Skocz do zawartości

Leszek

Użytkownicy
  • Zawartość

    1717
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

27 Excellent

O Leszek

  1. to nic że nic?

    Ciekawie to ujęłaś. Tak jakoś już mam, że to filozofowanie o życiu weszło w moje strofy na dobre i nie zamierza wyjść. :) Masz rację, że jeśli dookreślimy nicość, to już przestaje nią być i mamy konkret. :)
  2. to nic że nic?

    To: znaczy ciekawie, mile łechce moją próżność. ;) A tak poważnie to cieszę się, że taki jest twój odbiór wiersza. :)
  3. przeciwstawnie 

    prawdziwi mężczyźni płaczą jak bobry najczęściej poza spojrzeniami by się nie dało nachalnymi odkryć najskrytszych zranić miliony luster tworzą obraz macho wyznawcy fikcji mirażu łakną zamknięci w maskach ulicami chodzą bo tak wypada bo tak trzeba łzami wzruszeniem tłumią osąd mity próżności łatwo sprzedać w czterech samotne wnętrze pije hektolitrami nieprawdy ileż jak beniaminek prawdziwy mężczyzna gdy pustka wokół liście gubi nadludzką siłą znaczy ścieżki wyzwań chciałby się w innym czasie zbudzić w miejscu gdzie sobą być wystarczy a nie golemem za życia martwym
  4. Strażnik 

