Skocz do zawartości

GreD

Użytkownicy
  • Zawartość

    133
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

9 Neutral

O GreD

Ostatnio na profilu byli

646 wyświetleń profilu
  1. Witaj, taka chwila była, aaaa poczytaj w prozie tekst,Erqes’ wor bleys.
  2. Anioł czarnym atramentem pisze. Śmierci ujrzał oko patrzy obserwuje duże niby jajko czarne Śmierci ujrzał twarze białe lśniące które ust nie mają tylko zęby szare. Patrzył z myślą że to ptaki ptaki jak tek kruki trzepotliwe które padłą skórę szarpią rozrywają kracząc za pazurem. Dostrzegał światłość toż ten świt który ślepca razi który ostatnie stąpnięcie nogi raczy jak by po tej ziemi po której spływa kropla deszczu chyba. Śmierci ujrzał oczy jak te jajka ptaków które piór już nie mają które w garncu stopy parzą… Teraz nuci zwrotką znaną KRA KRA -KRACZĄC RANO bowiem ptakiem nastał jak ten anioł.
  3. Erqes’ wor bleys. SCENA I. (s12.21.17) Akt. 1. 1. JOACHIM: Tyś Eleno wpatrywała się we mnie w szczęściu, kiedym mówił, patrzyłaś gdy w pożądaniu bezkresnym marzyłem fantazjując o tobie słyszysz, słyszysz mówię … 2. ELENA: Słyszę choć przełknąć łzy słone w tęsknocie muszę, bo gdybym inaczej zwróciła uwagę dalece wzrok topiąc w tych oczach, toż rozkosz namiętna chłonęła by, wzrok mój więc, umiej rozwiązać miłość mą Panie, bowiem pragnę... 3. JOACHIM: Wiem patrzyłaś!... Odkryć tajemnicę zagadnień twojego serca łaknąłem rozbudzając umysł ciemiężąc go drobiazgowo, albowiem rozmiłowałem serce rozweselając oczy smutne, a kiedy ujrzałem cień i sylwetkę osłoniętą szatą jedwabną omal nagą, odkryłem kim stałem przed tobą. 4. ELENA: Joachim słyszysz łzy niby perły białe upadając hycają jak szkiełko rozbitego lusterka one skrzą światłem… 5. JOACHIM: Tak skrzą w oczach niby, namiętności libertyńskie u szczytu wierzy Babel… 6. Drzwi uchylają się skrzypiąc. Milcząca cichość niby umarła wypełniała czułą komnatę , okno w przeciągu świeżego powietrza miele firany zasłaniające półmroczne, widmo dworu. Świece płonące dogasają, a mrok ćmi w te wpatrzone wzajemnie oczy. Elena usiadła na krześle zaraz obok komody drewnianej zmęczonej czasem. Siedziała patrząc na pantofle które, zsunęła ze znużonych stóp. W drzwiach stanął Joachim podkradając się niemal na palcach, tak aby nie zwrócić uwagi na siebie. Stał patrząc strusim wzrokiem w ciemny wilgotny kręty korytarz. Patrzył nasłuchując… Mglistość bezkształtności mroku wokół a, mury cmentarnie białe urażone wypełzającym jęzorem czasu, niemalże schną tą spływającą hebanową gęstwiną atramentowych myśli, opuszczonych chwil. Tylko światło gasnących świeć układało przedziwne niespotykane kręgi na parkiecie poruszające się w kierunku korytarza. Światło które pisząc alfabetem nieznanym lub rysując ryciny na sufitach o kształtach nie regularnych, znacząc wyraźnie obecność swą. Joachim później stanął wyprostowany wychylając z za rogu framugi głowę lekko chyląc ją w kierunku stóp. Nasłuchiwał czekając zniecierpliwiony tak jakby miał przeczucie że, ktoś stoi na końcu długiego kolorowego mieniącego się w mozaikach dywanu, tam u pułapu drzwi, kończących się rękawów korytarza. Elena siedząc wpatrywała się w Joachima patrzyła zdumiona, cierpliwie antyszambrując. W ciszy było słychać trzepot mięsistych skrzydełek ćmy jakże dotkliwie szukającej światła, ona uderzając czasami o szybę niby nonsensowny akt, taniec śmierci, odbijała sumiennie dotkliwy czas tym echem stukających brzmień. 