zagrzebany pod okazałym krzewem. Sprawa by się nie wydała, ale Inka nie mogła żyć bez tych koralików. Kiedy po trosze zaczęła znosić do domu swoje skarby i nawlekać na kolejne nitki, dekorując krótką szyjkę, Mama wkroczyła do akcji. Tak długo bidulę przesłuchiwała, aż ta opowiedziała wszystko z detalami. O dziwo, nie było lania. Mama rozpłakała się, przytuliła amatorkę koralików, mówiąc - Dziecko, co ja bym zrobiła, gdyby trak uruchomili, gdybyś tam zginęła, gdyby… Przed maminym sądem stanęli też Jerzyk i Jędrek. Po przyrzeczeniu, że już nigdy nie wpadną na tak niebezpieczne pomysły, Mama postanowiła nie powiadamiać ich rodziców o wyprawie. Wiedziała, jak surowo obaj chłopcy byliby ukarani. Od tej pory miała na „trzech budrysów”, jak ich nazywała, oko. A jeśli coś przeskrobali, kazała im wymyślić karę dla siebie. A Inka, te tartakowe koraliki na niewielkiej nitce, miała jeszcze jako dorosła kobieta. Trzeci Z wysiłkiem, ale konsekwentnie zmierzała ku bramie, ku wielkiemu światu, który dotąd był czymś abstrakcyjnym. Myślała przed każdym zaśnięciem: - Co za tą bramą? Jakie cudowności tam zastanie. Napotkana pani Jemiołowska aż otworzyła usta, widząc Inkę mozolnie brnącą przez podwórze. Dziewczynka co chwilę rozkładała rączki, łapiąc równowagę, jak ptaszek, który uczy się dopiero fruwać. Widok był komiczny. Zawsze jej powtarzano, że kiedy będzie większa, to sama tam pójdzie. Bardzo chciała. Mama chodziła za bramę, nosiła zamszowe buty na obcasach, przyozdobione wężową skórką, na które Inka popatrywała z zazdrością. Och, mieć wreszcie obcasy. Poradziła sobie. Wystarczyły szpulki po niciach, którymi Mama szyła na maszynie, sznurowadłami przywiązać wokół kostki... i w świat. Wiadomo, początki nie są łatwe. Kiedy pierwszy raz przebrnęła po kocich łbach odcinek stu metrów, co najmniej tyle samo razy małe nóżki wykręcały się, jeśli ją ktoś obserwował, miał zabawę też setną. Wreszcie brama, a przy bramie on. Duży. Polny. Kiedy pierwszy raz się spotkali, zmierzyła go wzrokiem i stwierdziła, że gdyby miał oczy, to spojrzeliby sobie w nie głęboko. Byli tego samego wzrostu. Nogi na „obcasach” bolały, więc wdrapywała się na szczyt, a wyglądało to tak, jakby ziarenko piasku chciało przepchnąć kolosa. A tam bajkowo. Jeździły furmanki, samochody zostawiały wstęgę błękitnego dymu, za którą chłopaki biegli, wąchając, a potem przekonywali, że ładnie pachnie. Panie chodziły w kapeluszach, a małe dziewczynki, najczęściej ciągnięte za rękę przez mamy, ledwie mogły udźwignąć głowy z wielkimi kokardami. Tak. To był świat w zupełnie starym stylu. Kiedy Inka dorosła, wyprawa za bramę była jej ulubionym snem. Przypominały dzieciństwo i coś, czego dzisiaj nie spotyka. Fascynująca magia, którą chce się zatrzymać jako obraz i zapach tamtych czasów.
  14. błysk witryn błysk wody...trochę tych "błysków" za dużo. Utwór urywa się właściwie w pół oddechu, bez żadnej puenty.
  15. Słuszna uwaga...z czasem jesteśmy poza...czasem.