Jerzy_Edmund_Sobczak

Wprawni poeci
  • Zawartość

    236
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    1

O Jerzy_Edmund_Sobczak

  1. na niebie... bez granic śmigłe jerzyki kojarzą mi się raczej ze strzałą kursorem na przestworzu kolce mam ja jeżyny oraz moja róża cały wysiłek wkładam w przeciąganie granic z obawy aby nie przekroczyć ciężkie cholery jak brona albo pług rozgarniający konstellacje na asteroidzie tymczasem bezpiecznie skryty za strofami w ażurowym przecież pancernym własnym dopóki pędząc nie zagarnie kometarnym warkoczem nie dogoni przecinków kreślących inkantacje wiosenne a tu zapach zaklęcia wspólnego dotyku i wnętrze jej wiersza
  2. Spływamy z burzowych, obłocznie łzą pluszcząc. Gdzieś niebo zostało zwichrzone i puste. Rozpięty przez krańce widnospad podświetlił sens łoża w skopanej, miłosnej pościeli. Więc pędzę po łuku, napinam, nim usnę, cięciwą drażniony, wyczuwam twe usta. A dzionek kolejny, słoneczną źrenicą, oślepia usilnie, drań nie chce zachwycać. Wszak przestrzeń, nad którą rozpuszczał promienie, rozstawia po kątach, na drobne rozmienia. I zdarza się nagłe milczenie przelękłe, gdy czasem zanucisz przebrzmiałą piosenkę. Zaboli, potarga o duszę, bo ciało z ogniskiem skaleczeń pozostać zechciało. Opuchłych, jątrzonych, krew z rany sączących. Gdzie północ, południe, gdzie chodzi spać słońce? Widnospad znów nabrzmiał, upadłych ukrywa. Świetlistej do nieba uchyla pokrywę.
  3. Pośród brwi zadziwionych, znad zmrużonych oczu, kędy szeptem wybrzmiewa, dosięgając szczytów. Niżej, w rozbłyskach cienie przyczajone czyta, delikatnym pomrukiem przez piersi przetoczy. Wnet, błękitem rozmaże szarości przedsenne, by rozbudzić w ramionach wichrowym uściskiem. Zagrzmią śmigłe pioruny, nim ulewa tryśnie, zamaczając pościele, sadzawkę wypełni. Rzęsa się zazieleni, zmarszczy czoła, bowiem przez powierzchnie na styku uwolni iskrami. Spłyną dłonie jak liście, a my w nich skąpani, wśród burzowych uniesień, zatoniemy w sobie.
  4. miotła miotła miotła wśród splotów rozwarstwiony blask nadchodzi nadlatuje zagarnia na oklep naga w świetlistej powodzi smużenie rysowanego nieba piętami zahacza o gwiazdy ale zamiata rozżarzone kamienie spadają u stóp kosmiczne czarodziejskie tchnienie budzi ze snu nie zmieniaj trasy nie zmieniaj raz na jakiś czas pędź przez orbitę Ziemi czarownico z obłoku Oorta zmrożonej pozostałości po formowaniu się Układu keplerowskiego związku pomiędzy nami i słońcem użyczającym ognia by stopić śnieg zamienić w warkocze łaskoczesz łaskoczesz piersiami galaktyki zjawiskiem na nocnym niebie tchniesz magią czy i ja mogę dosiąść? ach nie zawracaj po wydłużonej paraboli tak boli odchodzenie powinnaś skrócić tę krzywą weź przykład z Wenus witającej poranki każdego następnego tuż nad horyzontem wiem że nie możesz musisz zapadać w chłodne obszary bryłką lodu raz na jakiś czas musisz ale wrócisz prawda? przyrzeknij że wrócisz!
  5. w podmuchach arktycznego ducha objęcia więżą zimny kamień w śnieżnym okryciu żywe słychać spod racic ciche chrobotanie zgłodniałym bogom na pokusę krucha nadzieja sięga zorzy gdy na polarnym horyzoncie w zdartej powłoce niebo stworzy kamienie obrośnięte trąci rogatym bogom we krwi krążąc
  6. Na pseudokomentarze pseudoriposty.
  7. I jakżeż tu odpowiadać na kabotyński komentarz kogoś, kto nigdy nie otarł się nawet o poezję. Już nie wspomnę o napisaniu, bo to zaiste poza zasięgiem. Ale chociażby przeczytać i ogarnąć. Oczywiście, i to nie jest możliwe, kiedy metafora, oznacza imię dla karpia płci żeńskiej, pozostałego w wannie od czasu wigilii. Na szczęście nie ma mowy o molestowaniu. Zbyt delikatny i wstydliwy na wspólną kąpiel. Po prostu cymesik poświęcenia w kwestii obrony świata przed zalewem poezji. Niepomny, że karp może zdradzić i przy okazji następnych świąt ludzkim głosem wyrecytować swój sonet, rzucając na kolana komentatora i resztę w zalewie.
  8. niosą słowa na wietrze jak zawsze w pogoni odwiecznej nie chcesz wiedzieć lub nie wiesz czy uciekasz czy gonisz narzekasz marudzisz i wrzeszczysz łzy czerpane obficie ze studni jak wiersze dusze chcą się wyzwolić nie pozwolisz znów walisz wznosisz pięści zaciśnięte i w ścianę próbowałeś już głową stoi mur. sam go kiedyś wspierałeś plecami gdy inni na palcach w lekkim walcu lub tangu z figurami rozgrzani przytuleni. ty z myślami mrocznymi i z cieniem znów walczysz oczy mrużysz przed światłem serdecznym zaciskając do bólu powieki może w końcu przytomnie dotkniesz twarzy nieśmiało tej wybranej kochanej może ona przypomni cień rzucony o ścianę to nie ty
  9. jak mam wybrać błysk spośród konstelacji kroplę mleka na spiralnych ramionach piersi w przestrzeń nie runą nie upadną patrz już trzymam je w dłoniach i osłonię grawitacja przyciąga krążą ciała hamowanie rozpala przed upadkiem może spłoną myślę jednak że wnikną w osobliwość przecież magia tak działa
  10. Heh! Faktycznie mogli pomylić. A przecież taka sztuczna szczęka to skarb.
  11. - Daleko jeszcze? - Szorstki, rozejrzał się niespokojnie. Korytarz się rozwidlał. - Nie pogubimy się? - Spoko – odmruknąłem – Kulawy zostawił znaki. Będziemy bardzo bogaci. - Wierzysz temu białasowi? - A niby dlaczego tu ze mną jesteś? Na rasizm ci się zebrało? Słyszysz? To już niedaleko. Rzeczywiście, do naszych uszu dobiegł szum spadającej wody. - Ale on wspominał o smoku pilnującym skarbów. - A widziałeś kiedyś smoka? Za załomem ukazała się rozległa przestrzeń. Jezioro pełne szlamistej wody. Z kolektora ściekowego spływał wodospad, dodając odpady do tych walających się na brzegu. Zamarliśmy. Tyle skarbów. Nagle Szorstki nastroszył wąsiki, podniósł sztywno ogon. Coś zafalowało w toni. Wychynęła zębata paszcza. - Spierdalajmy, aligatooooooorr!!!
  12. Runęły, budowle i wieże, gdy większość wśród śnienia zwiedzała inne przestrzenie, a ci którzy w objęciach nocy tańczyli na scenie, anielskie pienia wzięli za dyskotekową muzykę. Nikt nie zauważył końca świata. Nazajutrz, przy zwykłych codziennych obowiązkach, dalej robili swoje, biorąc udział w odwiecznym, szczurzym wyścigu. Zdziwienie dotknęło dopiero, kiedy spostrzegli, że wszyscy mówią jednym, wspólnym językiem.
  13. 666