    Drabble to wyjątkowa forma do takich epizodów. :) PS. Ja całe życie latałem w Gliwicach, a obecnie w Szymanowie. Na Pobiedniku lądowałem kiedyś w drodze na Zimowe Zawody Samolotowe w Świdniku. :)
  5. Spojrzenie [...]To miało być zwyczajne, nudne przyjęcie, jakich dziesiątki doświadczył, będąc dzieckiem. Tym razem organizowała je ciocia Róża – tęga niewiasta w nieokreślonym wieku. [...]Wraz z nim dorastały inne dzieciaki licznej rodziny. Kiedyś byli jednakowi - czyści przy wejściu, ale już po chwili ich umorusane twarze wypełniały wszelkie zakamarki. Na przemian tłukli się i podawali z rąk do rąk co ciekawsze zdobyczne okazy. [...]Przez ostatnie kilka lat udawało mu się wymigiwać od zachwyconych uwag cioć i wujków: [...]– Jak ty dorosłeś, zmężniałeś. [...]Paweł puszczał mimo uszu te formułki, które jak bagaż obarczały kolejne ofiary dorosłych zachwytów. Kiedy jednak usłyszał: [...]- To już prawdziwa panna na wydaniu – odruchowo spojrzał w stronę osoby, do której odnosiły się te nieco inne słowa… [...]Kierowane były do pięknej dziewczyny o kasztanowych włosach. Zwykle, jak pamiętał, nosiła proste, rozpuszczone. Tym razem burza loków spływała po odsłoniętych ramionach na plecy. Gdyby tu był Kazik, to po pokoju rozlałby się strumień cuchnących wulgaryzmów: [...]- Ale dupa! Jej cycki chyba nie zmieściłyby się w dłoniach. - Później zapewne by dodał: [...]- Zerżnąłbym ją tu i teraz, na oczach tych wszystkich rozdziawionych gęb. [...]Mimowolnie, przez częste przebywanie z Kazikiem, Paweł schamiał i stał się mu podobny, ale wewnętrznie czuł się inny. [...]Anna – później dowiedział się, że tak ma na imię – przez chwilę zatrzymała na nim uważny wzrok. Wiedział, że podoba się dziewczynom, ale zwykle były to dziewczyny na jedną chwilę, noc, jeden nic nie znaczący epizod. Zaskoczyła go krótkim: [...]– Chodź. [...]Wymknęli się z dusznych pomieszczeń rodzinnego gwaru. Mieszkała trzy przecznice od domu ciotki Róży. Wtedy pomyślał: banał. Zdecydowanie otworzyła drzwi mieszkania na trzecim piętrze. [...]Zapewne zaraz, jak to zwykle bywało, rzuci się na nią i będą się tarzać po pokojach, odurzeni zwierzęcą żądzą i alkoholem. Nie padały jednak słowa ani strzępy ubrań. Wesoło pogwizdywał staromodny czajnik. Półmrok rozświetlało coraz więcej świetlików, które rozstawiała na meblach. Był oszołomiony, ale nie tanim winem, co powtarzało się w takich sytuacjach. Zapachami przesiąknięta była dziewczyna i mieszkanie. [...]Rozebrała go powoli, lustrując odsłaniane fragmenty młodego ciała. W końcu stał przed nią obnażony z wszelkich póz i masek. Nie musiał grać. Ta dziewczyna przeniknęłaby przez nie, więc nawet nie starał się udawać. Zazwyczaj pysznił się nagością, wiedząc jakie robi wrażenie. Tym razem był onieśmielony. [...]Anna nie chciała przedłużać speszonych chwil. Tańczyła w rytm muzyki, która wydobywała się nie wiadomo skąd. Tak był zapatrzony w jej motyle ruchy, że nawet nie dostrzegł, kiedy pozbyła się sukienki i tajemnic. Stopniowo upijała go sobą, nastrojem i tańcem. [...]- Chodź do mnie. - Dziewczyna wyciągnęła ręce w zapraszającym geście. Wszystko w niej mówiło: a ty mnie na wyspy szczęśliwe zabierz. Poddał się chwili i może to sprawiło, że dostrzegł rozwiane przybrzeżnym wiatrem włosy. [...]Podszedł, lecz i tym razem palce poczuły tylko namiastkę pieszczoty. Jakże to wszystko było inne: strumienie wody, zapachowa pianka, dokładne przecieranie każdego zakamarka, tak jakby ich ciała nie widziały wody od tygodni. Nareszcie ją dotknął i rozdotykał się jak pianista głaszczący muzykę. Tylko oczom nie mógł się przyjrzeć. Znacznie później przyznała się, że tylko w ten sposób mogła widzieć to, czego nawet sam nie był świadomy. [...]Kiedy spłukali resztki nieobecnego brudu Paweł uniósł Annę. Bose stopy pozostawiały mokre ślady. Jakże całował – namiętnie i słodko. [...]Nad ranem odszedł. [...]Upojona pozostawionym przez niego zapachem nie sądziła, że wróci, a jednak wieczór przyniósł zakłopotany uścisk i naprędce zrzucane ubrania. [...]- Pawle – jakby nie do siebie brał dźwięk wymawianego imienia – podaj mi Małego Księcia. Leży na środkowej półce. [...]Odtąd żyli w trójkącie: Anna, Paweł i Mały Książę. Szczególnie kontakt z tym trzecim pomagał w Pawle wymazywać język ulicy. Wkraczał w nieznane. Zapominał o zaciśniętych pięściach. [...]Anna jeszcze długo nie była pewna, nie wiedziała, na co może liczyć. Czy uda jej się wyplątać motyla z cierni. Cierpliwie upajała go nastrojem, a codzienna kąpiel rozprawiała się ze starymi zwyczajami. Najtrudniej przychodziło jej uleczyć chore myśli Pawła, rozchylić zaciśnięte pięści, które potrafiłyby zabić. O świcie [...]Paweł instynktownie lgnął do ciepła, nie jak ćma zagrożona spaleniem w płomieniu świecy, a bardziej jak jaszczurka szukająca nagrzanego kamienia. Od kiedy poznał Annę, próbował zdefiniować to coś nieznanego, co sprawiło, że wrócił do niej. Zwykle w takich