7. JOACHIM: Wiesz kiedy, wpatruję się w to okno, które błyskotliwie odbija niby zwierciadło tą twarz w którą, patrzę stojąc naprzeciw- prawie widzę twoje odbicie Eleno. Lecz kiedy, zmrużę powieki tuż przy framudze okna w modrym świetle; ujmuję cię w fantazjach niemal gołą, tylko biodra przyodziane czerwoną białą wstęgą koją odczucie pragnienia tegoż dotyku twych ust. 8. ELENA: Joachimie gdybym ze szkła była, cierpka jak owoc jarzębiny, gorzka niczym grejpfrut niedojrzały surowy, to kiedy wymawiasz słowa odczuwam posmak pomarańczy i zapach ogrodu, jednakże jestem kobietą Joachimie i na cóż te słowa skoro w żyłach naszych krew ta bezpotomna płynie, wzburzona uczuciem namiętności… 9. JOACHIM: Tak jesteś, lecz czy niepewność jest wyrazem niecodzienności, która w nas tkwi od dni narodzin? Kim ja jestem kiedy w oczach twoich unoszę słowa ? Kim oświadcz proszę... 10. ELENA: Panie czy moja odpowiedz aby wystarczy? Wprawdzie popatrujesz w oczy moje wiec, usłysz tenże szept usłysz, on niemy płynący z serca. 11. Pokój wypełniła surowa cisza, Joachim podszedł do Eleny patrzył na nią milcząc przez moment w końcu przysiadł u progu jej stóp. Dłoń uniósł patrząc w oczy miłej. Uniósł aby dotknąć jej ust o puszkiem palca. Tak zrobił wymawiając szeptem słowa: 12. Tylko we dwoje świat uroczysty poddamy próbie śledząc dzieje ludzkości. Zamknij oczy niechaj powieki drgają unosząc się lekko, widzisz, widzisz? 13. ELENA: Widzę, teraz w kręgach człowieczeństwa tychże dni w których jestem, jestem, widzę; trzymam chłopca za dłoń patrząc na niego. On nic nie mówi, nie otwiera ust a, oczy czarne jak noc, niebagatelne patrzą wprost na mnie jak gdyby wołając, błagając… Wokół stoją starcy ubrani w białe ornaty ich brody siwe białe długie zwisające z twarz szczupłych bladych niby w szarościach popiołu. Opadają opierając się o piersi odkryte nagie, opadają prawie do stup. Oni Patrzą, obserwują, widzę Joachimie widzę… 14. JOACHIM: Otwórz oczy niech że spojrzę w nie, nie płacz Eleno toż on we mnie objawieniem twoim. Po to abyś, poczuła zrozumiała kim jestem. Pamiętaj te życie w tobie iskrą uniesień tym zrozumieniem pojęciem wzajemności w tych bolesnych chwilach. Ten chłopiec skamlał w oczach mówiąc matko. Jak że cucę myśli, jak że powiem teraz, słuchaj Eleno syn nasz Erqes. 15. Akt. 2. 16. Drzwi gwałtownie zatrzasnął za sobą wyszedł z kamienicy Elena popatrywała w okno spoglądając zza firany na ulicę. Słońce w zenicie spływało żarem, asfalt lśnił miejscami rozgrzany miękki. Lekko powiewał wiatr liście na drzewach migotały przypominając ławicę ryb w jeziorach. Joachim szedł, śpieszył przed siebie nie zauważając, że na balkonie stoi ona, Elena która, rozmarzona w myślach zapatrywała się w niego. Joachim znikał w oczach jej, przepadał gdzieś tam w głębi granic horyzontu osłoniętego smukłymi wysokimi Angielskimi kamienicami. Zapatrywał się w głąb drogi szedł pochłonięty myślmy nie zważał na nic, nawet kiedy mijały go, piesi którzy,. wzrok topili w niego ponieważ szedł meandrycznym krokiem. Wszelako nie dostrzegał ludu, kobiet jak i mężczyzn. Upływ czasu jedynie wymagał od niego skupienia gdyż, spieszył na spotkanie z Panną Erin. Myślał zastanawiając się jak wygląda panna z którą ma