Skocz do zawartości

Enchant

Użytkownicy
  • Zawartość

    228
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

82 Excellent

2 obserwujących

O Enchant

Ostatnio na profilu byli

581 wyświetleń profilu
  1. Królowa

    Co do interpretacji - nie chodzi tutaj o Poezję, chociaż i ona leży na tym drugim biegunie :) Myślałam szerzej, raczej o samej Literaturze i wszystkim, co z nią związane, także poezją. Miłość, kobieta - cudne interpretacje, dziękuję Wam za pochylenie się i podzielenie się nimi :)
  2. Królowa

    Wobec tego co, według pana, należy poprawić? Jestem otwarta na sugestie.
  3. Królowa

    @czytacz Dziękuję Ci, tak to jest, jak się wkleja z telefonu.
  4. Królowa

    @Waldemar_Talar_Talar Fakt faktem, jest dość świeży, więc mogłam wrzucić go do warsztatu. Waldemarze, powiedz co i gdzie zgrzyta :) @Oxyvia Masz jakieś propozycje wyrównania rytmu? Co zmienić, uciąć, dodać?Zawsze mam z tym problem, dlatego unikam zwykle wierszy regularnych.
  5. Królowa

    Ach, ile słyszy się o tej Królowej, której dwór biega z nosem przy ziemi; mówią, że trzeba mocno ją cenić; Że ona Wszechświatem i na niej - Wszechświat; i że w ogóle, nikt większej nie znał; winniśmy wszyscy pochylić głowy, pokochać, ukochać jej świat liczbowy. Liczyć z nią w każdej sekundzie życia i głośno zawsze się nią zachwycać; nie liczyć jednak na j e j wzajemność, Bo ta Królowa jest dość wybredną. Nie myśleć o tym, że gdzieś daleko, jest jakaś inna, przy której piękno tamtej królowej - jak róża zwiędła. Że gdzieś daleko, czarem niewinnym, rzutem na zmysły prawie nachalnym; uwodzi Pani z przeciwbiegunu, z kochanków czyniąc sobie poddanych. Ona jest lśnieniem, gniewem, rozpaczą - wprost najszaleńszą odmianą życia; właśnie dlatego, państwo wybaczą - z nią los swój związać pragnę już dzisiaj.
  6. Kochanie

    Niby prosto, ale uroczo. A pisać prosto też nie jest łatwo, wbrew pozorom. Lubię. Nawet bardzo ;)
  7. na szafocie

    Nie wiem, dlaczego, ale kat mocno skojarzył mi się z komornikiem ;D Poza tym cudna, zgrabna miniaturka.
  8. lepkość

    Bardzo ładny, harmonijny niemal, co kontrastuje z tematyką. Czyżby adresatem wiersza był sam Stwórca? :)
  9. Do księżniczki.

    Też myślę, że tekst prędzej podciagnąć można pod prozę niż poezję. Ewentualnie, synkretycznie - prozę poetycką. Niemniej to całkiem przyjemny tekst. Wyczuwam lekką aluzję, ale się nie wychylam, gdyż długo mnie tu nie było.
  10. Cud zawitał do przeciętności 1 cz.

    Fajne jak na początek. Wprowadza w temat, nie jest przydługie ani chaotyczne. Jest dobrze :)
  11. grzechotka

    Przepiękny wiersz. Ładnie ubrany w metafory - a właściwie mocno oparty na jednej - owocu, który tworzyły dwie połówki. Często się mówi o owocach miłości, ale jak rzadko (o ile w ogóle) słyszy się porównanie samej miłości do owocu! Cu-do-wny . Plus umiejętności niewątpliwe warsztatowe. Zazdroszczę :)
  12. Kolejna rymowanka