okolicznościach nie wracał i teraz także nie był pewien, czy powinien. Cofał się do chłopięcych lat i nie uzyskiwał odpowiedzi. [...]Rodzice pracowali ciężko i bezsensownie. Pomimo, że i tak żyło mu się lepiej od rówieśników, to zazdrościł im rowerowych wypadów w nieznane czy spacerów po parkowych alejkach. Czuł się trybem dobrze funkcjonującej maszyny, bezdusznej i bezuczuciowo wtłoczonej w codzienność. Dzięki ojcu i matce uzyskał niezależność potwierdzoną certyfikatem wyższej uczelni. Paradoksalnie fakt, że był pierwszym inżynierem w rodzinie, wyobcował go intelektualnie i wyprowadził poza ramy wiecznie szarych ścian. [...]Nowy byt kształtował świadomość Pawła, ale bardziej koledzy tacy jak Kazik, którzy skłonili go do powierzchownego traktowania życia. Nic w nim nie miało wartości, nic nie było trwałe i godne zachowania do jutra. Dotyczyło to nie tylko rzeczy, ale bardziej ludzi, a zwłaszcza dziewczyn. Rozstawiał pionki na szachownicy i tylko naprzemienność biało-czarnych pól była regułą. Toczył gry, lecz często po jednym zamaszystym ruchu mógł tylko oglądać pustą, dwukolorową powierzchnię. Przez chwilę czuł się dobrze. Pozbycie się z pola widzenia jazgotu i bzdur wypełniających czyjeś dążenia do czegoś było jak balsam. Jednak czuł, że poza tym, co znał, jest jeszcze inny, bardziej wysublimowany świat. [...]Uciekał od myśli, lecz te dopadały go najczęściej nad ranem. Świt ubierał w kształt wtuloną Annę. To ona z całą pewnością dokonała wyboru, a on nieświadomy struktury dna skoczył na główkę w przyciągającą toń. Nie utopił się tylko dzięki jej cierpliwości i temu, co nazywała miłością. To nie miało prawa się zdarzyć, bo nie da się bezkarnie pogodzić dwóch przeciwstawnych żywiołów. Jednak była tuż obok naga, piękna i z warkoczykiem zaplatanym jego niezgrabnymi palcami. [...]Lubił budzić się za sprawą wewnętrznego zegara, na chwilę przed tym, jak kontur śpiącej dziewczyny wyłoni się z mroku. Ubrana w zwiewną koszulkę jego zachwytu śniła, być może o nim. Kiedy lekki uśmiech ledwo zarysowywał się w kącikach ust, wiedział, że obcuje z Pawłem, jakiego dostrzegała pod siermiężną powłoką. Czule gładził ją wtedy, chcąc dopomóc sennej zjawie. Mógłby podszyć się po śnionego, a Anna zapewne nie broniłaby śmiałych pieszczot. Nie potrafił, już nie potrafił być taki, jakim wielokrotnie zdarzało mu się być z przypadkowymi dziewczynami o szybko zapominanych imionach. [...]Śmieszyło go przelotne porównanie do pana Hyde, którego zabił w nim doktor Jekyll. To było absurdalne, bo nigdy nie czuł się tak odrażająco zły. [...]- Kocham cię, Anno. – To czego nie potrafił wypowiedzieć, gdy spoglądała wyczekująco, teraz stawało się naturalne. – Kocham cię – powtarzał Paweł, jakby chciał się upić znaczeniem wypowiadanych słów. [...]Zapewne przyjdzie taki dzień, że Anna usłyszy to, co mówi każdy jego gest i każde spojrzenie. Nie potrafił się przemóc, gdyż zbyt często brukał te piękne słowa dla taniego efektu. Była cierpliwa, była wręcz niezachwiana w tym, co robi, chociaż nie potrafił wytłumaczyć sobie przyczyn takiego zachowania. [...]Wymknął się z łóżka. Właściwie wystarczyłoby, gdyby przyniósł pachnącą kawę. Kawa potrafiła rozchylić zasłony najtrwalszego snu. Stawała się światłem księżyca, pod wpływem którego lunatyk rozpoczyna swoją bezwiedną podróż. Tym razem jednak chciał dać jej coś więcej. Wiedział, że nawet jeśli nie powie, to pomyśli, że jest zbyt wcześnie, ale także był świadom, że nie oprze się dobrze wyrośniętemu omletowi z dżemem morelowym. [...]Zamknął się w kuchni, aby Annę zbyt szybko nie obudziły odgłosy ubijanego na pianę białka. Nigdy nie czytał jak smaży się omlety. Zapewne robił je w zabawny, męski sposób i ta niepewność peszyła go, gdy ktoś patrzył. Nigdy mu nie „siadł”, pomimo że wyrośnięty na parę centymetrów i bez dodatku proszku do pieczenia, to nigdy nie przyniósł mu wstydu. Kiedy przyglądał się równo przyrumienionym powierzchniom, przy melodii pomrukującego czajnika, usłyszał zamykane drzwi łazienki - zdążył. [...]- Smacznego najdroższa. – Paweł przyłożył palec do ust. – Ciiiii, nic nie mów, tylko zajadaj, póki gorący. [...]Nie potrafił sobie wyobrazić piękniejszego początku dnia. Jedli i pili powoli, aby się nie poparzyć, a spojrzenia delektowały się nie tylko prostą potrawą. Poranek był pod znakiem zapachów: omletu, kawy i… Anny, która zdążyła rozbudzić nostalgicznego Grzegorza Turnaua. Ciekawskie słońce zaglądało do pokoju, a ptaki, jakby to dawniej powiedział, „darły dzioby”. Cioteczka Róża [...]Rodzice Anny byli znajomymi cioci Róży i tylko zbieg okoliczności sprawił, że młoda dziewczyna, właśnie tego dnia, znalazła się w podniszczonej willi staruszki. Tam wpadł jej w oko pewien przystojniak. [...]Mijały dni, potem tygodnie. Anna i Paweł wybiegali myślami w przyszłość. Zmieniali się, tylko ciocia Róża pozostawała niezmienna i wyjątkowa. Chętnie spędzali ze starszą panią wolne chwile. Przyjeżdżali do ogromnej willi, gdzie mieszkała ona i przypadek, który ich połączył. [...]