obmówić trudny temat. Niewyrazista pogoda, jednak na niebie chmury ciemne w kształcie gongów co chwila przysłoniły słońce kryjąc cienie, cienie które blakły niknąc, a później rodząc się niby zmartwychwstając gęste szare śledzące krok za krokiem. Ulica wyludniona w oddali mgła unosiła się lekko nad chodnikami zawile chowając się w trawie tuż przy krawężnikach. Joachim zatrzymał się wyjął z kieszonki zegarek mówiąc coś pod nosem. W końcu ruszył w drogę przyspieszając kroku. Mijał stojące na ulicy autobusy czerwone Routemastery, które stały w kolejce przed przejazdem kolejowym. Patrzył na kierowcę, który siedząc przed kierownicą autobusu trzymając w dłoni gazetę, podczytując śmiał się w głos komicznie... Zastanawiał się uśmiechając delikatnie, zastanawiał nad tym czy gentleman oby nie zaczyta się i nie wstrzyma ruchu. Minął konwój w postoju samochodów kierując się wprost ku przystankowi. Wsiadł do autobusu, który zmierzał w kierunku Covent Garden, gdzie umówiony był z Panną Erin. Usiadł wygodnie na czole autokaru spoglądając kątem oka na siedzącego mężczyznę w kapeluszu czarnym. Patrzył z admiracją gdyż człowiek siedzący dostojnie uśmiechał się wpatrując w przysłonięte pyłem okno. Wąskie uliczki esowate no i ta angielska pogoda zmieniająca się w mgnieniu oka, raz słońce, po chwili deszcz lub wiatr krewki zrywający z drzew liście, które jak ożywione unosiły się w tańcu pląsając w melodii szumiących koron wierzchołków drzewa. Nawet nie spostrzegł nie ujął zainteresowaniem , gdyż był pochłonięty myślą o spotkaniu nie zauważył że, jest już prawie na miejscu. Routemaster zatrzymał się, kierowca pociągając za dźwignię otwarł drzwi, Joachim popędliwie zerwał się z siedzenia chwytając poręczy i wyszedł z autobusu… 17. Scena II. 18. Kawiarnia Crown; uchylone drzwi niemal zapraszają a, stojące tuż przy oknie donice z kwiatami urozmaicają ożywiając witrynę kolorem czerwieni, bieli i różu. Joachim stał przez chwilę przed wejściem poprawiając ubranie i zaczesując włosy czarnym grzebieniem. Upłynęło kilka sekund zanim zdecydował się wejść w progi kawiarni. Czas wydawał się zastygły stojący w miejscu. Rozglądał się wypatrując panny z którą umówiony był na godzinę szesnastą. W kawiarni siedziało kilku klientów, kobieta przy bufecie i dwoje mężczyzn w średnim wieku tuż po lewej stronie sali, siedzieli zajęci dyskusją. Joachim podszedł do stolika usiadł kierując swoją uwagę ku drzwi wzrokiem wypatrywał panny Erin. Spoglądał na zegarek, który trzymał w dłoni niecierpliwiąc się. Muzyka poprawiała nastrój poruszając atmosferę budząc zmysły i wyobraźnie. W końcu doczekał się, doczekał spotkania. (Panna wchodzi w progi kawiarenki.) Chwilę patrzył zdumiony, Erin przekroczyła progi klubu rozglądając się po Sali. Joachim wstał odsuwając taktownie krzesło. Patrzył chwilę zwracając uwagę na siebie. Erin zauważyła go i skierowała się w stroję stolika. Podali sobie dłoń gustownie uchylając głowy 19. JOACHIM: Panno Erin jakże miło poznać panią , choć rozmawialiśmy telefonicznie kilkakrotnie to jednak czuję się zaszczycony poznając panią osobiście i muszę oświadczyć, że urok pani niemniej niż głos ujmuję... 20. ERIN: Dziękuję miłe to słowa, czy długo pan oczekiwał za mną ? 21. JOACHIM: Skąd, kwadrans minął jak siedzę w tej miłej atmosferze, nawet nie spostrzegłem kiedy czas zleciał. 