    Nie rozpaczaj, przecież to niczyja wina. Wina nalej, bo rozluźnia obyczaje. Świnka ze mnie, może świnia, ale trzymam cześć blondynek i ich honor. Teraz polej! Kawę?! Przecież nie mam kaca! Wybacz! Kocham! Chyba. Po swojemu, odwracając lustra. Ta za taflą zbytnio mi się nie podoba. Czy już szósta? Muszę pędzić. Masz całusa. Nie, nie pytaj, gdzie mnie nosi wieczorami. Może... muszę twarz zanurzyć w swą poduszkę. Lub odtańczyć coś na stole, ale z nami koniec. Przecież. Znów spotkamy się przed szóstą. J.E.S.
  14. Dlaczego się przytulam? Może zwariowałem, burząc mury, prześcieradła i schematy. Na nos biorąc, jak mi się zdaje, chyba nie bez racji. Kompozycja zapachowa, w ramach serii Niezdobyte szczyty, przy tym, z odrobiną piżma, utrwalającego markę perfumy, to mieszanka tlenowa, z którą jestem gotów zdobywać Himalaje, bez asekuracji, u twojego boku.
  15. Ależ masz rację i nie masz. Oczywiście, że wziewnie. A jednocześnie to takie ukryte nawiązanie do serca. Znam działanie konwalii, zresztą podobne do działania naparstnicy. Dzięki Deonix_ J.E.S.