- Witajcie dzieci. - Ogromnie cieszyła się, gdy przychodzili. [...]- Kiedy idziemy na bal, cioteczko? – żartował Paweł. Brał ją w ramiona i inicjował kroki walca. [...]- Nie wiem, czy jeszcze podołałabym – poważnie odpowiadała Róża. – Ej, ty zalotniku! Nawet starej zawrócisz w głowie, a co dopiero takiej romantycznej dziewczynie jak Anna - rzuciła zazdrośnie wpatrzona w rywalkę do tańca. [...]- Napijecie się kawy? Mam upieczone ciasteczka - kusiła. [...]Ciocia Róża była mistrzynią parzenia kawy, wypieków i właściwie wszystkiego, czego się dotknęła. Pochodziła z Lwowa. Mieli tam dom, może nie tak duży jak ten, ale jednak wyróżniający się w dzielnicy. Wielu znajomych nie wyjechało do Polski. Róża często ich odwiedzała. Przywoziła złoto i drobiazgi, które sprzedawała z zyskiem. Tam również kupiła maszyny do robienia swetrów, jedno i dwupłytowe. Miała do tego dryg i zmysł plastyczny, dzięki któremu wyczarowywała unikalne wzory. Zamówienia od licznej rodziny, znajomych, a z czasem od obcych ludzi, wypełniały jej pracowicie dni. [...]Paweł, już jako dziecko, spędzał wiele wieczorów w oszklonej werandzie zaadaptowanej na warsztat. Początkowo była to zabawa. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w równo zwijane motki, pęczniejące na drewnianym kołowrotku. Z czasem była to praca, ciężka praca, za którą nigdy nie usłyszał: Dziękuję. [...]Ciocia Róża robiła także doskonałe wina. Szczególnie zasłynęła w rodzinie z leczniczych win: z dzikiej róży i czarnego bzu. Na rodzinnych imprezach cieszyły się dużym powodzeniem. Wiązała się z nimi pewna tajemnica Pawła. Jako czternastolatek został poproszony o uzupełnianie wina w karafkach. Schodził do piwniczki i wężykiem ściągał je z dużych butli, w których leżakowały. Podczas każdej wizyty parę łyków smacznego trunku znikało w ustach Pawła. Pod koniec imprezy ledwo trzymał się na nogach. Bolesna to była nauczka i bardzo dłużyła mu się noc spędzona nad wanną. [...]Kiedy Paweł chwycił dłoń cioci, lekko się wzdrygnął. Powykręcane reumatyzmem palce w niczym nie przypominały zgrabnych paluszków, które potrafiły tworzyć cuda. Przeniknął go wewnętrzny smutek. [...]Wkrótce Anna i Paweł wrócili do swojego odnowionego gniazdka. Bardzo szybko zrobiło się przytulnie. Świeży nabytek – kominek - rozgadał się do nich językami ognia. Nie byli głodni, gdyż Róża zawsze była przygotowana na nieoczekiwanych gości. Nawet wtedy, gdy ktoś ją zaskoczył, to z niczego, w parę chwil, wyczarowywała pyszny obiad. Na nic zdałby się sprzeciw, bo w starym domu obowiązywały jeszcze starsze zwyczaje, aby głodnych nakarmić, a spragnionych napoić. Paweł, przy lampce wina, jeszcze długo opowiadał Annie anegdoty o cioteczce Róży. [...]Róża była wdową. Stare fotografie ukazywały śliczną dziewczynę z długim warkoczem sięgającym bioder. Nie mogła opędzić się od chłopaków, ale na nic były ich zabiegi, od kiedy poznała Staszka. Zaledwie parę lat nacieszyli się sobą. Pewnego dnia niepokój obudził ją o świcie. Po ulicach jeździły czerwone tramwaje z pootwieranymi drzwiami. Kiedy Staszek wracał z nocnej zmiany, jeden z nich właśnie odjeżdżał z przystanku. Młody, wysportowany mężczyzna nie miał kłopotu, aby dobiec do ruszającego pojazdu. Niestety pośliznął się na wystającym stopniu i nieszczęśliwie wpadł pod stalowe koła. Zginął na miejscu. Róża na długie lata wyzbyła się uśmiechu, a spojrzeń na innych mężczyzn – na zawsze. [...]- Pawełku... Obiecaj, że mnie nie opuścisz. - Spojrzała z troską. Z Różą w tle [...]Wieczór wyróżniał się spośród tych ze wspólnego kalendarza. Może sprawiła to urocza staruszka, która gościła Annę i Pawła z wylewną serdecznością. Wizyta była zwyczajna, jednak tym razem Róża nie spuszczała z nich wzroku. Zachłannie karmiła się każdym przejawem czułości, jaki obserwowała u młodej pary. Była wtedy nieobecna, jakby powracała pamięcią do młodych, szalonych lat. W powrotnej drodze kupili szampana, a właściwie wino musujące. Prawdziwego szampana z francuskich winnic dostali od przyjaciół i postanowili go otworzyć dopiero w piątą rocznicę pierwszego pocałunku. [...]Anna przytrzymała rękę Pawła, gdy chciał nacisnąć włącznik światła. W ciemności zachowywała się jak kot, bez trudu znalazła świece i zapałki. Po chwili migoczące świetliki rozbrykały się po ścianach. W świecznik wstawiła ogarki, co doskonale wpisało się w nastrój. Fajansowa para, spleciona w miłosnym uścisku, wyrażała emocje, które udzieliły się zakochanym. Po chwili drobinki światła migotały w całym domu. Napuszczana do wanny woda wydawała pomruki zachęcające do kąpieli. [...]