22. ERIN: Tłok na ulicach przepełnione metro i w dodatku awaria trakcji, zmusiła mnie do przyjazdu taksówką, zresztą spieszyłam się bardzo martwiąc, że nie dotrę na czas, a pan znudzony zrezygnuję ze spotkania. 23. JOACHIM: Ależ skąd panno Erin nie śmiał bym, potraktować spraw jakże ważnych w sposób nieodpowiedni, zresztą wie pani że, czas nagli i sprawa jest wagi państwowej skromnie rzec muszę… 24. JOACHIM: Ach wybacz panno Erin nawet nie spytałem, może lampkę wina? 25. Wstał zwracając na siebie uwagę; kelner podszedł… Joachim poprosił Kawę wino i ciasto z kremem, usiadł patrząc na nią, chwilę milczał zastanawiając się. Twarz zdradzała zachwyt urodą gdyż, kobieta jakże urodziwą była. Jednakże wiedział, że miłość ofiarował Elenie atoli kochliwe patrzył i patrzył. Jednak namiętny wyraz twarzy Erin budził instynkt w mężczyźnie podniecenie. Starał się ukryć oczarowanie skupiając się nad dalszą konwersacją, rozmową tematyczną angażującą pomysł uprzednio omówiony poprzez telefon. 26. Cdn... (Będę pisał na goło tutaj w notce dalszy ciąg jak przyjdzie chęć... Aż napiszę KONIEC.) Melodramat obyczajowy z wątkiem romansu. Tekst roboczy. Juzes Benea. Aleksander Jan Zaręba
  4. Erqes’ wor bleys.

    podobnie jak jak tylko że jeżeli chodzi o mnie to nie przeczytałem żadnego jeszcze tekstu na tym forum...
  5. Erqes’ wor bleys.

    a czytam ten tekst, i poprawiam dopisując dalszy ciąg, czytam go już chyba z 100 raz trudno że język mój jest zbyt trudny dla ciebie i być może nie zrozumiały. Ten post ma na celu co innego ponieważ jest za linkowany w w pewnym serwisie\\. C\wiadomy cel dla mnie...
  6. Erqes’ wor bleys.

    Jak chcesz byś szczera to nie przepraszaj. Pisze wersja robocza. do końca potrwa jeszcze... no masz racje trzepot fajnie brzmi pozwól, użyłem te mięsiste skrzydełka :)
  7. Erqes’ wor bleys.

    Jak chcesz byś szczera to nie przepraszaj. Pisze wersja robocza. do końca potrwa jeszcze...
  8. Erqes’ wor bleys. SCENA I. Akt. 1. JOACHIM: Tyś Eleno patrzyła kiedym mówił, patrzyłaś gdy w pożądaniu bezkresnym marzyłem fantazjując o tobie , słyszysz, słyszysz ja szepczę... ELENA: Słyszę choć przełknąć łzy słone w tęsknocie muszę, bo gdybym inaczej zwracała uwagę dalece wzrok topiąc w tych oczach, toż rozkosz namiętna chłonęła by, wzrok mój więc umiej rozwiązać miłość mą Panie, bowiem pragnę... JOACHIM: Wiem patrzyłaś!... Odkryć tajemnicę zagadnień twojego serca łaknąłem rozbudzając umysł ciemiężąc go drobiazgowo, albowiem rozmiłowałem serce rozweselając oczy smutne, a kiedy ujrzałem cień i sylwetkę osłoniętą szatą jedwabną , omal nagą odkryłem kim stałem przed tobą… ELENA: Joachim słyszysz łzy niby perły białe upadając hycają jak szkiełko rozbitego lusterka one skrzą światłem… JOACHIM: Tak skrzą w oczach niby, namiętności libertyńskie u szczytu wierzy Babel… Drzwi uchylają się skrzypiąc. Milcząca cichość niby umarła wypełniała czułą komnatę , okno w przeciągu świeżego powietrza miele firany zasłaniające półmroczne, widmo dworu. Świece płonące dogasają, a mrok ćmi w te wpatrzone wzajemnie oczy. Elena usiadła na krześle zaraz obok komody drewnianej zmęczonej czasem. Siedziała patrząc na pantofle które, zsunęła ze znużonych stóp. W drzwiach stanął Joachim podkradając się niemal na palcach, tak aby nie zwrócić uwagi na siebie. Stał patrząc strusim wzrokiem