    Bardzo przyjemna rymowanka. Sprawna warsztatowo i treść też przednia. Pozazdrościć lekkiego pióra :) Nie napiszę nic więcej, bo byłyby to tylko puste przechwałki ;)
  13. Na początku cię nie zauważałam. Patrzyłam na las i widziałam las, ale nie potrafiłam ujrzeć drzew. A były tam, w niezmiernym bogactwie gatunków; wszystkie młode i smagane tym samym wiatrem, ale każde wyrosłe z innego ziarna. Drzewa rozproszyły się na niewielkim spłachetku ziemi. Tak małym, że wypadałoby wręcz nazwać go laskiem. Laskiem... Moim laskiem. Były tam giętkie sosny, bezlitośnie chłostane przez wiatr, które uginały się wprawdzie, lecz nigdy nie łamały. Były i brzozy; odarte z pozorów siły, ich klucz do bezpieczeństwa to nieustanna bliskość – symbioza z innymi, silniejszymi gatunkami. Tą szczęśliwie zawsze miały zapewnioną od samego początku. Dalej, wśród drzew stały dęby. Cały las był ich, chociaż one same nigdy nie ruszały się z miejsca; to zresztą też ich największy atut – owa nieustępliwość i hardość. Jedynie czasem drgnęła im gałąź, a kiedy wiatr przybierał na sile – kołysały się z niemym uporem, nigdy nie oddając ani centymetra siebie bez walki. I wreszcie, najważniejsze – w tym lesie rosły też modrzewie. A właściwie... tylko jeden modrzew. Na początku go nie zauważałam. Patrzyłam na niego,ale nie zauważałam go. Nie widziałam tego, jak bardzo różni się od swoich pobratymców. Minęło kilka zim, a ja wciąż nie dostrzegałam opadających mi na głowę igieł. Pewnie dlatego, że spadały pojedynczo. Wmawiałam więc sobie, że to deszcz. Chociaż już wtedy wiedziałam, że to ten z kategorii padających na pustyni. Długo bałam się unieść głowę i popatrzeć na twoje obnażone konary. Dopiero, gdy nadeszła t a zima, odważyłam się to zrobić. Podeszłam do ciebie z wolna i zadarłam głowę do góry. Musnęłam palcami twoje gałęzie. Byłeś młody – a jednocześnie tak nieskończenie stary, że przez chropowatą korę niemal czułam ciężar przeżytych przez ciebie zim. Chwyciłam najniższą gałązkę i wtedy... Wtedy zacząłeś śpiewać. Byłeś tym śpiewem i śpiew był tobą. Co jakiś czas zerkałeś na mnie kątem oka, ale ja z a w s z e odwracałam wzrok. Nie potrafiłam patrzeć na ciebie śpiewającego. Gdybym to zrobiła, z pewnością odkryłbyś moje łzy, które czaiły się tuż pod powierzchnią skóry. Modrzewie miały naprawdę przenikliwy wzrok. Leśnik nie może kochać tylko jednego drzewa; wówczas stopniowo zacząłby zaniedbywać pozostałe, a las zarósłby; albo przeciwnie - zacząłby zanikać pod dotykiem obcych rąk. Wiedziałeś o tym, ale nie rozumiałeś tego. Twój śpiew stale przybierał na sile. W miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej nieznośny. Chciałeś, bym na ciebie spojrzała i wreszcie zobaczyła cię naprawdę. Chciałeś, żebym cię dotknęła. Ale nie mogłam. Wiedziałeś o tym. Tamtej zimy umieraliśmy długo. Razem, a mimo to – osobno. Każdego dnia, po obchodzie lasku, stawałam u twoich stóp i słuchałam, jak śpiewasz. Ta melodia weszła we mnie i przeniknęła aż do szpiku kości.. Była ze mną, gdy zostawiałam cię na pastwę lodowatych nocy; była, gdy kładłam się spać i gdy wstawałam. I noszę ją w sobie do tej pory. Nigdy nie spytałeś mnie wprost, ale słowa wyraźnie zamarzały na końcach twoich gałęzi. Wtedy wciąż uparcie odmawiałam im istnienia, mimo że kłuło mnie ono w oczy. Tak bardzo bałam się docenić czar słów dogorywających na mrozie...! Nie byliśmy. Chociaż tobie przez moment wydawało się inaczej. Ja za to nigdy nie miałam złudzeń. Wspólnie czekaliśmy na odwilż, którą już czuć było w powietrzu. I kiedy pojawiły