Łazienka była dla Pawła zawsze tylko przystankiem na drodze dokądś. Wpadał do niej na chwilę, by wziąć prysznic, ogolić się, czy też otrzeźwieć, albo spłukać pamięć po nocy, która niewarta była kolejnej. Gdyby ktoś zapytał go: - Jak wygląda to ustronie w twoim domu? - zapewne miałby trudności z opowiedzeniem szczegółów. Przypuszczalnie nie zauważyłby zmian dokonanych pod jego nieobecność. U Anny łazienka była drugim salonem. Wymuskane gładzie kafelek, lustra i fantazyjna wanna przypominały bardziej rzymskie łaźnie Cezara, niż przybytek czystości w bloku z wielkiej płyty. Każdy szczegół wskazywał, że spędzała tu długie, relaksacyjne godziny. [...]Zmęczenie powoli szykowało się do odejścia. Na puszysty dywanik opadła najpierw sukienka Anny, a po niej koronkowe śliczności. Bardzo lubiła, jak brał ją wtedy na ręce i powoli opuszczał w spienioną toń ciepłej kąpieli. Zamknęła oczy i po chwili poczuła, jak jej wybranek wypełnił pozostawione mu miejsce. W tle słyszeli szum lasu, świergot ptaków. Dwie lampki złocistego trunku wabiły podniebienia. [...]- Zauważyłeś, że Róża nie mogła dzisiaj oderwać od nas wzroku? – zapytała Anna. – Pamiętam taką opowieść: "dziewczyna zgubiła w strumieniu pierścień od narzeczonego. Szukali go w każdej wolnej chwil. Mijały tygodnie, lata. Posiwiały czarne włosy chłopaka, sylwetki im się przygarbiły, jednak nie tracili nadziei. Któregoś dnia chłopiec odnalazł pierścień. Szczęśliwy, nałożył go dziewczynie, a właściwie staruszce, w którą przeobraziła się po latach poszukiwań. W momencie, gdy odnaleziony pierścień znalazł się na palcu ukochanej, stracone lata cofnęły się i znów młody chłopiec klęczał, jak kiedyś, u stóp pięknej dziewczyny". [...]- Wiesz, Pawełku, nasza Róża także szuka cały czas pierścienia, który przywróci miniony czas i odda jej Staszka. Dwa tysiące trzysta kilometrów [...]Wszystko było inne, odkąd wspólnie zamieszkali. Razem wpisywało się złotymi zgłoskami w uspokojone dni i szalone noce. [...]– Aniu – Paweł niezwykle poważnie mówił, ale z dużą dozą tkliwości. – Dajesz mi więcej, niż mógłbym zamarzyć. [...]Czuła to od dawna. Każdy błysk w piwnych oczach, ciepłe spojrzenie, przekonywały ją o prawdziwości, wypowiedzianych po raz pierwszy, słów. [...]Któregoś tygodnia weekend rozpoczął się wyjątkowo w piątek przed południem, gdy Anna wróciła wcześniej z pracy. Paweł na jej widok rzucił z tajemniczym uśmiechem: [...]- Masz dziesięć minut, aby przygotować się do wyjazdu. - Po pięciu byli już w samochodzie i mknęli w nieznane. [...]Zmieniały się widoki zza okien. Po chwili góry zaglądały im przez szyby. – Vítejte! – brzmiało na każdym zakręcie drogi. Pierwszym przystankiem był Mikulov. Stare zamczysko skusiło do zatrzymania. Nie wierzyli, że zdążą, ale chyba duchy starych murów przytrzymały klucznika za ręce i młodzi mogli wejść w atmosferę wieków. Tylko ciepło płynące z dłoni Pawła mogło sprawić, że Anna nie bała się, gdy rozwianymi włosami bawiły się półprzeźroczyste postacie w dostojnych komnatach. Ze wzgórza widać było panoramę okolic, na które Napoleon Bonaparte spoglądał po bitwie pod Austerlitz. [...]- Na shledanou – dochodziło z pobliskich domów. [...]Pałac Schönbrunn pojawił się nagle i pomimo twardego: Willkommen, przywitał ich serdecznie. Nie patrzyli na mapę, a jednak ten kluczowy punkt wiedeńskiej przygody, jako pierwszy, rozwarł przed nimi ramiona zieleni przy wjeździe do miasta. Niezwykły wieczór w kwiatowych labiryntach ogrodów francuskich obfitował we wstrzymany oddech i pocałunki przy fontannie Neptuna. Weszli na wzniesienie i zachłysnęli się panoramą miasta muzyki i niezapomnianych: Józefa Haydna, Wolfganga Amadeusza Mozarta i Ludwiga van Beethovena, a w dole pysznił się wielkością monument pamiętający cesarza Franciszka Józefa. Zachodzące słońce przystanęło na kasztanowych włosach Anny i zapewne zachód opóźniłby się, gdyby nie zeszli ze wzgórza i nie pojechali w noc, która otworzyła przed nimi, zdobione cekinami, poły płaszcza. [...]Najczęściej w podróży towarzyszyło im milczenie, ale bezsłowia były niezwykle wymowne i rozgadane. Opowieściom nie było końca. Cielesne powłoki przenikały epizody i odczucia. Umykały kilometry i kolejne granice. Anna bała się, nigdy, z nikim nie przemierzała takich odległości. Była podniecona sytuacją, ale i zmartwiona, czy zdoła upilnować kierowcę przed zaśnięciem. Kiedy samochód zaczął tańczyć po szosie, w upiornym tańcu, zbuntowała się i zjechali na parking. Paweł resztką świadomości opadł na jej kolana. Pogładziła bujną czuprynę i ukołysana równym oddechem także zasnęła. [...]Obudzili się po dwóch godzinach. Pognały ich dalej tajemnicze iskierki w oczach ukochanego mężczyzny. Roje świetlików rozjaśniły drogę. Nad ranem sterczące postacie olbrzymów kąpały się w przedświcie. Nagle złocista poświata wspięła się ponad wierzchołki. Dziewczyna nigdy nie była w Alpach i taki widok wstrzymał jej oddech i wywołał zachwyt. Paweł czuł jak palce Anny wpijały się w jego dłoń w momentach, gdy złoto spływało po ośnieżonych stokach. [...]Do Wenecji dojechali, kiedy leniwie rozstawiała stragany. Obcojęzyczne nazwy i porcelanowe cudeńka z Murano stanowiły preludium wyspiarskiej