w ciemny wilgotny kręty korytarz. Patrzył nasłuchując… Mglistość bezkształtności mroku wokół, a mury cmentarnie białe urażone wypełzającym jęzorem czasu, niemalże schną tą spływającą hebanową gęstwiną atramentowych myśli, opuszczonych chwil. Tylko światło gasnących świeć układało przedziwne niespotykane kręgi na parkiecie poruszające się w kierunku korytarza. Światło które pisząc alfabetem nieznanym lub rysując ryciny na sufitach o kształtach figuralnych, znaczą wyraźnie obecność swą. Joachim później stanął wyprostowany wychylając z za rogu framugi głowę lekko chyląc ją w kierunku stóp. Nasłuchiwał czekając zniecierpliwiony tak jakby miał przeczucie że, ktoś stoi na końcu długiego kolorowego mieniącego się w mozaikach dywanu, tam u pułapu drzwi, kończących się rękawów korytarza. Elena siedząc wpatrywała się w Joachima patrzyła zdumiona, cierpliwie antyszambrując. W ciszy było słychać trzepot mięsistych skrzydełek ćmy jakże dotkliwie szukającej światła, ona uderzając czasami o szybę niby nonsensowny akt, taniec śmierci, odbijała sumiennie dotkliwy czas tym echem stukających brzmień. JOACHIM: Wiesz kiedy, wpatruję się w to okno, które błyskotliwie odbija niby zwierciadło tą twarz w którą patrzę stojąc naprzeciw- prawie widzę twoje odbicie Eleno. Lecz kiedy, zmrużę powieki tuż przy framudze okna w modrym świetle; ujmuję cię w fantazjach niemal gołą tylko biodra przyodziane czerwoną białą wstęgą koją odczucie pożądania … ELENA: Joachimie gdybym ze szkła była, cierpka jak owoc jarzębiny, gorzka niczym grejpfrut niedojrzały surowy, to kiedy wymawiasz słowa odczuwam posmak pomarańczy i zapach ogrodu, jednakże jestem kobietą Joachimie i na cóż te słowa skoro w żyłach naszych krew ta bezpotomna płynie, wzburzona uczuciem namiętności… JOACHIM: Tak jesteś, lecz czy niepewność jest wyrazem niecodzienności, która w nas tkwi od dni narodzin? Kim ja jestem kiedy w oczach twoich unoszę słowa mówiąc ? Kim oświadcz proszę... ELENA: Panie czy moja odpowiedz aby wystarczy? Wprawdzie popatrujesz w oczy moje wiec, usłysz tenże szept usłysz, on niemy płynący z serca. Pokój wypełniła surowa cisza, Joachim podszedł do Eleny patrzył na nią milcząc przez moment w końcu przysiadł u progu jej stóp. Dłoń uniósł patrząc w oczy miłej. Uniósł aby dotknąć jej ust o puszkiem palca. Tak zrobił wymawiając szeptem słowa: Tylko we dwoje świat uroczysty poddamy próbie śledząc dzieje ludzkości. Zamknij oczy niechaj powieki drgają unosząc lekko powieki, widzisz, widzisz? ELENA: Widzę, teraz w kręgach człowieczeństwa tychże dni w których jestem, jestem, widzę; trzymam chłopca za dłoń patrząc na niego. On nic nie mówi, nie otwiera ust a, oczy czarne jak noc, niebagatelne patrzą wprost na mnie jak gdyby wołając, błagając… Wokół stoją starcy ubrani w białe ornaty ich brody siwe białe długie zwisające z twarz szczupłych bladych niby w szarościach popiołu, opadają opierając się o piersi odkryte nagie opadają prawie do stup. Patrzą, obserwują, widzę Joachimie widzę… JOACHIM: Otwórz oczy niech że spojrzę w nie, nie płacz Eleno toż on we mnie objawieniem twoim po to abyś, poczuła zrozumiała kim jestem. Pamiętaj te życie w tobie iskrą uniesień zrozumieniem wzajemności w tych bolesnych chwilach. Ten chłopiec skamlał w oczach mówiąc matko. Jak że cucę myśli, jak że powiem teraz, słuchaj Eleno syn