się pierwiosnki, postanowiłam odejść. Porzucić ciebie i całą resztę mojego lasku. Najpierw pożegnałam się z dębami. Później podeszłam do giętkich sosen. Potem były brzozy. Rozstałam się z nimi z obietnicą stygnącą na ustach. Podarowałam ją im na pamiątkę. Na końcu podeszłam do ciebie. Bez obietnicy na ustach. Patrzyłeś na mnie z przeraźliwym smutkiem i wtedy wydałeś mi się prawie dojrzały. Wiedziałam, że umierasz i ty wiedziałeś, że ja wiem. Milczenie wwiercało się w nas, nieuchronnie pogłębiając rosnący między nami dystans. „ Nie chcę już zrzucać igieł, choćby to miało sprawić, że nigdy nie zaśpiewam.” - powiedziałeś. „ Nie możesz ot tak wyrzec się swojej natury.” - odparłam, wyciągając doń rękę, ale strach szybko cofnął mi ją do tyłu. „Dlaczego...?” „Bo jesteś modrzewiem. Ty jeden ze wszystkich drzew potrafisz śpiewać. Ale umożliwiają ci to twoje igły. Tak delikatne praktycznie nie występują w przyrodzie. Zrzucasz je na zimę, tym samym obnażając się. To rytuał, który cię oczyszcza. Bez niego twoje igły stwardniałyby, a ty wraz z nimi – i już nigdy nie mógłbyś zaśpiewać. Wówczas stałbyś się podobny innym drzewom i przestałbyś być tym, kim jesteś. A jesteś wyjątkiem. Tak pięknym, jak piękne mogą być tylko modrzewie. ” I zostawiłam cię tak. Odeszłam, a między nami rosła cisza. Pęczniała powoli i stawała się coraz bardziej natarczywa; zupełnie jak niegdyś twój śpiew. Odwróciłam się tylko raz. Uniosłam głowę do góry. Po raz drugi – a zarazem ostatni – popatrzyłam ci w oczy. Nie uroniłam ani jednej łzy. Jeszcze nigdy nie umierałam tak bardzo. Ale wiedziałam, że ty też umierasz. I ty wiedziałeś, że ja wiem.
  14. Guziki poleciały pierwsze. Zawsze lecą pierwsze. Podobno. O ile oczywiście masz na sobie ubrania, które je posiadają. Ciekawe jest to, że takie zwykle bardzo łatwo podrzeć. Są po prostu zbyt delikatne. Delikatne jak ja, jak my wszystkie jesteśmy. A raczej jak byłyśmy, zanim TO nas spotkało. Nie umiem, nie chcę nazwać tego po imieniu. Wiem że powinnam. Psycholog non-stop mi o tym przypomina. Nawet w myślach to słowo mi ucieka. Kurwa. Czemu to musi być takie trudne? *** Idę do niej. Znowu. Idę do niej znowu z nadzieją, że wreszcie uda mi się o TYM opowiedzieć. Skrzypienie drzwi. Psycholog gestem zaprasza mnie do gabinetu. Wchodzę. Otaczają mnie teraz zielone ściany. O Boże. Słabo mi. Ten pokój, w którym TO się stało, też miał takie ściany. Psycholog patrzy na mnie dziwnie. Pytająco. Nienawidzę tego spojrzenia. -- Dominiko... Coś się stało? -- Co za głupie pytanie. Nic się nie stało. Przecież jestem tu właśnie dlatego, że nic, absolutnie nic mi się nie stało. Ciągle tylko pytania, pytania. A ja chcę po prostu... -- Czego? -- Wtedy zorientowałam się, że myślę na głos. Cholera, jeszcze tego brakowało, żeby stracić nad sobą panowanie. Przed obcą babką. No, ładnie. Wykrztusiłam z siebie coś w rodzaju „to ten kolor”. -- Kaja, posłuchaj... nie musisz mówić wszystkiego od razu, wiesz. Starczy nawet jedno zdanie w trakcie spotkania. -- Skrzywiłam się na dźwięk słowa „spotkanie”. Oni tak nazywają to, co z nami robią. Pieprzone pozory. Jakby chcieli wygładzić sens swoich czynów. Rozgrzeszyć się. - Rozumiem, że to dla ciebie trudne. - Uniosłam brwi. -- Niczego pani nie rozumie. -- wreszcie udało mi się sklecić pełne zdanie. Podniosłam się, ostrożnie, żeby przypadkiem nie przewrócić mebla na którym siedziałam. Wyglądał na dość drogi. Pani psycholog spojrzała na mnie, zbita z tropu. -- Chcesz skorzystać z łazienki, kochanie? -- Nie. Wystarczy, że pokaże mi