przygody. Canal Grande wypisywał na wodzie:Buongiorno, a rozciągnięty nad nim Most Rialto przyciągał wzrok. Wyobraźnia wpisywała w wielowiekowe pałace kolorowo odziane postacie. Nie wierzyli, że tu są, a ich uśmiechy, jak karnawałowe maski, odkłaniały się gondolierom, licznym kanałom, mijanym łodziom i statkom z turystami. Poranne słońce odbijało się w oknach pałaców i kamieniczek. Pałac Dożów, Plac i Bazylika Św. Marka, strzeżone przez skrzydlate lwy, zapisały się niezapomnianymi obrazami, kapiącymi bogactwem. Aby zobaczyć z bliska rumaki Lizypa, Anna musiała przysłonić chustą miejsce, w którym wielokrotnie, bez pamięci tonął oddech Pawła, a jego pocałunki szroniły jędrne wzniesienia. Potem było Lido i Adriatyk rozciągający się pomiędzy kolorowymi parasolami. Anna nie mogła powstrzymać się od śmiechu, gdy Paweł opowiedział jej o przygodzie na tej nadmorskiej plaży. [...]Jego pierwsze spotkanie z kurortem, przyległym do laguny, wiązało się z wyjazdem służbowym do Włoch. Nieświadom zbliżającego się upału, zaparkował samochód na dachu wielopiętrowego parkingu. W tym dniu także popłynął na Lido. Była to już ostatnia porcja wrażeń, którą zaserwował sobie pod koniec samotnego zwiedzania Wenecji. Adriatyk był słony, jakaś wewnętrzna konieczność kierowała jego ręką, która zaczerpnęła wodę. Oddalił się od ludzkiego mrowia, aby całym, nieosłoniętym ciałem poczuć chłód fal. Nie chciał wracać. Przysiągłby, że to syrenie głosy zatrzymywały go w wybranym miejscu. Prawie tysiąc czekających go kilometrów, a także promienie słońca, które powoli chowały się za wieżycami kościołów niedalekiej Wenecji, skłoniły go do ubrania się i wyruszenia w powrotną drogę. Boleśnie wtedy zrozumiał, dlaczego na adriatyckich plażach rozstawione są prysznice, z których nie skorzystał. Sól wyżerała mu ciało. Po chwili nie potrafiłby wyrzec się kowbojskich korzeni. Chodził tak, jakby dopiero co zsiadł z wierzchowca po całodziennym przepędzaniu stada na prerii. Po powrocie do samochodu w osłupienie wprawiła go kaseta magnetofonowa powykręcana od nadmiernej temperatury. [...]Pojechali dalej, aby wieczór spędzić w Weronie. Chłonęli wieki. Tak można by powiedzieć o pobycie wśród austriacko-włoskich atrakcji. Na Piazza Bra, wyborna lasagne bolognese przypomniała im, że syci wrażeń zapominali o ciałach. Spod parasola przyglądali się tłumom, oczekującym na wejście do Areny na spektakl operowy. Chyba ręka Giulietty zaprowadziła zakochanych na via Cappello 23. Nie musieli wzdychać, odgrywać słynnej sceny balkonowej, a także gładzić piersi brązowego posągu dziewczyny dłuta Nereo Costantiniego, gdyż szczęście, które inni chcieli przywołać głaśnięciem, im towarzyszyło od pamiętnego spotkania u cioteczki Róży. [...]- Arrivederci – szeptały, poprzecinane długimi cieniami gaje oliwne. [...]Kolejna noc w samochodzie nie była już taka cicha. Anna dzieliła się wrażeniami pozbieranymi na ciasnych uliczkach Wenecji. Odrzucone w kąt buciki współczuły opuchniętym stopom. Zaledwie dotknęli Wenecji - miasta zbudowanego na wodzie, ale zdążyli zauważyć, jak fale upominają się o zabrane terytoria, żłobiąc słonymi pazurami stare mury. [...]- Guten Morgen – tak przywitała ich, wraz ze wschodzącym słońcem, malownicza Norymberga. Ciekawość poprowadziła młodych, po pustych uliczkach „przeraźliwie” czystego miasta, do górującego nad okolicą zamku. Monumentalny kompleks trzech budowli, składający się z zamku cesarskiego (Kaiserburg), zamku burgrabiego (Burggrafenburg) i zamku miejskiego (Stadtburg), rozpoczął wsączać kolejną opowieść w wygłodniałe umysły zwariowanej pary jak natchniony przewodnik. Na jednej z uliczek odbudowanego miasta spotkali Albrechta Dürera, który ze swojej kamienicy pokłonił się im nisko. [...]Czekająca przygoda nie pozwalała tracić czasu na posiłki. Co prawda włoskie cornetti nijak się miały do niemieckiej tradycji, ale Anna karmiła nimi Pawła w podróży do Drezna. Pośród monumentalnych budowli, kończyły się plany weekendowej podróży. [...]Pogodę zamówił w sklepie internetowym, na kilka dni przed szaloną podróżą. Sprzedawcy zapewniali, że mają certyfikaty jakości i dostarczyli ją kurierem, starannie opakowaną, aby nie uległa uszkodzeniu, w przeddzień realizacji eskapady. [...]W brązowiejącej opaleniźnie przeglądało się kolejne zachodzące słońce. Nie mieli już siły, ale starali się zapamiętać jak najwięcej obrazów, obiecując sobie, że wrócą, aby rzetelnie pozaglądać w każdy zakamarek starego miasta. Pozostałe resztki zachwytu osiadały na mijanych budowlach. Gdzieniegdzie rozrzucali je jak ziarno wygłodniałym gołębiom. Kiedy ich pamięci pozapełniały się i nie przyjęłyby już ani jednego dodatkowego wrażenia, usiedli na bulwarze nad Łabą. [...]Pawłem targały mieszane odczucia. Z jednej strony był szczęśliwy, patrząc w roziskrzone oczy Anny, a z drugiej z niepokojem patrzył na coraz większe zmęczenie widoczne na wątłej postaci dziewczyny. [...]