nasz Erqes. Akt. 2. Drzwi gwałtownie zatrzasnął za sobą wyszedł z kamienicy Elena popatrywała w okno spoglądając zza firany na ulicę. Słońce w zenicie spływało żarem asfalt lśnił miejscami rozgrzany miękki. Lekko powiewał wiatr liście na drzewach migotały przypominając ławicę ryb w jeziorach. Joachim szedł, śpieszył przed siebie nie zauważając, że na balkonie stoi ona Elena która, rozmarzona w myślach zapatrywała się w niego, on znikał w oczach jej, przepadał gdzieś tam w głębi granic horyzontu osłoniętego smukłymi wysokimi Angielskimi kamienicami. Joachim zapatrywał się w głąb drogi szedł pochłonięty myślmy nie zważał na nic, nawet kiedy mijały go, piesi którzy wzrok topili w niego ponieważ szedł meandrycznym krokiem. Wszelako nie dostrzegał ludu, kobiet jak i mężczyzn. Upływ czasu jedynie wymagał od niego skupienia gdyż, spieszył na spotkanie z Panną Erin. Myślał zastanawiając się jak wygląda panna z którą ma obmówić trudny temat. Niewyrazista pogoda, jednak na niebie chmury ciemne w kształcie gongów co chwila przysłoniły słońce kryjąc cienie, cienie które blakły niknąc, a później rodząc się niby zmartwychwstając gęste szare śledzące krok za krokiem. Scena II. Cdn... (Będę pisał na goło tutaj w notce dalszy ciąg jak przyjdzie chęć... Aż napiszę KONIEC.) Melodramat obyczajowy z wątkiem romansu. Wersja robocza.
  9. Poglądy, pojęcia pobłażliwość wobec świata owe, spostrzeżenia, oraz absoluty bliskie mojemu rozumieniu, są ekspresją konstatacji o których wspominam. Jakkolwiek bym, spostrzegał zmieniający się w ewolucjach świat, jednocześnie perswadując go w słowach wyrażając częściowo, lub dogłębnie to wiem, wszystko kiedyś przeminie pozostawiając tylko skruchę wspomnień. A jednak jestem wyrazem szacunku do owej perspektywy dostrzeganego tworu, stworzenia nieodgadnionych wyrazów wszechświata. Wierzę w Boga czczę , chwalebnie unosząc słowa w kierunku wyrozumiałości wszechmogącej mądrości. Żyję trwam, choć niekiedy ciężar egzystencji dźwigam na swoich barkach niby dotkliwy, niemalże niezrozumiały, wręcz bolesny stygmat. Wyrażam się w słowach mówiąc schludnie, powtarzając jestem człowiekiem, trwam po między wami, cierpiąc jak, każdy z nas ale, jednocześnie protestuję jawnie mówiąc; dość!... Bo przecież wszystko to, co dostrzegam jest majestatem enigmatycznego ogrodu, ogrodu gdzie imaginacja prowokuje zmysły. Jednakże słów brak, aby opisać dostrzegany mi świat, świat pełen zagadnień niniejszych upływów czasu. Kwestii całe mnóstwo, pytań dotyczących mojej osoby. Kim jestem? Może tym kim on był, ten który z oddaniem oddał własne światłości istnienia w tą jakże wątpliwą pasję. Jestem tworem jego wyobraźni duchem ciałem krwią. Jestem synem marnotrawnym, który budzi się ze snu, który trwożył dotychczasowe dni swojego istnienia umierając w plugawym żywocie. Umierając na łożu wspomnienia, konałem. W końcu odpełzł w agonii wąż, na to zmartwychwstając jako On, przepędziłem wspomnienie mienionego życia mówiąc; jestem, jestem Eyzis... Lata upływają te wyszczególnione daty w szykach stawiając niby, legionistów baczenie wypatrujących wroga, daty upamiętniające upadki, potyczki niniejsze bolesne sny. Jakobym chciał wzruszając ducha w płaczach wzdychając to jednak nic nie zwróci jaźni tamtych dni, i nikt nie wskrzesi młodości ciał pokrytych popielatością upływu czasu.