pani drzwi, ale w sumie to trafię i bez pani pomocy. -- Ale zaczekaj... porozmawiajmy! - Ha, niedoczekanie. -- Dziękuję, naprawdę. Niech pani idzie lepiej pomagać innym, tyle jest jeszcze pacjentów do wyleczenia. I zostawiłam ją tak, zamarłą z na wpół otwartymi ustami, gapiącą się bezmyślnie na mnie, znikającą za drzwiami. Dawno nie czułam takiej satysfakcji. Czekał mnie długi powrót do domu. Ściemniało się już. Miałam do wyboru dwie drogi – oświetloną, bardziej cywilizowaną i tą mniej. Było mi już wszystko jedno. Stwierdziłam, że jeśli pójdę na skróty, to przynajmniej szybciej dojdę do domu. Teraz groźba napadnięcia przez przygodnych facetów wydawała się być ponurym żartem. Ale ja wtedy jeszcze lubiłam czarny humor. Ruszyłam więc. Drogę przez długi czas oświetlało mi tylko mdłe światło księżyca, leniwie sączące się przez chmury. Śnieg chrzęścił mi pod stopami, a co jakiś czas słychać było trzask łamanej gałązki. Minęłam łąki i zagłębiłam się w las. Lasek, właściwie. Napięcie stopniowo mnie opuszczało i po pół godzinie marszu byłam już całkowicie rozluźniona. Zmęczenie zrobiło swoje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się czułam. I wtedy pomyślałam, że wszystko ma szansę jeszcze się ułożyć, że jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja. Że Bóg nie zostawia przy życiu takich jak ja, by potem uśmiercić w bezsensowny sposób. Albo, gorzej – pozwolić umrzeć ze starości, bez uprzedniego spełnienia swojej misji. Nie miałam pojęcia, jak szybko życie zweryfikuje moje myśli. *** Minęło parę dobrych chwil, odkąd zanurzyłam się w lasek. Co jakiś czas słyszałam pohukiwanie sowy, co sprawiało, że momentalnie się wzdrygałam. „Przecież jest ci wszystko jedno” - powtarzałam uparcie w myślach. To od jakiegoś czasu było moją mantrą. Podobało mi się. Poniekąd zwalniało z odpowiedzialności i dawało zmysłom krótkie ukojenie. Nagle usłyszałam odgłosy szarpaniny. Po chwili do tego dołączyły dwa głosy – męski i kobiecy. Niemożliwe. Tylko nie to. W głowie miałam chaos – ciężko było mi się skupić na czymkolwiek, więc skierowałam wzrok na buty. Tak, buty! Muszę je zdjąć. Podświetliłam je telefonem, żeby znaleźć suwak. O, jest! Może to głupie, ale byłam z siebie dumna, że mi się to udało. „A co jeśli ten facet zobaczył światło?” - przemknęło mi przez myśl. Serce zabiło mi mocniej w piersi, oddech przyspieszył. Ze strachu upuściłam telefon, który zgasł. Kurwa! Akurat teraz? Wzięłam głęboki oddech. W pobliżu nadal było słychać odgłosy szamotaniny. Stopniowo cichła. Muszę się pospieszyć. Wzięłam głęboki oddech i pochylona, po omacku starałam się odszukać telefon. Poczułam nieopisaną ulgę, kiedy moja dłoń natrafiła na chłodny metal. Ostrożnie podniosłam telefon. Nie było już czasu. Teraz było słychać tylko niewyraźne, kłócące się ze sobą szepty. „Jednak niezła zawodniczka z tej kobiety.” - westchnęłam. Ja... nie wytrzymałam nawet minuty. Zamrugałam, by odgonić napływające wspomnienia. Bezszelestnie, z butami kurczowo ściskanymi w rękach, krok po kroku, przybliżałam się do hałasującej pary. Musiało nie minąć więcej niż pół minuty, kiedy ich wreszcie ujrzałam. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza i jednocześnie uniosłam telefon tak, by oświetlić drogę przed sobą. Dopiero wtedy mnie zauważyli. Przede mną rozciągał się straszny widok. A właściwie scena. Scena, w której raz uczestniczyłam i której miałam nadzieję już nigdy więcej nie oglądać. Zobaczyłam dokładnie to, czego się spodziewałam – potężnie zbudowanego mężczyznę pochylającego się nad drobną kobietą. On był ubrany, a ona miała rozdartą koszulę. Guziki poleciały pierwsze...Na jego twarzy malowała się dzikość i przerażenie jednocześnie. Na jej – szok, paniczny strach i coś... Coś w rodzaju ulgi. Cholera, zawiodę ją. Bo jak ofiara gwałtu może pomóc innej, niedoszłej jeszcze ofierze? Przerwać stosunek. No, jasne, siłą go oderwę? Znów chaos myśli. -- O, proszę, kolejna chętna się znalazła. Patrz, ciebie pół drogi trzeba było ciągać, a ta sama wpadła mi w ręce! - prychnął i wyprostował się. Muszę szybko coś powiedzieć. Cokolwiek. Myśl, myśl – rozpaczliwie upominałam się. -- Jeśli natychmiast nie przestaniesz, dzwonię na policję. - powiedziałam piskliwym, drżącym głosem. Na to mężczyzna tylko roześmiał się. -- Żartujesz sobie złotko. Co najwyżej i ciebie mogę zaprosić. - Wtedy coś we mnie pękło. Wszystkie tłumione przez ostatnie miesiące emocje wypłynęły ze mnie. -- Mówię absolutnie poważnie – warknęłam, kładąc ręce na biodrach. Uniósł brwi, zdziwiony moją stanowczością. - Zresztą, co wy sobie wszyscy myślicie! - krzyknęłam i bez ostrzeżenia rzuciłam się na niego. Mężczyzna zachwiał się i upadł pod moim ciężarem. Nie byłam filigranowa, ale też znowu nie taka silna. Wykorzystując przewagę, jaką dawało mi zaskoczenie, usiadłam na nim okrakiem. Nie dawało mi to wiele czasu. Miałam tego świadomość, dlatego rzuciłam telefon trzęsącej się ze strachu niedoszłej ofierze gwałtu. Złapała. -- Dzwoń po policję, szybko. - zadzwoniła, chaotycznie odpowiadając na pytania funkcjonariuszy. -- Nie, schowaj go. Nie oddawaj mi. - mruknęłam. Facet pode mną wiercił się i wiedziałam, że długo już nie dam rady go trzymać. - pomóż mi lepiej! - zawołałam. Na te słowa przypadła do mnie i złapała mężczyznę za ręce. Przygwoździła je do ziemi. -- Pożałujecie tego, suki. - wycedził lodowato. Wymieniłam spojrzenia z kobietą. -- Jak długo...? - spytałam. Ona tylko pokręciła głową i na powrót zajęła się unieruchomianiem rąk mężczyzny. Wydawało mi się, że do przyjazdu policji minęła cała wieczność. Sygnał ich syreny zmieszał się z dźwiękiem karetki. Ratownikom i policjantom pokonanie lasku zajęło piętnaście minut. -- Byłyście bardzo dzielne, dziewczyny. - powiedział nam chwilę później, gdy wsiadałyśmy do karetki. - Chociaż, właściwie więcej w tym było szczęścia niż rozumu. Chodzić o tej porze po takich krzakach? - odezwał się jeden z ratowników. Mężczyzna nie krył oburzenia. Był w średnim wieku, wyglądał na jakieś 40 lat. Pouczał nas, jak własne dzieci – pomyślałam. -- To się mogło się zdarzyć wszędzie – powiedziałam cicho, czym skupiłam na sobie uwagę wszystkich. - Mnie też się to przydarzyło. - dodałam. - Nie dzisiaj. - zapewniłam ich pospiesznie. - Jakiś czas temu. W pokoju o zielonych ścianach. *** Godzinę później byłam już w domu. Rodzice już wiedzieli, dzwoniłam do nich ze szpitala i rozłączyli się dopiero, gdy zgodziłam się na ich jak najszybszy przyjazd do Krakowa. Wykończona, rzuciłam kurtkę na łóżko i bez ściągania butów weszłam do sypialni. Otaczały mnie zielone ściany. Ze niejakim zdumieniem odkryłam, że ten kolor przestał mi przeszkadzać. Stanęłam przed lustrem i odważnie spojrzałam swojemu zwierciadlanemu odbiciu w oczy. -- Nazywam się Dominika Brzezińska i jestem ofiarą gwałtu. - oznajmiłam mu szeptem. Powtórzyłam to kilka razy, za każdym razem mocniej i z coraz większą dumą. Dumą, że wreszcie dojrzałam do wypowiedzenia tego na głos. Do nazwania TEGO... po imieniu.
  15. "Mogłabym..."

    Ale ładne. Bardzo liryczne, prawie poetyckie. Podoba mi się.
×