- Pawełku, kiedyś opowiem ci o oceanach wrażeń, które miotały, w tych dniach, łupiną mojej wrażliwości na piękno. Zapewniam cię, że podziękuję, jak najlepiej będę potrafiła, za tą podróż szalejących migawek, ale to kiedyś… [...]Nie spodziewał się takiego finału podróży. Rozczulony wziął śpiącą Annę na ręce i zaniósł do stojącego opodal samochodu. W czasie nocnej jazdy wzruszenie sennym pomrukiwaniem dziewczyny odganiało zmęczenie. [...]- Dzień dobry – jakże swojskie skowronki radośnie oznajmiły świt. Anna [...]Ponieważ Paweł odciął się od imprez i przypadkowości kolejnych dni, to nie uszło to uwadze kolegów. [...]- Wiesz stary, zachowujesz się jak „matrona” u schyłku życia – niejednokrotnie padało pod jego adresem. [...]- Jeśli wymienisz kilka cech Anki, poza zgrabnym tyłkiem i czymś tam jeszcze, to damy ci spokój. – Tu przymykali oko i z rozmarzeniem otwierali puste dłonie. [...]Zastanawiał się co odpowiedzieć na te niewybredne zaczepki. Co takiego było w dziewczynie, czego nie miały tysiące innych? Patrząc z boku była nijaka. Wyciszona szara myszka, bez krzykliwego makijażu i ubrań wyzywająco podkreślających kształty. Gdyby wiedzieli… Tu dopiero byłyby cmokania kumpli, co to już niejedno, a właściwiej – niejedną widzieli. Anna w towarzystwie pozostawała z boku, jednak bystre oczy zapisywały każde wypowiadane słowo. Ożywiała się u Róży, tam czuła się bezpieczna, wiedziała, że nie popełni gafy, a nawet jeżeli, to nie będzie źle zrozumiana. [...]Kiedyś zaskoczonym chłopakom odpowiedział: [...]- Nie mam dziewczyny, bo takich kobiet nie ma. Anna nie ma racji bytu, a jeśli tak, to po prostu nie istnieje – odpowiedzią był śmiech, ale wyczuwał w nim zazdrość pomieszaną z niedowierzaniem. [...]Jaka była? – Czuła, zgrabna, inteligentna, wyrozumiała, konsekwentna, czysta, oczytana. - Myśli podpowiadały mu, z szybkością strzałów karabinowych, kolejne cechy. To wszystko nie to, to byłby banał. [...]Anna była ciszą. Po jazgocie przeszłości, po sponiewieranych chwilach, pełnych potoków przypadkowych i nic nie znaczących słów, wpadł w objęcia ciszy. Każde wypowiadane słowo nie zaburzało milczenia, jak śpiew skowronków czy szum wiatru nie zaburzają ciszy łanów zboża powplatanych w milczące krajobrazy. Może Anna była tylko wytworem jego wyobraźni spragnionej ciepła? Mocno sfatygowany Mały Książę, leżący na półce, podpowiadał jeszcze ciekawsze źródła istnienia Anny. Czy miłość może aż tak zaślepiać, że nie potrafi znaleźć minusów w tej idealnej postaci? [...]- Przecież takich kobiet nie ma – powracają echem słowa, odbijane od ścian czy słuchających. [...]Jednak istniała. Nawet, kiedy nie wypełniała pobliskiej przestrzeni, czuł jej obecność, dotyk, zapach włosów, czy mógł uzyskać odpowiedzi na dręczące pytania. Przeniosła go w inny wymiar rzeczywistości. Bezszelestnie wpisała w obrys świata jawiącego się, dla innych, mirażem. [...]- Idealizujesz mnie, Pawełku – często odpowiadała, rozbawiona, na jego maślane oczy. [...]Widział, że było jej przyjemnie, chociaż wyczuwał lekkie zakłopotanie w głosie. [...]Byli jak fatamorgana, bajkami z tysiąca i jednej nocy. Pomimo, że czuli nad głową, podobni Szeherezadzie, chłodną i ostrą stal brutalnej codzienności, to zatracali się w tworzonych fikcjach, wpisani w odległe lądy, w syreni śpiew, jak i w ułudę nierealnych osób i miejsc. Znamiennym stawał się fakt, że to oni rozpływali się przed patrzącymi oczami przy każdej próbie zrozumienia. Dla przenikliwych spojrzeń jawili się bajką. Nie mieli prawa istnieć w tak wyidealizowanej postaci, a jednak nie tylko wpisywali się w dzisiaj, ale przywoływali jutro i pojutrze. [...]Paweł nie miał ochoty opuszczać meandrów nierealności, w jakich utkwił od pamiętnego spotkania u cioteczki Róży. Dotykał, pieścił, przenikał i wnikał w zwariowane chwile, dostarczające mu jeszcze bardziej szalonych inspiracji, jak weekendowa podróż przez cztery granice. Pozostały po niej miliony zapisanych w pamięci obrazów, stanowiących tło wielu ożywionych rozmów, czy rozmarzonego milczenia. [...]- Takich kobiet nie ma, nie ma, nie ma… - echo przekrzykiwało dźwięk trącanych kieliszków z winem i strumieni wody, niknących w spienionej kąpieli.
  6. Minęło ponad czterdzieści lat, a doskonale pamiętam umorusaną sylwetkę dzieciaka z Żaru. Kilkuletni chłopak był nieodłącznym elementem życia lotniskowego. Nie pamiętam czyim był dzieckiem. Wyróżniała go ruchliwość. Swoim bystrym wzrokiem pomagał nam w obserwacji pola wzlotów. Gdy tylko jakiś niefrasobliwy turysta miał zamiar wejść pod lądujące szybowce, to biegiem puszczał się w jego kierunku. Ciekawiło nas co też taki malec mówił do zbliżających się intruzów, którzy nie zdawali sobie sprawy z grożącego niebezpieczeństwa. Kiedyś udało mi się rozwiązać frapującą nas zagadkę. Byłem w pobliżu, gdy malec zatrzymał się przed grupką przybyszów i z groźną miną wyrzucił z siebie: - Stonka spierdalać!
  7. to nic że nic?