  10. Poglądy, pojęcia pobłażliwość wobec świata owe, spostrzeżenia oraz absoluty obecne w moim pojmowaniu, są częścią mnie. Jakkolwiek bym, spostrzegał przejawiający w ewolucjach świat jednocześnie perswadując go w słowach wyrażając częściowo, lub dogłębnie to wiem, wszystko kiedyś przeminie pozostawiając tylko skruchę wspomnień. A jednak jestem wyrazem szacunku do owej perspektywy dostrzeganego tworu, stworzenia nieodgadnionych wyrazów wszechświata. Wierzę w Boga czczę , chwalebnie unosząc słowa w kierunku wyrozumiałości wszechmogącej mądrości. Żyję trwam, choć niekiedy ciężar egzystencji dźwigam na swoich barkach niby dotkliwy, niemalże niezrozumiały, wręcz bolesny stygmat. Wyrażam się w słowach mówiąc schludnie, powtarzając jestem człowiekiem, trwam po między wami, cierpiąc jak, każdy z nas ale, jednocześnie protestuję jawnie mówiąc; dość!... Zagadnień całe mnóstwo, zagadnień dotyczących mojej osoby. Kim jestem? Może tym kim on był, ten który z oddaniem oddał własne światłości istnienia w tą jakże wątpliwą pasję. Jestem tworem jego wyobraźni duchem ciałem krwią. Jestem synem marnotrawnym, który budzi się ze snu, który trwożył dotychczasowe dni swojego istnienia umierając w plugawym żywocie. Umierając na łożu wspomnienia i skonałem. W końcu odpełzł w agonii wąż, na to zmartwychwstając jako On, przepędziłem wspomnienie mienionego życia. GreD.
  11. Poglądy, pojęcia pobłażliwość wobec świata owe, spostrzeżenia oraz absoluty obecne w moim pojmowaniu, są częścią mnie. Jakkolwiek bym, spostrzegał przejawiający w ewolucjach świat jednocześnie perswadując go w słowach wyrażając częściowo, lub dogłębnie to wiem, wszystko kiedyś przeminie pozostawiając tylko skruchę wspomnień. A jednak jestem wyrazem szacunku do owej perspektywy dostrzeganego tworu, stworzenia nieodgadnionych wyrazów wszechświata. Wierzę w Boga czczę , chwalebnie unosząc słowa w kierunku wyrozumiałości wszechmogącej mądrości. Żyję trwam, choć niekiedy ciężar egzystencji dźwigam na swoich barkach niby dotkliwy, niemalże niezrozumiały, wręcz bolesny stygmat. Wyrażam się w słowach mówiąc schludnie, powtarzając jestem człowiekiem, trwam po między wami, cierpiąc jak, każdy z nas ale, jednocześnie protestuję jawnie mówiąc; dość!... Zagadnień całe mnóstwo, zagadnień dotyczących mojej osoby. Kim jestem? Może tym kim on był, ten który z oddaniem oddał własne światłości istnienia w tą jakże wątpliwą pasję. Jestem tworem jego wyobraźni duchem ciałem krwią. Jestem synem marnotrawnym, który budzi się ze snu, który trwożył dotychczasowe dni swojego istnienia umierając w plugawym żywocie. Umierając na łożu wspomnienia i skonałem. W końcu odpełzł w agonii wąż, na to zmartwychwstając jako On, przepędziłem wspomnienie mienionego życia. GreD.
  12. Dziesiąty dekalog. 

    Piszę o życiu śmierci Bogu bólu miłości, piszę o tym co mnie dotyczy, moje spostrzeżenia wobec życia świata. z szacunkiem A.Z
  13. Dziesiąty dekalog. 

    Justynko widzę, że cię nie ma, a dla czego to ?
  14. Dziesiąty dekalog. Gęstwina przemyśleń wszelkich złudności prowadzących, gdzieś w głębię odbijających się obrazów. Owych wizerunków postaci, reminiscencji obecnych tu na tej ziemi, planecie blichtrów. One prowadzą mnie w stronę wspomnienia, upamiętnienia niniejszych jasności słów, słów które, usłyszałem poprzez światłości dni. Fantazje objawiające się z podświadomości niby, bezkresne lawiny śnieżnych dywanów spływających ze wzgórz błogosławionych słońcem, objawiają spiralę pytań jakże złożonych… Popatruję wstecz swoich dni, egzystencji od dnia narodzin do teraźniejszości, jakże konsekwentnie zastanawiając się. Niemalże w głowie brak miejsca nastaje, gdyż esencjonalność rozważań staje się boleścią, cierpieniem. Tymczasem poprzez utopię złych poczynań, gwałtownych impulsów nieopamiętania, które za iście uczestniczyły w tym cmentarnym ciężko spływającym w mroku życiu, życiu dla którego słowa czyny nauczały jakże boleśnie, niewolniczo bez opamiętania litości, powstaję. Aż huczy łaskocząc sumienie tak jak gdyby, kusiło, aby otworzyć księgę, powtórzyć w głos dziesiąty dekalog. Struga przemyśleń, potoki obrazów wspomnianych uprzednio są, bodajże brzmieniem rażącego sumienia. Aczkolwiek wiem, że nic nie przywróci mienionych lat, czasów wywrotnych, pełnych okoliczności, sytuacji dla których jakobym bardzo chciał ,to jednak nie potrafiłem godnie żyć. Człowieczeństwo we mnie gasło niby płomień świec, gromnic płonących świadomością , umierając bezpowrotnie niknąc jak, sen spływający z zimnych powiek. Patrzę inaczej teraz na świat, życie bo przecież jestem częścią tej planety od niemalże czterdziestu lat. Istnieję lecz czy na pewno jestem świadomym, wszystkiego, czy raczej trwającym osłupieniem w świetle paranoicznych przekonań? Nie wiem! Jestem ideą, którą sam wyznaczyłem budując konstytutywny własny prywatny świat, świat radykalnej przemiany. Jestem Synem!... Jestem Ojcem!... Pragnienia, zmysłowe obserwacje świata w tym świadomym poczuciu macierzystego życia. Ideologia prowadząca ku obiecującemu powołaniu, tej formuły realizującej marzenie- czym się stała? Rojące się fantazje w umysłowości , prowokują wyobraźnię, zmysły to poczucie świadomości w stronę spełnienia, spełnienia w rzekomym zimnym podwórzu bezpłodnych pamiętników. Jestem, byłem i będę niby żołnierz ranny, niby ptak w locie w walce z jastrzębiem. "Uciekam podążam w kierunku światła." Bowiem ciemności się nie lękam, śmierci; choćbym miał paść lub spłonąć w pasjach żarliwych piekła, lub duszę oddać w zamian to wiedz że , maestrii nie wyprę się gdyż, idę za nim od lat. Światło, które ujmuję wzrokiem, cienie po murkach i narożnikach pełzające smukłe podłużne czasem szare, a czasem czarne niemalże krucze i nawet błękitne stalowe nieba, tuż nad głowami rozważnie budzą we mnie skupioną myśl, kiedy idę lub stoję. Później w oczach migocą światła, powieki pląsają drżąc taktownie i słyszę melodię… Nucę i nucę nęcąc ucho, prowokuję!... Czy śpiewam, czy raczej fałszuję? A może we śnie dyktuję anielską mowę. Może, a może nie, lub raczej na pewno śpiewam we śnie tą pieśń, która we mnie, która pragnie usłyszeć cię D'... Tak wiem lecę żeglując w tą dal jaźni bławatkowych przełęczy wyobraźni i niekiedy zapominam o istnieniu. Wówczas kompletnie znikam milknę a, skóra staję się jak powietrze rześka i jak wiatr przezroczysta, tylko wzrok widnieje z spostrzegawcza szukając ciała. Znikam, znikam, nie ma mnie, nie ma nic wokół. Tylko kompania stojących dusz nade mną wpatruję się w to co zostało z tamtej osoby, osoby bezimiennej. Później doświadczam cucąc się jak gdyby z podmorskiego dna, gdzie płuca wypełnione są słoną wodą, doświadczam olśnienia zapominając jałową przeszłość. Jestem sobą? Czy zmartwychwstałem? A może umarłem otwierając wrota w sercu i przyjmując niebieskie źrenice, gasząc złego!... GreD.
×