    Nicość to ciekawa materia i warto w niej, jak widać, rzeźbić. :)
  8. to nic że nic?

    sonet jest symbolem piękna ze słów szczytnych nić stworzona ma zasady tudzież format treści wzniosłe sens chce pętać brzemię wieszczów ma na rękach tetrastychy są w nim ponad gdy w sylabach postać chroma wilczy bilet twórcy wręcza jak więc pisać w nim o niczym nic ubierać w złote pióra dać krytyce na się kwity czy beztreści co po szutrach wieść powinny w szatach lipnych blade życie ubrać w futra
  9. to nic że nic?

    W pełni się zgadzam. :)
  10. to nic że nic?

    To miłe, że tak sądzisz. :)
  11. to nic że nic?

    myślałem że to nawet jednego niewarte takie tam nic bez sensu bez znaczeń chapeau bas jednakże ciutkę ego głaszcze nic to ktoś wypowie dla mnie czymś jest wszakże Pozdrawiam. :)
  12. to nic że nic?

    dzisiaj napiszę wiersz o niczym nic przeciwstawię pozorom istnienia nienamacalność to fakt oczywisty niebyt nadmiernie nicością spowszechniał popłyną słowa które nic nie znaczą bez treści zwykłe pustosłowie choćby przyglądać się kolejnym warstwom to trudno znaleźć w nich cokolwiek nie mówcie że nie ostrzegałem poszukiwaliście sensu w beztreści nie ma go w pustce niewiele są warte myśli bez znaczeń trudno nic określić
  13. mniej znaczy wiele

    kwiaty to mgnienie chociaż piękne przeminą płatki lecz w pamięci gest uśmiech bardziej zapadną na krętej nimi zamierzam życie wypięknić każdą godzinę dni całe lata wariat zamierza uczuciami szastać świerszczem w kominie czy świetlikiem będę byś mogła poczuć bliskość niechaj wieczory milionami iskier dadzą spełnienie długim listom niemożliwości stających się jawą noce sprzyjają ucieleśnionym mirażom a kiedy spotkasz przypadkiem się z nudą to nie wierz w żadne obłudne jej słowo zadaj pytania wilgotnym ustom splecionym dłoniom które zawsze obok są będą barwą namiastką ułudy a z odpowiedzią w ramionach się ukryj
  14. kopciuszkowo 

    Masz rację. :)
  15. kopciuszkowo 

    Podejmę to wyzwanie. :)
×